Bez makijażu, czyli ponownie zaczynam…

Jakiś czas temu (nawet całkiem spory, bo ponad 3 lata temu😉 ) robiłam już podobny wpis o tym, jak wygląda moja skóra bez makijażu. Wtedy prawie udało mi się doprowadzić ją do jako takiego stanu, ale niestety – poszukiwania kosmetyków idealnych dla mnie, leki, stres oraz… wiek (tak, niestety, bliżej mi już do 40-tki niż do 30-tki) spowodowały, że walkę o w miarę przyzoity stan cery musiałam zacząć od nowa. I choć moja skóra wygląda lepiej niż pół roku temu, to jednak jeszcze długa droga przede mną. I póki co – wstrzymuję wszelkie testy nowości (na szczęście zaległych i przygotowanych recenzji mam sporo) i zostaję przy tym, co w chwili obecnej spisuje się u mnie świetnie.

Cel tego wpisu? Porównanie efektów za jakieś pół roku. Tyle mniej więcej daję sobie i swojej skórze na to, by sprawdzić, jak będzie ona wyglądała w momencie, kiedy do jej pielęgnacji przyłożę się naprawdę solidnie. A Wy będziecie mogły ocenić, czy było warto pół roku być na odwyku od jakichkolwiek zakupów nowych kosmetyków 😉

Ciąg dalszy TUTAJ

Znalazłam aż 5, czyli iHerb plus polskie sklepy

Ci z Was, którzy czytają moje posty wiedzą, że znalezienie czegokolwiek, czym mogę posmarować twarz graniczyło jeszcze do niedawna z cudem. Na palcach jednej ręki jestem w stanie wskazać krem czy serum, które nie wyrządziło mi szkody (a testowałam ich w swoim życiu już całkiem sporo) Okazało się jednak, że takich kosmetyków jest coraz więcej (co prawda nadal nie mam co marzyć o wejściu do drogerii czy apteki i wybraniu czegokolwiek dla siebie, ale mam nadzieję, że i to się wkrótce zmieni). W ciągu ostatniego roku udało mi się znaleźć aż 5 pozycji, które na stałe weszły do mojego programu pielęgnacyjnego. 3 z nich to zakupy iHerbowe, 2 natomiast są zdecydowanie łatwiej dostępne, bo można zakupić je w moich ulubionych sklepach czyli Ecosme oraz Bioarp.

Więcej TUTAJ

Do znudzenia, czyli ponownie iHerb

W jednym z wcześniejszych komentarzy otrzymałam sugestię, by umieszczać tu również posty dotyczące zakupów w moim ulubionym sklepie, w którym najczęściej robię zakupy, czyli IHerb. Wiem, że tego typu posty z reguły skierowane są do dość wąskiej grupy Czytelników i nie cieszą się specjalnym zainteresowaniem, ale mam nadzieję, że komuś się przyda moje kilka słów odnośnie poniższych produktów.
Składów kosmetyków nie podaję, gdyż każdy link prowadzi do strony z opisem i podanym pełnym składem.

Auromere, Pre-Shampoo Conditioner, Hair Conditioning Oil, 7 fl oz (206 ml) $6.88 – mieszanka olejowa do włosów z ekstraktami. 2 tygodnie to zbyt krótki okres, by wystawić recenzję, dlatego też jedyne, co obecnie mogę napisać, to że zapach jest znacznie mniej intensywny niż większości olejów opartych na podobnych ekstraktach. Owszem, nie należy do najpiękniejszych w mojej opinii, ale też nie odrzuca jakoś specjalnie. Sugerowane użycie to nałożenie na godzinę przed myciem włosów, ja jednak, z braku czasu, najczęściej nakładam go przed snem i rano zmywam (czyli na trochę dłużej, bo jakieś 3-4 godziny). Nie brudzi i nie tłuści pościeli, co jest dla mnie sporą zaletą. Zmywa się dość szybko, spora wydajność, włosy póki co po zastosowaniu nie są jakoś wybitnie w lepszej kondycji, nie są też uniesione ani odbite jak przy Sesie czy oleju Bhringraj, ale są dość miękkie i gładkie. Nic więcej napisać o nim jeszcze nie mogę.
(olej sezamowy, kokosowy, olej z Ginger Lily (niestety, nie znalazłam polskiej nazwy tej rośliny  z rodziny imbirowatych), olej z wetiwerii, z kiełków pszenicy z ekstraktami m.in neem, brahmi,  bringaraj)
Ciąg dalszy TUTAJ 

Makijażowy niezbędnik, czyli ulubieńcy ostatniego roku

Z różnych powodów w ciągu mojej blogowej nieobecności makijaż ograniczyłam do minimum. Mimo ogromnych zapasów, które na szczęście znacznie stopniały dzięki dobrym duszom, które zechciały przygarnąć część moich zbiorów, do pełni szczęścia ostatnio wystarcza mi taki oto zestaw:

