Brwi… temat rzeka ;)

O brwiach mogłabym pisać i pisać. To mój słaby punkt i coś, co przyprawia o wściekłość za każdym razem, gdy próbuję ten temat ugryźć.

Lata wyrywania brwi ( ok.15 lat takiego traktowania) i nadawania im kształtu cienkich nitek nie przeszły bez echa. Zostawiły po sobie pamiątkę w postaci lichych, sterczących w różne strony brwi, które choćbym na uszach stawała, za nic nie chcą rosnąć.

Kuracje, jakie im zafundowałam kosztowały mnie już tyle, że nawet boję się podliczać. I co? Nic. Kompletnie nic. Próby z olejkiem rycynowym pieczołowicie wsmarowywanym w brwi ( i rzęsy przy okazji) przez długie miesiące, chyba większość dostępnych na rynku odżywek (od Pierre Rene, Celię i Oriflame zaczynając, na kapsułkach Gal kończąc), w akcie desperacji nawet po wspominany na LU Atrederm (!) sięgnęłam. O Talice, RefectoCilu  i innych wynalazkach nawet nie wspomnę. I choć czasem coś tam w tym temacie zaczynało się dziać, brwi jakby zaczynały kiełkować, to jednak w pewnym momencie zaliczałam STOP i ani mm więcej. W najlepszym wypadku coś tam urosło, ale raczej jakieś pojedyńcze kiełki i nie w tym miejscu,w  którym bym sobie tego życzyła. I tak jest do dzisiaj …

Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z tym, że marzenie o pięknych łukach brwiowych może się nigdy u mnie nie spełnić. I choć Matka Natura nie była dla mnie łaskawa w tym temacie, to na co dzień staram się ją delikatnie oszukiwać.

I tu z pomocą przychodzą mi :

Cienie i inne kosmetyki do brwi

Oczywiście zanim zaczęłam używać mineralnych proszków przeszłam przez te tradycyjne, dostępne w drogeriach i nie tylko. Do moich ulubionych należały m.in.

(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tym zestawieniu pochodzą ze stron producentów i nie są moja własnością)

 

Sephora Eyebrow Palette – paleta do brwi z dwoma odcieniami brązu i woskiem do układania (niestety, została chyba wycofana, bo już dawno jej nie widziałam w Sephorze). Używałam tylko ciemniejszego odcienia. Wosk kompletnie nieprzydatny dla moich cienkich nitek był 🙂

Essence Eyebrow Stylist Set (Zestaw do stylizacji brwi). Koszmarne opakowanie, koszmarny pędzelek, koszmarna jakość wykonania (opakowanie rozleciało się w pierwszym tygodniu użytkowania). Na plus- ciemniejszy odcień brązu bez wybijających się czerwonych tonów, cena, dostępność.

The Body Shop Brow & Liner Kit – długo był moim ulubieńcem. Cienie osadzały się na brwiach a nie na skórze, więc efekt był bardzo naturalny, przyjemne, estetycznie wykonane i dość trwałe opakowanie z lusterkiem, wybór odcieni (dostępne były chyba 3 albo 4 zestawy, dokładnie już nie pamiętam).

Hmm… Właściwie to… zatęskniłam za nim, gdy już sobie o nim przypomniałam znowu 🙂

Oriflame Brow Perfection Gel (żel upiększający brwi) – zużyłam chyba z 5 sztuk tego żelu. Bardzo ładnie podkreślał brwi jednocześnie je układając, ale  nie sklejając ich, odcień bez grama czerwieni, łatwy w aplikacji (jedno machnięcie szczoteczką i gotowe). Niestety, największym problemem dla mnie była wydajność – przy codziennym użytkowaniu po 3 jego jakość zaczynała się pogarszać i musiałam wymieniać na nowy. A czekanie i zamawianie z katalogu to było ponad moją cierpliwość 😉

