Doleciały, czyli kolejne zamówienie z iHerba ;)

Kilka dni temu doleciało do mnie kolejne zamówinie z iHerba i tym samym potwierdziło się to, co obserwuję od jakiegoś czasu – każda paczka laduje u mnie dokładnie po 3 tygodniach od chwili wysłania. W przeciwieństwie do mojego poprzedniego zamówienia, tym razem zostało mi ono dostarczone przez kuriera.

Postanowiłam znaleźć jakiś ciekawy kosmetyk do demakijażu i w związku z tym zakupiłam kilka produktów z nadzieją, że choć jeden z nich okaże się bliski ideałowi w tej kategorii. Jestem dopiero po 2 dniach testów, ale mniej więcej potrafię już wyłonić swojego faworyta i za kilka dni dokładniejsze recenzje i opisy. Dzisiaj tylko pokażę, co kupiłam :

  • Avalon Organics, Lavender Facial Cleansing Gel właściwie skusiłam się na niego, gdyż byłam ciekawa, jak się spisuje żel, który ciągle jest niedostępny w sprzedaży (pojawia się i natychmiast znika). Cena 6,99$ za 200 ml.

Za przesyłkę tradycyjnie zapłaciłam … 4$ (zmieściłam się). Przypominam, że zamówienia z iHerba można składać nawet na jeden kosmetyk i jeżeli jest to nasze pierwsze zamówienie, to kod QAP372 odejmuje od niego 5$ (czyli w wielu przypadkach jakiś kosmetyk możemy mieć po prostu za DARMO). Płatność albo kartą kredytową, albo zwykłą kartą (np. z mbanku). Paypala iHerb nie obsługuje, więc konto paypalowe nie tylko nie jest konieczne, ale wręcz zupełnie niepotrzebne (to jedno z najczęstszych pytań, jakie od Was dostaję w sprawie iHerba)

(tradycyjnie – wszystkie wyróżnione innym kolorem czcionki słowa  w tekście są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Wieczorkiem dziś lub jutro siądę i poodpisuję na Wasze komentarze pod moimi postami (nie lubię tego robić na szybko, a za chwilkę muszę wyjść, więc zrobię to, jak już usiądę na spokojnie i nikt mi przeszkadzać nie będzie 😉 )

Yves Rocher i The Body Shop.. I dlaczego jestem inna :D

Zdaję sobie sprawę z tego, że czytanie o zakupach z iHerba dla niektórych może wydawać się tematem kompletnie z innej bajki i wiem, że część z Was woli zakupy, których możemy dokonać stacjonarnie, bez konieczności znajomości chociażby podstaw języka angielskiego, bez konieczności udzielania limitu zaufania zagranicznym sklepom, bez konieczności posiadania karty kredytowej/Paypala. Niestety, oferta kosmetyków organicznych/naturalnych/o przyjaznych składach na naszym rynku wciąż jest dużo, dużo uboższa niż za granicą (a jeżeli już, to często ceny nie zachęcają do eksperymentowania), stąd też ja częściej kupuję jednak zagranicą niż u nas. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się wejść do sklepu i kupić czegoś, co jest dostępne na każdym kroku.

Oto dowód:

Dzisiaj szybka recenzja ostatnich moich zakupów:

  • Yves Rocher żel pod prysznic i do kąpieli 400 ml o zapachu kokosa. Myślę, że tu nie trzeba się rozpisywać i podejrzewam, że każda z nas miała kontakt z żelami YR. Nic specjalnego, szału nie ma, ale na tyle przyzwoite, by móc sięgnąć po jeden z naszych ulubionych wariantów zapachowych. Kokosa akurat bardzo lubi moja córka, więc to właściwie jej zakup 🙂 Przyjemnie pachnie (aczkolwiek to wersja tylko dla amatorów kokosowych aromatów, na pozostałych może działać migrenogennie), fajnie się pieni, tani, wydajny, łatwo dostępny, nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego… Cena 15 zł / 400 ml.
  • Yves Rocher mleczko do ciała z wanilią z upraw biologicznych. Zakup w ciemno, bez wąchania, co okazało się niezbyt miłe w skutkach 🙂 Owszem, nie da się zaprzeczyć, ze to wanilia, a ja wanilię lubię, ale ta tutaj jest dla mnie zbyt nachalna, zbyt atakująca zewsząd, zbyt osaczająca i żyć niedająca 😉 Samo mleczko jak mleczko, nawilża dość przyzwoicie, wchłania się szybko, nie zostawia klejącej ani tłustawej warstwy. Zdecydowanie wyklucza używanie jakichkolwiek perfum, gdyż zapach utrzymuje się kilkanaście godzin na skórze i jest wyczuwalny nawet przez otoczenie. Początkowo nawet przyjemnie mi się go używało, ale po kilku razach poddaję się… Co za dużo, to niezdrowo 🙂 Cena ok. 20 zł / 14 ml. Oczywście jak w przypadku wszystkich większych opakowań YR, tak i tutaj bardzo pomocne jest dokupienie pompek, gdyż balsam mimo lekkości jest dość gęsty i wydobywanie go z butelki bez pompki do najprostszych chyba nie należy 🙂
  • The Body Shop Almond Shower Gel – żel pod prysznic o zapachu migdałowym. Nie wiem, co ja mam ostatnio z tym migdałem.. Właściwie to nigdy migdałowych zapachów nie lubiłam, a ostatnio jakoś podejrzanie dużo migdałowych aromatów wokół mnie (nawet żel do skórek CND SolarOil pachnie migdałami, o kremie do rąk Phenome nie wspomnę). Ale do rzeczy – chwyciłam zupełnie bez przekonania, właściwie chyba tylko dlatego, że tej wersji zapachowej kosmetyków TBS jeszcze nie znałam, zawsze jakoś szerokim łukiem omijałam. Migdałowy pachnie po prostu migdałem. Takim jak powiniem.. Przyjemny, zużyję bez wysiłku, może kiedyś się nawet jeszcze skuszę 😉 Jakościowo – jak wszystkie żele TBS, nic do zarzucenia. Cena, aktualnie w promocji – 12 zł!

