Ciepło, cieplej, czyli blokery i antyperspiranty pod lupą…

Nie da się nie zauważyć, że pogoda coraz bardziej wiosenna, temperatury w końcu zdecydowanie bardziej przyjemne i wyraźnie czujemy, że nie tylko wiosna już zagościła na dobre, ale i lato coraz większymi krokami się zbliża.

Lato… Moja ulubiona pora roku. Wbrew modzie i temu, że opalenizna od dłuzszego czasu uznawana jest nie tylko za niemodną, niezdrową ale wręcz nie wypada być już opalonym, to ja jednak nadal będę twierdzić, że wszystko jest dla ludzi, pod warunkiem, że zachowamy umiar. Mało tego, z każdym ciemniejszym tonem na mojej skórze pojawia się ciut lepsze samopoczucie i nic nie poradzę na to, że po prostu czuję się lepiej, gdy wiem, że podkład, którego używam zimą, nagle zaczyna się robić zbyt jasny 😉

Jednak lato, to nie tylko ciepło, słońce, opalenizna, woda, wyjazdy itd. To również problem, o którym ja praktycznie zapomniałam przez ostatnie kilka lat. Pocenie się. Nie sądzę, żeby ktokolwiek lubił być spoconym 🙂 Od kilku lat używam Etiaxilu, który wyeliminował u mnie w 100% to zjawisko. Czy całkowite zablokowanie porów jest zdrowe? Z pewnością nie. Matka natura w końcu tak to sobie wykombinowa, żeby jednak te pory zablokowane nie były 🙂

Tak czy inaczej, od wielu, wielu lat, moim zdecydowanym faworytem kategorii antyperspirant/bloker jest Etiaxil. Nie przeszkodziło to jednak mi w poszukiwaniu zamiennika dla niego, gdyż nie ukrywajmy – Etiaxil zbyt wydajny nie jest, a cenowo również nie wypada zbyt korzystnie. Z drugiej jednak strony, za takie działanie pewnie byłabym w stanie zapłacić kilka razy więcej, ale ciii… lepiej niech producent takich opinii nie czyta 😉

W poszukiwaniu zamiennika dla Etiaxilu nie mogłam nie spróbować dwóch stawianych często na równi z nim produktów, czyli Antidrialu oraz słynnego już Blokera Ziaji. W recenzji znajdzie się również Nivea oraz kosmetyk o przyjazniejszym składzie. Przetestowałam wiele innych (Iwostin, Vichy, SVR, różne kryształy, a nawet Driclor, który składowo porównując z Etiaxilem powinien się sprawdzić), ale było to dawno i były tak beznadziejne, że nigdy więcej zakupu nie powtórzyłam. Na chwilę obecną posiadam :

Etiaxil – pojemność 12,5 ml, cena ok. 40 zł, w mojej aptece stacjonarnej – 49 zł  (jest też wersja 25 ml).

Występuje w wersji czerwonej (do skóry normalne) oraz niebieskiej (do skóry wrażliwej).

Stosowanie – nakładamy cienką warstwą na noc, po dokładnym umyciu i osuszeniu skóry pod pachami. Rano zmywamy. Początkowo potwarzamy co 2-3 dni, potem wystarczy raz w tygodniu, albo i rzadziej (u mnie – co ok. 10 dni)

Skład : Alcohol Denat., Aluminium Chloride

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : nie znam nic lepszego. Pierwsze użycie Etiaxilu jednak wspominam jako horror – piekło, szczypało, skóra podrażniona i niestety, nie wytrwałam do rana, bo po godzinie męczenia się poleciałam to zmywać. Na drugi dzień nei odważyłam się jednak ponowić eksperymentu, ale za to poszłam kupić wersję do skóry wrażliwej 🙂 I tu odkryłam, że bardzo, BARDZO ważne jest to, o czym producent pisze wołami na opakowaniu – stosować na DOKŁADNIE wysuszoną skórę. Nie wystarczy przetrzeć ręcznikiem. Skóra MUSI być idealnie sucha (mnie to  kosztowało kilka minut z rękoma w górze :D). Niebieska wersja okazała się dla mnie wtedy strzałem w dziesiątkę. Udało mi się dotrwać do rana, skóra nie była już tak podrażniona (aczkolwiek dyskomfort po aplikacji był wyraźny – piekło lekko, szczypało i miałam ochotę się cały czas drapać). Za to po zmyciu – cud. Przez cały dzień biegając po sklepach skóra pod pachami pozostała IDEALNIE sucha. Jak papier.