Potem nastała ERA MINERAŁÓW 😉 i oczywiście poszukiwania idealnego cienia do brwi w tej kategorii. Oj, nie było łatwo. Przetestowałam naprawdę wiele. Naprawdę. I większość była albo za ciemna, albo za jasna, albo zbyt intensywna, albo znowu za mało wyrazista, za ruda, za szara…

Na szczęście udało mi się znaleźć ideał w tej kategorii. O nim jednak w kolejnej części tego posta. Tam również znajdzie się to, co zostało mi w domu po testach i poszukiwaniach i co ostało się tylko dlatego, że takich odrobinek proszku nie wypadało nikomu oddać, a wyrzucić… jakoś szkoda ;), albo dlatego, że do mnie za bardzo nie pasują, ale zdarza mi się malować inne osoby i dla nich akurat są jak znalazł 🙂

Zapraszam jutro 🙂 Zdjęcia mam zrobione, z tym że muszę je obejrzeć w świetle dziennym i sprawdzić, czy w miarę wiernie oddają rzeczywiste odcienie 🙂

Jutro więc – post CZYSTO MINERALNY 🙂 A w nim – cienie do brwi MEOW, Lucy Minerals, Everyday Minerals, Silk Naturals.

W skrócie

Jak wiecie, z regularnym pisaniem na blogu mam spore problemy. Nie dlatego, że mi się nie chce, nie dlatego, że nie lubię, nie dlatego, że nie mam o czym. Wręcz przeciwnie. Ale przeszkodą jest zwykły brak czasu i często muszę wybierać między tym, co zrobić powinnam, a tym, co zrobić chciałabym.

Wiem, że piszecie do mnie sporo maili, przepraszam, że nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Za wszystkie dziękuję i w miarę możliwości staram się odpisywać.

Bardzo często w Waszych mailach pojawiają się pytania o to, czy planuję jakieś giveawaye z okazji osiągnięcia jakiejś tam liczby obserwatorów czy wyświetleń bloga. Hmm… Tu pojawia się dość delikatna kwestia. Nie chciałabym nikogo  urazić, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem całą tą modę na tego rodzaju akcje polegające na tym, że żeby wziąć udział w konkursie, należy obserwować bloga, dodać link w blogrollu i inne rzeczy.

Ale  ja pewnie za stara jestem na takie coś (i z promowaniem samej siebie zawsze też byłam lekko na bakier, a zazdroszczę ogromnie tym, którzy potrafią to robić. Szczerze i bez ironii. Naprawdę. Tylko, że ja tak nie umiem. Ale przeciwko takim akcjom nie mam zupełnie nic, tylko ja się do tego nie nadaję )  Tym bardziej cieszy mnie fakt, że 100 osób obserwuje mojego bloga dlatego, że po prostu chce to robić.

Dziękuję Wam bardzo :*

Mam za to inną wiadomość – niedługo na blogu  pojawi się konkurs sponsorowany przez jedną z mineralnych marek. Mam nadzieję, że znajdą się chętni, żeby wziąć w nim udział 😉 O szczegółach  poinformuję w odpowiednim czasie 🙂

A w nieco bliższej przyszłości, czyli plan na następny tydzień 🙂

Contradiction by Calvin Klein czyli recenzja kolejnych perfum ;)

Minerały w akcji czyli kolejna domowa sesja z Martą

Ostatnie dni obfitowały w makijażowe próby (głównie dlatego, że szukamy nowego odcienia podkładu dla Marty ;). A skoro makijaże, to i zdjęcia. A jak zdjęcia, to i nowy post.

Jutro go uzupełnię i podam pełną listę użytych kosmetyków, dzisiaj tylko krótka zapowiedź i kilka fotek :

Marta przed wykonaniem makijażu :

Marta pół godziny później 🙂

Marta to jedna z moich ulubionych „modelek”. Z racji pobytu w Polsce akurat bez najmniejszych oporów dała się namówić na kolejne sesje makijażowo-fotograficzne. Już jakiś czas temu udało mi się ją zarazić moją minerałową pasją, więc gdy okazało się, że używany przez nią do tej pory podkład się kończy a do tego jest ciut za ciemny, to rozpoczęłyśmy fazę codziennych testów i poszukiwań.

