Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉

Lily Lolo po raz pierwszy ;)

Otrzymałam dzisiaj od polskiego dystrybutora marki Lily Lolo na Polskę, firmy Costasy, pakiecik próbek podkładów do przetestowania i zrecenzowania.

Niestety, firma Lily Lolo nie zgadza się na sprzedaż próbek swoich kosmetyków (poza nielicznymi wyjątkami), więc polski dystrubutor, w swoim sklepie do każdego złożonego zamówienia TUTAJ dodaje 4 dowolne próbki, które możemy sobie samodzielnie wybrać, czyli kupując np. cień czy róż czy dowolny inny kosmetyk, możemy otrzymać 4 próbki interesujących nas podkładów do przetestowania.

Próbki otrzymałam w woreczkach strunowych, ja jednak, dla własnej wygody i lepszego pokazania odcieni, poprzesypywałam je sobie do posiadanych słoiczków.

Światło dzienne, zdjecie zrobione w słońcu, bez użycia lampy:

Ja jeszcze podkładów tej marki nie przetestowałam, więc recenzję wystawię dopiero za jakiś czas (dopiero dzisiaj dostałam przesyłkę, tak więc jeszcze nie miałam kiedy ponosić i poobserwować zachowania się podkładu Lily Lolo na mojej skórze). Póki co, wklejam zdjęcia i swatche. Mam nadzieję, że pomoże Wam to w wyborze odpowiedniego odcienia dla siebie.

Zdjęcia w świetle dziennym, słoneczny dzień, robione w cieniu, bez użycia lampy

Podkłady Lily Lolo pogrupowane są w następujących kategoriach opisujących stopień jasności podkładu.

Kategoria "blade" – tu mamy tylko jeden odcień Porcelain. Najjaśniejszy odcień LL dla bardzo jasnych karnacji.

Kategoria "jasne" – tu mamy Blondie, Candy Cane, Warm Peach, Barely Buff i China Doll

I zbliżenia na każdy z odcieni:

 

Kategoria "średnio – jasny": odcienie In The Buff, Popsicle, Popcorn

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy średni- jasnych  :

Kategoria "średni" : odcienie Cookie, Cool Caramel, Warm Honey, Butterscotch

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy średnich :

Kategoria "ciemny" : odcienie Dusky, Coffee Bean, Saffron Hot Chocolate, Cinnamon

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy ciemnych : do uzupełnienia

Dopisano:

Eee tam, bez sensu mi te swatche wyszły. Wszystkie zdjęcia jakieś takie niewyraźne, rozmyte… Do tego większość robiłam w słońcu i okazało się, że to nie był dobry pomysł. Z kolei te w cieniu też nie wyglądają dobrze. Postaram się zrobić lepsze i wymienię te fotki w ciągu najbliższych kilku dni. 

 

Niebawem..

Krótka zapowiedź tego, co w najbliższym czasie na moim blogu :

Recenzja pomadek Celia – moje zamówienie coś idzie bardzo wolno, więc wczoraj nie wytrzymałam i zakupiłam w pobliskiej drogerii dwa z dostępnych odcieni. Wybrałam kolory 503 i 505. Na zdjęciu i w rzeczywistości wydają się być dość zbliżonymi kolorystycznie pomadkami, natomiast na ustach każda z nich zachowuje się zupełnie inaczej… Pełen opis w następnym poście…

Podkłady Lily Lolo. Zestawienie wszystkich posiadanych przeze mnie odcieni (18) wraz z moją opinią o tych podkładach. Na stronie polskiego dystrybutora pojawiły się dostępne darmowe próbki podkładów do zamówień. Niestety, warunki producenta Lily Lolo wyraźnie określają, iż próbki te nie mogą być sprzedawane. Aby jednak jakoś ułatwić wybór właściwego odcienia pojawiła się opcja bezpłatnego otrzymania wybranych przez siebie próbek przy składaniu zamówienia. Niebawem moja recenzja podkładu Lily Lolo (jutro rozpoczynam testowanie 🙂 )

iS CLINICAL – obszerna recenzja kosmetyków otrzymanych do testów. Tu post zostanie rozłożony na dwie części – pierwsza, gdzie przedstawię pokrótce, co otrzymałam itd, natomiast za jakiś czas podzielę się swoimi spostrzeżeniami odnośnie produktów iS Clinical. Mam możliwość testów : Cleasing Complex, Active Serum, Super Serum Advance+ oraz Moisturizing Complex. Sama jestem ogromnie ciekawa tych produktów 🙂

