Brak szczęścia do CATRICE

Od dłuższego czasu z zazdrością przyglądałam się zdjęciom na innych blogach pokazujących zdobycze z Catrice. Niestety, najbliższa szafa tej marki jest tak daleko mnie, że zupełnie mi nie po drodze jakoś do tych kosmetyków i za każdym razem, gdy pojawiało się coś, na co miałam ogromną ochotę (chociażby mozaika z limitowanki Urban Baroque, czy pomadki z tej samej serii), wiedziałam, że i tak przejdzie mi to koło nosa, bo zakupić na bank nie zdążę.

W końcu jednak i w moje ręce trafiło coś z Catrice, tylko, że … chyba nie do końca trafione to były zakupy 🙂

Błyszczyk Lip Appeal w odcieniu nr 40, czyli Hello Darling !

NIe ukrywam, że zakupiłam go głównie pod wpływem bloga Maus, gdzie na jej ustach tak apetycznie się te błyszczyki prezentują, że mimo mojej niezbyt gorącej miłości do tej części kolorówki akurat, zdecydowałam się nabyć jakiś odcień. Nie wiem, być może nie trafiłam po prostu z wyborem, być może spodziewałam się czegoś innego, a może po prostu moja niechęć do błyszczyków jest zbyt silna, by cokolwiek mogło ją pokonać, ale Hello Darling ! raczej przygodę ze mną już zakończył.

Hello Darlling to trudny do określenia odcień łączący w sobie róż, malinową czerwień, odrobinę arbuza, sorbetu truskawkowego, a to wszystko okraszone porcją srebrzystych drobinek. Bardzo ładny i naturalny kolor.

Dlaczego więc nie lubię tego błyszczyka? Ano dlatego, że na moich ustach wygląda tak:

Zbyt mokro, zbyt błyszcząco i zbyt zwracająco na siebie uwagę. Gdy mam go na sobie, to właściwie widać na mojej twarzy tylko usta, które wyglądają jak polakierowane, a nie subtelnie podkreślone. A nie ukrywajmy, usta, to nie jest mój mocny atut i raczej wolę odwracać od nich uwagę, niż kierować spojrzenia innych na tą część mnie 😉 Do tego przez cały czas wyraźnie czułam, że coś mam na ustach, a ja niespecjalnie przepadam za tym uczuciem.

Jestem pewna, że efekt jaki daje ten błyszczyk na innych może wyglądać wyjątkowo kusząco, ja się po prostu źle z nim czuję i już.

Nie wykluczam jednak ponownego podejścia do tematu tych błyszczyków – raczej z ciekawości i z nadzieją, że moje wyjątkowe szczęście sprawiło, że zakupiłam jedyny błyszczyk z całej kolekcji, który ma aż tak mocny połysk i widoczne drobinki i że reszta jest nieco bardziej stonowana. Na plus bowiem mogę zaliczyć zarówno cenę, aplikator, który początkowo mnie irytował, ale po jakimś czasie przestał mi przeszkadzać i nawet go polubiłam, smak i zapach (nie wszystkim przypadną do gustu te budyniowo-śmietankowo-karmelowe nuty) no i niekleistość. Opakownie również jest dość estetyczne, choć nie wiem, jak z trwałością, bo w kosmetyczce u mnie nigdy nie wylądował – siedzi sobie w pudełku z kosmetykami, z którymi nie wiem, co zrobić 😉 Gdyby jego trwałość była jeszcze większa (spodziewałam się większej, gdyż błyszczyk jest raczej gęsty niż wodnisto-rzadko-spływający i dość dobrze osadza się na ustach, przylegając do nich i nie spływając poza kontury) i gdyby był mniej wyczuwalny na ustach, to może i pokusiłabym się o zakup kilku odcieni w ciemno, zwłaszcza, że ma jedną cechę, która sprawia, że mam ochotę przyjrzeć się innym wersjom – nie wysusza…

Kolejnym produktem, na jaki się skusiłam, był :

SUN GLOW – Matt Bronzing Powder (Darker Skin)

Przyznaję, że również wypatrzony na blogu Maus. Co prawda bardziej kusił mnie Multi Colour Powder, ale gdy zobaczyłam, że w składzie ma wosk pszczeli, to szybko przeszła mi na niego ochota, bo na bank spowodowałby wysyp drobnych krostek na mojej skórze (tak działa na mnie beeswax w składzie). Z drugiej strony tutaj mamy na dzień dobry i talk i Aluminum Starch Octenylsuccinate ( i oczywiście parabeny do pełni szczęścia), więc też o przyzwoitym składzie mówić nie możemy. Ale pal licho skład, ja bym chciała w końcu znaleźć bronzer, w którym nie będę wyglądała jak nie całkiem normalna 😉 

Zostałam więc posiadaczką odcienia 020 Deep Bronze, gdyż przeczytałam, że jego jaśniejsza wersja jest nie tylko twardsza i trudniejsza w nakładaniu, ale paradoksalnie –  bardziej pomarańczowa. A pomarańczy unikam jak ognia.

Co ja mogę powiedzieć na temat tego pudru… Zobaczcie same, dlaczego go nie lubię. Myślę, że wszelkie słowa są tu zbędne – wszystko widać na zdjęciach. A gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę fakt, że aparat przeważnie nieco zjada kolory (zdjęcie nie było w żaden sposób poprawiane), to możecie sobie wyobrazić, jak uroczo wyglądam z pudrem brązującym Catrice na twarzy na żywo 🙂 Cóż, ja podziękuję.

Uwierzcie mi na słowo, że puder nałożony został dość lekką ręką, z umiarem (jako róż i lekko muśnięta cała twarz, dosłownie lekko omieciona – podkładu nie mam, na twarzy jedynie Sun Glow; zdjęcie robione jakąś godzinę po aplikacji…). Zdjęcie z pędzlem robione innego dnia – chciałam pokazać, jak sympatycznie i w miarę bezpiecznie kolor wygląda zarówno w opakowaniu jak i naniesiony na pędzel (celowo nabrałam go tak dużo, by pokazać, że to ładny odcień brązu). Prawda, że niegroźnie? Wręcz wygląda bardzo kusząco. Najwyraźniej moja skóra wydobywa z brązów wszystko, co najgorsze, dlatego tak bardzo lubię bronzery lekko przykurzone, wręcz sinawe w typie Taupe NYX-a, czy własnoręczne mieszanki z niebieskim pigmentem 😉

Kompletnie nie moja bajka, więc tylko słowem podsumowania. Opakowanie – dość tandetne, ale w granicach przyzwoitości. Zapach – koszmarny, ale zupełnie niewyczuwalny podczas aplikacji. Rozprowadza się dość łatwo. Cena zdecydowanie na plus. I tyle. Nic więcej po jednym teście nie jestem w stanie powiedzieć. A na więcej się nie skuszę.