Do tej sesji (oczywiście „sesja” to tylko domowe wygłupy – co będzie widać później, gdy dodam zdjęcia dodatkowe) wykorzystałam kosmetyki :

– krem Mineral Flowers Day Cream do cery mieszanej i normalnej

– podkład LaurEss Radiant Gold Minimalist (3 cienkie warstwy nałożone na sucho i spryskane hydrolatem po każdej warstwie)

– jako korektor – podkład Lucy Minerals Creamy Olive, pod oczami żółty korektor Pixie plus odrobina różowego (również Pixie)

– baza pod cienie MEOW iprime

– cienie : Everyday Minerals Snowflake, Sleigh Ride, Monsoon, Silk Naturals Vanilla

– liner Mad Minerals Liner Chocolate Mousse

– brwi Medium Ash Silk Naturals

– tusz Max Factor Masterpiece

– pomadka Silk Naturals Birthday Suit (? napisy się starły 🙂 ) plus błyszczyk Silk Naturals Lola

Dodam tylko, że zdjęcia Marcie wcale nie jest łatwo robić, gdyż nasze sesje najczęściej wyglądają tak :

czyli – zamknięte oczy, zmarszczone powieki, zmarszczki mimiczne i absolutny brak kontroli nad ustawieniami do zdjęć 🙂

Ale za to bawimy się przy tym całkiem nieźle, a przecież głównie o to chodzi 😉

Kilka dodatkowych fotek na dowód tego, że nawet mając ponad 100 zdjęć na karcie, ciężko jest wybrać takie, gdzie widać makijaż 😀

Wykańczanie Pure Luxe :)

Jakiś czas temu pisałam o powodach, dla których nic więcej z Pure Luxe kupować nie będę.

Co jednak zrobić z tym wszystkim, co już zostało zakupione? Wyrzucić? Trochę bez sensu (zwłaszcza, że powód dotyczy zakupów a nie używania kosmetyków PureLuxe). Oddać?  Próbki głównie kupowałam, więc jakoś tak głupio komuś takie resztki oddawać. Trzeba zużyć 🙂 Nie ma innego wyjścia.

No więc dzisiaj z koleżanką doszłyśmy do wniosku, że wykończymy jeden z najlepszych cieni Pure Luxe – Faceted.

Odcień, który na chłodnej, przydymionej różowej pudrowej bazie mieni się mnóstwem innych tonów – miedzią, złotem, fioletem, czerwienią. Piękny. To trzeba przyznać.

Najładniej wygląda położony na ciemnej, czarnej bazie. Niestety, musiałyśmy dzisiaj jeszcze wyjść do ludzi i o ile małe blink blink na oczach dopuszczalne było, o tyle mega błyszczący makijaż mógłby być lekko nie na miejscu 🙂

Zdjęcia moje robione w świetle dziennym (jeszcze się załapałam), natomiast Marty w oświetleniu sztucznym (i lustrzanką – poza jednym, oko nr 2 😉 )

(oko Marty fotografowane lustrzanką)

Do makijażu użyłam (w obu przypadkach, czyli do pomalowania mnie i siebie), prawie identycznych kosmetyków :

  • podkład Lucy Minerals Creamy Bisque/Creamy Olive (zmieszany)
  • baza pod cienie MEOW iprime
  • cienie : Pure Luxe Faceted, Everyday Minerals Fresh (właściwie to korektor użyty pod łukiem brwiowym), Silk Naturals Idolize, Everyday Minerals Little Black Dress
  • Mad Minerals Liner Chocolate Mousse
  • tusz do rzęs Maybelline Colossal
  • brwi ( u mnie porażka, wzięłam nie ten cień, a zreflektowałam się dopiero po zrobieniu zdjęć, że coś jest nie tak i że jakieś nie-teges są ;/. Zamiast Medium Ash z Silk Naturals sięgnełam po Neutral Brow z Lucy Minerals), u Marty właściwy czyli Silk Naturals Medium Ash