W poszukiwaniu bronzera idealnego…

Bronzera idealnego szukam od dłuższego czasu. Niech on już nawet nie będzie mineralny (bo i tak rzadko używam tego typu kosmetyków, więc może jeżeli będzie w miarę bezpieczny składowo i użyty raz na kilka tygodni, to krzywdy mi nie zrobi?), tylko niech to będzie taki bronzer, jaki mi się marzy. Przetestowałam już naprawdę wiele bardziej i mniej chwalonych. Właściwie całą czołówkę wizażowego KWC sprawdziłam na sobie i nic… Wszystko albo zbyt blade, albo zbyt ciemne, albo za pomarańczowe, albo wręcz sprany, bezbarwny i sprawiający wrażenie brudnej smugi; albo za dużo błyskotek, albo znowu płaski, tępy, kredowy mat…

Co jakiś czas kupuję kolejny bronzer z nadzieją, że to może właśnie ten jedyny… Ostatnio wybór padł na w miarę przyzwoicie oceniany na MakeupAlley bronzer Stila. Obejrzałam zdjęcia, poczytałam, wybrałam odcień 02,  kliknęłam i pewnego dnia przydreptał (po przejściach, bo baaaardzo długo szedł do mnie, ale w końcu jednak dotarł).

No i po raz kolejny mam wrażenie, że jestem totalną daltonistką. Brązowy? Bez pomarańczowych tonów? Przyznaję, mam coś ze wzrokiem w takim razie. Bo dla mnie nie jest to ani odcień brązu a i sporą dawkę pomarańczu w nim również widzę. Pomijam już fakt, że wg niektórych opinii bronzer ten nie posiada ani odrobiny błyskotek, nawet najdrobniejszych. Hm… ktoś widać dorzucił mi je po drodze…

Na zdjęciach wygląda całkiem nieźle. I pewnie ta jego fotogeniczność mnie zmyliła, bo patrząc nawet na swoje fotki, w życiu nie przypuszczałabym, że to taki brzydal 🙂

  W wolnej chwili postaram się pstryknąć jakieś zdjęcia z użyciem tego kosmetyku na twarzy, ale uprzedzam, że nie będzie to sympatyczny widok 🙂 Na mojej skórze wychodzi z niego wszystko, co najgorsze – pomarańczowość, delikatne satynowe wykończenie po kilku minutach zamienia się w smalcowaty błysk; zero subtelności i zero uroku, za to kompletne rozczarowanie. Na pewno nie jest to efekt skóry muśniętej pierwszymi promieniami słońca. Raczej skóry przysmażonej na solarium. Kilka razy nawet 😉 A potem poprawionej samoopalaczem..

Zdecydowanie jestem na "NIE". Na mojej skórze wygląda tanio, brzydko i w dodatku pomarańczowo. Ja podziękuję 😉

Gdyby jeszcze chociaż skład miał porządny, a tu widzimy : talc, zinc stearate, silica, nylon-12,  ethylhexyl palmitate, dimethicone, mineral oil/parafinum liquidum/huile minerale, tocopheryl acetate, magnesium carbonate, methylparaben, propylparaben, [+/- bismuth oxychloride (CI 77163), mica, iron oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)]

Niezbyt przyjazny skład dla osób ze skórą podatną na zapychanie i podrażnienia (talk, silikony, olej mineralny, parabeny, bismuth oxychloride).

Jedyne, co dostrzegam na plus w tym kosmetyku, to dołączone lusterko oraz tekturowe, surowe pudełko kojarzące się z ekologią. Samo opakowanie wygląda dość tandetnie – kiepskiej jakości plastik pokryty farbą, która ma tendencję do odpryskiwania ( u mnie już pierwszego dnia pojawiły się ślady), więc podejrzewam, że gdybym nosiła go w torebce, po kilku dniach wyglądałby tak, że wstyd byłoby go z niej wyciągnąć.

