Miał być zbiorowy test;)

Dzisiejszy makijaż to zlepek różnych testów 🙂 Na twarzy podkład Pixie, którego dawno nie nosiłam, gdyż byłam pewna, że to mój letni odcień, na policzkach i kościach – bronzery/rozświetlacz Blusche, które korciło mnie, żeby wypróbować w teście całodziennym ( a i tak w końcu tego nie zrobiłam, gdyż zmieniła mi się koncepcja i się poszłam zmyć, a potem od nowa umalować :D), na oczach cienie Urban Decay bez bazy (chciałam sprawdzić, ile wytrzymają, ale w końcu się przeraziłam wizji zwałkowanych cieni na powiekach pod koniec dnia i zostawiłam takie eksperymenty na dzień, gdy nie będę musiała wyjść do ludzi:))

Zdjęcia w świetle dziennym, bez użycia lampy, pochmurny dzień (ostatnie zdjęcie robione w świetle sztucznym – wczesnym rankiem, z użyciem lampy)

Do wykonania makijażu użyłam :

Podkład : Pixie Cosmetics Tinkerbell 3(formuła Cover de Luxe)

Bronzer: Spice Bronzer Blusche (na kościach policzkowych), Tahiti Bronzer Blusche (trochę niżej, jako róż nałożony grubszą warstwą i naniesiony szerokim pędzlem na całą twarz), Summer Bronzer (do konturowania)

Oczy : Cienie Urban Decay z paletki Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Maui Wowie, Sin), Chocolatte Gel Liner MAD

Tusz : Max Factor Masterpiece

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz (niezmiennie)

 

Reklamy

Pomadki z Silk Naturals… i nasza Celia na koniec ;)

Uświadomiłam sobie, że mam sporo pomadek z Silk Naturals, których również tutaj jeszcze nie pokazywałam. Z racji tego, że były one już używane, to oszczędzę Wam widoku używanych kosmetyków (sama nie cierpię oglądać takich zdjęć, na których widać wyraźne ślady użycia, a wierzcie mi, na tych pomadkach widać). Jako iż nie prezentują się one na tyle dobrze, by móc zrobić ich zdjęcia (były noszone w torebkach, kosmetyczkach i innych miejscach, co spowodowało powycierania się napisów na etykietkach i nie wygląda to zbyt estetycznie – myślę nawet nad pozdzieraniem tych etykietek i zastępieniu ich czymś, ale póki co jeszcze tego nie zrobiłam).

Do rzeczy… Pomadki z SN lubię. Może nie rzucają na kolana ani trwałością, ani jakością, ale moim skromnym zdaniem są całkiem przyzwoite. Na tyle, by przy każdych zakupach praktycznie wrzucać jakiś odcień do koszyka. I tym oto sposobem w moim posiadaniu znalazły się:

(część była tu już wcześniej opisywana, ale żeby uporządkować to jakoś, to wstawię tu zdjęcia wszystkich posiadanych obecnie przeze mnie odcieni)

Na zdjęciach : Skinny Dip, Sweet Nothing, Seedy, Autumn Ember, Winter Rose, Mirabelle, Cultured, Bisou, Ceylon Spice, Maiden, Birthday Suit, Negligee, Bombshell

(inne odcienie, np. Precious, Pout, Bloom ktore posiadałam niestety gdzieś wcięło. Najprawdopodobniej są w jakiejś letniej torebce albo kosmetyczce, ale z racji tego, że po przeprowadzce sporo rzeczy wciąż w kartonach gdzieś spoczywa, to nie jestem w chwili obecnej w stanie ich namierzyć; ale przynajmniej 2 z tych zaginionych ocieni na pewno gdzieś na blogu się znajduje)

Ciekawym jest to, że ust nie maluję prawie nigdy, a pomadki jakoś ciągle kupuję.. Tylko po to, by się chwilę nimi pozachwycać, pooglądać i wrzucić gdzieś do którejś torebki 🙂 A i tak od lat wierna jestem jednym – Artdeco Gourmet Gloss oraz Artdeco Glossy Lip Care. Niestety, są one coraz trudniej dostępne i zastanawiam się, co będzie, gdy ich zabraknie…