Cena: 18 zł

Skład: TALC, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, KAOLIN, MICA, ISOCETYL STEAROYL STEARATE, OCTYLDODECYL STEARATE, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES).

Catrice Ultimate Nudes – Moulin Rouge Light

Kolejny dowód na to, że jestem inna 😉 Naprawdę. Zobaczcie jaki to ładny odcień cielakowatego beż z różem i delikatną kapką brzoskwiniowych tonów. Śliczny, uroczy i bardzo klasyczny. W butelce. Na paznokciach innych. Na moich – już nieco mniej 🙂 I to wcale nie tak, że nie lubię takich odcieni. Owszem, lubię. Nie zawsze na paznokciach mam granat, grafit czy strażacką czerwień. Zdarza mi się używać też bardziej bezpiecznych odcieni. I szczerze mówiąc, gdy zobaczyłam ten lakier po raz pierwszy, byłam pewna, że się polubimy. Nic bardziej mylnego.

Odcień na zdjęciu wygląda trochę lepiej niż w rzeczywistości, ale to nie odcień jest powodem, dla którego butelka ląduje w koszu. Jest to mój pierwszy i jak do tej pory jedyny lakier z Catrice. Niestety, aplikacja była tak koszmarna, że nie wiem, czy skuszę się na jeszcze. Smuży, ciężko go ładnie rozprowadzić, jak dla mnie ma zbyt gęstą konsystencję (czyżby już był stary? chyba niemożliwe raczej). W każdym bądź razie – malowanie nim do najprzyjemniejszych nie należało. Męczyłam się ogromnie, żeby go równo rozprowadzić, podczas malowania tworzyły się paskudne smugi, przy ich poprawianiu było coraz gorzej. W końcu jakoś się udało, ale to ponad moją cierpliwość. Co prawda zmywanie poszło błyskawicznie, ale przy takiej ilości wad to raczej większego znaczenia dla mnie nie ma 😉

 

Reklamy

Po różach – bronzery Lily Lolo

Razem z różami Lily Lolo, które opisywałam w jednym z poprzednich postów, otrzymałam od firmy Costasy zestaw próbek bronzerów. Od kilku dni do każdego zamówienia w Costasy oprócz próbek podkładów można sobie wybrać próbkę różu czy też bronzera właśnie jako bezpłatny gratis. A nawet bezpłatne 4 takie gratisy 😉

W chwili obecnej dostępne są 3 odcienie bronzera oraz jeden puder rozświetlający. Jeden z nich jest matowy, a pozostałe posiadają błyszczące drobinki.

  • Bondi Bronze – ten mineralny bronzer w średnim odcieniu daje efekt połyskującej opalenizny dzięki zawartości złotych drobinek, które pięknie błyszczą w słońcu. Jest on odpowiedni dla większości rodzajów karnacji.
  • South Beach – brzoskwiniowy, subtelnie matowy bronzer o średnim kolorycie. Idealny dla tych, którzy chcą uzyskać bardziej naturalny, opalony wygląd.
  • Waikiki – ten jasny bronzer nadaje błyszcząco-złoty wygląd i idealnie pasuje do cery w jasnym odcieniu
  • Star Dust – dzięki temu wspaniałemu pudrowi Twoja cera jest świeża i rozświetlona, a dzięki właściwościom odbijającym światło, Twój makijaż wygląda nieskazitelnie

Ich opisy nie są moją własnością i zostały zaczerpnięte ze strony Costasy 😉

Cena bronzera/rozświetlacza to 69,90 zł za 6 (rozświetlacz) albo 8 (bronzery) gram proszku w 40 ml opakowaniu.

wszystkie odcienie nałożone na skórę grubszą warstwą, bez rozcierania; światło dzienne, bez użycia lampy

Przyznam szczerze, że byłam nieco zaskoczona, gdy zobaczyłam te odcienie na żywo. Nie przypuszczałam, że są tak intensywne i spodziewałam się nieco bardziej stonowanych barw.

Najbardziej przeraził mnie kolor Bondi Bronze (nie wiem dlaczego cały czas miałam w głowie zakodowane, że to "Blondie" Bronze i nawet zastanawiałam się, dlaczego najciemniejszy odcień nazwali tak właśnie 😉 Dopiero podczas robienia zdjęć okazało się, że to nie "blondie", a "bondie". Cóż, brawa za spostrzegawczość i poprawne czytanie…

South Beach wygląda mniej więcej tak, jak go sobie wyobrażałam, natomiast Waikiki kompletnie od tych wyobrażeń odbiega. Nie dość, że w pudełku wygląda kompletnie inaczej niż na skórze, to nie spodziewałam się, że jest taki… złoty 😉 Zdecydowanie bardziej widzę go u siebie jako rozświetlacz niż bronzer. Nałożony ciut wyżej niż Bondie Bronzer daje piękny efekt złotego blasku i jeżeli będę go używać, to raczej w tej roli, gdyż z bronzerem moim zdaniem ma niewiele wspólnego.

Podejrzewam, że Waikiki musi pięknie wyglądać na opalonym dekolcie, ramionach latem, gdy chcemy rozświetleniem podkreślić opaleniznę na wyjątkowe okazje.

South Beach mimo iż niepozorny, to jakoś najbardziej jednak przypadł mi do gustu. Być może przez to, że jest matowy i wygląda najbardziej naturalnie. Całkiem nieźle spisuje się przy konturowaniu i podkreślaniu wybranych partii twarzy. Efekt jest naturalny, choć osobiście wolałabym, żeby był jeszcze ciut chłodniejszy. I tak jednak jest znacznie lepszy od wszystkich odcieni bronzerów, jakie zakupiłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na pewno jest mniej pomarańczowy w każdym bądź razie 😉

Na zdjęciu wszystkie odcienie delikatnie roztarte na skórze (światło dzienne, słoneczny dzień, zdjęcie w zacienionym miejscu bez użycia lampy)

Star Dust to z kolei typowy rozświetlacz. Jasny odcień chłodnej pastelowej żółci. Drobinkowy, błyszczący i .. tyle. Na razie nic więcej nie umiem o nim powiedzieć, bo ostatnio jestem zwolenniczką raczej bardziej subtelnego rozświetlenia; tu drobinki są dla mnie zbyt duże, a z racji tego, że moje pory potrafią wyglądać różnie, to i błyskotek zwracających na nie uwagę raczej przez ostatnie kilka dni unikam (zwłaszcza, że po chwilowej całkiem niezłej kondycji mojej skóry, znowu dopadł mnie wysyp po testach nowego produktu i twarz mam usianą zmianami skórnymi zdecydowanie nie zachęcającymi do ich eksponowania i podkreślania blaskiem 😉 )

Lily Lolo – róże

Dostałam dziś paczuszkę od firmy Costasy z zestawem próbek wszystkich odcieni róży (różów? Notorycznie mam problem z odmianą tego słowa 😉 Muszę chyba w końcu sprawdzić w słowniku i zapisać wołami na ścianie sobie 🙂 ). Próbki oczywiście dostałam w woreczkach, ale tradycyjnie poprzesypywałam do pojemniczków, żeby można było się lepiej przyjrzeć proszkom.