Początkowo Etiaxil stosowałam co 2-3 dni, a po 2 albo 3 takich powtórzeniach, wystarczyło mi stosowanie raz na tydzień. Potem, kiedy odważyłam się sięgnąć po wersję czerwoną – raz na około 10 dni. I przy wersji czerwonej jednak pozostałam, gdyż u mnie spisuje się ona nieco lepiej, zapewnia ochronę na dłużej, a pieczenia po kilku latach używania nie odczuwam już żadnego.

Antidral – pojemność 50 ml, cena ok. 25 zł, u mnie w aptece – 27,50 zł

Skład : Chlorek glinowy 1,0g, gliceryna 1,0g, alkohol etylowy 96% 5,0g, woda oczyszczona do 10,0g.

Stosowanie : codziennie rano należy posmarować Antidralem miejsca pocące się. W przypadku mniejszych dolegliwości-  stosujemy co 2-3 dni.
Moje spostrzeżenia i doświadczenia : być może gdybym wcześniej nie stosowała Etiaxilu, moje wrażenia byłyby inne. Jednak obecnie – jestem zdecydowanie na "NIE" dla tego produktu. Przede wszystkim – nie działa. I to jest główny zarzut pod jego adresem. Poza tym – stosowanie rano jest dla mnie nie do przyjęcia, gdyż produkt zawiera w składzie glicerynę, która powoduje, że nie wchłania się całkowicie jak Etiaxil, a pozostawia delikatną warstewkę, która powoduje uczucie dyskomfortu w moim przypadku (tak jakby skóra pod pachami nie była całkiem sucha). Rozumiem zamysł – dzięki temu nie jest też wysuszona, ale do mnie gliceryna w tym przypadku zdecydowanie nie przemawia. Być może to ona właśnie powoduje, że nie mam uczucia świeżości i idealnej suchości po zastosowaniu Antidralu. A do tego, mimo iż problemu z poceniem się nie mam, lubię stosować zapachowe antyperspiranty, co w żaden sposób nie daje się pogodzić z aplikacją po Antidralu.

A że nie działa na mnie? Tak jak wspomniałam – być może gdybym nie miała wcześniej kontaktu z Etiaxilem, moje doświadczenia byłyby inne… A być może nie. Mimo przyjaznej ceny, sporej pojemności i większej wydajności – ja nie zużyłam nawet 10% od ubiegłego lata, gdyż najzwyczajniej w świecie nie widzę sensu stosowania czegoś, co nie tylko nie działa, ale wręcz daje uczucie dyskomfortu. Termin przydatności ma jednak jeszcze dość długi, więc leży awaryjnie w szafce i czeka nie wiadomo na co.

Ziaja – Bloker – pojemność 60 ml, cena ok. 7 zł.

Stosowanie : używamy przez 2-3 noce z rzędu na suchą i niepodrażnioną skórę, potem 1-2 razy w tygodniu.

Skład :Aqua, Aluminium Chloride, Glycerin, Hydroxyethylcellulose, Potassium Sorbate.