Za co lubię pomadki Artdeco? Gourmet Gloss to seria zapachowo-smakowych pomadek nawilżających pozostawiających delikatny połysk na ustach i bardzo delikatny, transparentny kolor, dająca efekt lekko wilgotnych ust. Idealna do szybkich makijaży, do poprawek w ciągu dnia bez użycia lusterka. Nie wysusza, nie ściąga, jest dość trwała jak na tego typu kosmetyk no i przede wszystkim jej smak nie przeszkadza nawet mężczyznom, którzy generalnie nie przepadajają za szminkami na ustach kobiet 🙂 Dostępna w 8 kolorach, każdy w innym smaku (z filtrem SPF8) Moje ulubione to Champagne Fizz (bezbarwna z subtelnymi drobinkami o smaku i zapachu szampana) oraz Blackberry Mousse (delikatna jeżyna)

Z kolei Glossy Lip Care to 8 pomadek bardzo nawilżających, w delikatnych, przejrzystych odcieniach, bardziej pielęgnacyjne niż koloryzujące. Uwielbiam je za delikatny efekt i fakt, że nie sposób sobie nimi zrobić krzywdy. Rozprowadzają się mięciutko, gładko, idealnie równo pokrywają usta taflą lśniącego odcienia, a po zniknięciu zostawiają skórę ust bardzo delikatną i miękką. Niestety, mój ulubiony odcień z tej linii (glossy raspberry pink) jest praktycznie nie do zdobycia 😦 Ale za to nr 18 (medium beige) też nie jest zły. Podobnie jak 36 (Medium Rose), który jest chyba najbardziej uniwersalnym odcieniem.

Obecnie pomadki są trudne do zdobycia, a jeżeli już, to w bardzo okrojonej gamie kolorystycznej. Z pewnością wciąż można je kupić w Kremotece

Ostatnio na blogu Reni przeczytałam o nowych pomadkach naszej rodzimej Celii, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż nie mam zbyt pozytywnych skojarzeń z tą marką (może dlatego, że wciąż pamiętam PRL-owski niezbędnik każdej kobiety, czyli szminki Celii w brązowej oprawie i koszmarnym zapachem w komplecie 😉 :

(zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi ze strony http://www.spodlady.com – swoją drogą, wszystkim osobom 30+ zdecydowanie polecam zerknąć do tego sklepu, przywołanie wielu wspomnień gwarantowane; niewykluczona również łezka w oku 🙂 )

Wracając jednak do teraźniejszości… Celia proponuje nam linię nowych nawilżających pomadek łączących w sobie zalety pomadki i błyszczyka o właściwościach pielęgnujących. Brzmi ciekawie. Jak wygląda w rzeczywistości? Recenzja już za jakiś czas, gdyż oczywiście nie mogłam sobie odmówić i zamówiłam kilka odcieni 🙂

 

 

Na koniec kilka innych ujęć pomadek Silk Naturals :

 

Kremowych róży Silk Naturals ciąg dalszy…

Dalsza część wczorajszego posta o kremowych różach z Silk Naturals. Nosiłam je dzisiaj cały dzień i nasunęło mi się kilka spostrzeżeń:

  • kolory mimo iż teoretycznie inne, to po roztarciu na skórze wyglądają bardzo podobnie. Do tego stopnia, że mając na jednym policzku Devoted, a na drugim Cherish nie tylko ja nie byłam stwierdzić, który jest który, ale i pytane osoby nie zauważały żadnej różnicy między nimi 🙂
  • trwałość – nie wiem dlaczego wczoraj było lepiej. Być może to kwestia podkładu, bo wczoraj nosiłam LaurEssa, a dzisiaj MEOW, ale nie wytrzymały całego dnia. O ile Devoted jeszcze do tej pory jest lekko widoczny, o tyle po Cherish nie został nawet ślad 😦
  • po całym dniu noszenia na razie nie widzę żadnej kaszki na policzkach, żadnego podrażnienia i mam nadzieję, że tak zostanie 😉 Co prawda miałam opory przed użyciem dzisiaj ponownie tych próbek, bo wpakowałam wczoraj do nich paluchy przy robieniu swatchy, ale mam nadzieję, że przez jeden dzień nie zdążyło się tam rozwinąć niewiadomo jakie siedlisko bakterii i że nie skończy się jakimś wysypem …
  • nadal potwierdzam to, co pisałam wczoraj – róże rozprowadzają się naprawdę łatwo i nie odnotowałam żadnych trudności z ich aplikacją. Na innym podkładzie niż wczoraj rozprowadziły się tak samo dobrze.