Ja:

(niestety, wszystkie zdjęcia, na których się choć trochę uśmiecham, wyszły nieostre, więc znowu wyglądam jakbym była wiecznie naburmuszona :D)

Marta:

 

(oko Marty fotografowane zwykłą cyfrówką)

Więcej sesji z MARTĄ znajdziecie TUTAJ (serdecznie zapraszam). Ta dzisiejsza wypada dość blado, bo makijaż był robiony głównie do zabawy a nie do pokazywania 🙂 Nie był położony nacisk na zatuszowanie wszystkich niedoskonałości, na perfekcyjne wykonanie. Wiem, że to widać, ale trudno… 😉 )

Wigilijny makijaż…

Dzisiaj w skrzynce mailowej znalazłam pytanie o to, jaki makijaż miałam wczoraj 🙂 No cóż, wstyd się przyznać, ale nie popisałam się makijażowo w tym jednym z najważniejszych dni w roku. W  tym roku postawiłam głównie na usta i na kolor na nich. Oczy maznęłam 3 odcieniami beżu, brązu, zgniłej zieleni.

Moja cera akurat miała nieco lepszy okres, gdy nie musiałam używać podkładu, więc twarz pokryłam jedynie pudrem matującym.

Do makijażu na zdjęciu wykorzystałam :

  • puder matujący Kaolin Powder Soft Bronze Everyday Minerals
  • róż E.L.F Cosmetics Blushing Rose (wraz z zimową porą wrócił do moich łask 🙂
  • cienie : Everyday Minerals Fresh (to raczej korektor niż cień- pod łukiem brwiowym i w wewnętrznym kąciku), Lover's Lane, cień zielony z paletki Urban Decay
  • brwi i dolna kreska – Lucy Minerals  Neutral Brow Powder
  • tusz Clinique High Impact
  • pomadka Silk Naturals Mirabelle plus błyszczyk Silk Naturals Lola
  • lakier do paznokci Wibo Extreme Nails (numer nie do odczytania, ale z pewnością znajdziecie ten odcień na blogu Sabbathy, bo tam go wypatrzyłam 😉

Niech no się już skończy!

Eh, ten rok zdecydowanie do najbardziej udanych nie należy…

Ciągle wiatr w oczy i same przeszkody z każdej strony. Nic nie idzie tak, jakbym sobie tego życzyła. Teraz dopadło mnie ostre zapalenie spojówek i przymusowy odwyk od komputera przez długi czas. I tym samym brak możliwości naskrobania nowych postów.

Zdjęć też nie miałam jak porobić żadnych. Więc dzisiaj tak kompletnie z innej bajki 🙂
Mój minerałowy apetyt został chyba solidnie nasycony, bo już dawno nie spotkałam nic, co by mnie kusiło w tym temacie. Naprawdę. Żaden kosmetyk mineralny nie wzbudza obecnie mojego zainteresowania (całe szczęście, że zapasów mam sporo do opisania, bo blog by umarł śmiercią naturalną 😉 )

Za to jest kilka rzeczy, którym wiem, że się nie oprę i prędzej czy później znajdą się w moim posiadaniu.

Oto rzeczy, które są obecnie na mojej liście zakupowej :

(wszystkie zdjęcia zaczerpnięte ze stron producentów z pozostawieniem odnośników do miejsc, skąd zostały pobrane.)