Cena : bardzo różna w zależności od sklepu, od 14$ do … 28$. Na ebayu oczywiście można upolować taniej 🙂

____________________________________________________________________________________________________

Przy okazji chciałam się pochwalić paczuszką, jaką otrzymałam od Hexxany . Mnóstwo próbek perfum do testów oraz dwie próbki ze Sweetscents, czyli marki, która jest gdzieś na mojej liście do wypróbowania, ale nieład na stronie i jakiś taki brak ogranizacji sprawiają, że za każdym razem wychodzę stamtąd bez złożenia zamówenia. Z chęcią przetestowałabym więcej kosmetyków tej marki, ale póki co – gdzieś na dalszej pozycji mojej listy zakupowej się znajduje (choć swatche i recenzje na wizażu i na różnych blogach kuszą, oj kuszą 🙂 )

Mam okazję testować zarówno podkład Sweetscents (odcień Beige) jak i proszek do stosowania na noc (Green Tea Overnight Treatment). Niebawem pewnie pojawią się jakieś recenzje obu produktów.

Póki co jednak jestem na etapie testów perfum od Hexxany. Sprawiła mi ogromną radość tymi odlewkami, bo wiele zapachów na mojej liście się znajdowało i mogę je w końcu wypróbować bez kupowania całego flakonika w ciemno (wiem już, że Botrytisowy Ginestet i jego miodowe nuty jednak nie dla mnie, więc jestem bogatsza o kilkaset złotych, których nie wydałam :D).

Przede mną testy m.in: M. Micalle Royal Muska, Serge Lutens Clair de MuscKilian Straight to Heaven, Molinard Habanita, L'Artisan Tea for Two, Fragonard Reve Indien, Fragonard Belle de Nuit, Frederic Malle Musc Ravageur

Cieszę się ogromnie i nie mogę się doczekać kolejnych wolnych dni na testy 🙂

Pomadki z Silk Naturals… i nasza Celia na koniec ;)

Uświadomiłam sobie, że mam sporo pomadek z Silk Naturals, których również tutaj jeszcze nie pokazywałam. Z racji tego, że były one już używane, to oszczędzę Wam widoku używanych kosmetyków (sama nie cierpię oglądać takich zdjęć, na których widać wyraźne ślady użycia, a wierzcie mi, na tych pomadkach widać). Jako iż nie prezentują się one na tyle dobrze, by móc zrobić ich zdjęcia (były noszone w torebkach, kosmetyczkach i innych miejscach, co spowodowało powycierania się napisów na etykietkach i nie wygląda to zbyt estetycznie – myślę nawet nad pozdzieraniem tych etykietek i zastępieniu ich czymś, ale póki co jeszcze tego nie zrobiłam).

Do rzeczy… Pomadki z SN lubię. Może nie rzucają na kolana ani trwałością, ani jakością, ale moim skromnym zdaniem są całkiem przyzwoite. Na tyle, by przy każdych zakupach praktycznie wrzucać jakiś odcień do koszyka. I tym oto sposobem w moim posiadaniu znalazły się:

(część była tu już wcześniej opisywana, ale żeby uporządkować to jakoś, to wstawię tu zdjęcia wszystkich posiadanych obecnie przeze mnie odcieni)

Na zdjęciach : Skinny Dip, Sweet Nothing, Seedy, Autumn Ember, Winter Rose, Mirabelle, Cultured, Bisou, Ceylon Spice, Maiden, Birthday Suit, Negligee, Bombshell

(inne odcienie, np. Precious, Pout, Bloom ktore posiadałam niestety gdzieś wcięło. Najprawdopodobniej są w jakiejś letniej torebce albo kosmetyczce, ale z racji tego, że po przeprowadzce sporo rzeczy wciąż w kartonach gdzieś spoczywa, to nie jestem w chwili obecnej w stanie ich namierzyć; ale przynajmniej 2 z tych zaginionych ocieni na pewno gdzieś na blogu się znajduje)

Ciekawym jest to, że ust nie maluję prawie nigdy, a pomadki jakoś ciągle kupuję.. Tylko po to, by się chwilę nimi pozachwycać, pooglądać i wrzucić gdzieś do którejś torebki 🙂 A i tak od lat wierna jestem jednym – Artdeco Gourmet Gloss oraz Artdeco Glossy Lip Care. Niestety, są one coraz trudniej dostępne i zastanawiam się, co będzie, gdy ich zabraknie…