Zdjęcia Cherish na policzku (u mnie róż na monitorze jest widoczny, ale podejrzewam, że nie u wszystkich będzie 😦 )

Zdjęcia Devoted na policzku

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Podkład : MEOW Purrrfect Puss 3-Naughty Korat (choć mogłam wybrać podkład z nieco lepszym kryciem 😦 )

Róż : Silk Naturals Creamy Blush Devoted na jednym policzku, Cherish na drugim

Oczy : Paleta Urban Decay – Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Last Call, Chopper – choć i tak na zdjęciach ich nie widać 😉 )

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Tusz : Clinique High Impact

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz

Zrobiłam trochę nowych swatchy tych różów SN na ręce, ale są jeszcze gorsze niż wczoraj 🙂 Spieszyłam się rano i jakoś nie mogłam zrobić żadnego sensownego ujęcia. W dodatku słońce się schowało, jak na złość w momencie, kiedy robiłam zdjęcia nagle zrobiło się szaro, ponuro i ciemno. A za chwilę baterie w aparacie się skończyły… Widocznie nie dane mi zrobić lepszych zdjęć tych róży… Są, jakie są, wklejam i tak 😉

 

Kremowe róże Silk Naturals, czyli skarby nieodkryte przez pół roku :)

Jak już wczoraj pisałam, nadszedł czas, by zrobić porządek z toną kosmetyków i ich próbek zalegających w szafkach, szufladach i innych miejscach. Kosmetyków, które leżą i czekają na to, by w końcu je przetestować. Do nich należą właśnie 3 próbki różów w kremie Silk Naturals, które zakupiłam … latem ubiegłego roku i do wczoraj nie znalazłam ani czasu ani chęci, by je przetestować. Nadszedł w końcu jednak czas, by zdecydować – wyrzucić i zapomnieć czy … No właśnie. I o tym będzie w dalszej części dzisiejszej notki.

Silk Naturals Creamy Blushes – kremowe róże z Silk Naturals

Co mówi sama Karen o tym produkcie?

The cream blushes are very very pigmented.  All you need is a tiny little dot to do the job.  They blend easily with your fingers, and work perfectly with our mineral foundations.

You'll receive a 2 gram pot of blush- it's a ton- really.  You'll be begging me for smaller packaging in about 6 months.  Technically there is an indefinite shelf life, but because cyclomethicone evaporates- I'm going to say a year, maybe a little more. Samples are a few drops in a pod- it's not an exact amount, but it's enough to give it a try for a few days.

Co w dowolonym tłumaczeniu na język polski oznacza mniej więcej :

Kremowe róże są bardzo, bardzo napigmentowane. Dosłownie odrobinka wystarczy, by osiągnąć pożądany efekt. Z łatwością możemy aplikować je za pomocą palców i świetnie współgrają z naszymi mineralnymi podkładami. Otrzymasz 2 gramowy słoiczek różu – to naprawdę ogromna ilość. Za około pół roku będziecie prosić o mniejsze opakowania 🙂 Technicznie rzecz biorąc, termin ważności jest nieokreślony, ale z powodu ulatniania się cyklometikonu – przyjmijmy, że jest to około roku, może nieco więcej. Próbki to kilka kropli w pudełeczku – nie jest  to wielka ilość, ale z pewnością wystarczająca na kilka dni testów

Tyle od producenta tego kosmetyku. Jak to wygląda w praktyce?