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : moje największe rozczarowanie tego roku. Serio. Napaliłam się na ten produkt jak głupia, naczytałam się o tym, jaki on świetny, jak genialnie działa… Żadnej, dosłownie żadnej negatywnej recenzji znaleźć nie mogłam (w momencie, gdy go kupowałam). I co? Pierwsza aplikacja – eeee… ale co to ma być? Dlaczego to tak śmierdzi (przepraszam za wyrażenie, ale on naprawdę bardzo brzydko pachnie)? Dlaczego się nie wchłania? Dlaczego pod pachami tak niemiło? Aaaa… to ta gliceryna. No dobra, to ja poczekam, aż się wchłonie. Poczekam jeszcze chwilę.. Nie no, serio? Po godzinie nadal czuję, że się nie wchłonęło? Poddaję się, idę spać i nie kombinuję w takim razie… Rano? No ok, nie jest źle. Skóra nie wygląda na podrażnioną, nie czuć już zapachu blokera, nie piecze nic. Po całym dniu – hmm.. Działa. Super. To może się jednak przemęczę z tym obleśnym uczuciem lekkiej tłustości pod pachami i zatkam nos przy aplikowaniu go (bo już chwilę po zapach się ulatnia i nie jest wyczuwalny). Wytrzymałam … 3 dni. Po 3 dniach jednak zobaczyłam coś, czego miałam nadzieję nie ujrzeć już nigdy w życiu. Mokrą plamę na koszuli. O nie, to temu panu już podziękujemy. Takich niespodzianek nie lubię i nie jestem zaakceptować, nawet gdyby to miała  być jednorazowa wpadka.

Sądząc jednak po ilości pozytywnych opinii o tym produkcie – z pewnością są osoby, na skórze których się sprawdzi. Moja skóra niestety do nich nie należy. Podobnie jak skóra koleżanki, z którą równocześnie testowałyśmy ten bloker (oczywiście każda swój :D) – u niej również niezbyt się spisał, choć nieco dłużej używała go niż ja i przez jakiś czas. No i ona również nie czuje jego zapachu. Hmm… Gdybym nie wąchała go zaraz po zakupie, podejrzewałabym, że fakt, że niezbyt fajnie pachnie spowodowany jest jakąś indywidualną reakcją, w jaką wszedł w kontakcie z moją skórą. Ale przysięgam, że wąchałam czysty, nieużywany produkt 🙂 To pewnie tak jak z nutami w perfumach – tam gdzie jedni czują paloną gumę opon samochodowych, rozgrzany asfalt, inni czują słodycz orientalnych kadzideł 😉

Myślę, że bez sprawdzenia na własnej skórze się nie obejdzie. A przy takiej cenie, nawet gdyby się nie spisał – nie żal będzie go wyrzucić. A gdyby okazało się, że działa – to warto skakać z radości, że za grosze mamy problem z poceniem się załatwiony 😉

Z Ziają rozstałam się bez żalu (zdjęcie zrobione tuż po zakupie). Ona poleciała do kosza, a ja pędem do apteki po Etiaxil, na który skazana jestem już chyba na zawsze.

Tyle ode mnie w kwestii porównania tych trzech produktów.

Skąd na zdjęciu Nivea Happy Time, o którym nie wspomniałam do tej pory? Ano stąd, że jestem beznadziejnie uzależniona od tego zapachu 😀 Sam produkt, gdybym miała go oceniać pod względem skuteczności, jako antyperspirant, otrzymałby najgorszą z możliwych ocen. Działanie – zerowe. Natomiast za zapach wybaczam mu wszystko – to, że nie działa ani trochę (ale przy etiaxilu problem pocenia mnie nie dotyczy), to że wydajność jest skandaliczna (ok. 2,5 tygodnia przy codziennym użyciu), skład, który do najsympatyczniejszych nie należy (choć jak już kiedyś pisałam – skład dla mnie ma drugorzędne znaczenie, analilzuję go tylko pod kątem tego, co mi może zaszkodzić na twarzy).

Ale zapach… Zapach Nivea Happy Time z wyciągiem z bambusa i zapachem kwiatu pomarańczy jest dla mnie czymś, bez czego już nie potrafię się obyć. Żel pod prysznic z tej samej linii zapachowej mam zawsze w zapasie (kilka sztuk nawet) i gdy nie ma go w mojej łazience, to po prostu czegoś mi brakuje 😉 Mimo iż nałogowo kupuję inne – zarówno balsamy, jak i żele, ten jedynie sprawia, że mam ochotę co 5 minut pod prysznic wskakiwać.. Nivea… Mało wyrafinowana, mało elegancka, zdecydowanie nie górnopółkowa, składowo najczęściej kompletnie nieprzyjazna, a serią Happy Time przykleiła mnie do siebie na długie lata (dopóki nie wycofają, bo sądząc po tym, że używam tej linii zapachowej już … nie wiem? 2 lata? 3? to znudzić mi się raczej nie znudzi :D)

No i ostatni punkt mojego zestawienia, czyli coś dla uspokojenia sumienia, zdecydowanie bardziej przyjazne składowo niż Nivea, czyli

Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea –pojemność – ok. 120 ml, cena 3,99$.

