Jednak można, czyli jak udało mi się kupić tylko jedną rzecz :)

Jakiś czas temu nie wytrzymałam i popełniłam kolejne zamówienie z iHerba, skupiając się tym razem głównie na kosmetykach do mycia twarzy. Jakoś tak wyszło, że wszystko, co miałam w domu albo się właśnie kończyło, albo używałam tego tak długo, że już mi bokami wyłazić zaczęło, albo po prostu przestało mi służyć, postanowiłam poszukać czegoś nowego. A że właśnie pojawiło się kilka rzeczy będących od jakiegś czasu na liście braków magazynowych, to jak mogłam nie zamówić? 🙂 No ale zamówienie w drodze, a ja stwierdziłam, że nie mam nic do zmywania makijażu, czego miałabym ochotę używać…

Ubolewając ogromnie nad tym, że preparat do demakijażu, do którego moja sympatia jest do chwili obecnej sporym zaskoczeniem dla mnie samej, nie jest dostępny w pojemności większej niż 120 ml, postanowiłam zakupić coś na szybko, w liczbie sztuk – 1, bo bez sensownym byłyby przecież większe zakupy wiedząc, że lada dzień powinnam dotrzeć do mnie paczka z iHerba. A czy może być coś szybszego (poza wycieczką do drogerii, co w przypadku mojej skóry jest niestety wykluczone) niż zakup z firmy, która mieści się 7 km ode mnie? 🙂

Mam tu na myśli sklep Matique, o którym już wcześniej wspominałam. Tym razem postanowiłam się ograniczyć do jednego, jedynego produktu, którego potrzebowałam – dodałam do koszyka i biegiem do kasy, żeby nie oglądać nic więcej 🙂 I dumna z siebie, że udała mi się ta sztuka, czekałam na paczuszkę.

Dotarła już następnego dnia roboczego od chwili wysłania. Za wysyłkę 1 kosmetyku zapłaciłam… 6 zł, co jest rzadkością w sklepach internetowych i przyznam, iż fakt, iż przy zakupie do 2 sztuk mamy możliwość wyboru opcji wysyłki w takiej kwocie, zdecydowanie przemawia na plus. Paczuszka w firmowym, estetycznym kartoniku, co również mnie cieszy (nie cierpię, gdy moje zakupy kosmetyczne przychodzą upchnięte do koperty z możliwością zgniecenia, uszkodzenia i innych niezbyt pożądanych atrakcji). No i masa próbek, które Matique jak widać dołącza do każdego, najmniejszego nawet zamówienia. I przez te próbki właśnie nabrałam ochoty na kolejny krem do rąk (dostałam już jego drugą próbkę, którą zużyłam z przyjemnością, a to wyraźny znak, że powinnam ten krem dopisać do listy zakupowej ;). Wśród próbek znalazłam nawet próbkę perfum, która jednak na testy musi poczekać, bo moja kolejka zapachowa jest dość długa i trzeba w niej jednak odstać swoje 😉

Wybrałam dość nietypowy preparat do demakijażu, bo ani żel (których jeszcze do niedawna byłam gorącą zwolenniczką), ani olejek (które też bardzo lubię). Tym razem zakupiłam :

Logona – Glinka biała z kwiatem lotosu.

Co mówi o niej opis ze strony Matique?

Do pielęgnacji i delikatnego mycia skóry twarzy, ciała i włosów; bez zawartości tensydów (nie pieni się). Doskonała alternatywa dla szamponów i mydeł. Włosy stają się miękkie, puszyste i zyskują jedwabisty połysk.

Polecana szczególnie do mycia skóry wrażliwej oraz do mycia włosów cienkich i delikatnych.
Produkt odpowiedni dla wegan.

Stosowanie 
* mycie włosów: zwilżyć włosy i myć jak szamponem
* mycie twarzy i ciała: zwilżyć twarz lub ciało i myć jak mydłem

Posiada certyfikat BDIH

Ja zakupiłam glinkę tylko i wyłącznie z zamiarem stosowania jej na twarzy – glinki na moich włosach nie tyle średnio się sprawdzały, co efekt jaki uzyskiwałam, nie był wart zabawy z nimi i wypłukiwaniem ich z włosów, które – nie wiedzieć czemu – czasem po użyciu glinki potrafiły wyglądać świetnie, a innym razem, mimo równie dokładnego spłukania – były matowe, splątane i pozbawione życia. Spróbowałam, poznałam, do glinek na włosach nie wróciłam 😉 Ale do rzeczy… Do mycia ciała też wolę inne preparaty (jak wspomniałam kilka dni temu, uzależniona jestem od kilku zapachowych wariantów 😉 ), więc glinkę kupiłam tylko i wyłącznie do demakijażu i do stosowania ewentualnie w formie maseczki.

Pierwsze wrażenia? Cóż, glinka jak glinka 🙂 (nie był to mój pierwszy kontakt z glinkami w takiej formie, więc nic nowego tu nie zauważyłam). Biała, dość przyjemnie pachnąca, niezbyt rzadka, ale też nie gęsta, trudna do rozprowadzenia pasta. Ot, zwykła glinka w kremie. Przy rozprowadzaniu wyraźnie czuć delikatne drobinki, ale baaardzo drobniutkie, nie granulkowate, bardziej przypominające coś jak nieco słabiej sproszkowana glinka, taki grubiej zmielony proszek 🙂

Wieczorem ochoczo zabrałam się do demakijażu. Zwilżyłam dłonie, wycisnęłam porcję glinki, rozprowadziłam po twarzy z zaskoczeniem widząc, jak śmiesznie kremowa porcja glinki topi się pod wpływem kontaktu ze skórą…  I nagle… ŁAŁ! Piecze ! Pali! Zmywamy natychmiast ! Szok. Pamiętacie film "Kevin sam w domu" i zabiegi pielęgnacyjne głównego małoletniego bohatera w łazience, zakończone nałożeniem wody po goleniu na twarz i jego minę? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam 🙂 Na coś takiego przygotowana nie byłam. Zmyłam, osuszyłam twarz, usiadłam i zabrałam się do czytania składu, czy na pewno czegoś nie przeoczyłam. Co my tu mamy?

Aqua (Water) – czyli woda, czyli bezpiecznie. Szczypanie to na pewno nie przez nią.

Kaolin – czyli biała glinka, produkt dobrze mi znany i używany od kilku lat w najróżniejszej formie i pod różną postacią

Montmorillonite – czyli francuska glinka, która może być zarówno zielona, biała jak i niebieska – kontakt z nią wcześniej miałam, nic się nie działo, żadnych sensacji nie pamiętam

Parfum (Essential Oils) – olejki eteryczne… Hmm.. czyżby to któryś z nich tak paskudnie działał?