Do różów w kremie podchodzę jak pies do jeża. Nie mam przekonania jakoś. Najpierw oglądam, kombinuję, zastanawiam się, a potem zawsze kończy się tym samym – nie chcę, nie umiem, nie będę. Zawsze wydawało mi się, że nałożenie czegoś takiego to wyższa szkoła jazdy, do której ja niestety jeszcze nie dorosłam. I pewnie tak jest. Nie mniej jednak, w przypadku kremowych róży z Silk Naturals, nałożenie ich na skórę okazuje się dziecinnie proste. Nawet ja, kompletne beztalencie w tym temacie, nie tylko nie zrobiłam sobie plam, smug i innych mało atrakcyjnych wpadek, ale wręcz zdziwiłam się, z jaką łatwością operujemy takim kosmetykiem.

Wystarczy odrobina nabrana na palec (ja testowałam próbkę, więc pozwoliłam sobie zrobić to paluchem z racji tego, że i tak jej więcej nie użyję, ale w przypadku pełnowymiarowego opakowanie niezbędne chyba będzie znalezienie innego sposobu aplikacji) i wklepana w skórę delikatnymi ruchami, wręcz opukując ją tylko delikatnie opuszkami palców, leciutko, naprawdę leciutko rozcierając równomiernie róż w różnych kierunkach, dała tak fajny efekt, że nabrałam ochoty na więcej testów..

Bałam się nieco aplikacji na podkład mineralny, bo powszechnie wiadomo, że kremowe/płynne kosmetyki lepiej jednak jest nakładać na podkład tradycyjny, ale okazało się, że niepotrzebnie. Nic się nie pościerało, nie rozmazało. Myślę, że sekret tkwi w bardzo delikatnej i lekkiej aplikacji – żadnego mocnego rozcierania, odrobina kosmetyku i dużo leciutkiego i szybkiego wklepywania.

Po całodziennym noszeniu zaskoczona jestem tym, że nic nie spłynęło, róż utrzymał się praktycznie w niezmienionym stanie, nie miałam konieczności poprawek.

Niestety, róże te mają jedną, poważną dla mnie wadę – skład 😦 Woski w składzie to nie jest to, co ja lubię najbardziej, Z tego też powodu, nawet jeżeli się zdecyduję na zakup pełnowymiarowego opakowania, to różu takiego używać będę sporadycznie. Również Cyclomethicone (silikon) w składzie może być przeszkodą nie do pokonania dla niektórych. Dla mnie nie, moja skóra na silikony nie reaguje w żaden sposób, więc cyklometikon mi osobiście zupełnie nie przeszkadza. Olej kokosowy z kolei … Hmm.. fanką nie jestem, ale też na mojej liście "UNIKAĆ!" się nie znajduje 😉

Z racji składu, otrzymujemy również termin ważności – ok. roku, może trochę dłużej. To zdecydowanie zbyt mało, jak na pełnowymiarowy produkt. Niemożliwym jest praktycznie zużycie takiej ilości różu w tym czasie (choć oczywiście "dla chcącego …."). Z tego też powodu poważnie zastanawiam się nad zakupem. Z jednej strony efekt jest naprawdę śliczny – delikatny, dziewczęcy rumieniec niesamowicie ożywiający karnację i dodający takiej zdrowej świeżości, a z drugiej – skład i pojemność …

Próbka spokojnie wystarcza na kilka – kilkanaście aplikacji (ja użyłam na oba policzki, zrobiłam kilka różnych maźnięć na ręce, a ubytek naprawdę niewielki). Otrzymujemy ją w zamykanym płaskim pojemniczku (charakterystycznym dla Silk Naturals). Wydaje się być odrobinką, która do niczego się nie przyda, ale jej wydajność jest zadzwiająco spora. Zdecydowanie jest to ilość wystarczająca, by się przekonać, czy odpowiada nam taka forma kosmetyku, czy też nie.