Za co lubię pomadki Artdeco? Gourmet Gloss to seria zapachowo-smakowych pomadek nawilżających pozostawiających delikatny połysk na ustach i bardzo delikatny, transparentny kolor, dająca efekt lekko wilgotnych ust. Idealna do szybkich makijaży, do poprawek w ciągu dnia bez użycia lusterka. Nie wysusza, nie ściąga, jest dość trwała jak na tego typu kosmetyk no i przede wszystkim jej smak nie przeszkadza nawet mężczyznom, którzy generalnie nie przepadajają za szminkami na ustach kobiet 🙂 Dostępna w 8 kolorach, każdy w innym smaku (z filtrem SPF8) Moje ulubione to Champagne Fizz (bezbarwna z subtelnymi drobinkami o smaku i zapachu szampana) oraz Blackberry Mousse (delikatna jeżyna)

Z kolei Glossy Lip Care to 8 pomadek bardzo nawilżających, w delikatnych, przejrzystych odcieniach, bardziej pielęgnacyjne niż koloryzujące. Uwielbiam je za delikatny efekt i fakt, że nie sposób sobie nimi zrobić krzywdy. Rozprowadzają się mięciutko, gładko, idealnie równo pokrywają usta taflą lśniącego odcienia, a po zniknięciu zostawiają skórę ust bardzo delikatną i miękką. Niestety, mój ulubiony odcień z tej linii (glossy raspberry pink) jest praktycznie nie do zdobycia 😦 Ale za to nr 18 (medium beige) też nie jest zły. Podobnie jak 36 (Medium Rose), który jest chyba najbardziej uniwersalnym odcieniem.

Obecnie pomadki są trudne do zdobycia, a jeżeli już, to w bardzo okrojonej gamie kolorystycznej. Z pewnością wciąż można je kupić w Kremotece

Ostatnio na blogu Reni przeczytałam o nowych pomadkach naszej rodzimej Celii, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż nie mam zbyt pozytywnych skojarzeń z tą marką (może dlatego, że wciąż pamiętam PRL-owski niezbędnik każdej kobiety, czyli szminki Celii w brązowej oprawie i koszmarnym zapachem w komplecie 😉 :

(zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi ze strony http://www.spodlady.com – swoją drogą, wszystkim osobom 30+ zdecydowanie polecam zerknąć do tego sklepu, przywołanie wielu wspomnień gwarantowane; niewykluczona również łezka w oku 🙂 )

Wracając jednak do teraźniejszości… Celia proponuje nam linię nowych nawilżających pomadek łączących w sobie zalety pomadki i błyszczyka o właściwościach pielęgnujących. Brzmi ciekawie. Jak wygląda w rzeczywistości? Recenzja już za jakiś czas, gdyż oczywiście nie mogłam sobie odmówić i zamówiłam kilka odcieni 🙂

 

 

Na koniec kilka innych ujęć pomadek Silk Naturals :

 

Kremowych róży Silk Naturals ciąg dalszy…

Dalsza część wczorajszego posta o kremowych różach z Silk Naturals. Nosiłam je dzisiaj cały dzień i nasunęło mi się kilka spostrzeżeń:

  • kolory mimo iż teoretycznie inne, to po roztarciu na skórze wyglądają bardzo podobnie. Do tego stopnia, że mając na jednym policzku Devoted, a na drugim Cherish nie tylko ja nie byłam stwierdzić, który jest który, ale i pytane osoby nie zauważały żadnej różnicy między nimi 🙂
  • trwałość – nie wiem dlaczego wczoraj było lepiej. Być może to kwestia podkładu, bo wczoraj nosiłam LaurEssa, a dzisiaj MEOW, ale nie wytrzymały całego dnia. O ile Devoted jeszcze do tej pory jest lekko widoczny, o tyle po Cherish nie został nawet ślad 😦
  • po całym dniu noszenia na razie nie widzę żadnej kaszki na policzkach, żadnego podrażnienia i mam nadzieję, że tak zostanie 😉 Co prawda miałam opory przed użyciem dzisiaj ponownie tych próbek, bo wpakowałam wczoraj do nich paluchy przy robieniu swatchy, ale mam nadzieję, że przez jeden dzień nie zdążyło się tam rozwinąć niewiadomo jakie siedlisko bakterii i że nie skończy się jakimś wysypem …
  • nadal potwierdzam to, co pisałam wczoraj – róże rozprowadzają się naprawdę łatwo i nie odnotowałam żadnych trudności z ich aplikacją. Na innym podkładzie niż wczoraj rozprowadziły się tak samo dobrze.