(tak wygląda olejek do skórek, o którym wspominałam)

  • Yves Rocher mydło jeżynowe – kolejny zakup mojego dziecka. Ona po prostu z jakiegoś dziwnego powodu lubi te mydła i woli je od żeli pod prysznic. Cóż, tanie, duże, przyjemnie pachnące – niech sobie używa 😉 Cena ok. 7 zł.
  • Kostki zapachowe do kąpieli YR – również zakupy bardziej pod kątem córki 🙂 Cena 4 zł za sztukę. Tym razem tradycyjnie już kokos i miód jako nowy wariant. Miód jest okropny – nie dość, że woda wygląda po prostu jak brudna (żółtawo- brązowy kolor), to jeszcze zapach nie do zniesienia. Duszący, nieprzyjemny. Zdecydowanie wersji z miodem więcej nie kupimy.

Tu postanowiłam zrobić małą przerwę, by oddzielić recenzję, którą sobie specjalnie zostawiłam na koniec. Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi i znowu wyjdzie, że jestem inna niż większość 😀 A dlaczego? Otóż dlatego, że zakupiłam pomadkę, która jest chyba jedną z najczęściej opisywanych ostatnio pomadek na blogach i mam kompletnie inne odczucia niż większość. Mowa o :

All About Cupcake Essence

Zastanawiałam się, jak opisać tą pomadkę. Moja opinia o niej jest tak skrajnie różna od tego, co czytam na innych blogach, że chcąc wyrazić szczerą opinię mogłabym kogoś niechcący obrazić… Napiszę w takim razie tylko tyle, że widocznie spodziewałam się cudu za parę groszy i miałam nie wiadomo jakie oczekiwania co do jej jakości, gdyż innego wyjaśnienia na to, że cieszy się ona tak dużym powodzeniem nie znajduję 😉 Dla mnie nie tylko opakowanie jest niesamowicie tandetne (ale ok, rozumiem, cena), ale i sama pomadka jakością nie grzeszy. Sztuczny, cukierkowy zapach, nierówno rozkładająca się na ustach, kolor, który przy mojej skórze wygląda bardzo niefajnie (żeby nie określić tego dosadniej), zero trwałości. Nawet mój TŻ, który o pomadkach nie ma zielonego pojęcia, gdy zobaczył ją u mnie gdy próbowałam zrobić jej zdjęcie na moich ustach skomentował to stwierdzeniem "czy my aż tak źle z kasą stoimy?" 😀 No cóż, widocznie jestem po prostu za stara na takie pomadki, ale uwierzcie mi – na moich ustach wygląda naprawdę fatalnie…U mnie zdecydowanie widać, ile kosztowało to, co mam na ustach, gdy pomaluję się All About Cupcake 😉

Dowód? Proszę bardzo 🙂 Pamiętajcie, że aparat zżera kolory i ten róż na żywo u mnie jest jeszcze bardziej … wyrazisty 🙂 Ja myślę, że to kwestia głównie koloru wyjściowego moich ust i faktu, że pomadka nie jest kryjąca. I z tego utworzył się taki niezbyt fajnie wyglądający mix kolorystyczny.

 

Jedyny sposób na nią, to naniesiona lekko palcem i delikatnie wklepana (tak właśnie nałożona została na zdjęciu obok – zdjęcie z lampą, więc nieco przekłamany kolor). Wtedy wygląda w miarę… Nie "dobrze", ale w granicach tolerancji. Ale i tak znika po chwili, a ja bawić się nie zamierzam. Widocznie nie dla mnie ona -znam bardziej trafione kolorystycznie odcienie dla mnie i ten raczej do nich nie należy 🙂 A wiem, że AAC potrafi wyglądać na ustach zupełnie inaczej, bo widziałam 🙂 Co prawda nie na żywo, bo koleżanka, która zakupiła razem ze mną tą pomadkę również machnęła ją do kosza mając o niej takie samo zdanie, ale na zdjęciach na innych blogach potrafi wyglądać naprawdę kusząco…

U mnie niestety wygląda tak, jak na zdjęciu z bloga Fashionvictim – widać, jak nierówno jest rozłożona, jak podkreśla suche skórki, jak nieładnie pokrywa usta smugami, a nie jednolitą taflą koloru 😦 Spróbuję zrobić lepsze zdjęcie i pokazać w zbliżeniu, ale coś aparat odmawia mi współpracy przy makro ostatnio i mimo zrobienia dziesiątek zdjęć, ani jedno nie nadaje się do pokazania (wszystkie są zbyt mało ostre)

Brak szczęścia do CATRICE

Od dłuższego czasu z zazdrością przyglądałam się zdjęciom na innych blogach pokazujących zdobycze z Catrice. Niestety, najbliższa szafa tej marki jest tak daleko mnie, że zupełnie mi nie po drodze jakoś do tych kosmetyków i za każdym razem, gdy pojawiało się coś, na co miałam ogromną ochotę (chociażby mozaika z limitowanki Urban Baroque, czy pomadki z tej samej serii), wiedziałam, że i tak przejdzie mi to koło nosa, bo zakupić na bank nie zdążę.

W końcu jednak i w moje ręce trafiło coś z Catrice, tylko, że … chyba nie do końca trafione to były zakupy 🙂

Błyszczyk Lip Appeal w odcieniu nr 40, czyli Hello Darling !

NIe ukrywam, że zakupiłam go głównie pod wpływem bloga Maus, gdzie na jej ustach tak apetycznie się te błyszczyki prezentują, że mimo mojej niezbyt gorącej miłości do tej części kolorówki akurat, zdecydowałam się nabyć jakiś odcień. Nie wiem, być może nie trafiłam po prostu z wyborem, być może spodziewałam się czegoś innego, a może po prostu moja niechęć do błyszczyków jest zbyt silna, by cokolwiek mogło ją pokonać, ale Hello Darling ! raczej przygodę ze mną już zakończył.