I tak na wszelki wypadek dopiszę, że wszystkie opinie są moje, nie jestem sponsorowana przez żadną markę/firmę/osoby prywatne w celu wygłaszania komentarzy ani promowania konkretnych produktów – czyli dokładnie tak, jak zawsze )

 

1. Dermarollery ze sklepu Kosmetyki Naturalis :

 

DERMAROLLER DTS - 540 cienkich igiełek - WYSTARCZY 7 MINUT  Cena: 185.00 złDERMAROLLER DTS WĄSKA GŁOWICA - PIELĘGNACJA OKOLIC OCZU

 

Właściwie to najchętniej nabyłabym wszystkie trzy (tak ładnie wyglądają), ale póki co ograniczę się chyba tylko do rolki z wibrującą głowicą. Podobno jej stosowanie jest znacznie bardziej komfortowe, gdyż ból jest nieporównywalnie mniejszy i praktycznie całkiem wyeliminowany. Do tego można za połowę ceny dokupić głowice o różnej długości igieł i mieć komplet do różnorakich zastosowań.

Zdecydowanie rozważam zakup 🙂

 

 

2. Pędzle Pixie Cosmetics w nowej szacie graficznej.

Co prawda dopiero co skończyłam wystawianie aukcji i pozbywanie się nadmiaru pędzli (sprzedałam 43 sztuki, a nadal mam ich całkiem sporo, więc to chyba najlepiej świadczy o tym, jak bardzo przeholowałam z zapasami 🙂 ), ale te nowe pędzle są tak urocze, że nie wiem, czy uda mi się im oprzeć.

Dodatkowo, oprócz estetycznej szaty graficznej, wg opisu posiadają gęstsze włosie, dzięki czemu aplikacja makijażu jest nie tylko jeszcze przyjemniejsza i bardziej precyzyjna, ale również powoduje, że zwiększa się krycie podkładu, jaki używamy.

3. Paleta cieni NYX z kolekcji NYX 10 Color Shadow Runway Collection , Caviar & Champagne

Mimo tego, że używam głównie mineralnych cieni, to palety cieni tradycyjnych wciąż w mojej kolekcji są i nie mam zamiaru się ich pozbywać (na szczęście z tradycyjnych cieni nie musiałam zrezygnować tak, jak z drogeryjnych podkładów czy różów). Mało tego, mam zamiar w końcu nieco nadrobić zakupy w tym temacie i wiem, że na pierwszy ogień pójdzie właśnie ta paletka.

Polecam zakup ze strony, do której prowadzi obrazek, gdyż cena tam jest znacznie przyjaźniejsza niż na Allegro (w chwili obecnej niecałe 24 zł, gdy na Allegro osiąga koło 50-ciu ten konkretny zestaw). a poza tym wysyłka jest dość szybka i tańsza niż z Cherry Culture (i nigdy, odpukać, mi jeszcze nie zaginęła, czego nie mogę powiedzieć o zakupach z CC)

Dlaczego właśnie te cienie? Bo cieszą się chyba największą popularnością ze wszystkich rodzajów z tej kolekcji. Podobno są idealne do dziennego makijażu, pięknie się rozprowadzają, dyskretnie rozświetlają oko i są generalnie całkiem dobrej jakości (a z NYX-em  jak wiadomo, różnie bywa – część kolorów jest bajeczna, natomiast część to kompletna pomyłka, czyli generalnie spora loteria).

Czy tak jest rzeczywiście? Mam zamiar już niebawem się przekonać 😉

 

4. Kolejna paletka na mojej liście "muszmieciów" to jedna z najbardziej poszukiwanych  obecnie paletek amerykańskiej marki z niższej półki (cena za cienie ok. 15 zł w przeliczeniu z $).

Mowa o Wet n Wild Color Icon Night Elf Palette

(na zdjęciu paleta w odcieniu Pride, gdyż Night Elf na stronie producenta już nie ma 😦 )

 

Paletka wygląda dość niepozornie, ale po swatchach wyraźnie widać, że kolory są nie tylko dość nietypowe jak na markę drogeryjną (czerwień w paletce plus cień duochrome), ale również mocno napigmentowane i całkiem dobrze się blendujące. Nie robiła na mnie jednak większego wrażenia, dopóki nie obejrzałam kilku makijaży z jej użyciem.