Zdjęcia Cherish na policzku (u mnie róż na monitorze jest widoczny, ale podejrzewam, że nie u wszystkich będzie 😦 )

Zdjęcia Devoted na policzku

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Podkład : MEOW Purrrfect Puss 3-Naughty Korat (choć mogłam wybrać podkład z nieco lepszym kryciem 😦 )

Róż : Silk Naturals Creamy Blush Devoted na jednym policzku, Cherish na drugim

Oczy : Paleta Urban Decay – Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Last Call, Chopper – choć i tak na zdjęciach ich nie widać 😉 )

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Tusz : Clinique High Impact

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz

Zrobiłam trochę nowych swatchy tych różów SN na ręce, ale są jeszcze gorsze niż wczoraj 🙂 Spieszyłam się rano i jakoś nie mogłam zrobić żadnego sensownego ujęcia. W dodatku słońce się schowało, jak na złość w momencie, kiedy robiłam zdjęcia nagle zrobiło się szaro, ponuro i ciemno. A za chwilę baterie w aparacie się skończyły… Widocznie nie dane mi zrobić lepszych zdjęć tych róży… Są, jakie są, wklejam i tak 😉

 

Kremowe róże Silk Naturals, czyli skarby nieodkryte przez pół roku :)

Jak już wczoraj pisałam, nadszedł czas, by zrobić porządek z toną kosmetyków i ich próbek zalegających w szafkach, szufladach i innych miejscach. Kosmetyków, które leżą i czekają na to, by w końcu je przetestować. Do nich należą właśnie 3 próbki różów w kremie Silk Naturals, które zakupiłam … latem ubiegłego roku i do wczoraj nie znalazłam ani czasu ani chęci, by je przetestować. Nadszedł w końcu jednak czas, by zdecydować – wyrzucić i zapomnieć czy … No właśnie. I o tym będzie w dalszej części dzisiejszej notki.

Silk Naturals Creamy Blushes – kremowe róże z Silk Naturals

Co mówi sama Karen o tym produkcie?

The cream blushes are very very pigmented.  All you need is a tiny little dot to do the job.  They blend easily with your fingers, and work perfectly with our mineral foundations.

You'll receive a 2 gram pot of blush- it's a ton- really.  You'll be begging me for smaller packaging in about 6 months.  Technically there is an indefinite shelf life, but because cyclomethicone evaporates- I'm going to say a year, maybe a little more. Samples are a few drops in a pod- it's not an exact amount, but it's enough to give it a try for a few days.

Co w dowolonym tłumaczeniu na język polski oznacza mniej więcej :

Kremowe róże są bardzo, bardzo napigmentowane. Dosłownie odrobinka wystarczy, by osiągnąć pożądany efekt. Z łatwością możemy aplikować je za pomocą palców i świetnie współgrają z naszymi mineralnymi podkładami. Otrzymasz 2 gramowy słoiczek różu – to naprawdę ogromna ilość. Za około pół roku będziecie prosić o mniejsze opakowania 🙂 Technicznie rzecz biorąc, termin ważności jest nieokreślony, ale z powodu ulatniania się cyklometikonu – przyjmijmy, że jest to około roku, może nieco więcej. Próbki to kilka kropli w pudełeczku – nie jest  to wielka ilość, ale z pewnością wystarczająca na kilka dni testów

Tyle od producenta tego kosmetyku. Jak to wygląda w praktyce?

Do różów w kremie podchodzę jak pies do jeża. Nie mam przekonania jakoś. Najpierw oglądam, kombinuję, zastanawiam się, a potem zawsze kończy się tym samym – nie chcę, nie umiem, nie będę. Zawsze wydawało mi się, że nałożenie czegoś takiego to wyższa szkoła jazdy, do której ja niestety jeszcze nie dorosłam. I pewnie tak jest. Nie mniej jednak, w przypadku kremowych róży z Silk Naturals, nałożenie ich na skórę okazuje się dziecinnie proste. Nawet ja, kompletne beztalencie w tym temacie, nie tylko nie zrobiłam sobie plam, smug i innych mało atrakcyjnych wpadek, ale wręcz zdziwiłam się, z jaką łatwością operujemy takim kosmetykiem.

Wystarczy odrobina nabrana na palec (ja testowałam próbkę, więc pozwoliłam sobie zrobić to paluchem z racji tego, że i tak jej więcej nie użyję, ale w przypadku pełnowymiarowego opakowanie niezbędne chyba będzie znalezienie innego sposobu aplikacji) i wklepana w skórę delikatnymi ruchami, wręcz opukując ją tylko delikatnie opuszkami palców, leciutko, naprawdę leciutko rozcierając równomiernie róż w różnych kierunkach, dała tak fajny efekt, że nabrałam ochoty na więcej testów..

