Contradiction by Calvin Klein

Jakiś czas temu obiecałam notkę o tym zapachu i kompletnie o niej zapomniałam. Wobec tego, dzisiaj tak na szybko 🙂

Calvin Klein : Contradiction for Women EDP

Moje pierwsze zetknięcie z tym zapachem miało miejsce kilka lat temu, kiedy w sklepach/kioskach można było nabyć gazetę z miniaturką perfum. Wtedy to też po raz pierwszy miałam okazję wąchać Dolce Vitę, Duende czy właśnie Contradiction. Zapamiętałam go jako intensywny, wyraźny zapach ze śliwką mocno wybijąjącą się na pierwszy plan, zbyt ciężki, zbyt mocny jak na mój nos. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego tak właśnie go utkwił w mojej pamięci.

Jakiś czas temu nadarzyła się okazja, by odświeżyć sobie ten zapach. Ochoczo z niej skorzystałam, choć przyznaję, pierwszy kontakt po latach nie był zbyt zachęcający do dalszych testów. Po spryskaniu nadgarstka nie mogłam uwierzyć, że to jest właśnie Contradiction. Gdzie ta ciężkość? Gdzie intensywność? Gdzie wytrawność, na którą się nastawiłam? Czułam jedynie masę zimnych kwiatów, z czymś nieprzyjemnie świdrująco- ostrym.

Jednak po jakimś czasie wszystkie te świeże kwiatki ustępują miejsca cieplejszym nutom, ciut chropowata ziołowość ustępuje kremowym akcentom i choć zapach nie ma w sobie zbyt wiele z pudrowej miękkości, którą chętnie bym do niego dodała, żeby go ciut bliższym uczynić, to w tej fazie właśnie zaczyna mi się podobać. Jest spokojnie, bezpiecznie i … nieco nudnie 🙂 Żadnego pazura, żadnego przyspieszonego bicia, żadnej rozterki… Grzecznie, elegancko i poprawnie. Na tyle poprawnie, by z przyjemnością go używać i sięgać po niego na co dzień. Nie wybrałabym tego zapachu ani na wieczorną kolację, ani na szaleństwa dyskotekowe, ani też na wieczór we dwoje. Raczej na co dzień, do pracy, do biegania po mieście, na zakupy.

Co dziwne – mężczyznom podoba się bardziej niż kobietom 😉

Szkoda tylko, że mimo iż to EDP to trwałość na mojej skórze jest zdecydowanie niezadowalająca. 3-4 godziny, po czym znika bez śladu.

Butelka (przynajmniej w wersji 100 ml) mało poręczna i choć nie mam nic przeciwko minimalizmowi i futurystycznym kształtom, to ta do mnie nie przemawia. O ile z korkiem prezentuje się całkiem znośnie jeszcze, o tyle po jego zdjęciu dostajemy siermiężny walec, którego  surowość nijak się ma do ciepłego koloru perfum i mimo wszystko, do ciepła lekkiej wanilii wyczuwalnej pod koniec i kapki drzewnych nut…

Choć z drugiej strony, to przecież Contradiction… I przypominając sobie nazwę tego zapachu przestajemy się dziwić, że tak naprawdę nic tu do siebie nie pasuje, nie wszystko ze sobą współga, że to zapach pełen sprzeczności i z wieloma twarzami.

 

Technicznie….

Jak ja uwielbiam takie poniedziałki…

Nie ma to jak wejść rano na swojego bloga i zobaczyć komunikat o blokadzie konta, a w skrzynce mailowej znaleźć : ” User cathy has been suspended”.