Róże Lily Lolo występują obecnie w 10 odcieniach. Cena 3 gramowego różu w słoiczku 20 ml to 39,90 zł. Od jutra również będzie można otrzymać darmowe próbki, na identycznych zasadach jak w przypadku próbek podkładów (czyli do zamówienia możemy sobie wybrać 4 próbki, jakie chcemy przetestować, które Costasy dołoży GRATIS)

Skład : Mika, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza (czyli prosty, bez udziwnień)

Spośród całej dziesiątki, ja znalazłam swojego faworyta tam, gdzie znaleźć się go kompletnie nie spodziewałam. I jeden odcień, który miałam nadzieję, że będzie nieco inny, ale w swojej obecnej postaci właściwie nie wygląda źle. Na twarzy go jednak nie testowałam, więc jeszcze nie jestem pewna swojego zdania o nim. Ale o tym wszystkim za chwilę. Najpierw przedstawię całą kolekcję, czyli zaczynając od góry:

  • Candy Girl – delikatnie błyszczący róż do policzków w bladym odcieniu jest idealnym dodatkiem do Twojego dziewczęcego makijażu
  • Ooh La La – zastosuj ten perfekcyjny, subtelnie matowy róż do policzków, gdy chcesz wywołać podziw swoim wyglądem.
  • Clementine – subtelnie matowy róż do policzków o kremowej konsystencji i brzoskwiniowo-różanym odcieniu, idealnie pasuje do nieco ciemniejszej cery
  • Cherry Blossom – blady róż do policzków w odcieniu brzoskwiniowo-różowym nada subtelny połysk jasnej cerze
  • Doll Face – ślicznie błyszczący róż do policzków w odcieniu cukierkowo-różowym, idealny do jasnego typu cery
  • Juicy Peach – smakowicie wyglądający róż do policzków w odcieniu soczystej brzoskwini.
  • Sweet Fig – smakowity matowy róż do policzków, który stanowi wspaniałą alternatywę dla mineralnych kosmetyków brązujących
  • Rosy Apple – perfekcyjny, połyskujący róż do policzków w odcieniu różowo-brązowym
  • Sugar 'n Spice – połyskujący, śniady odcień jest idealny dla tych, którzy wolą róże w odcieniu brązowym zamiast różanym
  • Rosebud – ten błyszczący róż do policzków w odcieniu różanym nada Ci naturalnie wyglądający rumieniec

Opisy wykorzystane powyżej zostały zaczerpnięte ze strony Costasy.

Swatche na ręku zrobione w słoneczny dzień, w zacienionym miejscu. Róże nałożone płaskim pędzlem do podkładu na skórze bez żadnej bazy.

W sklepie znaleźć możemy podział zarówno na róże matowe i błyszczące, jak i pod względem tonacji kolorystycznej, do której należą. Co prawda w kategorii matowej nie znajdziemy odcienia Sweet Fig, który moim skromnym zdaniem matowy również jest, ale być może to przeoczenie, albo – czego też nie wykluczam – moje indywidualne postrzeganie po prostu 🙂

W każdym bądź razie, robiąc swatche, kierowałam się tym, co widzę na stronie Costasy, bo co jak co, ale strona jest niesamowicie estetycznie zrobiona, a łatwość poruszania się po niej mogłaby być wzorem dla wielu miejsc zakupów. I dlatego też, na zdjęciach poniżej, w kategorii "róże matowe" znajdują się tylko 3 odcienie. Dopiero później zreflektowałam się, że właściwie ja bym dodała do nich jeszcze jeden odcień, wcześniej wspomniany Sweet Fig właśnie.

Podczas robienia swatchy zdążyłam sobie już wyrobić pierwszą opinię na temat tych róży. Na twarzy testowałam tylko jeden z odcieni i ten spisał się bez zarzutu.Jak zachowują się inne? O tym za jakiś czas. Przede wszystkim róże są dość porządnie napigmentowane i wystarczy dosłownie mininalna ilość, naprawdę minimalna, by uzyskać pożądany efekt.

O ile w przypadku większości odcieni aplikacja nie sprawia najmniejszych problemów, o tyle zastrzeżenia mam do jednego odcienia. Doll Face. Piękny, delikatny, pastelowy odcien jasnego mlecznego różu przełamany nutą brzoskwiniowych tonów. Niestety, odstaje od reszty, gdyż nie jest tak drobno zmielony, błyszczy się bardzo, drobinki są zdecydowanie zbyt duże i z pewnością nie zadowolą fanek subtelnego rozświetlenia. Tu jest zbyt dosłownie – zbyt widocznie, zbyt błyszcząco, zbyt nachalnie i zbyt drobinkowo. Choć pewna jestem, że i takie kosmetyki mogą być czasem potrzebne. Czasem przecież mamy ochotę zaszaleć (w końcu Champagne z EDM potrafiłam na dzień kiedyś też używać, a subtelny on z pewnością nie jest :D)

Mnie jednak zauroczył odcień z kategorii "róże matowe". Odcień, jaki raczej nie znajdował się na mojej liście potencjalnych nabytków w przyszłości. Mowa o Clementine. Przepiękny odcień ciepłego korala; róż, brzoskwinia w jednym, a to wszystko stonowane, delikatne, bardzo kobiece i naturalnie wyglądające. I elegancko matowe. Do stonowanego dziennego makijażu idealny. Do tego wspaniale pasuje do wiosny za oknem. Myślę, że osoby o jaśniejszej karnacji, używając go z odpowiednim umiarem, również mogą go pokochać, nie jest zarezerowany tylko dla ciemniejszych cer (ja po zimie, kwasach i rolce do ciemniejszych zdecydowanie się nie zaliczam)