Skład : Purified Water (Aqua), Natural Mineral Salts, Potassium Alum, Fragrance (Parfum) Including Chamomile and Green Tea Essential Oils and Extracts (czyli woda, naturalne sole mineralne, ałun, zapach składający się z olejków eterycznych i wyciągów z rumianków i zielonej herbaty)

  • Nie zawiera Aluminum Chlorohydrate (chlorowodzianu glinu)
  • Hypoalergiczny
  • Bez parabenów
  • wspierany przez centra leczenia raka (brak aluminum chlorohydrate w składzie)

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : mam dość mieszane odczucia w stosunku do tego kosmetyku. Pachnie w sposób bardzo delikatny (zdecydowanie bardziej rumiankowo niż zieloną herbatą), subtelny i raczej niedrażniący. Tylko z określeniem, czy go lubię, czy też nie, mam spory problem. Próbowałam go używać bez Etiaxilu i pot się pojawia przy wysiłku fizycznym (przy normalnym funkcjonowaniu tego nie odnotowałam), ale jest całkowicie pozbawiony zapachu, więc właściwie swoje zadanie spełnia (pamiętając, że jest to DEZODORANT, a nie ANTYPERSPIRANT). Poleciłabym ten dezodorant raczej osobom, które nie mają wielkiego problemu z potliwością, chcą wyeliminować szkodliwe składniki ze swoich produktów (chociaż pamiętajmy, że zwykły rumianek też może powodować podrażnienia, bo sama znam osobę, która jest na niego uczulona) i którym zależy na łagodnie perfumowanym, niezbyt agresywnym zapachu dezodorantu.

Z pewnością plusem tu może być fakt, że nie ma w swoim składzie kontrowersyjnego i budzącego wiele obaw chlorowodorku glinu.

Na minus – w mojej buteleczce po tygodniu popsuł się atomizer i zamiast mgiełki pryska dość niemiłym strumieniem. Nie wiem, być może trafił mi się wadliwy egzemplarz, ale skutecznie zniechęca mnie to do sięgania po niego.

———————————————

Reasumując – nie znalazłam i chyba już nie znajdę zamiennika dla Etiaxilu (idea łykania tabletek w postaci Perspiblocka do mnie kompletnie nie przemawia). Po przetestowaniu na pewno powyżej 20 różnych produktów tego typu zdecydowanie zostaję przy Etiaxilu. I nie przemawiają do mnie żadne argumenty, że to zbyt silny produkt, by używać go przez wiele lat. Nie jest to lek dostępny jedynie na receptę, nie odnotowuję żadnych podrażnień (poza pierwszym razem, kiedy nie zastosowałam się do zaleceń producenta), a skoro jedno użycie na 10 dni zapewnia mi całkowity komfort, to nie będę kombinować. Zwłaszcza, że nie rozumiem tych głosów krzyczących, że skład etiaxilu to samobójstwo 😉 Zwłaszcza, gdy zerkniemy pod nalepkę pierwszego lepszego antyperspirantu dostępnego w drogerii – w znacznej większości na II miejscu zobaczymy Aluminium Chlorohydrate, czyli nic innego jak  owiany złą sławą chlorowodorek glinu (czy słusznie tak potępiany? to już temat na zupełnie innego posta 😉 )