Hello Darlling to trudny do określenia odcień łączący w sobie róż, malinową czerwień, odrobinę arbuza, sorbetu truskawkowego, a to wszystko okraszone porcją srebrzystych drobinek. Bardzo ładny i naturalny kolor.

Dlaczego więc nie lubię tego błyszczyka? Ano dlatego, że na moich ustach wygląda tak:

Zbyt mokro, zbyt błyszcząco i zbyt zwracająco na siebie uwagę. Gdy mam go na sobie, to właściwie widać na mojej twarzy tylko usta, które wyglądają jak polakierowane, a nie subtelnie podkreślone. A nie ukrywajmy, usta, to nie jest mój mocny atut i raczej wolę odwracać od nich uwagę, niż kierować spojrzenia innych na tą część mnie 😉 Do tego przez cały czas wyraźnie czułam, że coś mam na ustach, a ja niespecjalnie przepadam za tym uczuciem.

Jestem pewna, że efekt jaki daje ten błyszczyk na innych może wyglądać wyjątkowo kusząco, ja się po prostu źle z nim czuję i już.

Nie wykluczam jednak ponownego podejścia do tematu tych błyszczyków – raczej z ciekawości i z nadzieją, że moje wyjątkowe szczęście sprawiło, że zakupiłam jedyny błyszczyk z całej kolekcji, który ma aż tak mocny połysk i widoczne drobinki i że reszta jest nieco bardziej stonowana. Na plus bowiem mogę zaliczyć zarówno cenę, aplikator, który początkowo mnie irytował, ale po jakimś czasie przestał mi przeszkadzać i nawet go polubiłam, smak i zapach (nie wszystkim przypadną do gustu te budyniowo-śmietankowo-karmelowe nuty) no i niekleistość. Opakownie również jest dość estetyczne, choć nie wiem, jak z trwałością, bo w kosmetyczce u mnie nigdy nie wylądował – siedzi sobie w pudełku z kosmetykami, z którymi nie wiem, co zrobić 😉 Gdyby jego trwałość była jeszcze większa (spodziewałam się większej, gdyż błyszczyk jest raczej gęsty niż wodnisto-rzadko-spływający i dość dobrze osadza się na ustach, przylegając do nich i nie spływając poza kontury) i gdyby był mniej wyczuwalny na ustach, to może i pokusiłabym się o zakup kilku odcieni w ciemno, zwłaszcza, że ma jedną cechę, która sprawia, że mam ochotę przyjrzeć się innym wersjom – nie wysusza…

Kolejnym produktem, na jaki się skusiłam, był :

SUN GLOW – Matt Bronzing Powder (Darker Skin)

Przyznaję, że również wypatrzony na blogu Maus. Co prawda bardziej kusił mnie Multi Colour Powder, ale gdy zobaczyłam, że w składzie ma wosk pszczeli, to szybko przeszła mi na niego ochota, bo na bank spowodowałby wysyp drobnych krostek na mojej skórze (tak działa na mnie beeswax w składzie). Z drugiej strony tutaj mamy na dzień dobry i talk i Aluminum Starch Octenylsuccinate ( i oczywiście parabeny do pełni szczęścia), więc też o przyzwoitym składzie mówić nie możemy. Ale pal licho skład, ja bym chciała w końcu znaleźć bronzer, w którym nie będę wyglądała jak nie całkiem normalna 😉 

Zostałam więc posiadaczką odcienia 020 Deep Bronze, gdyż przeczytałam, że jego jaśniejsza wersja jest nie tylko twardsza i trudniejsza w nakładaniu, ale paradoksalnie –  bardziej pomarańczowa. A pomarańczy unikam jak ognia.

Co ja mogę powiedzieć na temat tego pudru… Zobaczcie same, dlaczego go nie lubię. Myślę, że wszelkie słowa są tu zbędne – wszystko widać na zdjęciach. A gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę fakt, że aparat przeważnie nieco zjada kolory (zdjęcie nie było w żaden sposób poprawiane), to możecie sobie wyobrazić, jak uroczo wyglądam z pudrem brązującym Catrice na twarzy na żywo 🙂 Cóż, ja podziękuję.

Uwierzcie mi na słowo, że puder nałożony został dość lekką ręką, z umiarem (jako róż i lekko muśnięta cała twarz, dosłownie lekko omieciona – podkładu nie mam, na twarzy jedynie Sun Glow; zdjęcie robione jakąś godzinę po aplikacji…). Zdjęcie z pędzlem robione innego dnia – chciałam pokazać, jak sympatycznie i w miarę bezpiecznie kolor wygląda zarówno w opakowaniu jak i naniesiony na pędzel (celowo nabrałam go tak dużo, by pokazać, że to ładny odcień brązu). Prawda, że niegroźnie? Wręcz wygląda bardzo kusząco. Najwyraźniej moja skóra wydobywa z brązów wszystko, co najgorsze, dlatego tak bardzo lubię bronzery lekko przykurzone, wręcz sinawe w typie Taupe NYX-a, czy własnoręczne mieszanki z niebieskim pigmentem 😉

Kompletnie nie moja bajka, więc tylko słowem podsumowania. Opakowanie – dość tandetne, ale w granicach przyzwoitości. Zapach – koszmarny, ale zupełnie niewyczuwalny podczas aplikacji. Rozprowadza się dość łatwo. Cena zdecydowanie na plus. I tyle. Nic więcej po jednym teście nie jestem w stanie powiedzieć. A na więcej się nie skuszę.

Cena: 18 zł

Skład: TALC, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, KAOLIN, MICA, ISOCETYL STEAROYL STEARATE, OCTYLDODECYL STEARATE, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES).