Skład : Fractionated Coconut Oil, Cyclomethicone, Candelilla Wax.  Also contains:  Mica, Iron Oxides, Titanium Dioxide, Tin Oxide

Cena : próbka 0,99$, 2 gramowe pudełeczko 6,5$

Odcienie :

  • Forever – kremowa wersja Stardust (choć Karen dodaje, że to najbliższa wersja Stardusta jaką udało jej się osiągnąć, z racji tego, że mokre i suche pigmenty zachowują się kompletnie inaczej). Opisywany jako błyszczący róż z odrobinką brzoskwini.
  • Cherish – to brat Genuine (pomadka SN z serii Vegan Kisser Slicker- Gloss Stix). Odcień błyszczącej róży, nie za jasny, nie za ciemny, po prostu idealna świeżość różanego koloru. Ja do róży od siebie dodałabym jeszcze kapkę wiśniowych tonów, które dostrzegam w tym odcieniu (ale być może to luźne skojarzenie z pierwszymi literami słowa "cherish" zasugerowały mi zobaczenie takich tonów ;D)
  • Devoted mój zdecydowany faworyt z całej trójki. Odcień błyszczącego, lekko różowego korala. W pudełeczku wygląda nieco przerażająco, ale roztarty na skórze, wcale już taki nie jest. Nadaje za to niesamowitej świeżości, lekkości. Wspaniale likwiduje oznaki zmęczenia na twarzy i sprawia, że nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, twarz nabiera zdrowego i promiennego wyglądu.

Zdjęcia (robione w słoneczny dzień, w świetle dziennym w słońcu, bez użycia lampy)

Blusche, tak dla odmiany

W ramach porządkowania swoich zbiorów powyciągałam sporo rzeczy, które leżą u mnie od ponad pół roku, a jeszcze ich nawet nie testowałam. Sporo mam takich i postanowiłam w końcu coś z tym zrobić. Okazało się, że nie do końca była to mądra decyzja, bo na moją listę zakupową wskoczyły trzy kolejne pozycje 😉 A testowałam tylko 3 próbki z Blusche i 3 z Silk Naturals … Nie wiem, czy mam odwagę robić kolejne testy 😉

Na pierwszy ogień – bronzery z Blusche.

(zdjęcia nie są moją własnością, pochodzą ze strony http://www.blusche.biz, klinięcie na obrazek przekierowuje na stronę Blusche)

Szczerze mówiąc, sugerując się zdjęciami ze strony Blusche, raczej bym się nie zdecydowała na te odcienie. Próbki Monika sama mi dołożyła do jakiegoś zamówienia w odpowiedzi na moje pytanie, kiedy można się spodziewać nowych odcieni bronzerów Blusche 😉 I właściwie to jestem sama na siebie zła, że dopiero teraz po nie sięgnęłam. To naprawdę bardzo fajne bronzery. Odcienie bardzo naturalne, świetnie się rozprowadzające, nie tworzące ani plam, ani smug, wyglądające bardzo, bardzo ok.

Co prawda Spice jest dla mnie bardziej rozświetlaczem niż bronzerem, ale wszystkie trzy testowane przeze mnie próbki z pewnością są warte bliższego przyjrzenia się im.

(na ostatnim zdjęciu widać swatche kremowych róży Silk Naturals – o nich w następnym poście)

 

Spice Bronzer – bardzo jasny odcień bronzera, ciepły odcień złotego beżu z delikatnym blaskiem. Bardzo sympatyczny, zwłaszcza jako wierzchnia warstwa do Tahiti. Świetnie go rozświetla i nadaje pięknego złotego połysku. Ja dzisiaj cały dzien mam go na kościach policzkowych i nie mogę się nadziwić, jak ładnie wygląda (a za złotawymi tonami średnio przepadam). Niestety, mimo kilku prób nie udało mi się uchwycić tego na zdjęciach twarzy, więc może innym razem 😉 Choć glow jest tak subtelny, że pewnie dla sporej części osób nie będzie w ogóle widoczny (tak jak przy zdjęciach różu Amber)

 

Tahiti Bronzer – nieco ciemniejszy niż Spice i pozbawiony drobinek, matowy odcień bronzera. Całkiem nieźle spisuje się przy mojej zimowej (czyli stosunkowo jasnej, ale nie bladej) karnacji do bardzo delikatnego konturowania. Jest praktycznie niewidoczny, a jednak robi swoje. Na lato z pewnością będzie za jasny, ale obecnie bardzo mi się podoba 🙂

 

 

Summer Bronzer – bałam się go w ogóle dotknąć,  bo byłam pewna, że sobie zrobię krzywdę, ale wbrew pozorom bardzo łatwo go oswoić. Średni odcień ciepłego brązu, matowy i naprawdę ładny. Użyty do konturowania wraz z Tahiti stworzył całkiem ciekawy efekt.