  • Róże z kategorii "matowe" odcienie (poza Sweet Fig, który wg mnie jest matowy, ale nie znajduje się w tej kategorii) nałożone w SPOREJ ilości na skórę pokrytą 5 minut wcześniej kremem do rąk. Światlo dzienne, zdjęcie bez lampy, słoneczny dzień, zdjęcie zrobione w zacienionym miejscu:

Wg mnie Clementine to jeden z ciekawszych odcieni w kolekcji Lily Lolo, aczkolwiek moje zainteresowanie i chęci do testów na skórze wzbudził również Sweet Fig, który mimo iż na zdjęciach nie prezentuje się jakoś wyjątkowo atrakcyjnie, to jednak myślę,że ma spory potencjał i może się całkiem nieźle spisać. Na pewno będę chciała się też przyjrzeć odcieniowi Ooh La La 😉 Wydaje mi się, że ma całkiem duże szanse stać się moim II ulubionym odcieniem z Lily Lolo…

Rozczarowały mnie nieco Rosebud i Sugar n Spice. Nie dla tego, że są brzydkie. Nie. Po prostu oglądając swatche w sieci spodziewałam się czegoś innego. Czegoś mniej wyrazistego, nieco stłumionego odcienia śliwki, spranego brązu… Czegoś, co zgrabnie i z wyczuciem balansuje na granicy pięknego stonowanego odcienia a brudnawej smugi 😉 Są dość intensywne, więc w moim przypadku na dzień wyłącznie nałożone bardzo lekką ręką, dosłownie muśnięciem pędzla, natomiast podejrzewam, że mogą interesująco wyglądać w sztucznym, wieczorowym świetle. I z pewnością nie omieszkam użyć ich obu w takiej właśnie oprawie (a okazja ku temu już jutro wieczorem 😉 )

  • Róże z kategorii "róże różowe": Doll Face, Cherry Blossom, Candy Girl, Ooh La La, Rosebud. Nałożone w OGROMNEJ ILOŚCI na nawilżoną skórę dłoni, żeby wydobyć ich tony (oczywiście na twarzy nigdy w takiej ilości się nie znajdą :D)

  • Róże z kategorii "róże brązowe": Rosy Apple, Sweet Fig, Sugar n Spice (również nałożone bardzo hojnie na nakremowaną skórę rąk)

I na koniec kilka swatchy róży nałożonych już w normalny sposób, dość lekko, płaskim pędzlem na suchą skórę, bez żadnych kremów na niej 😉

Tyle na dzisiaj. Jutro, najpóźniej pojutrze 😉 – widoczne na pierwszym zdjęciu bronzery i rozświetlacz LiLy Lolo. Zapraszam 🙂

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Nyx Runway Palette & Sleek STORM Palette

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

NYX Runway Collection Champagne & Caviar oraz Sleek Makeup Palette Storm:

Sleek i-divine Palette : STORM

Paleta składająca się z 12 cieni do powiek z lusterkiem i aplikatorem.

Wybrałam ten wariant kolorystyczny, gdyż wydawał mi się najbardziej uniwersalny i najbardziej odpowiedni do wykonania makijażu zarówno na co dzień jak i na wieczór. Słyszałam dużo dobrego o tych paletkach, ale jakoś pozostałe wersje kolorystyczne do mnie średnio przemawiają, więc podejrzewam, że póki co, ta zostanie jako jedyna w mojej kolekcji.

Pierwszy raz zwróciłam na nie ze względu na hasło "cienie mineralne". Oczywiście już po chwili upewniłam się, że z prawdziwymi minerałami mają niezbyt dużo wspólnego. I tu ciekawostka, bo na różnych stronach spotkałam się z różnym składem (nie wiem, czy rzeczywiście się różnią, czy wynika to z niedokładnego przepisania składu. Trafiłam m.in na taki:

Skład : Mica, Talc, Kaolin, Magnesium, Stearate, Dimethicone, Paraffinum Liqid, Ethylhexyl, Palmitate, Propylparaben, Methylparaben,
MAY CONTAIN: Cl77007, Cl77510, Cl77289, Cl77491, Cl77492.

Natomiast na mojej paletce skład wygląda następująco:

Skład: Mica, Talc, Paraffinum Liquidum, Magnesium, Stearate, Ethylhexyl Palmitate, Dimethicone, Propylparaben, Methylparaben

MAY CONTAIN: UTRAMARINE ( CI 77007), Yellow IRON OXIDE (CI 77491), Iron Oxide (CI Cl77491/2/9), RED IRON OXIDE (Cl77491), BLACK IRON OXIDE (Cl77499),TITANIUM DIOXIDE (Cl77891), HYDRATED CHROMIUM GREEN (Cl77289), MANGANESE VIOLET (Cl77742), FERRIC FERROCYANIDE (Cl77510)

Niby różnice niewielkie, ale w mojej paletce w skład nie wchodzi chociażby kaolin, a silikon jest nie przed parafiną ale po niej. Nie wiem, skąd takie rozbieżności.

Sama paletka jest klasyczną paletą zamykaną na zatrzask. Wykonana dość solidnie, bez udziwnień. Posiada sporych rozmiarów lusterko. I tu należy wspomnieć o tym, co niby jest drobiazgiem, wg mnie jednak bardzo przydatnym, a niestety, nie jest standardowym wyposażeniem takich paletek. W środku znajduje się folia, która oddziela lusterko od cieni. Niby nic, a jednak wszyscy, którzy nie cierpią mieć lusterka wiecznie upaćkanego pyłkami cieni, z pewnością docenią ten drobiazg.

Otwiera się dość trudno i przy dłuższych paznokciach możemy mieć problem z jej szybkim otwarciem, choć z drugiej strony, ja traktuję to raczej jako zaletę, gdyż mam pewność, że nic mi się przypadkowo nie otworzy i nie czeka mnie niespodzianka w postaci cieni rozsypanych po całej kosmetyczce w przypadku, gdybym chciała paletkę zabrać w podróż.

Dołączony aplikator dla mnie jest kompletnie zbędny, bo nie lubię gąbkowych aplikatorów (choć wiem, że są świetne do wydobywania intensywności cieni i "wgniatania" ich w powiekę. Ja jednak pozbywam się ich natychmiast, gdyż tak po prostu mam i już 😉

O samych cieniach niewiele więcej mogę powiedzieć niż to, co już zostało wszędzie chyba powiedziane. Są bardzo miękkie, kremowe, nakładają się bez najmniejszego trudu, są mocno napigmentowane. Konieczność blendowania i machania pędzlem, żeby je ładnie połączyć praktycznie zredukowana została do zera, gdyż jakiś cudem robią to same 😉 Kilka ruchów pędzelkiem lub aplikatorem i właściwie nie widać żadnych ostrych granic, wszystko ładnie się ze sobą miesza.