Catrice Ultimate Nudes – Moulin Rouge Light

Kolejny dowód na to, że jestem inna 😉 Naprawdę. Zobaczcie jaki to ładny odcień cielakowatego beż z różem i delikatną kapką brzoskwiniowych tonów. Śliczny, uroczy i bardzo klasyczny. W butelce. Na paznokciach innych. Na moich – już nieco mniej 🙂 I to wcale nie tak, że nie lubię takich odcieni. Owszem, lubię. Nie zawsze na paznokciach mam granat, grafit czy strażacką czerwień. Zdarza mi się używać też bardziej bezpiecznych odcieni. I szczerze mówiąc, gdy zobaczyłam ten lakier po raz pierwszy, byłam pewna, że się polubimy. Nic bardziej mylnego.

Odcień na zdjęciu wygląda trochę lepiej niż w rzeczywistości, ale to nie odcień jest powodem, dla którego butelka ląduje w koszu. Jest to mój pierwszy i jak do tej pory jedyny lakier z Catrice. Niestety, aplikacja była tak koszmarna, że nie wiem, czy skuszę się na jeszcze. Smuży, ciężko go ładnie rozprowadzić, jak dla mnie ma zbyt gęstą konsystencję (czyżby już był stary? chyba niemożliwe raczej). W każdym bądź razie – malowanie nim do najprzyjemniejszych nie należało. Męczyłam się ogromnie, żeby go równo rozprowadzić, podczas malowania tworzyły się paskudne smugi, przy ich poprawianiu było coraz gorzej. W końcu jakoś się udało, ale to ponad moją cierpliwość. Co prawda zmywanie poszło błyskawicznie, ale przy takiej ilości wad to raczej większego znaczenia dla mnie nie ma 😉

 

Taki trochę dziwoląg, czyli Itahake Brush

Ciąg dalszy mojej recenzji pędzli, jakie otrzymałam od sklepu Kosmetyki-mineralne. W poprzedniej notatce chwaliłam pędzel do pudru Large Mineral Brush, a teraz czas na moje spostrzeżenia dotyczące swego rodzaju unikalnego typu pędzla, jakim z pewnością jest

ITAHAKE BRUSH

Kształt pędzla wywodzi się z japońskiej tradycji malowania twarzy białą farbą – do tego celu Geisha używała właśnie takich narzędzi jak płaski pędzel z bambusowym trzonkiem w mniejszym lub większym rozmiarze (większy – do malowania całej powierzchni twarzy, mniejszy – do trudniej dostępnych miejsc jak skrzydełka nosa czy okolice oczu). W pędzlu Everyday Minerals tradycyjne naturalne włosie zostało jednak zastąpione włosiem syntetycznym zgodnie z polityką marki EM (cruelty free).

Zainteresowanych tym, jak wyglądają oryginalne pędzle Itahake, odsyłam do genialnego artykułu TUTAJ i TUTAJ, ja natomiast skupię się na pędzlu, który mam, znam i na temat którego mogę co nieco już powiedzieć.

Pierwsze wrażenie – ale to dziwny pędzel… Co ja mam z nim zrobić? Do czego go użyć? Jak się nim posługiwać? I gdzie metalowa nasadka? Dlaczego nie jest polakierowany jak reszta pędzli Everyday Minerals ?

Wg sugestii producenta, pędzel ten może być wykorzystywany do nakładania pudru mineralnego, zwykłych prasowanych pudrów, rozświetlaczy, róży… Przetestowałam wszystko. I niestety moja opinia jest  dokładnie taka sama jak w momencie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten pędzel – można, da się, ale po co? Każdy z kosmetyków, jaki próbowałam nim zaaplikować, owszem, nałożony został poprawnie, ale kosztowało mnie to dwa razy tyle czasu i wysiłku, co zwykle. Do różu wolę pędzle, które od razu nie robią mi smugi (róż nałożony tym pędzlem to piękna smuga, którą pracowicie musiałam rozcierać), do bronzera również (tak samo jak w przypadku różu), aplikacja pudru była znacznie utrudniona, gdyż gdy nabrałam za dużo pudru – wszystko spadało mi z pędzla, gdy wzięłam za mało – trwało to wieki 🙂 Podkład mineralny nałożony tym pędzlem ma tak lekkie krycie, że ja osobiście nie mogę sobie pozwolić, by go stosować do tego celu…

Właściwie jedynym zastosowaniem, jakie ja znajduję dla Itahake jest nakładanie jasnego, rozświetlającego pudru na nos, ale jako iż robię to tylko przy modelowaniu twarzy do zdjęć, to doskonale sobie radziłam z tym jeszcze przed posiadaniem tego pędzla.

Obawiałam się, że fakt, iż pędzel nie jest zabezpieczony warstwą lakieru jak pozostałe pędzle EDM (początkowo nawet myślałam, że to mi się trafił taki egzemplarz tylko) wpłynie na jego trwałość. Otrzymałam jednak wyjaśnienie, że bambusowy trzonek nie wchłania wody i w związku z tym nic się mu przydarzyć nie powinno. Ok, wymądrzać się nie będę, pewnie tak jest 🙂 Ale i tak drżę za każdym razem, kiedy go piorę, kompletnie nieprzyzwyczajona do pędzli bez metalowej nasadki zabezpieczającej pędzel przed rozklejeniem się. Nic na to nie poradzę – to silniejsze ode mnie:)

Być może pędzel ten sprawdzi się w przypadku płynnych podkładów, albo bardzo gęstych, kryjących, kamuflażowych wręcz past używanych w charakteryzacji (w końcu Geisha używa takiego pędzla jak pędzla do malowania ścian – ruchami z góry na dół) i być może tu się spisze lepiej, ja jednak tego raczej nie sprawdzę. Takich kosmetyków po prostu nie używam.