 

 

 

Skład : Mica, Titanium Dioxide, Silk Powder, Magnesium Stearate, Iron Oxides

Cena

1/4 łyżeczki w woreczku-  0,75$  (dolar kanadyjski)
10 gramowy okrągły słoiczek z 2,5 g bronzera – 7$
Opakowanie uzupełniające (torebka z 3 g bronzera) – 7$
20g kwadratowe pudełko z lusterkiem i gąbką zawierające 3 g bronzera – 9$

Sama jestem tym zaskoczona, bo w woreczkach bronzery te prezentowały się mało efektownie i jakoś nie miałam ochoty na ich testy. Ale bardzo sympatycznie mnie zaskoczyły i z pewnością rozważę zakup.

Amber Blush w akcji …

Znalazłam dziś rano w skrzynce pytanie, czy mogłabym pokazać dokładniej, jak wygląda Amber Blush z Blusche w makijażu. Jako iż nie byłam jeszcze umalowana, to pomyślałam sobie, że może użycie go dzisiaj wcale nie jest złym pomysłem. Niestety, pogoda rano średnio dopisała, pochmurno i szaro, stąd też tylko 2 zdjęcia i to nienajlepszej jakości. Makijaż mało dopracowany, ale miałam naprawdę kilka minut tylko, żeby go zrobić i jeszcze pstryknąć zdjęcia 😉

(no i wybaczcie soczewki 🙂 Raczej nie używam kolorowych soczewek do zdjęć tu pokazywanych, ale tym razem musiałam wyjść zaraz po zrobieniu makijażu)

 

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

 

 

Primer i wykończenie : Coastal Scents Diva Defense Primer

Podkład : Coastal Scents Honey Beige Medium Foundation

Róż : Blusche Amber Blush

Rozświetlacz : Aromaleigh Illuminator Finishing Powder

Oczy: Everyday Minerals Queen Anne's Lace (pod łukiem brwiowym), Everyday Minerals Cardamon (na całej powiece), Silk Naturals Taupetastic (załamanie powieki), Lucy Minerals Espresso Liner (zewnętrzny kącik, dolna powieka, kreska na powiece)

Brwi : Medium Ash Silk Naturals

Baza pod cienie : E.L.F. Mineral Eyeshadow Primer

Rzęsy : Maybelline The Colossal Volum' Express Mascara, Max Factor Xprerience Volumising Mascara

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz

 

Silk Naturals, Blushe, Coastal Scents – niedobitki ;)

Ja wiem, że tytuł taki mało sympatyczny, ale uświadomiłam sobie, że mam w swoich zbiorach jakieś resztki z Silk Naturals, których jeszcze nie opisałam tutaj. A że czas się z nimi pożegnać i zdecydować, czy chcę pełen wymiar, czy wyrzucić te resztki, to postanowiłam obfocić i podjąć męską decyzję 🙂

Efektem tych rozmyślań są 3 puste słoiczki zamiast 3 wypełnionych resztkami jakiś proszków. To coś, co właściwie wstyd nawet fotografować było, spłynęło w umywalce, a ja poczyniłam zamówienie drobne decydując się na zakup tylko jednego pełnowymiarowego odcienia z tych prezentowanych tutaj 😀

Do rzeczy…

(zdjęcie jest nieco zbyt ciepłe – odcień Baby Doll przekłamany, w rzeczywistości jest znacznie chłodniejszym różem)

Dziś bohaterami posta są:

  • Cherub Glow
  • Crinoline Glow

(niestety, Halo i inne z tej serii gdzieś wcięło. Wielce prawdopodobnym jest, że zostało ich tak mało, że po prostu machnęłam do kosza, bo raczej nie zużyłam, a oddawać takich odrobinek też nie mam zwyczaju 🙂 Gdyby chodziło o ubrania, mogłabym zrzucić na pralkę, która należy do tych, co to zjadają różne rzeczy, zwłaszcza skarpetki… Ale próbek raczej do pralki nie wpakowałam. Chyba….  )