Podkład mineralny Pixie Cosmetics Complexion Perfection w odcieniu Tinkerbell 3
w przypadku mojej skóry sprawdza się w 100%. Kryje wystarczająco, trwałość zadowalająca, nie powoduje żadnych niespodzianek, cena jak najbardziej do zaakceptowania. Najbardziej jednak cenię go chyba za to, że u mnie zawsze wygląda tak samo i wiem, że w nawet najbardziej stresującej sytuacji nie spłynie, nie zważy się ani nie zniknie bez śladu (albo co gorsze- pozostawiając po sobie ślady)

ciąg dalszy TUTAJ 

Kosmetyczny rok w skrócie, czyli czego najchętniej używałam, gdy mnie nie było (cz.I)

Post, jaki przygotowałam na początku stycznia…
Przepraszam jednocześnie tych, którzy oczekiwali wyjaśnienia mojej nieobecności – jak wiecie, nigdy nie byłam osobą, która lubi publicznie opowiadać o tym, co się dzieje w życiu prywatnym. I wolałabym jednak, żeby pewne kwestie prywatnymi jednak pozostały.

Nie przedłużając – bo i tak długo będzie – notatka, która na swoje opublikowanie cierpliwie czekała ponad pół roku.

Mimo iż ponad rok mojej nieobecności blogowej obfitował w dość intensywne wydarzenia i zawirowania, to oczywiście nie przestałam całkiem używać kosmetyków. Mniej, rzadziej, ale jednak…
Dzisiaj krótkie (w założeniu) zestawienie tego, po co najczęściej sięgałam przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Tym razem skupię się na pielęgnacji, natomiast w następnej notatce przyjrzymy się bliżej kosmetykom kolorowym (zdecydowałam się moją wypowiedź rozbić na dwie części, gdyż znowu wyszedł mi tasiemcowej długości post, mimo iż tym razem naprawdę starałam się skrótowo i pobieżnie opisać w 2-3 słowach każdy kosmetyk)
Nie jest to lista moich hitów, a raczej przedstawienie tego, co przewinęło się przez moje ręce w 2012 roku (oczywiście nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkiego, więc jest to niecałkiem kompletna lista – wymieniłam te, które z jakiegoś powodu zapadły mi w pamięć). Nie wszystkim produktom udało mi się też zrobić zdjęcia (niestety, nie potrafię chomikować opakowań i gdy tylko kosmetyk się skończy, opakowanie ląduje w koszu), dlatego też na zdjęciach dość okrojony przegląd tego, czego używałam – oczywiście kosmetyki typu żele pod prysznic, do kąpieli itp. pominęłam celowo.

PIELĘGNACJA
  • zdecydowanie najczęściej sięgałam po sprawdzony i ulubiony olejek myjący na bazie cromollientu. Wiem, że można kupić gotowe olejki hydrofilowe (chociażby w sklepie Biochemia Urody), niestety, ze względu na skład i olej słonecznikowy jako bazę, średnio się u mnie sprawdzają. Dlatego też zdecydowanie bardziej odpowiada mi olejek, który sama robię wybierając olej, jaki lubię (najczęściej konopny bądź ryżowy) plus cromollient z Mazideł. Olejek świetnie zmywa makijaż (w kontakcie z wodą tworzy delikatną mleczną emulsję), pozostawia twarz miękką, gładką, doskonale oczyszczoną bez uczucia ściągnięcia, a jednocześnie nie powoduje (dzięki doborowi odpowiedniego do mojej skóry oleju) żadnych niespodzianek. Od kilku lat zdecydowany faworyt – zwłaszcza w sezonie zimowym przy kuracjach kwasowych.

ciąg dalszy TUTAJ 

Physicans Formula, czyli po co ja to kupuję? Część II

Dalsza część mojego poprzedniego wpisu na temat kosmetyków Physicians Formula.
Miałam zrobić podsumowanie roku 2012, ale gdy już zwlokłam się z łóżka (tak, koncertowo się rozłożyłam na sam koniec roku i ostatnie kilkanaście dni spędziłam w towarzystwie gorączki i sterty chusteczek), okazało się, że szybka runda po blogach wybiła mi ten temat póki co z głowy, więc publikuję to, co już dawno opublikować mialam.

Tym razem w rolach  głównych występują :

  • Physician’s Formula, Inc., pH Matchmaker, pH Powered Bronzer, Light Bronzer 7596
  • Physician’s Formula, Inc., Happy Booster, Glow & Mood Boosting Blush, 7324 Natural
  • Physician’s Formula, Inc., Eye Booster, 2-in-1 Lash Boosting Eyeliner + Serum, Deep Brown
  • Physician’s Formula, Inc., Mineral Wear, Airbrushing Pressed Powder SPF 30, Creamy Natural
  •  