Całe szczęście, że co jak co, ale obsługa w LaoHost jest jedną z najlepszych z jakimi się spotkałam i błyskawicznie reaguje na wszelkie zgłaszane problemy. I to właściwie mnie trzyma jeszcze przy LaoHost (bo wykupowanie coraz większego planu zaczyna być nieco irytujące… a nie dalej jak kilkanaście dni temu kupiłam większy limit, żeby właśnie uniknąć blokad konta)

Ale ja nie o tym chciałam. Podczas problemów przypadkiem otworzyłam swojego bloga pod zwykłą przeglądarką, czyli Internet Explorerem. I jestem w szoku. Czy mój blog tak wygląda od dłuższego czasu? Zielony pasek nawigacyjny na środku nagłówka? Strona wyjustowana do lewej strony??

Przy modyfikacjach szablonu bloga testowałam jego wygląd na kilku różnych przeglądarkach (IE,Operze,Firefoxie, Safari, Chrome) i wszystko było ok. I tak się zastanawiam, czy to teraz mi się wszystko porozjeżdżało, czy tak to sobie wygląda od dłuższego czasu?

Gorąca prośba o udział w ankiecie PO PRAWEJ STRONIE EKRANU

Z góry dziękuję za pomoc.

Zgodnie z obietnicą, czyli mój najgorszy produkt roku 2010

Celowo nie zrobiłam podsumowania poprzedniego roku i nie wyłoniłam zwycięzców minionych miesięcy. Po prostu nie bardzo umiem to zrobić, gdyż to, co w połowie roku było dla mnie hitem, zostało zastąpione innym kosmetykiem, a to, co  w chwili obecnej na mojej top liście się znajduje, wcale tak wielkim hitem w roku poprzednim nie było…

Zdecydowanie jednak jestem w stanie wyłonić zwycięzcę roku 2010 w jednej kategorii:

Podejrzewam, że dla wielu z Was będzie to kompletnie niezrozumiałe (bo jednak ten tusz ma kilka pozytywnych opinii w sieci 😉 ), ale za to, co zrobił z moim rzęsami, absolutnie nie będę miała dla niego litości.

I wcale nie skreślam tu marki Rimmel. Często kupuję tusze tej firmy, bo po prostu lubię niektóre z nich. I do tej pory nigdy, NIGDY, nie zdarzyło mi się, by tusz wzbudził we mnie tak negatywne emocje..

Ale może po kolei 😉

Co jakiś czas sięgam po kosmetyk, który ma w magiczny sposób wydłużyć, zagęścić i wzmocnić moje rzęsy. Oczywiście każdy z nich okazuje się takim samym cudotwórcą na dłuższą metę, jak poprzedni, ale wciąż nie mogę się zdobyć na zakup RapidLasha (może właśnie dlatego, że przez testowane przeze mnie preparaty straciłam wiarę w to, że cokolwiek może mi pomóc w tej kwestii). A Mavala wciąż czeka w kolejce i jakoś nie mogę się przemóc ;(

Jednak widząc w drogerii kilka miesięcy temu nowy tusz Rimmel,  bez wahania po niego sięgnęłam (tusz i coś, co poprawi wygląd rzęs w jednym i to za 20 parę złotych? nie mogłam się oprzeć…)

A do tego informacja, że 95% przebadanych kobiet potwierdza, że w ciągu 2 tygodni rzęsy stają się dłuższe i ożywione? Mogłam przewidzieć, że znajdę się w tych 5% 😀

Początkowo było nieźle. Tusz po nałożeniu na rzęsy ładnie je rozdzielał, nieco wydłużał, nie sklejał, nie tworzył grudek. I właściwie to nawet gdzieś tam widziałam delikatny wzrost moich rzęs. Niewielki, bo niewielki, ale tak jakby coś tam się zaczęło dziać.. I to właśnie w okolicach tych 2 tygodni. Ucieszona, z radością używałam go dalej, bo choć wolę jednak bardziej wyrazisty makijaż oczu (a ten tusz raczej do tych delikatniejszych się zalicza), to jednak postanowiłam się przemęczyć w imię wizji pięknych firanek rzęs 🙂