A być może to ja po prostu sierota do kwadratu jestem i instrukcja obsługi tego pędzla przerasta moje zdolności? Nie wiem.. Faktem jest, że pędzel ten u mnie w TOP 10 się raczej nie znajdzie 😉 W moim przypadku niestety, jest kompletnie bezużyteczny (podobnie jak pędzle dołączane do benefitowych róży, wg mnie to ten sam typ pędzla). Ale cieszę się, że miałam okazję go przetestować 🙂 Przynajmniej wiem, że ja bez takich pędzli mogę się obejść. Nie wątpię jednak, że znajdą się osoby, którym przypadnie on do gustu. W końcu ile osób, tyle różnych preferencji i upodobań 🙂

Pędzel w rozmiarze XXL czyli Large Mineral Brush EDM

Kilka tygodni temu otrzymałam paczuszkę ze sklepu Kosmetyki-mineralne, a w niej pędzle, jakich jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Ba, przyznam się szczerze, że odkąd sporadycznie wchodzę na wizażowe wątki (brak czasu), to przegapiłam pojawienie się nawet takiego pędzle jak Large Mineral Brush z Everyday Minerals. Pędzel Itahake gdzieś mi kiedyś mignął, ale jakoś szczególnego zainteresowania nie wzbudził. Za to moją sympatię do pędzli typu kabuki niejednokrotnie podkreślałam (chociażby TUTAJ – post wciąż czekający na aktualizację :D), tym bardziej ucieszyłam się, że dzięki uprzejmości sklepu, będę miałą możliwość przetestowania tych pędzli ( i nie tylko pędzli, bo jak widać na zdjęciu, otrzymałam również próbki pudrów Lily Lolo, ale o nich innym razem)

Dzisiaj nieco spóźniona recenzja jednego z pędzli, czyli :

Large Mineral Brush

(pozostałe lada moment, może nawet dziś jeszcze, bo właściwie post gotowy, muszę go tylko zdjęciami uzupełnić 😉 )

Idealnego pędzla do pudru szukam od kilku lat. Przez moje ręce przewinęło się ich naprawdę wiele i prawie wszystkie powędrowały w inne ręce, gdyż żaden z nich nie był tym, o co mi chodziło. Najbliższy ideałowi i właściwie jedyny, jaki sobie zostawiłam, to pędzel od Pastereczki, który jednak mimo wielu zalet, posiada też jedną wadę, którą mu wybaczam, bo sam w sobie jest genialny (wada to zżeranie pudru 🙂 )

Large Minerals Brush to pędzel słusznych rozmiarów. Spodziewałam się dużego pędzla. Oglądając jego zdjęcia wiedziałam, że do małych nie należy, ale rzeczywistość przeszła jednak moje najśmielsze wyobrażenia. LMB to naprawdę gigant.

Wymiary:

Długość pędzla z włosiem: 22,5 cm

Długość trzonka (liczona z nasadką): 17,5 cm

Długość samego włosia: 5 cm

Jak wszystkie pędzle Everyday Minerals, tak i ten posiada bambusowy trzonek i bardzo miękkie włosie. W moim egzemplarzu po umyciu wypadło kilka włosów, ale tylko przy pierwszym myciu. Przy kolejnych już nie zaobserwowałam żadnego denerwującego gubienia włosków.

Na zdjęciu poniżej można zobaczyć, jak wygląda ten pędzel w porównaniu do dwóch dość dobrze znanych, czyli Long Handled Kabuki oraz Dome Blush Brush (oba oczywiście również EM)

Sam pędzel idealnie spisuje się przy nakładaniu pudru sypkiego. W przeciwieństwie do mojego „pastereczkowego” pędzla do pudru, ten jest znacznie mniej żarłoczny – to, co na niego nałożę, nie ginie w czeluściach włosia, tylko grzecznie ląduje na mojej twarzy. Wielkość mi osobiście bardzo odpowiada- kilka szybkich machnięć i puder nałożony.

Próbowałam również nałożyć nim róż/bronzer. Owszem, można, bo pędzel jest lekko spłaszczony i ma tak wyprofilowane włosie, że czubek pędzla jest nieco węższy, więc nałożenie różu/bronzera bez pomalowania sobie połowy twarzy jest jak najbardziej możliwe. Dla mnie jednak to trochę kombinowanie na siłę i ja zostaję przy swoim ulubionym pędzlu do różu (Angled FIber Optic). Ale dać się jak najbardziej da, jeżeli ktoś się uprze i np. chce zabrać ze sobą z jakiegoś powodu tylko jeden pędzel 🙂

Ostatnia rzecz. Na MUA znalazłam recenzję, w której ktoś ogromnie krytykuje ten pędzel, gdyż nie da się nim nałożyć podkładu z powodu marnego krycia. Hm.. przyznam szczerze, że nie wpadłam na to, by użyć takiego pędzla do nakładania podkładu 🙂 Do tego są inne pędzle – ten, chociażby z racji długości włosia i zbyt dużej „rozłożystości” moim skromnym zdaniem się do tego raczej nie nadaje. Choć w ramach zaspokojenia swojej ciekawskiej natury przeprowadziłam szybki test i … jakby się bardzo uprzeć, to można nim nałożyć podkład mineralny na twarz w ciągu 10 sekund, ale jest to raczej szybkie ujednolicenie skóry, bez efektu specjalnego krycia. Trwałości nie testowałam, bo chwyciłam za normalny pędzel i umalowałam się jak należy:)

Schnie zadziwiająco szybko. Spodziewałam się, że taka ilość włosia o takiej długości po wypraniu do rana nie wyschnie. Okazało się, że byłam w błędzie, bo za każdym razem, kiedy wypiorę pędzel wieczorem, do rana jest całkowicie suchy.

Pędzel wg mnie ma jedną zasadniczą wadę – długość trzonka. Jak dla mnie – krótkowidza, który gdy nie korzysta akurat z 30 dniowych soczewek do noszenia non stop, to rano zapomina je założyć i maluje się z nosem przy samym lusterku, taka długość trzonka jest nieco przeszkadzająca. Co prawda operacja nałożenia pudru nie wymaga ogromnej precyzji i spokojnie mogę od tego lusterka się oddalić, ale i tak gdybym mogła wybierać, to wolałabym dokładnie taki pędzel z krótszą rączką.