Crystal Glow można zobaczyć na jakimś starym zdjęciu, które robiłam dość dawno temu TUTAJ i TUTAJ 😉

Dla porównania, opisane wcześniej TUTAJ dwa inne rozświetlacze Silk Naturals :

  • Angel Glow
  • Pristine Glow

Jakoś też nie było wcześniej okazji pokazać dwóch zakupów z Blushe (jeszcze chyba sprzed wakacji)

  • Blusche BIlluminizer
  • Blusche  Amber Blush

a także coś, co nie mam pojęcia nawet, kiedy zamawiałam 🙂 czyli róż z Coastal Scents.

Blusche – Radiant Illuminizer

 


Z tym kosmetykiem to dość ciekawa sprawa. Przy którymś z zamówień dorzuciłam go do koszyka bez przekonania. Z ciekawości bardziej 😉 Tak w ciemno zupełnie. Gdy dostałam paczuszkę, szczerze mówiąc, byłam rozczarowana tym rozświetlaczem. Ot, zwykły beżowy, lekko błyszczący, praktycznie niewidoczny. Użyłam raz, odłożyłam w kąt. Po jakimś czasie wyciągnęłam znowu i jakoś wyjątkowo mi podpasował (latem, gdy byłam dość mocno opalona). Na wieczorne, letnie wyjścia był idealny. W przytłumionym świetle lśnił subtelną, jednolitą taflą… Wybaczałam mu nawet skandaliczną trwałość (a raczej jej brak) na mojej skórze. Wraz z nastaniem chłodniejszej pory roku jego urok minął bezpowrotnie.

Ale najciekawsze jest to, że dopiero kilka tygodni temu odkryłam, że opisałam ten rozświetlacz prawie na samym początku prowadzenia mojego bloga (1,5 roku temu!). I wcale nie byłam nim wtedy zachwycona. Oj nie 🙂

Czasem jednak warto dać drugą szansę jakiemuś kosmetykowi, bo jak się okazuje, potrafią nas całkiem miło zaskoczyć 😉 Ja z niecierpliwością czekam na lato, opaleniznę i ponowne odkrywanie uroków Radiant Illuminizera 😉

 

 

Cherub Glow Silk Naturals

Fatalne zdjęcie tego odcienia, ale w chwili obecnej nie dysponuję niestety lepszym.

A szkoda, bo Cherub Glow z Silk Naturals zdecydowanie zasługuje na lepsze zdjęcie. Odcień bardzo jasnego błyszczącego różu, który nadaje chłodną poświatę. Jeden z moich ulubionych rozświetlaczy. Stosuję samodzielnie, jako wykończenie różu (gdy chcę nadać mu odrobiny blasku). Na wieczór, w ciągu dnia (oczywiście w innych proporcjach).

Mimo iż to zdecydowanie chłodny odcień, to sprawdza się przy wielu karnacjach. Zdjęcia i swatche nawet w połowie nie oddają jego uroku. Co prawda ja odkryłam go dopiero jakiś rok temu (wcześniej miałam próbkę i nie zrobiła na mnie wrażenia, a pewnego dnia nagle, ni stąd ni zowąd "wow" 🙂 )

Angel Glow Silk Naturals

Zdjęcie pożyczyłam sobie z mojego poprzedniego posta opisującego ten odcień. I nadal podtrzymuję to, co o nim powiedziałam. Sympatyczny, naprawdę całkiem ładny rozświetlacz. No właśnie, "ładny". "Ładny" to za mało, prawda? Srebrzysty, idący w kierunku kości słoniowej. Wydaje się być chłodnym odcieniem, ale w zestawieniu z Cherubem nagle okazuje się, że poprzez kontrast dostrzegam w nim odrobinkę ciepła. A może mi się wydaje? Może się zasugerowałam zdjęciem na stronie Silk Naturals, które ukazuje go jako odrobinkę złotawego?