Nelumbo Nucifera Extract – ekstrakt z kwiatu lotosa. Nic kompletnie obcego dla mnie, nawet ostatnio dość popularny w moich kosmetykach 😉

Limonene -substancja zapachowa tak powszechna, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na to, czy się znajduje w składzie, bo chyba większość posiadanych przeze mnie kosmetyków w składzie ją posiada.

To co w takim razie wywołało efekt szczypania? Ba, szczypanie szczypaniem, ale to bliżej piekącym doznaniom jednak było niż podszczypywaniu. Zwykła, biała, delikatna jakby nie było, biała glinka i efekt, jakiego nie miałam do tej pory po żadnych kwasach ani naprawdę hardcorowych eksperymentach? Nie, nie zrozumcie mnie źle. To nie jest efekt przypiekania żywcem ani zranionej skóry oblanej spirytusem:)… Doznania są zdecydowanie łagodniejsze i nie tak ekstremalne. Szok mój był spowodowany raczej tym, że kompletnie nie byłam na coś takiego przygotowana.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła podejścia numer dwa. A co, do odważnych świat należy… Co prawda drugie podejście już nieco bardziej nieśmiałe było, ale nadal piekło i szczypało. Byłam już jednak na to przygotowana i nie wydało mi się to już takie straszne. A samo działanie glinki na tyle miłe, by po kilku dniach z zaskoczeniem stwierdzić, że ja naprawdę polubiłam ten kosmetyk, a pieczenia praktycznie już nie wyczuwam. Zmywa makijaż bez żadnego problemu (co prawda nie radzi sobie z eyelinerem żelowym z Costal Scents, ale szczerze bym się zdziwiła, gdyby kosmetyk o takim składzie sobie z nim poradził w 100%), pozostawia skórę miłą w dotyku, miękką, ładnie oczyszczoną (jedynie z kreskami sobie nie poradził), a co najważniejsze – nie tylko nie powoduje u mnie powstawania żadnych niespodzianek, ale mam wrażenie, że wręcz przyspiesza ich gojenie. Z pewnością skóra jest bardziej jednolita, uspokojona i co dziwne, mimo pieczenia, zupełnie nie odnotowałam zaczerwienienia po demakijażu. Również oczy nie są podrażnione, nie łzawią i nie pieką (ale u mnie akurat niewiele preparatów powoduje podrażnienie oczu). Matowa skóra, lekko zwężone pory, zero ściągnięcia, uczucia wysuszenia (ale ja mam skórę mieszaną, nie wiem, jak by się zachowała na skórze suchej). Co prawda każdy z tych efektów to dość efekt dość krótkotrwały, utrzymujący się stosunkowo niedługo, ale czy można chcieć czegoś więcej od kosmetyku, którego GŁÓWNYM zadaniem ma być demakijaż?

Zastosowałam również ten preparat jako maseczkę, która bardzo ładnie zasycha – w sposób jednolity, gumowaty wręcz, bez kruszenia się i sypania przy każdym ruchu, ale nie widziałam żadnych efektów, jakich nie zaobserwowałabym przy używaniu jej jako kosmetyku do demakijażu:)

Wydajność. Tu nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Mimo tego, że tuba jest słusznych rozmiarów, mimo tego, że do zmycia makijażu używam niewielkie ilości (co prawda zawsze, każdym preparatem zmywam makijaż podwójnie), to jakoś podejrzanie szybko mi ta glinka znika. Ale przy cenie ok. 30 zł za 200 ml jestem w stanie jej to wybaczyć.

Ja znalazłam jeszcze jeden minus, który pewnie wyda się większości z Was śmieszny, ale dla mnie jest to coś, czego ja po prostu nie cierpię. Na opakowaniu mamy naklejoną etykietę w języku polskim. Oczywiście nie tego nie cierpię 😉 To jest jak najbardziej pożądane, ale fakt, że etykietka jest ze zwykłego papieru, który w kontakcie z wodą (a jak wspominałam, zawsze zmywam makijaż dwa razy i za drugim razem ręce mam wilgotne, gdy sięgam po tubkę), zaczyna się wałkować, rolować, ścierać jest dla mnie na tyle denerwujący, że i tak ową etykietę usuwam, więc nic mi po polskich napisach na takim kosmetyku 😦

Skoro mowa o niewiele znaczących dla większości niuansach, to wspomnę jeszcze, że dla mnie osobiście na plus zaliczam również opakowanie – zamknięcie na szczęście nie w formie nielubianej przeze mnie zdejmowanej nakrętki (nie lubię tego ani w pastach do zębów, ani w kremach do rąk). Otwiera się łatwo, nawet przy dłuższych paznokciach nie trzeba się martwić o ich połamanie (jeden z powodów, dla których przestałam używać żeli pod prysznic YR to właśnie koszmarne opakowania, których nigdy, dosłownie nigdy nie udawało mi się otworzyć bez wyrzucenia z siebie porcji mniej lub bardziej niecenzuralnych słów 🙂 )

 

Tyle ode mnie. Czy kupię ponownie? Jeżeli nie znajdę swojego nowego faworyta w paczce, która do mnie leci, albo mój obecny nr 1 nie pojawi się w pojemności większej niż 120 ml (o nim za kilka dni), to nie jest wykluczone, że wrócę do tej glinki, bo to naprawdę fajny kosmetyk, wbrew temu, co można było wywnioskować na początku mojej recenzji 😉

Cena regularna w Matique : 33,50 zł. Obecnie w promocji : 26,90 zł

Data ważności mojego opakowania glinki : do lipca 2013 roku

Reklamy

Muszę, po prostu MUSZĘ, czyli spore zaskoczenie pt. BIOARP

Wiem, że mam masę innych, wcześniej otrzymanych do testów produktów. Wiem, że mam masę zaległości w pisaniu postów, o które prosicie. Wiem…. Ale muszę, po prostu MUSZĘ, w pierwszej kolejności podzielić się z Wami czymś innym 🙂

Jakiś czas temu otrzymałam od firmy BIOARP sympatyczną możliwość wypróbowania kilku produktów, których BIOARP jest oficjalnym dystrybutorem na Polskę. Po ogromnie miłej korespondecji, dostałam paczuszkę, w której znalazłam wybrane przez siebie kosmetyki…

Miałam ochotę przetestować jakiś krem do twarzy z bogatej oferty BIOARP-u, ale nie potrafiłam się zdecydować i w efekcie podałam swoje 3 typy, które wzbudziły moje największe zainteresowanie z nadzieją, że któryś z nich znajdzie się w paczuszce. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam informację, że będę miała możliwość przetestowania … wszystkich trzech !