Więcej wad nie znajduję.  Pędzel zasługuje wg mnie na ocenę 8/10 (długość trzonka i cena, która podejrzewam, może być przeszkodą dla wielu, nie pozwalają mi dać więcej punktów). Dla mnie jest to jeden z pędzli, po które ostatnio sięgam bez przerwy i już sobie nie wyobrażam, jak sobie radziłam wcześniej, nie posiadając go 🙂

A już niedługo – pędzel z nieco mniej entuzastyczną recenzją 😉

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Jednak można, czyli jak udało mi się kupić tylko jedną rzecz :)

Jakiś czas temu nie wytrzymałam i popełniłam kolejne zamówienie z iHerba, skupiając się tym razem głównie na kosmetykach do mycia twarzy. Jakoś tak wyszło, że wszystko, co miałam w domu albo się właśnie kończyło, albo używałam tego tak długo, że już mi bokami wyłazić zaczęło, albo po prostu przestało mi służyć, postanowiłam poszukać czegoś nowego. A że właśnie pojawiło się kilka rzeczy będących od jakiegś czasu na liście braków magazynowych, to jak mogłam nie zamówić? 🙂 No ale zamówienie w drodze, a ja stwierdziłam, że nie mam nic do zmywania makijażu, czego miałabym ochotę używać…

Ubolewając ogromnie nad tym, że preparat do demakijażu, do którego moja sympatia jest do chwili obecnej sporym zaskoczeniem dla mnie samej, nie jest dostępny w pojemności większej niż 120 ml, postanowiłam zakupić coś na szybko, w liczbie sztuk – 1, bo bez sensownym byłyby przecież większe zakupy wiedząc, że lada dzień powinnam dotrzeć do mnie paczka z iHerba. A czy może być coś szybszego (poza wycieczką do drogerii, co w przypadku mojej skóry jest niestety wykluczone) niż zakup z firmy, która mieści się 7 km ode mnie? 🙂

Mam tu na myśli sklep Matique, o którym już wcześniej wspominałam. Tym razem postanowiłam się ograniczyć do jednego, jedynego produktu, którego potrzebowałam – dodałam do koszyka i biegiem do kasy, żeby nie oglądać nic więcej 🙂 I dumna z siebie, że udała mi się ta sztuka, czekałam na paczuszkę.

Dotarła już następnego dnia roboczego od chwili wysłania. Za wysyłkę 1 kosmetyku zapłaciłam… 6 zł, co jest rzadkością w sklepach internetowych i przyznam, iż fakt, iż przy zakupie do 2 sztuk mamy możliwość wyboru opcji wysyłki w takiej kwocie, zdecydowanie przemawia na plus. Paczuszka w firmowym, estetycznym kartoniku, co również mnie cieszy (nie cierpię, gdy moje zakupy kosmetyczne przychodzą upchnięte do koperty z możliwością zgniecenia, uszkodzenia i innych niezbyt pożądanych atrakcji). No i masa próbek, które Matique jak widać dołącza do każdego, najmniejszego nawet zamówienia. I przez te próbki właśnie nabrałam ochoty na kolejny krem do rąk (dostałam już jego drugą próbkę, którą zużyłam z przyjemnością, a to wyraźny znak, że powinnam ten krem dopisać do listy zakupowej ;). Wśród próbek znalazłam nawet próbkę perfum, która jednak na testy musi poczekać, bo moja kolejka zapachowa jest dość długa i trzeba w niej jednak odstać swoje 😉

Wybrałam dość nietypowy preparat do demakijażu, bo ani żel (których jeszcze do niedawna byłam gorącą zwolenniczką), ani olejek (które też bardzo lubię). Tym razem zakupiłam :

Logona – Glinka biała z kwiatem lotosu.

Co mówi o niej opis ze strony Matique?

Do pielęgnacji i delikatnego mycia skóry twarzy, ciała i włosów; bez zawartości tensydów (nie pieni się). Doskonała alternatywa dla szamponów i mydeł. Włosy stają się miękkie, puszyste i zyskują jedwabisty połysk.

Polecana szczególnie do mycia skóry wrażliwej oraz do mycia włosów cienkich i delikatnych.
Produkt odpowiedni dla wegan.

Stosowanie 
* mycie włosów: zwilżyć włosy i myć jak szamponem
* mycie twarzy i ciała: zwilżyć twarz lub ciało i myć jak mydłem

Posiada certyfikat BDIH

Ja zakupiłam glinkę tylko i wyłącznie z zamiarem stosowania jej na twarzy – glinki na moich włosach nie tyle średnio się sprawdzały, co efekt jaki uzyskiwałam, nie był wart zabawy z nimi i wypłukiwaniem ich z włosów, które – nie wiedzieć czemu – czasem po użyciu glinki potrafiły wyglądać świetnie, a innym razem, mimo równie dokładnego spłukania – były matowe, splątane i pozbawione życia. Spróbowałam, poznałam, do glinek na włosach nie wróciłam 😉 Ale do rzeczy… Do mycia ciała też wolę inne preparaty (jak wspomniałam kilka dni temu, uzależniona jestem od kilku zapachowych wariantów 😉 ), więc glinkę kupiłam tylko i wyłącznie do demakijażu i do stosowania ewentualnie w formie maseczki.