A zakochałam się w niej i szczerze zapragnęłam po obejrzeniu filmiku z makijażem nią zrobionym w wykonaniu Candie

Niestety, to limitowana edycja świąteczna i nie wiem, czy uda mi się ją gdzieś zdobyć 😦

5. Rebel Nails czyli coś, co kompletnie do szczęścia potrzebne mi nie jest, ale łazi za mną od jakiegoś czasu i podejrzewam, że się nie odczepi, dopóki nie kupię 😉 Rebel Nails to tańszy odpowiednik Minx Nails, które chyba są dostępne jedynie w salonach kosmetycznych i ich ceny nie są zbyt przyjazne. (Minx Nails to cienkie kawałki foli pokryte warstwą kleju od spodu, które przymocowuje się do paznokcia za pomocą ciepła. Nie niszczą paznokci, nie odpryskują podczas zmywania, kąpieli i innych codziennych zajęć), a trzymają się do 10 dni (na stopach dłużej). Oczywiście nie jest to propozycja skierowana do fanek samodzielnego zdobienia pazurków, ale dla takich lewych łap w tym temacie jak ja, zdecydowania kusząca.

Rebel Nails oferuje mnóstwo wzorów, choć mnie osobiście najbardziej kuszą te metaliczne – złote bądź srebrne 😉

(BTW – temat Minxowych paznokci był wielokrotnie poruszany na wielu forach i swego czasu budził wiele kontrowersji – że pójście na łatwiznę, że mało oryginalne, że lepiej samemu popracować przy paznokciach. Ok, pewnie, że tak (choć ja i tak do cyrkonii i innych udziwnień pt tipsy się nigdy nie przekonałam). Ale co mają zrobić osoby z kompletnym brakiem talentu w tej dziedzinie i w dodatku z brakiem czasu na latanie do kosmetyczki? (niech mi ktoś znajdzie taką, która przyjdzie do mnie o 23- ciej, kiedy mam w końcu chwilę, by usiąść i odsapnąć i zrobi mi manicure 😉

Jak wyglądają Rebel Nails (oczywiście tylko jeden z wybranych typów) można zobaczyć m.in.

TUTAJ

albo

TUTAJ

albo obejrzeć filmiki na YouTube:

TUTAJ

. A wszystko przez Viollet!, czyli mam winowajcę mojej kolejnej pozycji na liście zakupowej 🙂 Tak pięknie rozwodziła się na temat miodowych nut w Ginestet – Botrytis, że zapragnęłam go mieć. I to jeszcze zimową porą, coby go należycie docenić (bo jakoś takie zapachy z upalnym latem mi się średnio pozytywnie łączą)

Co prawda trochę mnie zniechęca prawdopodobne podobieństwo do Escady Collection, ale może ja się go jednak w tym zapachu nie doszukam? Z tą nadzieją pakuję Botrytisa na listę zakupową 😉

 

A Wy? Macie swoje listy zakupowe na następny miesiąc/rok?

A może próbowałyście już czegoś z mojej listy i macie swoje zdanie na ten temat?

Lepiej późno niż wcale… chyba :)

Jak zwykle u mnie – z lekkim poślizgiem obiecane swatche i zdjęcia cieni Silk Naturals z kolekcji Fall 2010 Tweeds

Niestety, aura niesprzyjająca robieniu dobrych zdjęć, więc zdjęcia jakie są – każdy zobaczy 🙂

Jedna mała uwaga – nie mam pojęcia, dlaczego zapomniałam o polskich podpisach … Kompletnie bez sensu, ale szczerze mówiąc, nie mam już sił tego poprawiać.

Więc dla ogólnej wiadomości 😉

– with no eyeshadow primer = bez bazy, cień nałożony na gołą skórę

– with MEOW i-prime = cień został nałożony na bazę pod cienie MEOW

Doszłam jednak do wniosku, że nie wypada już dłużej zwlekać z pochwaleniem się tym, co dostałam, więc… voila! –  jesienna kolekcja cieni Silk Naturals.