Vichy ESSENTIELLES mleczko do ciała bez parabenów

Z balsamami do ciała mam identycznie jak z masłami i odżywkami do włosów. Kupuję na kilogramy wręcz, dziesiątki pudeł w szafkach, a ja i tak używam wiecznie tego samego 🙂 Będąc w sklepie czy w aptece rzadko udaje mi się oprzeć jakiemuś produktowi do ciała, więc wychodzą zazwyczaj z kolejnym masłem do ciała, mleczkiem czy innym kosmetykiem, stając się tym samym szczęśliwą (?) posiadaczką milionowego pudła w mojej łazience 😉

Dzisiaj czas na recenzję mleczka, po którym nie spodziewałam się za wiele, gdyż  marka Vichy do tej pory nie ujęła mnie żadnym ze swoich produktów na tyle, by powtórzyć jego zakup, no może z wyjątkiem paskudnego ale uwielbianego kiedyś przeze mnie idealnemu tapetotwórcy czyli Dermablendem 😉 )

Mowa o :

Vichy ESSENTIELLES

odżywcze mleczko do ciała do skóry suchej bez parabenów.

Czemu jednak nabyłam ów kosmetyk? Bo mnie opakowanie przyciągnęło 😛 Co prawda nie ucieszyłam się na wieść, że w składzie widzę paraffinum liquidum i nie przestaje mnie zastanawiać, dlaczego przynajmniej apteczne marki nie odchodzą od tego składnika (choć podejrzewam, że chodzi o koszty, bo olej mineralny jest tani i przyjął się dość dobrze na rynku). Oficjalnie jednak krzywdy mi większej nie robi, więc nie unikam go jak ognia, ale jednak spokojnie mogłabym się obejść bez niego w składzie.

Co mówi o nim sam producent?

Typ skóry :Sucha skóra
Działanie : Nawilża, odżywia. chroni. Łączy w sobie miękkość oleju palmowego z bogactwem masła Shea, aby zapewnić skórze komfort.
Rezultat :Skóra nawilżona, odżywiona, w pełni zregenerowana.
– skóra bardziej delikatna: wg 98%*
– skóra lepiej nawilżona: wg 96%*
* Test samooceny w grupie 47 kobiet o skórze wrażliwej po 4 tygodniach stosowania produktu.

By odpowiedzieć na podstawowe potrzeby skóry Laboratoria Vichy wykorzystały w recepturze mleczka do ciała ekstrakt z kwiatów Róży zawierający polifenoleo właściwościach kojących i łagodzących. Mleczko do ciała stosowane każdego dnia skutecznie odżywia, chroni oraz nadaje skórze promienny wygląd.

Hipoalergiczny- nie zawiera parabenu- testowany na skórze wrażliwej.

Zawiera wodę termalną z Vichy.

Wcześniej testowałam żel pod prysznic z tej serii i mimo iż nie ponowiłam zakupu, to jednak wspominam go dość miło (mył ;), przyjemnie pachniał, średnio wydajny, ale za to kiepski stosunek ceny do jakości). Byłam pewna, że balsam będzie miał zbliżoną/taką samą nutę zapachową. Jakie było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że po delikatnym różanym zapachu zostały jedynie jakieś popłuczyny, które może nie odpychają, ale za to odbierają połowę przyjemności ze stosowania tego mleczka. Niby róża, ale jakaś taka, nie wiem – przebrzmiała? Mocno stłumiona czymś innym?  Jakieś zielsko tam wyczuwam zdecydowanie, a tego nie lubię…

Jeżeli chodzi o sam balsam, to dla mojej średnio potrzebującej skóry jest idealny. Szybko się wchłania, zapach nie utrzymuje się długo (na szczęście), nie klei się, nie maże, łatwo się rozsmarowuje, pozostawia skórę w dobrej kondycji. Naprawdę czuć, że nawilża i nie jest tylko „mazidłem dla samego mazania się” 🙂

Skład: Aqua/water, Glycerin, paraffinum Liquidum/ Mineral Oil, Butyrospermum Parkii Butter/ SHEA Butter, Elaeis Guineensis Oil/ Palm, Oil, Glyceryl Stearate SE, Dimethicone, Stearyl Alcohol, potassium Cetyl Phosphate, Rosa Gallica Extract/ Rosa Gallica Flower Extract, Carbomer, Sorbic Acid, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Xanthan Gum, Parfum/ Fragrance.