Z trwałością też nie jest najgorzej. Co prawda nigdy nie używałam ich bez bazy (aż tak odważna nie jestem, gdyż olej mineralny w składzie plus moje tłuste powieki = prawie na pewno katastrofa), ale na bazie (MEOW, E.L.F, LaurEss) wytrzymują w niezmienionym stanie praktycznie do wieczora. Nawet nie blakną jakoś specjalnie mocno.

Tyle zalet. Dlaczego jednak nie śpiewam hymnów pochwalnych na ich cześć? Otóż wg mnie cienie te mają i swoje wady. Pomijam skład, bo w przypadku cieni do powiek jest on dla mnie sprawą drugorzędną. Jednak same cienie są dość.. płaskie. Nie wiem, jak to określić, ale mimo swoich żywych, intensywnych barw są dość jednostajne i wyglądające właśnie jak cienie z TEJ kategorii cenowej. Nie twierdzę, że są złe. Absolutnie nie. Ale z pewnością nie możemy ich postawić na równi z cieniami górnopółkowymi czy chociażby z cieniami Urban Decay. Od razu widać, że to nie ta liga.

Do tego znaczna większość cieni to dość mocno błyszczące odcienie. Matowy mamy jedynie ciemny stonowany brąz (który sam w sobie jest ładnym odcieniem, ale dość nierówno rozkładającym się na powiekach) oraz średni, wielbłądzi odcień jasnego brązu. No i czerń, która matem całkowitym nie jest, raczej satyną w średnim natężeniu. Jego jakość zdecydowanie jest poniżej średniej. Czerń mało czarna, średnio napigmentowana, cień też różni się konsystencją od pozostałych – jest bardziej twardy, suchy i trudniejszy do nabrania na pędzel. I choć zrobienie nimi makijażu dziennego, stonowanego jest jak najbardziej możliwe, to jednak całe możliwości tej paletki wychodzą dopiero przy makijażu mocniejszym (niekoniecznie wieczorowym).

Sleek :

Ja pewnie z przyjemnością zużyję tę paletkę (co trudne chyba nie będzie, zważywszy na fakt, jak miękkie są cienie i że jej termin ważności to tylko 12 miesięcy) i myślę, że dość często będę po nią sięgać właśnie ze względu na wymienione wcześniej zalety (łatwość aplikacji, bardzo intensywne i nasycone odcienie, świetne napigmentowanie, długotrwałość). Czy jednak kupię kolejną? Póki co moja ciekawość została zaspokojona. Choć jeżeli Sleek wypuści coś w bardziej stonowanych barwach, to podejrzewam, że się jednak nie oprę. Zwłaszcza, że stosunek ceny do jakości jest nie do pobicia.

PS. Zakupiłam w międzyczasie jeszcze na ebayu :

SLEEK FACE AND BODY GLO KIT 'BRONZE BABY'
SLEEK BLUSH 'ROSE GOLD'

niestety, zaginęły gdzieś po drodze (nawet te, które zostały dzięki uprzejmości przesympatycznej sprzedającej wysłane po raz drugi). Kolejny raz jakiemuś pracownikowi poczty przykleiły się moje paczki do łap… Po miesiącu wędrówki szanse na to, że jeszcze dotrą są praktycznie zerowe, więc pogodziłam się z tym, że raczej na razie nie spróbuję najpopularniejszego chyba odcienia różu Sleeka czyli Rose Gold… Trudno…

Dopisano: zaraz po tym, jak napisałam informację o tym, że póki co jestem zaspokojona w temacie paletek Sleeka, weszłam sobie na bloga Lipstick on the Cup i … zachciało mi się Bad Girl. Eh, nie ma to jak być stanowczą i zdecydowaną. Idę poszukać na Allegro 😀

Cena : ok. 30 zł.

Moja ocena 8/10

Zwolenniczki bardziej naturalnego makijażu i mniej rzucających się w oczy cieni na powiekach, myślę, że bardziej zadowolone będą z innej paletki, czyli:

NYX The Runway Collection : Champagne & Caviar

To jedna z kilkunastu wersji wchodzących w skład kolekcji The Runway Collection. Wg mnie – najbardziej interesująca odcieniowo. A z tego co słyszałam, również pod względem jakościowym.

Skład:Mica, Talc, Zinc Stearate, Mineral Oil, 2-Ethylhexyl Palmitate, Tridecyl Trimellitate, BHT, Methylparaben, Propylparaben.
MAY CONTAIN: Red Iron Oxide CI77491, Yellow Iron Oxide CI77492, Black Iron Oxide CI77499, Titanium Dioxide CI77891, Fd&c Red No. 40/Ci16035:1, Carbon Black CI77266.

W paletce z lusterkiem, nieco mniejszych rozmiarów niż w przypadku Sleeka, mamy 10 odcieni dość neutralnych kolorów utrzymanych w tonacji głównie brązu i beżu. Cienie są również dość miękkie, z tą tylko różnicą, że Storm Sleeka to miękkość lekko tłustawa, natomiast w przypadku NYX-a, bardziej sucha (choć i tak znacznie mniej niż w przypadku większości cieni dostępnych w drogeriach) Nie znaczy to jednak, że gorsza w odczuciu. Wręcz przeciwnie. Cienie mają aksamitną konsystencję, są bardzo gładkie, porządnie zmielone i ładnie sprasowane. Przyjemne dla oka barwy również na powiekach wyglądają ciekawie. Nie są już tak intensywne i iskrzące, zdecydowanie bardziej nadają się do dziennego, nawet dyskretnego makijaży oka, choć również nie są to tylko kolory matowe. Jednakże mamy tu doczynienia bardziej z perłowością niż z mega lśnieniem. I ta paletka zdecydowanie bardziej mnie urzekła. Choć aplikacja cieni nie jest już tak łatwa jak w przypadku Sleeka, to o wiele trudniej zrobić sobie tą paletką krzywdę. Cienie są wystarczająco napigmentowane, by nie musieć ich skrobać i męczyć się z przeniesieniem ich na powiekę i wydobyciem z nich choć odrobiny koloru, a jednocześnie na tyle bezpieczne, że nie wystarczy ruch pędzlem by uzyskać tandetny i przeładowany efekt (o co nietrudno w przypadku paletki Storm). Pędzel z cieniem po powiece sunie gładko, bez najmniejszych problemów, nie osypują się w nadmiarze i nie ma mowy o żadnych prześwitach na powiekach.