Bałam się nieco aplikacji na podkład mineralny, bo powszechnie wiadomo, że kremowe/płynne kosmetyki lepiej jednak jest nakładać na podkład tradycyjny, ale okazało się, że niepotrzebnie. Nic się nie pościerało, nie rozmazało. Myślę, że sekret tkwi w bardzo delikatnej i lekkiej aplikacji – żadnego mocnego rozcierania, odrobina kosmetyku i dużo leciutkiego i szybkiego wklepywania.

Po całodziennym noszeniu zaskoczona jestem tym, że nic nie spłynęło, róż utrzymał się praktycznie w niezmienionym stanie, nie miałam konieczności poprawek.

Niestety, róże te mają jedną, poważną dla mnie wadę – skład 😦 Woski w składzie to nie jest to, co ja lubię najbardziej, Z tego też powodu, nawet jeżeli się zdecyduję na zakup pełnowymiarowego opakowania, to różu takiego używać będę sporadycznie. Również Cyclomethicone (silikon) w składzie może być przeszkodą nie do pokonania dla niektórych. Dla mnie nie, moja skóra na silikony nie reaguje w żaden sposób, więc cyklometikon mi osobiście zupełnie nie przeszkadza. Olej kokosowy z kolei … Hmm.. fanką nie jestem, ale też na mojej liście "UNIKAĆ!" się nie znajduje 😉

Z racji składu, otrzymujemy również termin ważności – ok. roku, może trochę dłużej. To zdecydowanie zbyt mało, jak na pełnowymiarowy produkt. Niemożliwym jest praktycznie zużycie takiej ilości różu w tym czasie (choć oczywiście "dla chcącego …."). Z tego też powodu poważnie zastanawiam się nad zakupem. Z jednej strony efekt jest naprawdę śliczny – delikatny, dziewczęcy rumieniec niesamowicie ożywiający karnację i dodający takiej zdrowej świeżości, a z drugiej – skład i pojemność …

Próbka spokojnie wystarcza na kilka – kilkanaście aplikacji (ja użyłam na oba policzki, zrobiłam kilka różnych maźnięć na ręce, a ubytek naprawdę niewielki). Otrzymujemy ją w zamykanym płaskim pojemniczku (charakterystycznym dla Silk Naturals). Wydaje się być odrobinką, która do niczego się nie przyda, ale jej wydajność jest zadzwiająco spora. Zdecydowanie jest to ilość wystarczająca, by się przekonać, czy odpowiada nam taka forma kosmetyku, czy też nie.

Skład : Fractionated Coconut Oil, Cyclomethicone, Candelilla Wax.  Also contains:  Mica, Iron Oxides, Titanium Dioxide, Tin Oxide

Cena : próbka 0,99$, 2 gramowe pudełeczko 6,5$

Odcienie :

  • Forever – kremowa wersja Stardust (choć Karen dodaje, że to najbliższa wersja Stardusta jaką udało jej się osiągnąć, z racji tego, że mokre i suche pigmenty zachowują się kompletnie inaczej). Opisywany jako błyszczący róż z odrobinką brzoskwini.
  • Cherish – to brat Genuine (pomadka SN z serii Vegan Kisser Slicker- Gloss Stix). Odcień błyszczącej róży, nie za jasny, nie za ciemny, po prostu idealna świeżość różanego koloru. Ja do róży od siebie dodałabym jeszcze kapkę wiśniowych tonów, które dostrzegam w tym odcieniu (ale być może to luźne skojarzenie z pierwszymi literami słowa "cherish" zasugerowały mi zobaczenie takich tonów ;D)
  • Devoted mój zdecydowany faworyt z całej trójki. Odcień błyszczącego, lekko różowego korala. W pudełeczku wygląda nieco przerażająco, ale roztarty na skórze, wcale już taki nie jest. Nadaje za to niesamowitej świeżości, lekkości. Wspaniale likwiduje oznaki zmęczenia na twarzy i sprawia, że nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, twarz nabiera zdrowego i promiennego wyglądu.

Zdjęcia (robione w słoneczny dzień, w świetle dziennym w słońcu, bez użycia lampy)