Również w przypadku szamponów i balsamów wybór nie był prosty, więc tu również wytypowałam swoich faworytów i, podobnie jak w przypadku kremów, z zaskoczeniem przeczytałam, że wszystkie kosmetyki, jakie umieściłam na swojej liście zostaną mi przekazane do testów.

I tym oto sposobem stałam się posiadaczką takiego oto zestawu z linii " Рецепты бабушки Агафьи" : (czy szczęśliwą? O tym w dalszej części mojego posta 😉 )

Kremy do twarzy:

Szampony i balsamy do włosów:

Po dwóch tygodniach codziennych testów jestem w stanie wystawić już recenzję i myślę, że dość rzetelnie opisać swoje doświadczenia z tymi produktami.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór. Moje recenzje są ZAWSZE szczere i jak zapewne część z Was wie – jeżeli kosmetyk nie spełnia moich oczekiwań, to nie mam najmniejszych oporów przed napisaniem o tym mimo, iż został mi wysłany GRATIS do przetestowania ;) )

Swoją recenzję zdecydowałam się podzielić na dwie części – na kremy i na produkty do pielęgnacji włosów. Gdybym je połączyła, jestem pewna, że nikt nie dotrwałby do końca czytania moich wywodów, które i tak dzisiaj wyjątkowo długie będą, za co przepraszam, ale krócej nie umiałam 😉

Dzisiaj więc : kremy do twarzy – choć dla większości osób składy kremów dostępnych na stronie BIOARP będą bez problemu akceptowalne, ja niestety musiałam poświęcić długie godziny na ich analizę pod kątem swojej, jakby nie było, dość specyficznej skóry. Nie służy mi – gliceryna, masło shea, woski, glikol propylenowy, pantenol, oleje zbyt ciężkie, parafina i kilka innych składników, które 99% ludzkości może używać bez problemów, a nawet dostrzegając ich dobroczynne działanie, a ja muszę się ich wystrzegać. A przynajmniej zwracać szczególną uwagę na to, na jakim miejscu w składzie się znajdują, w jakim towarzystwie itd…

Po weryfikacji wybrałam 3 kremy, które mnie zainteresowały:

Ich niewątpliwe plusy to fakt, iż nie zawierają parabenów, sztucznych barwników, silikonów, alkoholu, syntetycznych ekstraktów, produktów pochodzących z przerobu ropy naftowej.

Do tego posiadają europejski certyfikat ECO BIO COSMETICS – ICEA (jeżeli kosmetyk posiada taki certyfikatów, możemy być pewne, że jest naturalny i nie tylko nie znajdziemy w nim szkodliwych dla nas substancji, ale także tego, że przynajmniej 95% zawartych w produkcie składników to składniki naturalne)

Kwestie samego designu i wyglądu opakowań z pewnością są dość dyskusyjne – jestem pewna, że szata graficzna znajdzie zarówno przeciwniczki, jak i zwolenniczki takiego stylu, który mimo swojej kontrowersyjności jednak pasuje do samych kosmetyków. Od siebie dodam jedynie, że wszystko jest estetycznie wykonane, z dbałością o szczegóły – tekturowe opakowania z wytłaczanymi fragmentami, opakowanie zabezpieczone przed otwieraniem, podobnie jak same kremy, umiejscowienie daty produkcji oraz daty ważności w widocznym miejscu (kremy mają 2 letni termin ważności)

Jedyne, czego mi zabrakło, to ulotki informacyjnej w języku polskim. Owszem, na opakowaniu jest polska etykietka naklejona, ale moja ciekawość skłoniła mnie do sięgnięcia w odległe obszary pamięci i próby przypomnienia sobie lekcji języka rosyjskiego ze szkoły. Niestety, moje nieudolne próby odczytania tego, co znajduje się na ulotce dołączonej do kremów ograniczyły się jedynie do strzępków informacji i nie wszystko udało mi się zrozumieć i odszyfrować 😉 A szkoda…

  • Organiczny krem do twarzy na dzień 35-50 lat. Wg opisu: "Unikalna receptura kremu do twarzy dla osób pomiędzy 35 a 50 rokiem życia, oparta jest w 98% na komponentach pochodzenia roślinnego, organicznych ekstraktach i olejach z zimnego tłoczenia. Organiczny krem do twarzy 35-50 pozwala skórze zachować młodość, intensywnie odżywia i regeneruje, stymulując syntezę kolagenu. Wygładza, uelastycznia, nadaje skórze miękkość, elastyczność i świeży wygląd."

Zastanawiałam się, czy ten przedział wiekowy w moim przypadku to nie lekka przesada (w końcu DOPIERO 😉 33 lata mam), ale po analizie składu uznałam, że nie ma tam nic, czego powinnam się obawiać, a skład dla mnie prawie na 100% niegroźny (co prawda gliceryna się tam znalazła, ale na tyle daleko, że postanowiłam się nią nie przejmować ani trochę 😉

Skład: Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Organic Extract of Cetraria Islandica, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Pinus Sibirica Extract, Rubus Arcticus Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Ja mam kilka wątpliwości odnośnie alkoholu benzylowego w składzie. Nie przeszkadza mi on zupełnie (zwłaszcza, gdy jego umiejscowienie w składzie wskazuje na to, jaką rolę w tym kosmetyku odgrywa), na moją skórę nie wpływa negatywnie, jednak moja wiedza o nim do tej pory ograniczała się do tego, że jest to syntetyczny alkohol pozyskiwany z ropy naftowej, ale chyba muszę zweryfikować swoją wiedzę pod tym kątem, bo trochę ta moja wiedza kłóci się z tym, co podaje dystrybutor:) Obiecuję się doedukować w tym temacie nieco w wolnej chwili i ewentualnie edytuję tą notkę wówczas 😉

Cena 36 zł / 50 ml.

Krem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na "dzień dobry" przywitał mnie zapachem, jakiego się nie spodziewałam po tak naturalnym składzie (przyzwyczajona do tych…hm… nieco gorzej pachnących). Zapach bardzo przyjemny, lekko owocowy. Dla mnie przypomina zapach landrynek 🙂 Krem ma beżowo- kremowe zabarwienie i dość lekką, choć nie lejącą się i nie emulsyjną konsystencję. Wchłania się bez najmniejszego problemu bez mazania się na skórze, bez konieczności długiego wcierania, bez pozostawiania żadnej tłustej warstewki, co przy mojej mieszanej, skłonnej do przetłuszczania się skórze jest sporą zaletą.