 

Porównanie:

 

 

(no nie wiem, nie wiem, ale dostrzegam tam te złote tony jednak… (zwłaszcza na drugim zdjęciu) A do tej pory byłam w 100% pewna, że Angel to czysto srebrzysty odcień, bez ciągot w złotawym kierunku). Może jednak mam omamy wzrokowe jakieś 😉

 

 

 

Crinoline Glow Silk Naturals

Niespecjalnie lubię ten odcień. Ciepła, pomarańczowa czerwień z mnóstwem błyskotek. Bardzo intensywny, bardzo wyraźny i na moich policzkach bardzo… tandetny. Niestety, tak jest. Efekt, jaki za każdym razem uzyskuję próbując okiełznać ten odcień, daleki jest nie tylko od oczekiwań moich, ale nawet od przyzwoitości. Wygląda bardzo.. hm.. nieciekawie ;)Dla mnie spokojnie mógłby zniknąć z kategorii "Glows" i na pewno bym nie rozpaczała z tego powodu i nie robiła zapasów 😉

 

 

Baby Doll Silk Naturals


Niesamowicie kobiecy odcień różu. Jasny, lekko połyskujący róż, który idealnie pasuje do nazwy. Nie znam nic lepszego, gdy chcemy osiągnąć efekt porcelanowej laleczki. A przy jasnej skórze prezentuje się wyjątkowo pięknie (na mnie nieco gorzej, a do tego potrzebuję odpowiedniego nastroju, by nosić różowy róż, co mi się ostatnio bardzo rzadko zdarza) ale doceniam go na skórze moich "modelek" 😉 ) Zadziwia mnie jego uniwersalność. Równie dobrze wygląda na jasnej skórze, jak i na nieco ciemniejszej; przy chłodnej karnacji, jak i przy cieplejszej, nawet na oliwkowej sprawdza się całkiem nieźle…

 

Sheer Natural Coastal Scents

 


Mam mieszane uczucia co do tego kosmetyku. Latem spisuje się nieźle – nie zostawia wyraźnego koloru na skórze, a jedynie nadaje mi satynowe wykończenie, skóra wygląda świeżo i zdrowo,  natomiast zimową porą na policzku widzę okropną pomarańczkę. W dodatku błyszczącą pomarańczę. Latem – TAK, zimą – NIE 😉

Chociaż przyznaję, że zdarza mi się go używać, ale nie solo, a na jakiś inny odcień, żeby  go nieco ożywić. I w tej roli spisuje się nawet całkiem nieźle (np. w połączeniu z matowym różem Amber z Blusche)

I zastanawia mnie wciąż opis na stronie Coastal Scents :

Use a light dusting all over face for a luminous glow over your foundation.

Hmmm.. Próbowałam (choć wiedziałam, że to się u mnie nie sprawdzi). Efekt – błyszcząca bombka choinkowa. Drobinki wszędzie. I po jakimś czasie efekt niezbyt świeżego makijażu.

Zostanę przy nim tylko latem.

 

 

Amber Blush Blusche

Tak jak Sheer Natural lubię tylko latem, tak Amber Blush świetnie sobie radzi zimową porą. Latem na mojej skórze praktycznie niewidoczny (właściwie zbliżony do podkładu, jakiego używam). Zimą natomiast doceniam jego delikatne ciepło, naturalność i bardzo ładny odcień wielbłądziego brązu. Idealny odcień na co dzień. A gdy chcę go nieco ożywić, dodaję ciut rozświetlacza (albo Sheer Natural z CS 😉 )

 

 

 

Swatche w świetle dziennym dość kiepsko pokazują różnice między odcieniami i w ogóle ich szczegóły, dlatego też zrobiłam wyjątkowo swatche w sztucznym świetle wieczornym (zdjęcia z lampą).

SWATCHE w świetle dziennym

 


SWATCHE w świetle wieczornym, sztuczny, zdjęcia robione z lampą

 


I dodatkowe zdjęcie prezentujące, jak na mojej skórze wygląda rozświetlacz Cherub Glow z różem Amber (choć teoretycznie łączyć ich nie powinnam, gdyż rozświetlacz chłodno- różowy, natomiast róż zdecydowanie z ciepłej bajki 😉 )