Czerń również i tu jest słabym punktem tego zestawu. Wyblakła, mało czarna i średnio przyjemna dla oka. Choć dla tych, którzy szukają raczej cienia do przyciemnienia, zaakcentowania i podkreślenia kącika lub innego miejsca na powiece, z pewnością wystarczy. Do delikatnego smokey też się nada. Jednak na pewno nie jest to kruczoczarny i intensywny odcień czerni.

Matowy brąz jest tu nieco chłodniejszy niż u Sleeka, choć też jakościowo nie należy do najbardziej udanych odcieni. Widać wyraźnie, że nie jest to odcień z górnej półki. Owszem, sam w sobie bardzo ładny, ale odstający od reszty i bardziej pasujący do swojego czarnego kolegi niż do pozostałych odcieni z palety. Choć gdy przejedziemy po nim palcem (staram się tego nie robić z wiadomych powodów, ale nie mogłam się powstrzymać i musiałam sprawdzić), to wydaje się być bardzo porządnym cieniem – lekkie dotknięcie opuszkami palców, a cień zostawia intensywny ślad na nich. W dodatku z łatwością dający się przenieść na skórę.

Wg mnie to bardzo ciekawa propozycja, zwłaszcza w takiej cenie. 10 całkiem przyzwoitych cieni, nieźle napigmentowanych, sympatycznych odcieniowo i do tego łatwo rozprowadzających się na powiece, dających mnóstwo możliwości wykorzystania – od makijażu praktycznie niewidocznego, typu nude, do zwyklaka dziennego, a na makijażu wieczorowym kończąc za grosze, to moim zdaniem propozycja zdecydowanie warta przyjrzenia się jej.

(pacynka rozpadła się już przy drugim myciu przy robieniu swatchy i wylądowała w koszu, ale jako iż chyba mało kto używa pacynek załączonych do paletek, to nie odejmuję za to oceny).

Cena: ok. 35 zł w polskich drogeriach internetowych.

Moja ocena: 9/10

 Porównanie:

Stila Bronzing Powder vs IsaDora Bronzing Powder

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

Stila Bronzing Powder (Shade 02) kontra IsaDora Bronzing Powder (Highlight Tan)

czyli kolejny zakup-pomyłka w kategorii bronzer….

 

Recenzja podkładu Lily Lolo

Póki co, na szybko wrzucam swatche podkładów Lily Lolo, jakie niedawno otrzymałam od firmy Costasy do testów. Mam nadzieję, że tu lepiej widać odcienie niż w mojej poprzedniej notatce

Proszę tylko pamiętać, że podkłady jak zwykle nakładane są na sucho, na skórę o ciepłym odcieniu i średnio-jasnej karnacji. Na skórze o innej tonacji i stopniu jasności mogą wyglądać kompletnie inaczej (zdjęcia robione w świetle dziennym, w słoneczny dzień, w średnio nasłonecznionym miejscu)

 

Tu kilka zdjęć w innym oświetleniu, robionych jakiś czas temu (bardziej pochmurno, na skórze nałożona mniejsza ilość proszku).

A wieczorem (pewnie trochę późniejszym wieczorem 😉 ) obszerniejsza relacja z mojej prawie tygodniowej już przygody z podkładami Lily Lolo. Zapraszam 😉

Aktualizacja:

Jak już wcześniej pisałam, w ubiegłym tygodniu otrzymałam od sklepu Costasy, w którym można zakupić kosmetyki Lily Lolo, paczuszkę z zestawem próbek wszystkich odcieni podkładów. Lily Lolo to jedna z marek, do której jakoś ciągle nie po drodze mi było i mimo iż co jakiś czas świtała mi gdzieś tam w głowie myśl, żeby jakieś zamówienie poczynić, to jednak schodziła ona na dalszy plan. I tak pewnie do dzisiaj bym z LL się nie spotkała, gdyby nie uprzejmość Pani Oli, która zaproponowała mi testy oferowanych przez Costasy kosmetyków.

Oczywiście ochoczo skorzystałam 🙂 Po kilku przemiłych rozmowach telefonicznych udało otrzymałam kurierem (następnego dnia od wysłania) pakiecik próbek podkładów (próbki są w woreczkach foliowych, w ilości wystarczającej na jakieś 2-3 testy na twarzy; oczywiście jest to uzależnione od tego, jakiego krycia potrzebujemy, a także jaką ilość podkładu zużywamy na raz, ale wg mnie na przetestowanie nawet najbardziej rozrzutnym powinno wystarczyć).

Długo zastanawiałam się, czy pokazać te zdjęcia. Nikt przecież nie lubi pokazywać się wyglądając, delikatnie mówiąc, niezbyt normalnie 😀 Jednak doszłam do wniosku, iż słowa to tylko słowa, nie ma to jak dokumentacja zdjęciowa 😉 Tak więc – raz kozie śmierć 🙂 Z góry przepraszam za durne miny na zdjęciach, ale starałam się wybrać takie ujęcia, gdzie najlepiej widać podkład..

Dzień pierwszy. Pierwsze próby nie wypadły zbyt zachęcająco. Ani z odcieniem nie trafiłam, ani krycie nie było zadowalające, nie wspominając już o porach, które wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj. Na pierwszy ogień wybrałam odcień, który w słoiczku wydawał mi się być najbardziej odpowiedni dla mnie (czyli najbardziej zbliżony wizualnie do tego, czego używałam wcześniej) – Barely Buff. To nie był dobry wybór, oj nie. Po nałożeniu co prawda wydawało mi się, że trafiłam w 10- tkę, bo odcień idealnie stopił się ze skórą i wyglądał dokładnie jak odcień stworzony dla mnie, ale już pół godziny później wiedziałam, że zaliczyłam niezłą wpadkę. W kontakcie z moją skórą podkład ściemniał i wydobyte zostały jego najgorsze cechy. W dodatku podkład nałożyłam na gołą skórę, nie chcąc w żaden sposób zakłócać jego odbioru. I to też nie była mądra decyzja, gdyż okazało się, że wszelkie mikrouszkodzenia skóry, które posiadam po złuszczaniu, zostały podkreślone.  Krycie – zadowalające (użyłam kolistych ruchów pędzla typu kabuki, który daje mniejsze krycie niż pędzel typu Flat Top). Gdyby nie pory i odcień, byłabym nawet zadowolona 😉