Pierwsze wrażenia? Cóż, glinka jak glinka 🙂 (nie był to mój pierwszy kontakt z glinkami w takiej formie, więc nic nowego tu nie zauważyłam). Biała, dość przyjemnie pachnąca, niezbyt rzadka, ale też nie gęsta, trudna do rozprowadzenia pasta. Ot, zwykła glinka w kremie. Przy rozprowadzaniu wyraźnie czuć delikatne drobinki, ale baaardzo drobniutkie, nie granulkowate, bardziej przypominające coś jak nieco słabiej sproszkowana glinka, taki grubiej zmielony proszek 🙂

Wieczorem ochoczo zabrałam się do demakijażu. Zwilżyłam dłonie, wycisnęłam porcję glinki, rozprowadziłam po twarzy z zaskoczeniem widząc, jak śmiesznie kremowa porcja glinki topi się pod wpływem kontaktu ze skórą…  I nagle… ŁAŁ! Piecze ! Pali! Zmywamy natychmiast ! Szok. Pamiętacie film "Kevin sam w domu" i zabiegi pielęgnacyjne głównego małoletniego bohatera w łazience, zakończone nałożeniem wody po goleniu na twarz i jego minę? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam 🙂 Na coś takiego przygotowana nie byłam. Zmyłam, osuszyłam twarz, usiadłam i zabrałam się do czytania składu, czy na pewno czegoś nie przeoczyłam. Co my tu mamy?

Aqua (Water) – czyli woda, czyli bezpiecznie. Szczypanie to na pewno nie przez nią.

Kaolin – czyli biała glinka, produkt dobrze mi znany i używany od kilku lat w najróżniejszej formie i pod różną postacią

Montmorillonite – czyli francuska glinka, która może być zarówno zielona, biała jak i niebieska – kontakt z nią wcześniej miałam, nic się nie działo, żadnych sensacji nie pamiętam

Parfum (Essential Oils) – olejki eteryczne… Hmm.. czyżby to któryś z nich tak paskudnie działał?

Nelumbo Nucifera Extract – ekstrakt z kwiatu lotosa. Nic kompletnie obcego dla mnie, nawet ostatnio dość popularny w moich kosmetykach 😉

Limonene -substancja zapachowa tak powszechna, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na to, czy się znajduje w składzie, bo chyba większość posiadanych przeze mnie kosmetyków w składzie ją posiada.

To co w takim razie wywołało efekt szczypania? Ba, szczypanie szczypaniem, ale to bliżej piekącym doznaniom jednak było niż podszczypywaniu. Zwykła, biała, delikatna jakby nie było, biała glinka i efekt, jakiego nie miałam do tej pory po żadnych kwasach ani naprawdę hardcorowych eksperymentach? Nie, nie zrozumcie mnie źle. To nie jest efekt przypiekania żywcem ani zranionej skóry oblanej spirytusem:)… Doznania są zdecydowanie łagodniejsze i nie tak ekstremalne. Szok mój był spowodowany raczej tym, że kompletnie nie byłam na coś takiego przygotowana.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła podejścia numer dwa. A co, do odważnych świat należy… Co prawda drugie podejście już nieco bardziej nieśmiałe było, ale nadal piekło i szczypało. Byłam już jednak na to przygotowana i nie wydało mi się to już takie straszne. A samo działanie glinki na tyle miłe, by po kilku dniach z zaskoczeniem stwierdzić, że ja naprawdę polubiłam ten kosmetyk, a pieczenia praktycznie już nie wyczuwam. Zmywa makijaż bez żadnego problemu (co prawda nie radzi sobie z eyelinerem żelowym z Costal Scents, ale szczerze bym się zdziwiła, gdyby kosmetyk o takim składzie sobie z nim poradził w 100%), pozostawia skórę miłą w dotyku, miękką, ładnie oczyszczoną (jedynie z kreskami sobie nie poradził), a co najważniejsze – nie tylko nie powoduje u mnie powstawania żadnych niespodzianek, ale mam wrażenie, że wręcz przyspiesza ich gojenie. Z pewnością skóra jest bardziej jednolita, uspokojona i co dziwne, mimo pieczenia, zupełnie nie odnotowałam zaczerwienienia po demakijażu. Również oczy nie są podrażnione, nie łzawią i nie pieką (ale u mnie akurat niewiele preparatów powoduje podrażnienie oczu). Matowa skóra, lekko zwężone pory, zero ściągnięcia, uczucia wysuszenia (ale ja mam skórę mieszaną, nie wiem, jak by się zachowała na skórze suchej). Co prawda każdy z tych efektów to dość efekt dość krótkotrwały, utrzymujący się stosunkowo niedługo, ale czy można chcieć czegoś więcej od kosmetyku, którego GŁÓWNYM zadaniem ma być demakijaż?

Zastosowałam również ten preparat jako maseczkę, która bardzo ładnie zasycha – w sposób jednolity, gumowaty wręcz, bez kruszenia się i sypania przy każdym ruchu, ale nie widziałam żadnych efektów, jakich nie zaobserwowałabym przy używaniu jej jako kosmetyku do demakijażu:)

Wydajność. Tu nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Mimo tego, że tuba jest słusznych rozmiarów, mimo tego, że do zmycia makijażu używam niewielkie ilości (co prawda zawsze, każdym preparatem zmywam makijaż podwójnie), to jakoś podejrzanie szybko mi ta glinka znika. Ale przy cenie ok. 30 zł za 200 ml jestem w stanie jej to wybaczyć.

Ja znalazłam jeszcze jeden minus, który pewnie wyda się większości z Was śmieszny, ale dla mnie jest to coś, czego ja po prostu nie cierpię. Na opakowaniu mamy naklejoną etykietę w języku polskim. Oczywiście nie tego nie cierpię 😉 To jest jak najbardziej pożądane, ale fakt, że etykietka jest ze zwykłego papieru, który w kontakcie z wodą (a jak wspominałam, zawsze zmywam makijaż dwa razy i za drugim razem ręce mam wilgotne, gdy sięgam po tubkę), zaczyna się wałkować, rolować, ścierać jest dla mnie na tyle denerwujący, że i tak ową etykietę usuwam, więc nic mi po polskich napisach na takim kosmetyku 😦