Makijaż (oczywiście mineralny, bo innego nie testowałam) na tym kremie trzyma się bez problemów, rozprowadza się gładko, bez plam, bez ciemnienia i innych niespodzianek. Chociaż nie wszystkie minerały na mojej skórze chciały ładnie z nim współpracować. Lucy odmówiła owej współpracy, ale jak większość z nas wie, Lucy to kapryśna panna i ona prawie nikogo nie lubi 🙂

Po 2 tygodniach codziennego używania kremu nie wyskoczyły mi żadne niespodzianki nim spowodowane, pory nie zostały pozapychane, skóra jest miękka, gładka, elastyczna, zdecydowanie wystarczająco (jak dla mnie) nawilżona (choć podejrzewam, że dla osób z suchą/odwodnioną skórą nawilżenie nie będzie wystarczające).

Ja zdecydowanie jestem na duże TAK dla tego niepozornie wyglądającego kremu. Za niewielką cenę dostajemy 50 ml kosmetyku, który w moim rankingu wysunął się na prowadzenie i jeżeli nic się nie zmieni, to na stałe wejdzie do mojego programu pielęgnacyjnego.

To, czego się obawiam, to fakt, że nie jest to krem matujący, a latem moja skóra jednak przetłuszcza się zdecydowanie mocniej. Już kilka ostatnich dni dało mi powód by obawiać się, że latem ten krem na mojej twarzy może być po prostu zbyt ciężki i sprawiać, że makijaż nie będzie się dobrze trzymał i najzwyczajniej w świecie będzie spływał z twarzy po jakimś czasie. Ale czy jest krem, na którym makijaż wygląda przez cały dzień idealnie przy letnich upałach? Nie sądzę 🙂

Krem użyczyłam do testów 3 innym osobom. 2 z nich mają podobne spostrzeżenia do moich (podobna cera, skłonna do zapychania, mieszana, raczej rzadko przesuszona, potrzebująca raczej lżejszych kremów). Jedna z osób (inny typ cery) jednak miała zdecydowanie inne zdanie na temat tego kremu – na jej skórze ani nie chciał się tak ładnie wchłaniać, ani sama aplikacja była dość znacząco różna od tej, którą ja zaobserwowałam. Usłyszałam również coś o.. rozwarstwianiu się kremu, czego ja osobiście nie zauważyłam. Cóż, nie ma kremu

skład :Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Schizandra Chinensis Extract, Organic Extract of Cetraria Islandica, Phellodendron Amurens Extract, Cetearyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Glycerin, Organic Butyrospermum Parkii, Cetearyl Glucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Rubus Arcticus Extract, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Pinus Sibirica Extract, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Arginine/Lysine Polypeptide, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Przyznam się szczerze, że moje największe obawy dotyczyły właśnie tego kosmetyku. Masło shea powoduje u mnie zapychanie porów, jednak zaciekawił mnie fakt, że w składzie jest ono ZA korkowcem, płucnicą i cytryńcem, które mogą w teorii mieć działanie prewencyjne i zapobiec nieprzyjemnym niespodziankom na twarzy ze względu na swoje właściwości antybakteryjne, gojące i przeciwzapalno-oczyszczające. Nie znałam jednak takiej kombinacji w praktyce, więc moje obawy przed testami były dość spore.

Po testach stwierdzam, że krem ani mnie nie zapchał, ani nie zaszkodził, ale metodą prób i błędów odkryłam, że najlepiej w moim przypadku stosować go raz na 2-3 dni, gdyż stosowany codziennie jednak wpływał w moim przypadku na szybkość przetłuszczania się skóry. Gdy używałam go codziennie, rano miałam skórę owszem, nawilżoną, miękką i gładką, ale z wyraźną warstwą sebum na niej, które oczywiście po umyciu twarzy znikało, ale w ciągu dnia pojawiało się dość szybko. Przy aplikacji kremu raz na 3 dni – problem ten się nie pojawiał.

To, co mnie zdziwiło, to fakt, że mimo iż spodziewałam się czegoś bardziej treściwego i gęstego, to krem na noc również ma konsystencję zwykłego kremu – ani zbyt gęstego, ani zbyt płynnego. Byłam pewna, że dodatek shea sprawi, że będzie się trochę gorzej wchłaniał, że będzie czuć, że to krem na noc, a nie na dzień. Ja tego jednak nie czuję, co oczywiście, tak długo jak będę miała uczucie nawilżonej i miękkiej skóry – tak długo przeszkadzać mi absolutnie nie będzie.

dopisano: krem obecnie mogę stosować jedynie 1-2 razy w tygodniu 😦 Niestety, jednak okazał się dla mojej skóry zbyt ciężki i shea jednak daje o sobie znać. Szkoda.

Cena 36 zł / 50 ml

  • Organiczny krem do twarzy na dzień do 35 lat . Wg opisu: " Unikalna receptura kremu na dzień dla osób do 35 roku życia uzupełniona  nowoczesnym odmładzającym fitokompleksem «Carefeel».Wzmacnia procesy odnowy komórek skóry, nasycając ją witaminą C, daje wyraźny odmładzający efekt. Wygładza drobne zmarszczki, tonizuje skórę i przywraca jej sprężystość. Zmiękcza i nadaje skórze aksamitność"

Skład : Aqua with infusions of organic extract of Angelica Archangelica, Rosa Dahurica Pallas Extract, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Phellodendron Amurense Extract, Rubus Chamaemorus Extract, Ribes Aurum Seed Oil, Malva Alcea Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Meadowfoam Estolide Extract, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

To jedyny krem, którego nie opiszę dokładniej, gdyż postanowiłam go jeszcze nie otwierać. Mam zbyt dużo rozpoczętych tubek/pudełek kremów, a ten ma 2 letni termin ważności, więc spokojnie może poczekać sobie jeszcze chwilkę.

Reasumując – dwa kremy, jakie testowałam, spełniły moje oczekiwania w 100%. A nawet bardziej, gdyż po latach doświadczeń z setkami kremów do twarzy, do wszystkich podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu i właściwie nie nastawiam się na nic wielkiego. Moje oczekiwania to głównie – byle nie zapchał, nie uczulił, nie zaszkodził. A jeżeli oprócz tego znajduję coś, co nie tylko nie robi mi krzywdy, ale wręcz poprawia stan mojej skóry, to jestem zdecydowanie na tak 🙂

Podejrzewam, że kremy nie sprawdzą się u osób, które są w stanie używać zwykłych, drogeryjnych czy aptecznych produktów i które bez problemu znajdują dla siebie coś wśród nich. Ta propozycja moim zdaniem zdecydowanie bardziej skierowana jest do tych, którzy podobnie jak ja, po przetestowaniu setek kremów ogólnie dostępnych, nie znalazły ANI JEDNEGO, który by nie zapychał i nie szkodził (u mnie ze względu na wysoką nietolerancję glikolu propylenowego, gliceryny, wosków, shea i kilku innych składników znajdujących się dosłownie wszędzie)

dopisano: nieco zmieniam swoją recenzję. Krem na noc niestety po dłuższym użytkowaniu okazał się zbyt ciężki dla mojej skóry, więc nie mogę podpisać się już pod stwierdzeniem, że oba kremy spełniają moje oczekiwania w 100%.