Plusy:

– brak parabenów

– spełnione obietnice producenta, czyli wzrost nawilżenia skóry oraz poprawa jej miękkości i ogólnego stanu

– cena (zwłaszcza w promocji, gdzie za 25 zł możemy nabyć 400 ml balsamu)

– brak kleistości, łatwo się wchłania, aplikacja nie sprawia problemów

– produkt testowany na wrażliwej skórze (hipoalergiczny) (choć tego akurat nie rozumiem, bo ja akurat widzę w składzie kilka składników, które niekoniecznie są tolerowane przez wrażliwe skóry)

– Vichy nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach ( dla mnie to brak konsekwencji, bo przecież Vichy to własność koncernu L’oreal, który takie testy wykonuje )

(informacja ta pochodzi ze strony WikiAnswers, ale wydaje się być niepotwierdzona i chyba jednak Vichy przeprowadza testy na zwierzętach)

Minusy:

– olej mineralny w składzie

– zapach

– testowanie produktów na zwierzętach przez koncern L’oreala

Cena : poniżej 30 zł/200 ml (w aptekach stacjonarnych od 23 do 29, w aptekach internetowych i na Allegro znacznie taniej)

Czy kupię ponownie?

Raczej nie. Gdyby nie zapach – zdecydowanie gościłby częściej w mojej łazience. W takim wydaniu mówię mu nie, bo wolę jednak mieć coś co i przyjemnie pachnie i nieźle nawilża (jak np. masła The Body Shop, ale MASŁA, nie balsamy, bo z tymi nie mam miłych doświadczeń – nie robią kompletnie nic poza „pachnięciem” 😀 )

Choć z drugiej strony patrząc na recenzje tego mleczka na KWC, to jednak są osoby, którym ten zapach odpowiada i wyczuwają w nim prawdziwe płatki róż 😉 Więc może to z moim powonieniem coś nie tak 😉

Ocena: 7/10 (gdyby zapach był inny, dałabym nawet 8,5 😉 )

W skrócie

Jak wiecie, z regularnym pisaniem na blogu mam spore problemy. Nie dlatego, że mi się nie chce, nie dlatego, że nie lubię, nie dlatego, że nie mam o czym. Wręcz przeciwnie. Ale przeszkodą jest zwykły brak czasu i często muszę wybierać między tym, co zrobić powinnam, a tym, co zrobić chciałabym.

Wiem, że piszecie do mnie sporo maili, przepraszam, że nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Za wszystkie dziękuję i w miarę możliwości staram się odpisywać.

Bardzo często w Waszych mailach pojawiają się pytania o to, czy planuję jakieś giveawaye z okazji osiągnięcia jakiejś tam liczby obserwatorów czy wyświetleń bloga. Hmm… Tu pojawia się dość delikatna kwestia. Nie chciałabym nikogo  urazić, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem całą tą modę na tego rodzaju akcje polegające na tym, że żeby wziąć udział w konkursie, należy obserwować bloga, dodać link w blogrollu i inne rzeczy.

Ale  ja pewnie za stara jestem na takie coś (i z promowaniem samej siebie zawsze też byłam lekko na bakier, a zazdroszczę ogromnie tym, którzy potrafią to robić. Szczerze i bez ironii. Naprawdę. Tylko, że ja tak nie umiem. Ale przeciwko takim akcjom nie mam zupełnie nic, tylko ja się do tego nie nadaję )  Tym bardziej cieszy mnie fakt, że 100 osób obserwuje mojego bloga dlatego, że po prostu chce to robić.

Dziękuję Wam bardzo :*

Mam za to inną wiadomość – niedługo na blogu  pojawi się konkurs sponsorowany przez jedną z mineralnych marek. Mam nadzieję, że znajdą się chętni, żeby wziąć w nim udział 😉 O szczegółach  poinformuję w odpowiednim czasie 🙂

A w nieco bliższej przyszłości, czyli plan na następny tydzień 🙂

Contradiction by Calvin Klein czyli recenzja kolejnych perfum ;)