Pierwszy z nich to York. Dziwny odcień. Naprawdę. Właściwie znajdziemy w nim wszystko, czego chcemy się dopatrzeć. Z definicji to szary z kapką niebieskości i jasnym beżem w tle podbity złotymi refleksami. Brzmi nieźle, ale w rzeczywistości on taki jakiś… ja wiem? niewydarzony 🙂 (BTW – ciekawe jak translator google przetłumaczy to zdanie, aż z ciekawości zajrzę później :D)

Taki trochę rozmyty, nieśmiały i jakiś taki jakby niedokończony. Jakby nie mógł się zdecydować, jakim odcieniem tak naprawdę chce być. A do tego wyjątkowo niefotogeniczny.

Kolejnym odcieniem, jaki do mnie przywędrował jest Inverness. Nie mam pojęcia czemu nie mogę go odnaleźć na stronie SN. Po swatchach kolekcji na stronie SN wyraźnie widzę, że nic nie pomieszałam i on rzeczywiście wchodzi (-ł?) w skład Fall 2010 Tweeds. Obecnie go jednak nie widzę i wyszukiwarka też go nie znajduje. Dziwne. W każdym bądź razie Inverness to kolejny odcień zdecydowanie niejednoznaczny i mało wibrujący. Stonowany, lekko zszarzały, przekwitły już bez i zatopione w nim złote iskierki, które ocieplają i przełamują chłód tego koloru.  Ale to na swatchach i po nałożeniu na skórę. W słoiczku wygląda całkiem jak nie bez 🙂 Do każdego odcienia mu bliżej niż do fioletu do czasu, gdy nałożymy go na skórę. Wtedy pojawia się zdziwienie, bo „on taki niepodobny” 🙂 Mnie samej trudno uwierzyć, że to te same odcienie… Dziwna, naprawdę dziwna sprawa z tym cieniem 😉

Następny w kolejce jest Berwick, czyli cień, który ja bardzo lubię, a który ani trochę nie lubi mnie. Ubolewam nad tym za każdym razem, kiedy próbuję go oswoić i zaprzyjaźnić się z nim. Piękna chłodna śliwka zatopiona w mlecznej czekoladzie ze złotawym wykończeniem. Oczyma wyobraźni widziałam jak pięknie będzie wyglądał na oku… Do czasu, kiedy pacnęłam się nim po raz pierwszy. Z moich złudzeń nie zostało kompletnie nic. Próby okiełznania tego odcienia skończyły się lookiem a la mala dziewczynka, która korzystając z nieobecności mamy dorwała się do jej mazideł i wysmarowała się wszystkim, co mama w kosmetyczce miała. Dokładnie tak ja wyglądam w tym odcieniu. Nie wiem dlaczego – za dużo? za bogato? tonacja nie moja? Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z tym i od czasu do czasu delektować się jego towarzystwem w postaci kreski na dolnej powiece. Ale to nie to samo …

Aha, no i nie bójmy się otwarcie przyznać, że bez bazy i na sucho jest po prostu brzydki 😉

Harris to przykład cienia, jakich mam pełno i nigdy, dosłownie nigdy nie używam. Ciepłe brązowe złoto z miedzianymi tonami. Niestety, ani nie lubię takich odcieni, ani nie wyglądam w nich jakoś specjalnie. Nic więcej w temacie Harrisa nie mam do dodania 🙂

Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem kiedy widzę to zdjęcie, to mam wrażenie, że to trociny drobno zmielone, a nie proszek 😉



Bristol – iskrzący opalony beż z delikatną nutą brzoskwini gdzieś daleko w tle.  Często stosuję go na całą powiekę z  odrobina ciemniejszego brązu w zewnętrznym kąciku, a przy nieco bardziej wyraźnym i intensywnym makijażu – pod łuk brwiowy (choć dla osób z bardzo jasną cerą zdecydowanie się nie będzie do tego nadawał, gdyż będzie po prostu za ciemny do tego).