Jako ciekawostkę podaję stronę producenta kosmetyków, które opisałam. Ja po zapoznaniu się z pełną ofertą marki "Pierwoje reshenie" mam wielką nadzieję, że polski dystrybutor czyli firma BIOARP niebawem umożliwi nam dostęp do innych produktów tej firmy, gdyż to, co tam znalazłam bardzo mnie zainteresowało (mnóstwo ciekawych kosmetyków o przyjaznych składach- naturalne, organiczne)

Sklep BIOARP posiada również ofertę dla tych, którzy wolą jednak Allegro jako miejsce zakupowe 🙂 Zarówno komentarze jak i ofertę można sprawdzić TUTAJ

PS. złośliwość przedmiotów martwych nie ma granic – w sobotę wieczorem usiadłam do komputera, żeby wkleić na bloga życzenia świąteczne dla Was i co się okazało? Brak internetu mnie dopadł. Przykro mi, że nie zdążyłam złożyć Wam życzeń (a nawet sobie specjalną kartkę kilka dni wcześniej przygotowałam), ale mam nadzieję, że święta minęły Wam wszystkim w miłej, rodzinnej, serdecznej atomasferze i … że nie macie wyrzutów sumienia po świątecznym obżarstwie jak ja 🙂 (pierwsze normalne ciasto po pół roku diety Dukana! :D)

Poczta Polska zaskakuje… tym razem na plus :)

To, że Poczta Polska działa jak działa i zbyt wielu fanów raczej nie ma, to wiadomo. Ja sama wielokrotnie psy wieszałam na tej instytucji, gdyż nawet lat mam mniej niż ilość paczek, jaką mi „zagubili” 😉

Dzisiaj jednak stało się coś, co przywróciło mi wiarę w PP. Z iHerba zamawiam od wielu miesięcy. Na 7 paczek jedna do mnie nie dotarła (paczki są nierejestrowane). Kilka tygodni temu robiłam dość spore zamówienie (ok.100$) i wtedy postanowiłam nie ryzykować i opłacić przesyłkę rejestrowaną. Jednakże płacenie 130 zł za przesyłkę do najprzyjemniejszych nie należy, tak więc gdy okazało się, że olejek, jaki stamtąd zamawiam w ekspresowym tempie mi się kończy, postanowiłam złożyć kolejne zamówienie.

Tym razem na mniejszą kwotę, bo ok. 40$. I tak sobie pomyślałam, że jednak płacenie drugie tyle za wysyłkę jakoś średnio mi odpowiada, więc postanowiłam zaryzykować i wzięłam najtańszą opcję, czyli paczkę nierejestrowaną. Pomyślałam sobie, że jeżeli nie dotrze, to trudno, 40$ jakoś przeboleję, a po prostu odtąd będę zamawiać tylko rejestrowane (z bólem serca).

I tak minęły ponad 3 tygodnie. Kilka dni temu postawiłam krzyżyk na tym zamówieniu i nawet miałam w piątek (pojutrze) usiąść na spokojnie i zamówić wszystko raz jeszcze. Tym większe było moje zdziwienie,  gdy dzisiaj o 9- tej rano zapukał do mnie listonosz. Tak, listonosz z Poczty Polskiej (mimo iż do tej pory wszystkie paczki z iHerba kurier mi dostarczał). I wręczył mi nierejestrowaną, dość ciężką paczkę (szczęśliwa, że w ogóle dotarła, nie będę się czepiać już jej estetyki…)

Nie wiem, być może to zasługa mojego nowego, genialnego listonosza, jaki pracuje u nas od niedawna (bo nagle wszystkie paczki zaczęły dochodzić, chłopak biegnie na górę i wszystko dostarcza mi osobiście, nic nie upycha na siłę do skrzynki), czy czegoś innego, ale jestem w ciężkim szoku, że tak ciężka paczka, wysłana nierejestrowaną przesyłką trafiła do mnie bez problemu.

Zamówienie oczywiście jak zwykle zapakowane w kartonik, potem w folię, a każdy produkt jeszcze dodatkowo zabezpieczony taśmą klejącą, żeby się nic nie wylało (co prawda ja później zawsze mam problem z odklejeniem tej taśmy, bo się potrafi rwać na kawałki, ale wolę się bawić odrywając ją niż miałoby wszystko pływać w np. wylanej odżywce do włosów)

A swoją drogą, nadal mnie dziwi, jaką trasę pokonują paczki z iHerba i dlaczego są przepakowywane;) Opakowuje chyba ponownie DHL, bo ichniejsza naklejka widnieje na paczce. Sam sposób ponownego zapakowania pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że nic się nie wysypuje. Do tego ta tajemnicza pieczątka „priorytet” 😀 I czemu niektórym przynosi listonosz, innym kurier, innym InPost, a jeszcze inni dostają awizo i muszą się sami gdzieś pofatygować . U mnie do tej pory był to kurier, który w dodatku nie żądał ode mnie podpisywania niczego, nie musiałam kwitować odbioru (dziwne, prawda?), natomiast dzisiaj po raz pierwszy paczkę dostarczyła mi Poczta Polska w osobie Pana Listonosza 😉 Nie rozumiem z tego nic, ale w sumie nie jest to dla mnie jakoś szczególnie istotne, tak długo, jak długo paczki otrzymywać będę …

Oto szybki przegląd tego, co zamówiłam 😉

  • Aubrey Organics, Sparkling Mineral Water, Herbal Complexion Mist, 4 fl oz (118 ml) czyli mgiełka do twarzy z ziołowymi wyciągami. Moja druga buteleczka, bo może nie jest to niezbędnik, ale używam jej do spryskiwania podkładu po jego nałożeniu. Świetny skład, niedrażniący zapach, leciutko nawilża i odświeża skórę i co najważniejsze, nie podrażnia, nie zapycha. No i kosztuje niecałe 7$ 🙂

  • Giovanni, Nutrafix Hair Reconstructor, 6.8 fl oz (200 ml) czyli organiczna odżywka do włosów, mocno regenerująca (zwłaszcza uszkodzenia spowodowane różnymi chemicznymi procesami takimi jak farbowanie, a także niwelująca uszkodzenia powstałe na skutek używania wyskiej temperatury (suszarki, prostownice, lokówki). Co prawda ani nie farbuję włosów, ani nie używam prostownicy, lokówki ani nawet suszarki do włosów, ale opinie były tak zachęcające, że postanowiłam spróbować, zwłaszcza, że kilka produktów Giovanni, które wcześniej miałam okazję używać, okazało się całkiem niezłymi.

  • Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea, 4 fl oz (118 ml)zakupiłam raczej z ciekawości 🙂 W temacie dezodorantów od wielu miesięcy (a może i lat nawet) jestem wierna jednej kombinacji Etiaxil jako ochrona i Nivea z Happy Time (jestem uzależniona od tego zapachu i po 2 czy 3 latach używania balsamów, żelu pod prysznic i dezodorantu wciąż podoba mi się tak samo; zapach jest jedynym atutem dezodorantu Nivea, jego działanie pozostawia wiele do życzenia, ale z racji tego, że ochronę zapewnia mi Etiaxil, to i tak kupuję ten dezodorant 🙂 ). Natomiast ten zakupiłam właściwie jako coś, co miałam na swojej bardzo, bardzo długiej liście z iHerba 😉 I skuszona oczywiście dobrymi ocenami.

  • Better Botanicals, Herbal Hair Oil, 4 fl oz (118 ml)„sprawca” mojego ponownego zamówienia z iHerba, czyli świetny olejek do włosów. Mój poprzedni skończył się w błyskawicznym tempie, ale to nie dlatego, że jest tak mało wydajny (wręcz przeciwnie), ale dlatego, że porozdawałam go w ilościach całkiem sporych, a buteleczka ma tylko niecałe 120 ml. Może nie należy do najtańszych olejków do włosów, ale za jego działanie wybaczam mu wszystko (nawet to, że muszę bardzo uważać, żeby nie dotknąć włosami z tym olejkiem do twarzy, gdyż natychmiast wyskakują w tym miejscu mi krostki; oczywiście ten problem natychmiast znika po związaniu włosów). A sam olejek jest świetny – bardzo intensywnie nawilża, głęboko odżywia, pozostawia włosy mięciutkie, gładkie, błyszczące i zdrowo wyglądające. Jeden z lepszych olejków do włosów jakie znam (nawet biorąc pod uwagę moje ulubione czyli Sesę, Heenarę i Bhringraj)

Tyle na szybko, niebawem bardziej szczegółowe recenzje (słowo „niebawem” w moim znaczeniu ma nieco inne znaczenie ostatnio 😀 Ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mam całą masę produktów do testów, a twarz i włosy, na których mogę to próbować i używać – tylko w pojedynczym komplecie 😉 – stąd też obecnie mam więcej kosmetyków, których recenzji jeszcze nie zrobiłam, niż dni w roku chyba 😉  Czego jak czego, ale materiałów do opisywania na pewno mi przez długi czas nie zabraknie. Gdyby tylko doba miała jeszcze trochę więcej godzin 😉

Z cyklu "omijać z daleka"

Kolejny sklep wpisał się dzisiaj na moją listę "omijać z daleka". Nadal cierpię na brak czasu, ale właśnie się zagotowałam i nie mogę nie napisać choć kilku słów.

Jako iż kończył mi się olej Heenara, bez którego nie wyobrażam sobie już pielęgnacji włosów, a na Helfach wciąż braki ( i brak konkretnego terminu dostawy), postanowiłam poszukać zastępczego miejsca zakupów. Olej znalazłam w 3 sklepach. W jednym z nich musiałam do koszyka dorzucić coś jeszcze, gdyż pojawiła mi się informacja, że muszę zrobić zakupy za jakąś tam minimalną kwotę, by mogli zrealizować moje zamówienie. Nie, dziękuję. Nie lubię być zmuszana do kupowania czegoś, czego w danym momencie nie potrzebuję. Mój wybór padł na sklep Ezosfera, który ze względu na sporą ilość fanów na facebooków wydał mi się najbardziej wiarygodny.

Nic bardziej mylnego. Za olej zapłaciłam 8 marca, natychmiast otrzymałam potwierdzenie o otrzymaniu wpłaty przez sklep. I cierpliwie sobie czekałam na maila, jaki miałam dostać z informacją o wysyłce. Wczoraj (po 8 dniach braku takiego maila) wysłałam zapytanie, kiedy została wysłana moja przesyłka.

Co się okazało? Pozwolę sobie zacytować:

Witam,

Nistety olejek, który Pani zamówiła jest obecnie niedostępny.
Możemy zwrócić Pani wpłatę lub być może chciałaby Pani zamówić coś innego w zamian.

Przepraszamy za tę sytuację.

Z poważaniem,
(imię i nazwisko)
Ezosfera.pl

Świetnie. Jak miło ze strony sklepu, że raczyli poinformować o brakach i że sprzedają towar, którego nie mają na stanie. Ciekawe, ile bym jeszcze czekała, gdybym się nie raczyła upomnieć. W chwili składania zamówienia towar był dostępny i nikt nie raczył mnie poinformować o problemach z jego dostępnością. Wtedy pewnie bym zrozumiała i po prostu kupiła sobie olej gdzieś indziej.

Może i sklep ma wiernych fanów, ja do nich z pewnością nie dołączę. I ze swojej strony, zdecydowanie odradzam zakupy w sklepie, który tak niepoważnie podchodzi do klienta. Kompletny brak szacunku do kupującego – jego czasu, pieniędzy. Ja już poprosiłam o wykasowanie mojego konta w tym sklepie i o zwrot pieniędzy, bo na kolejne zakupy z pewnością się nie skuszę.

Wrr… ale jestem wściekła. Nie cierpię, po prostu nie cierpię czegoś takiego. Pokornie i z podkulonym ogonem wracam do zakupów na Helfach, bo owszem, braki magazynowe tam się zdarzają, ale za to nigdy nie miałam problemu ani z wysyłką, ani z obsługą. Pod tym względem wiele sklepów mogłoby się od Helfów uczyć. A ja mam nauczkę, by zostać jednak przy sprawdzonych miejscach zakupowych…

AKTUALIZACJA:

w czwartek (5 dni temu) poprosiłam o zwrot pieniędzy – cisza… Wczoraj rano również wysłałam maila z numerem rachunku – również cisza. Komentarz dalszy chyba zbędny. Dla mnie jest to po prostu ŻAŁOSNE…

AKTUALIZACJA 2

Jutro mija tydzień odkąd prosiłam o zwrot i usunięcie konta. Nadal żadnej reakcji. I oczywiście pieniędzy na koncie też nie ..