Dzień drugi. Mądrzejsza o doświadczenia dnia poprzedniego do testów podeszłam nieco inaczej. Na twarz nałożyłam krem do cery mieszanej, odczekałam, aż się wchłonie, po czym użyłam serum iS Clinical Super Serum Advance Plus. Po 10 minutach wybrałam odcień Blondie i nałożyłam go metodą "malowania ściany" czyli płaskie, nie szorujące, a raczej głaszczące ruchu pędzla (kabuki) z góry na dół… Było lepiej. Przy jednej warstwie kolory lekko wyrównany, skóra ujednolicona, pory znacznie mniej widocznie niż dzień wcześniej. Wyglądało to całkiem nieźle. Niestety, podkład znowu zmienił swój odcień i wyglądałam zdecydowanie niezdrowo. Zbyt ciemno, zbyt ciepło i w ogóle bez sensu. Zmyłam,  zrezygnowana wybrałam pierwszy pod ręką kolor – Candy Cane. Na moje oko zbyt jasny, zbyt chłodny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po chwilowym szoku (no nie wyglądał dobrze na mnie w pierwszej chwili 😉 ), całkiem ładnie się wtopił. Tylko niestety róż z niego wyszedł na koniec. Niedużo, bo nie dużo (o dziwo, spodziewałam się większego i bardziej różowych tonów, gdy ściemnieje), ale jednak.

Dzień trzeci. Przyznam się, iż nieco zniechęcona już byłam, bo testy nie wypadły zachęcająco. Zaczęłam już nawet w myślach tworzyć sobie recenzję tego podkładu na moim blogu i trochę było mi szkoda, że muszę tak niemiło wyrazić się o marce Lily Lolo. Ale doszłam do wniosku, że skoro moja skóra mówi im "nie", to nie będę walczyć i pokornie wrócę do MEOW, LaurEssa, Lucy czy Pure Anady..

Po nałożeniu podkładu (nieco już załamana wcześniejszymi chybionymi testami) sięgnęłam po … Porcelain. Nie wytrzymałam długo. Tu nawet nie miał szans ściemnieć ten odcień na mnie. Nawet gdyby zmienił się na kilka tonów ciemniejszy, to i tak wyglądałabym jak nie całkiem normalna. Zmyłam, dałam sobie spokój. Zwłaszcza, że skóra wyglądała źle (jakaś taka wysuszona, pryszczata, gąbczasta i w ogóle nieciekawa – ale o tym przy recenzji iS Clinical niebawem).

Nałożyłam China Doll. Kolorystycznie po tym, jak ściemniał, prawie dobrze. Prawie. Za to pory podkreślone nieziemsko. Widać zresztą na zbliżeniu, słowa są tu zbędne. Koszmar w najgorszym wydaniu.

Dzień czwarty. Ostatnie podejście, ostatnia szansa… Tak sobie myślałam siadając do porannego makijażu. Zwłaszcza, że moja skóra nie wyglądała już tak źle jak dwa dni wcześniej (efekty testów kosmetyków) i bolące gule i nierówności na skórze zaczęły powoli znikać. Spojrzałam na odcienie i doszłam do wniosku, że skoro Lily nie ma gotowego nic dla mnie, to może spróbuję coś sobie sama wymieszać 🙂 Wzięłam Candy Cane oraz China Doll i na miseczce lekko wymieszałam oba odcienie. Na wcześniej przygotowaną skórę (użyłam tym razem pudru bambusowego) nałożyłam ten mix flat topem, delikatnie stemplując. Nie chcąc się denerwować od razu, oczywiście poszłam zająć się czymś innym i pozwoliłam, aby tradycyjnie, podkład "przegryzł się z moją skórą" 🙂 A potem, gdy usiadłam ponownie przed lustrem, siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się, co się stało 😀 A serio, gdzieś wcięło moje pory, przebarwienia całkiem niewidoczne, mieszanka kolorystyczna genialnie dopasowana.

Brak zdjęć. Tak długo siedziałam gapiąc się w lusterko i dumając, co się stało, że prawie się spóźniłam tam, gdzie miałam być 😀 Na zdjęcia czasu nie wystarczyło 😀

Dzień piąty – nałożyłam dokładnie ten sam miks kolorystyczny, z tym, że w pośpiechu zapomniałam użyć primera i odruchowo sięgnęłam po swój tradycyjny pędzel, czyli kabuki. I ku mojemu zdziwieniu, podkład wyglądał tak samo dobrze, jak dzień wcześniej. A właściwie sposób aplikacji nie różnił się niczym od tej z dnia drugiego. Natomiast różnica w efekcie – zaskakująca. I jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że duże znaczenie na to miał stan mojej skóry. Gdy wrócił do normy, podkład spisał się całkiem dobrze. Zaskakująco dobrze nawet bym powiedziała. Właściwie porównać bym go mogła nawet do mojego ulubionego ostatnio MEOW (Luśki jednak nie zdetronizował 😀 Nawet jej nie zagroził właściwie… Ale za to wśród mieszkańców dalszych pozycji na mojej TOP liście, czyli Adorned, Pixie, Pure Anada, LaurEss mógłby wywołać zamieszanie 😉 )

Kiedy jednak obejrzałam zdjęcia, to jakoś tak… no nie wiem, na żywo wydawało mi się lepiej 😀 Kolory zupełnie przekłamane, jakoś tak.. niefajnie to na zdjęciach wygląda.

Spróbuję w wolny dzień zrobić jakieś zdjęcia zbliżenia skóry z tym podkładem (całej twarzy na pewno nie, gdyż zostały mi same za ciemne dla mnie próbki :D)

Reasumując – na pewno nie jest to podkład, który rzucił mnie na kolana. Na pewno nie wywołał u mnie od razu nieodpartej chęci pognania z koszykiem do kasy.. Coś jednak się stało po drodze takiego, co sprawia, że chcę jeszcze raz spróbować, że chcę zobaczyć, jak się będzie zachowywał i czy będzie to raczej przyjaźń o trudnych początkach, ale za to stała i pewna, czy raczej nie rozwinie się z tej znajomości nic sympatycznego na dłuższą metę.  Niestety, próbki odcieni, które ewentualnie mogę nałożyć na twarz już mi się skończyły, więc dalszych testów nie poczynię.

Przyznam się też, że jest to pierwszy podkład, który ciemnieje na mojej twarzy. Jak wiecie kilka mineralnych już wypróbowałam i do tej pory nigdy nie odnotowałam takiego zjawiska jak ciemnienie podkładu. Najprawdopodobniej jest to jakaś indywidualna reakcja tego proszku w kontakcie z sebum mojej skóry i nie znaczy to, że u każdego podkład ten będzie się tak samo zachowywał. Podejrzewam, że na skórze suchej odczucia mogą być zupełnie inne.