I tak sobie go używałam nawet ze świadomością, że może jeszcze kiedyś go kupię ponownie (zwłaszcza, że dość szybko zaczął przestawać nadawać się do użycia), gdy pewnego dnia sięgnęłam w pośpiechu po swój stary tusz i malując się zauważyłam, że coś jest nie tak. Mój ulubiony tusz nagle zaczął wyglądać koszmarnie, rzęsy łatwo się sklejały, mało tego, zamiast wydłużenia miałam wrażenie, że są jeszcze krótsze…

Zmyłam makijaż, sięgnęłam po inny tusz. I dokładnie to samo… Króciutkie, sterczące na wszystkie strony sztywne rzęsy, które po pomalowaniu tuszem wyglądały jeszcze gorzej niż przed.W panice zaczęłam się przyglądać dokładniej swoim powiekom i ku mojemu przerażeniu odkryłam, że rzęsy mam jeszcze krótsze i bardziej liche niż kilka tygodni wcześniej.

Ciężko to opisać, ale … tak jakby się skurczyły, albo coś je wciągnęło do środka…

Jako iż Lash Accelerator był jedynym nowym produktem stosowanym regularnie w okolicach oczu, postanowiłam go odstawić. Już po 10 dniach moje rzęsy znowu odżyły i wyglądały dużo zdrowiej…

Mam nadzieję, że już rozumiecie, dlaczego ten produkt otrzymał ode mnie wyróżnienie w tej kategorii. Pierwszy raz w życiu widziałam takie efekty stosowania kosmetyku, który miał pobudzić wzrost rzęs (a może to zrobił, tylko jakoś.. nie wiem, do środka zamiast na zewnątrz? :D).

I może bym jeszcze zrozumiała, gdyby taki efekt pojawił się po odstawieniu tuszu (jakieś uzależnienie tak jak w przypadku np. skrzypu, który stosowany regularnie wpływa pozytywnie, ale zaraz po odstawieniu wszystko nie tylko wraca do normy, ale wręcz do gorszego stanu niż przed kuracją… I to rozumiem. Producentowi przecież zależy, żeby kupić kolejne opakowanie… Ale w trakcie stosowania? Nie rozumiem.

Być może to jakaś indywidualna reakcja mojego  organizmu (w końcu nie raz pisałam już, że dziwna czasem jestem :D) ale tuszu LASH ACCELERATOR nie chcę więcej oglądać na oczy.

(co oczywiście nie oznacza, że nigdy więcej tuszu tej marki nie nabędę. Już nabyłam nawet – Max Bold Curves Extreme Volume & Lift Mascara. I ten jest zdecydowanie niezły 😉 )

dopisano: eh, no i pochwaliłam… Max Bold kupiony powtórnie w polskiej drogerii ląduje w koszu..

Tym razem coś dla stóp. Bo jeszcze nie było ;)

Zachęcona i zachwycona odkryciem kremu do rąk, który na chwilę zdetronizował moich dwóch ulubieńców (czyli krem do rąk z The Body Shopu i krem L'Occitane) poleciałam do Sephory po jego brata do zadań specjalnych, czyli:

REWITALIZUJĄCY BALSAM DO STÓP PAT & RUB by Kinga Rusin

O ile osoba Pani Kingi może budzić sprzeczne emocje, o ile samą postać można lubić bądź też nie, o tyle nie powinno to jednak zaważyć na ocenie wprowadzonej przez nią linii kosmetyków, które co tu kryć, są całkiem przyzwoitej jakości.

I choć życzyłabym sobie, żeby Sephora jednak nie windowała sztucznie tych cen (cena kremu na stronie PAT & RUB 39 zł, cena w Sephorze 45 zł), to jednak głównie tam nabywam te produkty.

O kremie do rąk napiszę innym razem, dzisiaj natomiast recenzja balsamu do stóp.

Co mówi producent na swojej stronie o tym kremie?