Skoro mowa o niewiele znaczących dla większości niuansach, to wspomnę jeszcze, że dla mnie osobiście na plus zaliczam również opakowanie – zamknięcie na szczęście nie w formie nielubianej przeze mnie zdejmowanej nakrętki (nie lubię tego ani w pastach do zębów, ani w kremach do rąk). Otwiera się łatwo, nawet przy dłuższych paznokciach nie trzeba się martwić o ich połamanie (jeden z powodów, dla których przestałam używać żeli pod prysznic YR to właśnie koszmarne opakowania, których nigdy, dosłownie nigdy nie udawało mi się otworzyć bez wyrzucenia z siebie porcji mniej lub bardziej niecenzuralnych słów 🙂 )

 

Tyle ode mnie. Czy kupię ponownie? Jeżeli nie znajdę swojego nowego faworyta w paczce, która do mnie leci, albo mój obecny nr 1 nie pojawi się w pojemności większej niż 120 ml (o nim za kilka dni), to nie jest wykluczone, że wrócę do tej glinki, bo to naprawdę fajny kosmetyk, wbrew temu, co można było wywnioskować na początku mojej recenzji 😉

Cena regularna w Matique : 33,50 zł. Obecnie w promocji : 26,90 zł

Data ważności mojego opakowania glinki : do lipca 2013 roku

Tak na szybko, czyli lakierowo….

Raz na jakiś czas na moim blogu pojawiają się recenzje kosmetyków, których w żaden sposób nie mogę podciągnąć pod kategorię mineralnych, ani nawet naturalnych, jednakże jako iż takowych również używam, to dzisiaj krótki wpis związany z tym, co ostatnio miałam na paznokciach.

Orly – 549 Sapphire Luck (September)

Mimo pierwszego niezbyt korzystnego wrażenia, lakier ten podbił moje serce i ostatnio jest najczęściej noszonym przeze mnie odcieniem. Co prawda wymaga ciemnej bazy, gdyż w innym przypadku jest po prostu mdły, mało widoczny i zdecydowanie nijako wyglądający. Na ciemnej bazie pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze – odcień dżinsowej niebieskości z fioletem, mniej lub bardziej widocznego, w zależności od kąta padania światła. Na zdjęciach poniżej – 2 warstwy Sapphire Luck na jednej warstwie granatu z Essence.

Aplikacja – bez problemu, zmywanie również, trwałość – 4 dni, potem zaczyna się ścierać na końcówkach.

Przepraszam za brak zbliżeń, ale jak widać, moje paznokcie nie nadają się do pokazywania ich pod lupą, więc oszczędzę Wam niezbyt miłego widoku moich skórek i nierówno spiłowanego kształtu:)

 

Orly 40728 – Pixy Stix (Sweet Collection Spring 2010)

Trudny do określenia odcień – w butelce sprawia wrażenie sympatycznego, niegroźnego mixu korala z różem, natomiast nałożony na paznokcie podąża wyraźnie bardziej w kierunku owego różu, balansując na granicy kiczu i pięknego letniego odcienia, zdecydowanie zwracającego na siebie uwagę 😉 Błyskawicznie schnie, bez żadnych drobinek, z pięknym połyskiem.

Na zdjęciu – trzy warstwy. Przy dwóch końcówki paznokci wciąż lekko prześwitywały. Trwałość – po 3 dniach pojawiły się delikatne odpryski na końcówkach.

Gdybym zakupiła go sugerując się tym, co widać w wynikach wyszukiwania grafiki Google, byłabym baaardzo rozczarowana. Na niektórych zdjęciach wygląda wręcz słodko, pastelowo, delikatnie i dziewczęco. A dziewczęcy on zdecydowanie nie jest 🙂

I coś ze zdecydowanie niższej półki, czyli

Mollon Roses & Blues nr 165

Multiwitaminowy lakier do paznokci. Właściwie zakupiony kompletnie przypadkiem. Przed zakupami w supermarkecie uświadomiłam sobie, że nie mam żadnej monety w portfelu, żeby wziąć wózek na zakupy. A rozmienić oczywiście w kiosku "nie mieli" 🙂 Chwyciłam więc na oślep pierwszy lepszy lakier do paznokci ze stoiska z kosmetykami Golden Rose i tym sposobem dostałam potrzebne mi 2 zł na wózek, bo przy wydawaniu reszty zawsze się jednak drobne w kasie nagle znajdują  🙂

Nie był to przemyślany zakup, ale że czerwieni nigdy u mnie dość (to znaczy – kolekcjonuję namiętnie, mniej chętnie za to używam:) ), więc nie żałuję. Co prawda nigdy wcześniej nie spotkałam się z kosmetykami tej marki, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać przed aplikacją, ale muszę przyznać, iż jestem dość miło zaskoczona. Nr 165 to odcień strażackiej chłodnej czerwieni ze srebrnymi i jasno różowymi… no właśnie, wciąż mam problem, czy to brokat czy glass flecked 🙂 W butelce stawiałam na brokat, ale już po nałożeniu zaczęłam się zastanawiać 😉

Na buteleczce znalazłam informacje, że lakier regeneruje, wzmacnia i odżywia płytkę paznokcia dzięki kompleksowi witamin, nadaje nasyconą barwę, głębię koloru i intensywny blask, gwarantuje doskonałą jakość i trwałość koloru aż do 7 dni. Regeneracji ani odżywienia oczywiście po 3 dniach noszenia odnotować nie mogłam, ale co do blasku i głębi koloru to się jestem w stanie nawet zgodzić. 2 warstwy wystarczyły, by uzyskać efekt widoczny na zdjęciu poniżej. Po 3 dniach musiałam jednak zmyć, bo pojawiły się odpryski. Ale jako iż to był okres przedświąteczny (porządki, wzmożone prace kuchenne, częstsze zmywanie itd.), to 3 dni bez żadnego wspomagania uważam za całkiem przyzwoity efekt jak na lakier w takiej cenie (ok. 7 zł). Niewykluczone, że skuszę się na inne, już nieco bardziej stonowane odcienie 😉