Konsystencja : miękka, gładka, ale nie kremowa (porównując do typowo kremowych, maślanych wręcz formuł jak Lucy Minerals czy Pure Anada). Spotkałam się z opiniami, że jest to kremowy podkład, ale ja bym go do kategorii kremowych nie zaliczyła jednak mimo wszystko. Miękki, gładki, lekko puszysty (być może to stwarza wrażenie kremowości), ale raczej nie kremowy 🙂 Choć oczywiście wszystko jest i tak kwestią indywidualnego postrzegania, gdyż moja znajoma uważa Lily za jedne z najbardziej pylistych proszków, z jakimi się spotkała (a nowicjuszką w temacie minerałów nie jest 😉 ). Z kolei na wizażowym wątku często można spotkać opinie o tym, że te minerały są bardzo kremowe. Jak widać – ile osób, tyle opinii 🙂 Wg mnie kremowe nie są – za to gładkie, miękkie, delikatne i przyjemne w dotyku, jak najbardziej tak 🙂

Krycie : przy jednej warstwie ujednolicenie kolorytu, przy drugiej – mniejsze problemy skórne są przykryte, przy trzeciej – twarz wygląda na jednolitą bez efektu maski.

Wykończenie : matowe, ale nie płaskie. Delikatnie satynowe , bez ciągot w kierunku rozświetlania. Nie osadza się na włoskach na twarzy, nie daje kredowo-tynkowego efektu. Bardzo ładnie się wtapia w skórę, nie zostawia pudrowej warstwy, po wtopieniu się podkład jest niewidoczny na skórze. To wg mnie największy plus tego podkładu – gdy już dopasujemy odcień, genialnie stapia się z naszą skórą i właściwie trudno ocenić, czy mamy coś na twarzy czy nie. Do tego podoba mi się to, że jest taki.. nie wiem? Lekki? Ciężko to określić, ale mam wrażenie, że jest taki …puchowy? 😀 Dobra, nie będę kombinować, bo i tak nie uda mi się ubrać tego w odpowiednie słowa 🙂

Wybór odcieni : to zdecydowanie słaby punkt tej marki. Tak naprawdę wiele osób nie znajdzie tu dla siebie odcienia. Wśród Lily nie znajdziemy ani oliwkowych odcieni, ani szarawych, ciężko też o przybrudzone opalone odcienie. Również bardzo bladolice mogą mieć spory problem z dopasowaniem dla siebie koloru, jeżeli Porcelain nie przypadnie im do gustu. Jeżeli nie odnotują u siebie ciemnienia , to również China Doll, Blondie i Candy Cane są warte spróbowania. Tak naprawdę do wyboru mamy ok. 10 odcieni (pozostałe to kolory raczej nie dla typowej Polki). To więcej niż w przypadku podkładów drogeryjnych, ale porównując do gam kolorystycznych chociażby MEOW, Pixie czy nawet Everyday Minerals, to dość uboga oferta.

Z drugiej strony jednak, tak sobie myślę, że to, co dla mnie jest wadą, może być zaletą dla innych, bo mniejszy wybór = mniejszy dylemat, jakie odcienie wybrać 😀

Trwałość : na mojej skórze (mieszana, z tendencją do przetłuszczania się) bez konieczności poprawek wytrzymuje ok. 6-8 godzin w zależności od wykonywanych czynności i środowiska, w jakim przebywam. Po tym czasie jednak bez problemu udaje się lekko skorygować makijaż (wystarczy bibułka, a potem ruch pędzlem z odrobiną podkładu) – nic się nie rozmazuje, nie maże, nie robią się plamy (nad brakiem takiego zachowania ubolewam przy Luśce, gdzie poprawki nie zawsze mi się udaje zrobić)

Skład : (Mika, Tlenek Cynku, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza, Ultramaryna ) Dla mnie osobiście bardzo zadowalający. Nie występuje tu ani Lauroyl Lysine , ani Bismuth Oxychloride ani też żadne dodatkowe składniki, które mogą mieć korzystne działanie, ale jednak przez wiele osób nie są tolerowane (alantoina czy witamina C).

Cena: 69,90 zł za 10 g. Z pewnością dla wielu osób zbyt wysoka.  Porównując jednak do ceny np. LaurEssa (cena regularna 20$, czyli ok. 60 zł), nie wydaje się być już tak wygórowana. Wg mnie – standardowa. Na pewno nie jest niska, ale nie jest też absurdalnie wysoka.

Czy zdecyduję się na zakup? Trudne pytanie zważywszy na to, ile mam pudeł podkładów, po które nawet nie sięgam 😀 Są, bo są, kupiłam, bo kiedyś tam akurat dany podkład na mnie całkiem nieźle wyglądał. Tak więc i w tym przypadku może się zdarzyć, że się skuszę. Właściwie, to teraz, gdy piszę tą recenzję, to już jakoś smutno mi się zrobiło, że to koniec testów Lily Lolo… Więc, kto wie? Może.. ;)Zwłaszcza, że oceniam go znacznie wyżej niż Blusche, którego przecież 2 pudełka zakupiłam, czy Aromaleigh, które też u mnie gości w ilości 2 sztuk … I tak sobie myślę, że jednak odpowiedziałam sobie już na pytanie odnośnie przyszłego zakupu:D

Choć z drugiej strony, ciekawe, jakby dalej potoczyło się moje testowanie i na którą stronę by się przechyliły szale 🙂 No i nieco zniechęca mnie brak właściwego odcienia dla mnie… Eh,  nie można mieć wszystkiego 🙂 A taki kiedyś człowiek był szczęśliwy, jak mu się udało w drogerii znaleźć jeden odcień z 5 dostępnych, który "w miarę" pasował. To zachciało mu się minerałów i czepiania się każdego niepasującego w nich tonu 😀

Dopisano 13 marca:

po kilku dniach kolejnych testów (Aniu, dziękuję raz jeszcze za próbki- mam nadzieję, że znajdziesz dla siebie bardziej pasujące odcienie 😉 ) zaczynam coraz bardziej przekonywać się do Lily. Nadal denerwujące jest to ciemnienie podkładu na mojej skórze, ale teraz, kiedy moje pory zaczynają wracać do stanu przed rozpoczęciem kuracji (czyli są widoczne, ale nie tak jak kilka dni temu) podkład Lily Lolo nie wygląda już na nich tak źle. Zdjęcie zrobione po powrocie do domu, czyli po jakiś 10 godzinach od nałożenia podkładu (tak, wiem, cień mi się osypał a makijaż pozostawia wiele do życzenia, ale zdjęcie było robione na potrzeby własnej dokumentacji i obserwacji, ale pomyślałam sobie, że warto uaktualnić posta o nowe spostrzeżenia i wrażenia z testów 🙂 )

Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