Właściwie to go lubię 😉

Baileywielbłądzi złotawy brąz  z delikatną pomarańczową brzoskwinią w tle. Generalnie nie przepadam za brzoskwiniowymi tonami w cieniach ostatnio, ale ten wyjątkowo mi odpowiada. Bardzo ładnie rozświetla i rozpromienia spojrzenie, nadaje jakiejś takiej lekkości i blasku całemu makijażowi. Często stosuję go jako kolor bazowy plus odrobina ciemniejszego brązu w zewnętrznym kąciku i to wystarcza za cały makijaż.

Odcień na powiece (przynajmniej mojej) jest niewiele widoczny, właściwie wygląda jakby nic tam nie było, ale powieka wygląda zdecydowanie lepiej. Idealny do makijażu typu „nude”, gdzie chcemy wyglądać jakbyśmy nie miały makijażu, a wyglądały idealnie 🙂

Nigdy bym nie przypuszczała, że tak będzie mi odpowiadał, zwłaszcza, że to ta sama rodzina kolorystyczna, co Harris… No, może bardzo daleki kuzyn. Albo kuzyn kuzyna 🙂 W każdym bądź razie oba mają wspólną bazę, a efekt na moim oku zupełnie różny. Niby taki mało efektowny i zaskakujący, ale jakoś dziwnie przypadł mi do gustu. A jeszcze lepiej wygląda na mojej koleżance z niebieskimi oczami,  którą niedawno malowałam. Tak jej się spodobał , że pół mi zabrała 😀


Regent – opisany jako prawie całkiem neutralna szarość z delikatną nutą turkusu w tle (czyli niebieskawej zieloności) . Przyznaję, że zaskoczył mnie ten cień. Po obrazku ze strony SN spodziewałam się nie tyle szarości z turkusem, co zieleni. I owszem, ta zieleń jest, choć nie w takim wydaniu, jak podejrzewałam.

Bardzo uniwersalny a jednocześnie kompletnie zaskakujący odcień. Nałożony na sucho wygląda rzeczywiście jak ciemna szarość z delikatną nutą ciepłej  ciemnej zieleni a nawet , ale na tyle niewybijającą się, że np. moi znajoma oceniająca ten odcień na moim oku oceniła go na ciemną szarość 🙂   Natomiast w przypadku nałożenia go na mokro, bądź na odpowiednią bazę – zmienia się nie do poznania. Przechodzi właściwie całkowitą metamorfozę i z ciepłymi tonami robi się zdecydowanie zimnym kolorem. Szarość gdzieś znika, zostaje piękny odcień chłodnej butelkowo- świerkowej zieleni.

Zdjęcia grupowe  😉

Podsumowanie :

Zestaw, jak pisałam wcześniej, dostałam od SN gratis, do zrecenzowania i obfocenia i przetestowania. I mimo iż doceniam gest, mimo iż uwielbiam cienie SN, to ta kolekcja jakoś średnio mi przypadła do gustu. Głównym zarzutem jest jednak fakt, iż odcienie po prostu do mnie nie pasują (w większości) i nie czuję się w nich dobrze. Co do samych produktów jak zwykle nie mogę się przyczepić. Chociaż moim pobożnym życzeniem jest, by drobinki w cieniach SN zyskały cudowne właściwości nie pozwalające im spadać podczas malowania, to jednak ten problem dotyczy większości drobinkowych cieni, więc tu marudzić nie będę.

I nie wiem, czy to było celowe czy też nie do końca, ale mam wrażenie, że cała kolekcja Fall 2010 Tweeds jest rozmyta i niezbyt wyraźna,  ale jednocześnie (nie wiem, czy to możliwe), dość mocna, surowa, pozbawiona zbytecznych odzobników i nieco za bardzo ugrzeczniona … Właśnie jak tweed..

Skończone. Ja o jesiennej kolekcji, a za oknami zima w całej okazałości. Mroźno, wietrznie, śnieżnie i … pięknie pod warunkiem, że widoki oglądam stojąc sobie w ciepłym mieszkaniu i wyglądając przez okno 🙂