Pani ze sklepu Ezosfera, autorka powyższego maila do chwili obecnej nie raczyła się skontaktować ze mną i do chwili obecnej moje konto w tym sklepie nie zostało usunięte (samodzielnie tego zrobić nie mogę). Wykonanie przelewu zwrotnego również jest zadaniem przekraczającym możliwości tego sklepu. Potwierdzam i podtrzymuję swoje zdanie o tym miejscu. i ZDECYDOWANIE POLECAM ZASTANOWIĆ SIĘ NIE DWA, ALE KILKA RAZY PRZED ZAKUPEM ….

Aktualizacja 3

Po tygodniu od mojej prośby o zwrot pieniędzy (PO TYGODNIU!), dopiero gdy wystawiłam negatywny komentarz w sklepie, raczyla się ze mną skontaktować kolejna osoba ze sklepu.

 

Pani wpisy są w świetle faktów, naruszeniem dobrego imienia naszej firmy i pomówieniem, ponieważ pieniądze zostały zwrócone zgodnie z Regulaminem sklepu  http://www.ezosfera.pl/pomoc/regulamin
Proszę o wykasowanie swoich wpisów w internecie, bo jest to działanie na szkodę ludzi w nim pracujących z powodu 35 złotych i 42 groszy!

Absolutnie nie mam zamiaru tego zrobić. Żadne słowo przeze mnie napisane nie minęło się z prawdą. Przedstawiłam fakty takie, jakimi one są. Ocenę zachowania sklepu pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy. Okazuje się, że nie mamy prawa pisać źle 😉 Mój wpis jest niczym innym jak opisem przebiegu realizacji mojego zamówienia w sklepie Ezosfera. A do tego mam pełne prawo. Mało tego, mój komentarz w owym sklepie również został wykasowany. Konto, o co prosiłam natomiast ponad tydzień temu – nadal istnieje. Mimo iż wyraziłam stanowczą prośbę o jego usunięcie. Nie zgadzam się na dłuższy dostęp do moich danych osobowych przez sklep Ezosfera, ale jak widać, ten nic sobie z tego nie robi.

dopisano 25 marca 02:38 – moje konto w sklepie zostało usunięte.

Mało tego, właśnie sprawdziłam konto bankowe i w chwili obecnej żaden zwrot na nim nie figuruje, a sklep do chwili obecnej nie odpowiedział na moją prośbę o przesłanie dowodu nadania przelewu.

A regulamin, do którego odnosi się Pani z sklepu Ezosfera i który jest dla niej wyznacznikiem zachowania mówi:

Zamówienie zostanie zrealizowane pod warunkiem, że towar jest dostępny w magazynie lub u dostawców Sklepu. W przypadku niedostępności części towarów objętych zamówieniem Klient jest informowany o stanie zamówienia i podejmuje decyzje o sposobie jego realizacji (częściowa realizacja, wydłużenie czasu oczekiwania, anulowanie całości zamówienia).

Pamiętajmy jednak, że to MY musimy się dopytać, czy na pewno nie ma braków. Sklep sam z siebie nas o tym nie poinformuje.

Dopisano:

TUTAJ poinformowałam o finale tej sprawy. Dla mnie ona jest zamknięta.

Aubrey Organics

Otrzymałam dzisiaj paczkę od polskiego przedstawiciela marki Aubrey Organics z kilkoma produktami do przetestowania i opisania. Chyba każdy, kto interesuje się kosmetykami organicznymi, naturalnymi i przyjaznymi składowo słyszał o tej firmie. O jej genezie i filozofii można przeczytać TUTAJ.

Tak więc gdy dostałam propozycję przetestowania kilku produktów, ucieszyłam się ogromnie, bo przyznam, iż zamawianie z iHerba to spora loteria (uwielbiam ten sklep za szeroki wybór i świetne produkty, ale niestety, nasze polskie realia są jakie są i w przypadku nierejestrowanych przesyłek jak wiemy spora część ginie w tajemniczych okolicznościach).

Niedługo szersza recenzja, a teraz tylko taka szybka zapowiedź tego, o czym za jakiś czas będę mogła opowiedzieć.

W paczce znalazłam :

Mleczko oczyszczające z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Tonik z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Krem nawilżający z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta SPF 15 30 ml (czyli całkiem sporo jak na testerowy krem)
Maseczka kojąca z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 15 ml
próbki produktów (w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
Krem oczyszczający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml

Tonik  z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Krem nawilżający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Maseczka nawilżająca z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 15 ml
próbki produktów (tu również w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
 

  • Szampony  w wersji MINI (każdy ok.60 ml) – chwalone na rozmaitych forach głównie za doskonały skład oraz świetne działanie (jak będzie w moim przypadku? Na pewno zdam relację)

Rewitalizujący szampon z jojobą, aloesem i jukką-  do suchych i zniszczonych włosów

Odżywczy szampon z dziką różą (Rosa Mosqueta)  do  wszystkich rodzajów włosów (odpowiedni także dla włosów farbowanych)

Glikogenowo-proteinowy szampon przywracający równowagę-  do włosów normalnych

  • Odżywki do włosów w wersji MINI (każda ok. 60 ml)

Odżywka z dziką różą  (Rosa Mosqueta)-  do  wszystkich rodzajów włosów

Glikogenowo-proteinowa odżywka  przywracająca równowagę- do włosów normalnych

  • Bio Balsamy do ust w wersji : Mandarynka, Miód/Wanilia, Mięta/Zielona herbata

Jeszcze oczywiście nie mogę za wiele powiedzieć o tych kosmetykach, bo dopiero godzinę temu dorwałam się do paczuszki, ale za to balsam mandarynkowy do ust już powędrował do mojej córki, która go przechwyciła (ma ostatnio problem z wysuszoną skórą u ust i mam nadzieję, że się sprawdzi u niej) natomiast ja zostawiłam sobie dwa pozostałe.

Otworzyłam też próbkę kremu do rąk/balsamu do ciała Luxurious Hand & Body Lotion Rosa Mosqueta i przyznam, że w pierwszej chwili byłam ogromnie zaskoczona wyglądem tego kremu. Przeraziła mnie jego perłowość (pewnie dlatego, że się kompletnie tego nie spodziewałam). Na szczęście okazało się, że po rozsmarowaniu na skórze nie widzimy żadnych drobinek czy połysku, nawet w sztucznym świetle. Za to konsystencja jest niesamowicie dziwna – gęsta, a po rozsmarowaniu błyskawicznie się wchłania nie pozostawiając ani odrobiny tłustej warstwy, za to skóra jest gładka, miękka i w widocznie lepszym stanie. Jedyne, co mi przeszkadza, to zapach. Róża z pudrem. Nie jest to moje ulubione połączenie, ale z pewnością znajdzie swoje zwolenniczki 🙂

Tyle na szybko, więcej – niebawem 😉

A wieczorem, późnym wieczorem – przegląd makijaży nadesłanych na konkurs Pixie 😉 Zapraszam.