Bronzer, który – wg producenta i opisu – dopasowuje się do naszej skóry w ciągu 60 sekund reagując na PH naszej skóry po to, by idealnie wpasować się z odcieniem w kolor złotego lśniącego brązu. Hypoalergiczny, nie zapychający, bez konserwantów, bezzapachowy, zatwierdzony przez dermatologów. Do tego wszystkiego – opakowanie z lusterkiem i lampką.
Nawet podczas pisania tego posta zastanawiam się, co ja właściwie o nim myślę. Niby wszystko pięknie – bardzo ładny odcień piaskowego brązu, bez grama pomarańczowych tonów, przyzwoicie wyglądający, ale… No właśnie. Może gdybym miała naście lat mniej, mocniej podbiłby moje serce. Nie wiem. W chwili obecnej znajduję zbyt wiele wad, by chcieć po niego sięgać.
Opakowanie – niby eleganckie, ale wg mnie toporne, nieporęczne i  na siłę próbujące udawać coś, czym nie jest. Brak mu po prostu klasy.
Lampka w środku – litości… Ale po co? Nie wiem, jak Wam, ale mnie w środku nocy na odludziu rzadko zdarza się malować. A jeżeli już nawet muszę to zrobić wieczorem albo bladym świtem, to póki co, światło w łazience (i nie tylko) posiadam. I nawet korzystam.
Drobinki… To chyba największy zarzut, jaki mam wobec tego kosmetyku. Naprawdę trzeba było wpakować tam tej wielkości brokat? Zdecydowanie przychylniejszym okiem patrzyłabym na niego bez tych świecących drobin (tak, drobin, nie drobinek). Mam nadzieję, że to tylko wierzchnia warstwa i pod spodem brokatu jednak brak. Póki co, jeszcze się tak głęboko nie dokopałam. Choć i tam mam wrażenie, że te drobinkowe punkciki dookoła bronzera będą migrować i cały czas brokat pojawiać się na pędzlu będzie.
Ostatni zarzut, choć to raczej nie wina bronzera – odcień. Sam w sobie – przepiękny.  Wręcz idealny odcień mojego wielbłądziego odcienia brązu. Niestety, u mnie średnio widoczny. Coś tam widać, ale bardzo, bardzo delikatnie przy lżejszym muśnięciu pędzlem. Przy mocniejszym widać, owszem, ale niekoniecznie bronzer. Widać błysk brokatu (i tym samym wracamy do punktu poprzedniego). Na zdjęciu – nałożony naprawdę w solidnej ilości dość zbitym pędzlem.
Miałam nadzieję, że zimą, gdy zejdzie mi opalenizna, spojrzę na niego cieplej (szkic tej notatki był pisany na poczatku lata 2012). Póki co – leży i czeka na swoją kolej, bo jakoś ciągle zapominam go wyciągnąć.
Kwestię dołączonego pędzelka pominęłam celowo.

Ciąg dalszy – TUTAJ 

Wątpliwości, czyli dylematy na koniec roku

Kilka dni temu podczas wymiany maili otrzymałam pytanie, czy jest szansa, żeby na blogu było więcej „mnie”, a nie tylko recenzji. Przyznaję, że skłoniło mnie to do zastanowienia się, czy rzeczywiście osoby, które tu zaglądają, mają ochotę czytać o czymś innym niż tylko recenzje. Mój blog z założenia miał być skierowany do wąskiej grupy odbiorców, którzy szukają konkretnych tematów, konkretnych zdjęć i opisów produktów, które są mniej popularne i znane. I choć początkowo rzeczywiście umieszczałam więcej prywatnych notatek, to od jakiegoś czasu skupiłam się głównie na recenzjach, odcinając się od tego, kim jestem, gdy nie prowadzę bloga poświęconego kosmetykom.

Z drugiej jednak strony, nie wyobrażam sobie zamiany tego miejsca w osobisty pamiętnik, bo nie jest to kierunek, w jakim chciałabym pójść. Z pewnością nie planuję zaserwować Wam misz-maszowej papki, gdzie znajdą się i opowieści o tym, co zjadłam na obiad, czy jakie skarpetki wrzuciłam do koszyka podczas zakupów, z pewnością nie ma szans również na recenzje nowego garnka czy patelni, opisów czytanych książek także nie planuję tu wstawiać, ale ciekawa jestem, czy rzeczywiście byłoby lepiej, gdybym od czasu do czasu odkryła nieco więcej siebie. Co prawda publiczny ekshibicjonizm nigdy nie leżał w mojej naturze i jestem raczej z gatunku tych, co to znikają bez słowa zamiast wyjaśniać, co poszło źle i dlaczego nie mam ochoty na nic, zamiast pisać o tym publicznie, ale w końcu bloga prowadzę nie tylko dla siebie, więc tu pojawia się pytanie do Was:

Czy rzeczywiście chcielibyście czasem przeczytać pomiędzy recenzjami o czymś innym, czy zostawić tak, jak jest? Czy wolicie notatki typu „nie mam możliwości zrobienia zdjęć i solidnej recenzji, więc napiszę o czymkolwiek – niech to będzie nawet zaległy TAG „? Czy lepiej nic nie zmieniać i zostawić to tak, jak planowałam?

 I tym oto pytaniem kończąc, chciałabym Was złożyć świąteczne życzenia.

Więcej TUTAJ