Wreszcie poradzisz sobie z szorstką, suchą skórą stóp. Nasz balsam ją odnawia. Regeneruje skórę spierzchniętą i popękaną. Pozbywa się twardego naskórka, wygładza, nawilża, ujędrnia. Łagodzi podrażnienia. Jeśli Twoje stopy potrzebują ekstra pomocy, posmaruj je grubą warstwą balsamu i włóż na noc bawełniane skarpetki. Balsamu możesz używać także do szorstkiej skóry na łokciach i kolanach. Olejek cytrynowy działa odświeżająco.

  • ekstrakt z żurawiny* – zwalcza wolne rodniki, regeneruje, wzmacnia
  • masło shea* – nawilża i zmiękcza
  • olej jojoba* – wzmacnia skórę i dodaje jej sprężystości
  • masło awokado* – natłuszcza i regeneruje, chroni przed czynnikami zewnętrznymi
  • woda z zielonej herbaty* – działa przeciwzapalnie, zwalcza wolne rodniki
  • olejek cytrynowy – poprawia wygląd skóry: wygładza, reguluje, wzmacnia
  • mocznik – złuszcza zrogowaciały naskórek
  • naturalna witamina E* – wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża
  • witamina A – regeneruje, stymuluje, odżywia
  • alantoina – koi i łagodzi
  • inne roślinne substancje natłuszczające i  nawilżające*

*surowce z certyfikatem ekologicznym

Zarówno krem do rąk jak i balsam do stóp mają bardzo zbliżone wizualnie opakowania. Takie samo pudełeczko z dozownikiem (bardzo lubię takie rozwiązania, znacznie bardziej niż pudełka z wieczkiem czy kremy w tubkach), podobna grafika. Na wizualnych podobieństwach się jednak nie kończy. Zarówno krem do rąk jak i wersja do stóp mają zbliżone zapachy – cytrusowo do bólu. I choć ja fanką takich zapachów nie jestem, to za działanie kremu do rąk wybaczam mu te nuty:)

I niech niektórych nie zwiedzie żurawina w nazwie. Zapach niewiele ma wspólnego z kwaśno-słodkim zapachem żurawin. Tu mamy tylko i wyłącznie cytrynę. I to cytrynę w najgorszym wydaniu 😉 Pewnie spora część osób kojarzy zwykły glicerynowy krem cytrynowy do rąk za grosze do nabycia w każdym sklepie? Otóż krem proponowany przez Panią Rusin pachnie baaardzo podobnie z tym, że cytrynka jest jeszcze ostrzejsza chyba 😉 (nie jestem pewna, bo zapach tamtego kremu to dość odległe wspomnienie, ale zdecydowanie takie nuty i tu i tam są wyczuwalne). Przyznam, że za prawie 50 zł oczekuję nieco bardziej wyrafinowanych doznań zapachowych, ale ok, nie czepiam się. Nie dla zapachu go kupiłam (bo nie kupiłabym go w ogóle, gdyby nie przypadek)

Krem ma dość lekką jak na produkt do stóp konsystencję (choć latem powinien się nieźle spisać, to jednak zimą wolę bardziej treściwe produkty w tej kategorii), która wchłania się dość szybko pozostawiając delikatną otoczkę o intensywnie cytrusowym zapachu. Skóra jest przyjemna w dotyku, miękka i wyraźnie wygładzona. Ale właściwie tyle samo osiągam drogeryjnym kremie za 15 zł (i nie muszę się męczyć z cytrusowymi woniami).

Skład :Aqua, Camellia Sinensis Leaf Water, Urea, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Fruit (Shea Butter), Decyl Cocoate, Glycerin, Cera Alba, Persea Gratissima (Avocado) Oil (and) Hydrogenated Vegetable Oil, Glyceryl Stearate, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Stearic Acid, Caprylyl Glycol, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit, Sodium Phytate, Allantoin,Tocopherol, Parfum, Retinyl Palmitate, Phenethyl Alcohol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Citral, Coumarin, Geraniol, Linalool, Limonene.