Styczniowe wyprzedaże, czyli zakupy bez wyrzutów sumienia ;)

Styczeń to jeden z moich ulubionych miesięcy w roku. Nie dość, że początek Nowego Roku zawsze nastraja mnie optymistycznie i z nadzieją patrzę w kolejne miesiące, to jeszcze jak wiadomo – rozpoczyna się wyprzedażowe szaleństwo.

I właściwie nie ma większego znaczenia, że podczas wyprzedaży kupuję głównie rzeczy, które wcale przecenione nie są 🙂 Chodzi o sam fakt. Jakoś tak łatwiej zerknąć na koniec miesiąca na konto, bo przecież „wyprzedaż była, więc to OKAZJA, nie mogłam nie kupić” 🙂 I w takim drobnym oszustwie udaje mi się zazwyczaj przetrwać cały styczeń 🙂

Jako iż światło dzienne wciąż pozostawiające wiele do życzenia (czy u Was też tak ciągle pochmurno, deszczowo, szaro i ciemno?), to po dwóch nieudanych próbach zrobienia jakichkolwiek swatchy i zdjęć proszkowych kosmetyków, odpuściłam i dopóki nic się nie zmieni, to moje recenzje dotyczyć będą kosmetyków, przy których uchwycenie odpowiedniego odcienia nie jest sprawą najważniejszą.

Wszystkich zakupionych rzeczy z pewnością nie uda mi się zrecenzować, ale pojawi się kilka wpisów z moich ostatnich zakupów.

Na początek :

JOHN FRIEDA

Brilliant Brunette, Liquid Shine Iluminating Conditioner

(Odżywka dodająca włosom blasku)

O ile mgiełki do włosów i odzżywki z klasycznej serii JF kompletnie nie przypadły mi do gustu, o tyle całą serię dla brunetek po prostu uwielbiam. Moim hitem jest nabłyszczacz do włosów (one naprawdę błyszczą), ale lubię równie mocno i szampony i odżywki z tej serii. Kilka dni temu kupiłam coś, czego jeszcze nie znałam (do tej pory kupowałam głównie te w brązowych opakowaniach), czyli właśnie odżywkę nadającą włosom blasku.

No i przepadłam.

Jeżeli chodzi o właściwości  pielęgnujące, to średnio, bardzo średnio (ale ja stosuję kurację olejową, czyli amlę pod różnymi postaciami i od niej oczekuję pielęgnacji szczególnie), ale za to, w jakim stanie pozostawia włosy, jestem w stanie wybaczyć jej ten brak mocniejszego nawilżenia (tu lepiej spisuje się klasyczna odżywka z serii Brunette).

Odżywka jest dość lekka, łatwo się spłukuje, nie obciąża moich włosów, pozostawia je miękkie, łatwe do rozczesania i baardzo błyszczące.Nuta zapachowa charakterystyczna dla serii dla brunetek (choć nieco rozproszona jakby), utrzymuje się jakiś czas na włosach, ale dość subtelnie i na pewno nie męczy.

Co mówi producent na opakowaniu?

Odżywka liquid shine z formułą Crystalline Complex rozjaśnia włosy i umowżliwia włosom lepsze odbicie promieni światła. Wnika w matowe włosy, nawilża je przywracając blask i zapewniając elastyczność. Każdego dnia Twoje włosy są nasycone krystalicznie brązowym blaskiem.

I tu nie wiem, czy to polski dystrybutor się nie popisał z tłumaczeniem, czy rzeczywiście tak niegramotnie sformułowany jest opis tego produktu 😉

„Rozjaśnia włosy”? Oby nie. Mam nadzieję, że jednak chodzi o wizualne nie tyle rozjaśnienie, co taką świetlistość (uzyskaną dzięki drobinkom, które jak odkryłam po jakimś czasie- znajdują się w odżywce. Są na tyle drobne i praktycznie niewidoczne, że zupełnie nie wiedziałam, że tam się znajdują). Rozjaśnienia włosów na szczęście nie zaobserwowałam i mam nadzieję, że nic takiego miejsca mieć nie będzie.

dopisano:

no dobrze, przeprowadziłam małe śledztwo w postaci zerwania polskiej naklejki, żeby zobaczyć, jak to jest z tym „rozjaśnianiem”. Nie wiem, być może dla kogoś rozświetlanie to dokładnie to samo, co rozjaśnianie, ale dla mnie zdecydowanie nie. Przynajmniej nie w przypadku włosów. O ile rozjaśniania sobie nie życzę, o tyle rozświetlaniem nie pogardzę 😉 I wolałabym, by jednak tłumaczenie, które otrzymuje polski klient, pokrywało się z tym, co przedstawia producent kosmetyku.

Z tym nawilżaniem to też spora przesada. Może nie wysusza, ale co do jego właściwości nawilżających to bym mocno polemizowała. Na szczęście nie to miało być jego głównym zadaniem (osoby kupujące ten produkt dla nawilżenia powinny się mocno zastanowić, gdyż raczej nie spełni ich oczekiwań).

Zalety :

  • robi dokładnie to, co obiecuje, czyli nabłyszcza w dość widoczny sposób
  • nie obciąża włosów
  • estetyczne opakowanie
  • spora pojemność, duża wydajność
  • gęsta, kremowa konsystencja, nie spływająca z włosów, ani nie wsiąkająca
  • cena
  • przyjemny, dyskretny zapach utrzymujący się  na włosach przez jakiś czas

Minusy:

  • nie nawilża ani trochę, nie pielęgnuje, nie odżywia (choć nie wiem, czy ująć to w minusach, bo przecież producent wcale tego nie obiecuje i nie temu ma służyć ta odżywka)
  • brak jednoznacznej odpowiedzi, czy firma testuje swoje kosmetyki na zwierzętach (JF figuruje zarówno na listach marek, które testują, jak tych, które nie testują, na opakowaniu brak charakterystycznego znaku, więc podejrzewam, że niestety, jednak tak)

Cena : ok. 40 zł za 250 ml (do nabycia m.in w Sephorze)

Reasumując :

Moja ocena to mocne 8/10 (Dałabym więcej, gdyby nie kompletny brak jakichkolwiek właściwości pielęgnujących)

Czy kupię ponownie?

Na pewno tak. W duecie z Shine Shock High Shine Perfecting Glosser tworzą zestaw idealny dla osób chcących zniwelować matowość włosów i nadać im życia i blasku.