Cena: na stronie PAT & RUB 39 zł / 100 ml. Sephora 45 zł/100 ml

Plusy:

 


(Taka informacja na opakowaniu to rozkosz dla moich oczu :yes: I z tego powodu mam zamiar obserwować rozwój tej marki i liczyć, że pewnego dnia do linii PAT & RUB dołączą kosmetyki do pielęgnacji skóry, bo z takimi obietnicami składowymi jestem przekonana, że testować je będę z przyjemnością)

  • łatwo się aplikuje, rozsmarowuje, wchłania, pozostawiając uczucie nawilżonej, natłuszczonej i miękkiej skóry
  • stosowany regularnie na kolana i łokcie wyraźnie poprawia ich stan (likwiduje szorstkość, z tym, że zaznaczam, że ja nie mam poważniejszych problemów z tymi strefami, ale balsam nakładany tam w zastępstwie innego doskonale sobie z tym zadaniem poradził)
  • stopy stają się miłe w dotyku, miękkie, widocznie zadbane i estetycznie wyglądające
  • nie pozostawia tłustej warstwy uniemożliwiającej stosowanie go rano czy latem
  • estetyczne opakowanie
  • higieniczne rozwiązanie sposobu aplikacji (pompka dozująca idealną ilość kremu na stopę 😉

Minusy

  • zapach
  • zapach
  • zapach 🙂
  • cena (co prawda mój ulubieniec czyli L'Occitane kosztuje znacznie więcej, ale i bardziej mi odpowiada, więc jestem skłonna płacić za niego 2 razy więcej dopóki spełnia moje oczekiwania co do idealnego kremu stóp)
  • termin ważności – 6 miesięcy od daty otwarcia. Nie wiem, ale jakoś mało mi się to wydaje. Waham się jednak, czy odjąć za to punkt biorąc pod uwagę skład kosmetyku.
  • nie jestem przekonana, czy przez tą lekką konsystencję poradziłby sobie ze stopami wymagającymi solidnej pielęgnacji.

Reasumując:

Być może będzie idealnym rozwiązaniem na lato (i zapach i sam balsam), póki co, jeżeli chodzi o działanie, to uczucia mam wciąż mieszane. Niby jest ok, niby nawilża, wygładza, likwiduje szorstkość, zmiękcza i natłuszcza skórę. Ale coś jednak w nim jest takiego, że zostaję przy kremie do stóp L'Occitane. I o ile krem do rąk z tej serii kupię pewnie jeszcze nie raz, o tyle do tego raczej nie wrócę (chyba, że po zużyciu opakowania moje stopy przejdą jakąś niezwykłą metamorfozę 😉 )

dopisano 29 stycznia:

Nieco zmieniam opinię o tym kremie. Kilka dni temu.. skończył mi się! Jedno naciśnięcie pompki na każdą stopę raz dziennie, a on nawet na 2 tygodnie nie wystarczył? Krem za 45 zł na 1,5 tygodnia stosowania?Hmm… Nieco rozczarowujące.

Niestety, z kremem do rąk jeżeli chodzi o wydajność wcale nie jest lepiej 😦 A szkoda, bo podejrzewam, że gdyby nie ich wydajność, to latem z przyjemnością bym do nich wróciła

 

Łomatko ….

Jak to drobny błąd w kodzie może nieźle narozrabiać.
Część z Was tu zaglądając jeszcze 10 minut temu mogła się nieźle zdziwić… Zamiast moich postów- żywcem wyjęte (żeby nie nazwać tego dosadniej)  z bloga A wszystko przez ten Wizaż!

A wszystko przez jeden mały, drobny błąd w instalacji nowej wtyczki do wordpressa, która zamiast w sidebarze z boku mi reklamować nowe posty z Waszych blogów, to pacnęła je w sam środek moich postów.. Wrr.. wredna wtyczka. Odinstalowana już oczywiście i raczej drugiego podejścia do niej nie zrobię 😉

(źródło : http://caroldee.wordpress.com/2007/08/31/computer-woes/)

Przepraszam za zamieszanie ( i mam nadzieję, że nikt nie podejrzewał mnie o próbę podszywania się pod cudze treści