Stila Bronzing Powder vs IsaDora Bronzing Powder

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

Stila Bronzing Powder (Shade 02) kontra IsaDora Bronzing Powder (Highlight Tan)

czyli kolejny zakup-pomyłka w kategorii bronzer….

 

Contradiction by Calvin Klein

Jakiś czas temu obiecałam notkę o tym zapachu i kompletnie o niej zapomniałam. Wobec tego, dzisiaj tak na szybko 🙂

Calvin Klein : Contradiction for Women EDP

Moje pierwsze zetknięcie z tym zapachem miało miejsce kilka lat temu, kiedy w sklepach/kioskach można było nabyć gazetę z miniaturką perfum. Wtedy to też po raz pierwszy miałam okazję wąchać Dolce Vitę, Duende czy właśnie Contradiction. Zapamiętałam go jako intensywny, wyraźny zapach ze śliwką mocno wybijąjącą się na pierwszy plan, zbyt ciężki, zbyt mocny jak na mój nos. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego tak właśnie go utkwił w mojej pamięci.

Jakiś czas temu nadarzyła się okazja, by odświeżyć sobie ten zapach. Ochoczo z niej skorzystałam, choć przyznaję, pierwszy kontakt po latach nie był zbyt zachęcający do dalszych testów. Po spryskaniu nadgarstka nie mogłam uwierzyć, że to jest właśnie Contradiction. Gdzie ta ciężkość? Gdzie intensywność? Gdzie wytrawność, na którą się nastawiłam? Czułam jedynie masę zimnych kwiatów, z czymś nieprzyjemnie świdrująco- ostrym.

Jednak po jakimś czasie wszystkie te świeże kwiatki ustępują miejsca cieplejszym nutom, ciut chropowata ziołowość ustępuje kremowym akcentom i choć zapach nie ma w sobie zbyt wiele z pudrowej miękkości, którą chętnie bym do niego dodała, żeby go ciut bliższym uczynić, to w tej fazie właśnie zaczyna mi się podobać. Jest spokojnie, bezpiecznie i … nieco nudnie 🙂 Żadnego pazura, żadnego przyspieszonego bicia, żadnej rozterki… Grzecznie, elegancko i poprawnie. Na tyle poprawnie, by z przyjemnością go używać i sięgać po niego na co dzień. Nie wybrałabym tego zapachu ani na wieczorną kolację, ani na szaleństwa dyskotekowe, ani też na wieczór we dwoje. Raczej na co dzień, do pracy, do biegania po mieście, na zakupy.

Co dziwne – mężczyznom podoba się bardziej niż kobietom 😉

Szkoda tylko, że mimo iż to EDP to trwałość na mojej skórze jest zdecydowanie niezadowalająca. 3-4 godziny, po czym znika bez śladu.

Butelka (przynajmniej w wersji 100 ml) mało poręczna i choć nie mam nic przeciwko minimalizmowi i futurystycznym kształtom, to ta do mnie nie przemawia. O ile z korkiem prezentuje się całkiem znośnie jeszcze, o tyle po jego zdjęciu dostajemy siermiężny walec, którego  surowość nijak się ma do ciepłego koloru perfum i mimo wszystko, do ciepła lekkiej wanilii wyczuwalnej pod koniec i kapki drzewnych nut…

Choć z drugiej strony, to przecież Contradiction… I przypominając sobie nazwę tego zapachu przestajemy się dziwić, że tak naprawdę nic tu do siebie nie pasuje, nie wszystko ze sobą współga, że to zapach pełen sprzeczności i z wieloma twarzami.

 

Kremowych róży Silk Naturals ciąg dalszy…

Dalsza część wczorajszego posta o kremowych różach z Silk Naturals. Nosiłam je dzisiaj cały dzień i nasunęło mi się kilka spostrzeżeń:

  • kolory mimo iż teoretycznie inne, to po roztarciu na skórze wyglądają bardzo podobnie. Do tego stopnia, że mając na jednym policzku Devoted, a na drugim Cherish nie tylko ja nie byłam stwierdzić, który jest który, ale i pytane osoby nie zauważały żadnej różnicy między nimi 🙂
  • trwałość – nie wiem dlaczego wczoraj było lepiej. Być może to kwestia podkładu, bo wczoraj nosiłam LaurEssa, a dzisiaj MEOW, ale nie wytrzymały całego dnia. O ile Devoted jeszcze do tej pory jest lekko widoczny, o tyle po Cherish nie został nawet ślad 😦
  • po całym dniu noszenia na razie nie widzę żadnej kaszki na policzkach, żadnego podrażnienia i mam nadzieję, że tak zostanie 😉 Co prawda miałam opory przed użyciem dzisiaj ponownie tych próbek, bo wpakowałam wczoraj do nich paluchy przy robieniu swatchy, ale mam nadzieję, że przez jeden dzień nie zdążyło się tam rozwinąć niewiadomo jakie siedlisko bakterii i że nie skończy się jakimś wysypem …
  • nadal potwierdzam to, co pisałam wczoraj – róże rozprowadzają się naprawdę łatwo i nie odnotowałam żadnych trudności z ich aplikacją. Na innym podkładzie niż wczoraj rozprowadziły się tak samo dobrze.

Zdjęcia Cherish na policzku (u mnie róż na monitorze jest widoczny, ale podejrzewam, że nie u wszystkich będzie 😦 )

Zdjęcia Devoted na policzku

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Podkład : MEOW Purrrfect Puss 3-Naughty Korat (choć mogłam wybrać podkład z nieco lepszym kryciem 😦 )

Róż : Silk Naturals Creamy Blush Devoted na jednym policzku, Cherish na drugim

Oczy : Paleta Urban Decay – Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Last Call, Chopper – choć i tak na zdjęciach ich nie widać 😉 )

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Tusz : Clinique High Impact

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz

Zrobiłam trochę nowych swatchy tych różów SN na ręce, ale są jeszcze gorsze niż wczoraj 🙂 Spieszyłam się rano i jakoś nie mogłam zrobić żadnego sensownego ujęcia. W dodatku słońce się schowało, jak na złość w momencie, kiedy robiłam zdjęcia nagle zrobiło się szaro, ponuro i ciemno. A za chwilę baterie w aparacie się skończyły… Widocznie nie dane mi zrobić lepszych zdjęć tych róży… Są, jakie są, wklejam i tak 😉

 

Sephora, czyli ani mineralnie ani naturalnie… Część II

Kolejna część posta dotyczącego zakupów w Sephorze (choć tu całkiem naturalnie jeżeli chodzi o skład, może nie idealnie, ale na pewno lepiej niż przy poprzedniej recenzji sephorowych zakupów)

Dzisiaj kosmetyk, który ma tyle samo fanek, co i zagorzałych przeciwniczek, które go nienawidzą.

Mowa o :

Super Hand Scrub by Sephora

Jest to nic innego, jak peeling do rąk. Jego głównym zadaniem jest usunąć martwy naskórek, wygładzić skórę, przygotować do dalszych zabiegów, ułatwić wchłanianie się preparatów pielęgnacyjnych i generalnie wszystko to, co peeling robi.

Owszem, wykonanie takiego peelingu samodzielnie, to 3 minuty roboty i właściwie możemy go sobie zrobić w każdej chwili z powszechnie dostępnych składników w każdym domu. Ja jednak, jako iż nie cierpię sobie życia utrudniać, a raczej maksymalnie je upraszczać i wychodzę z założenia, że jeżeli mogę gdzieś zaoszczędzić na czymś czas, to grzechem przy moim wiecznym narzekaniu na jego brak, byłoby z takiej opcji nie skorzystać.

Dlatego też dwufazowy peeling z Sephory od dłuższego czasu jest moim niezbędnikiem w łazience.

Skład : Skład: Sodium Chloride, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Parfum (Fragrance), Tocopherol, Limonene, Citral.

Opakowanie : 125 ml

I tu najlepiej widać, co znaczy dobry marketing. Trochę soli, trochę oleju, odrobina zapachu i … 40 zł 😉

Ok, zgadzam się. Cena jest kompletnym nieporozumieniem.

Zgadzam się też, że ktoś, kto wybrał takie opakowanie do takiego produktu musiał mieć spore skłonności sadystyczne.

Zgadzam się również, że doznania, jakie nam peeling funduje z pewnością do subtelnych nie należą.

I zgadzam się także z tym, że trwałość efektu osiągniętego peelingiem pozostawia wiele do życzenia.

A z tym, że zrobienie w domu takiego peelingu jest zadaniem, z którym dziecko sobie poradzi, nawet nie sposób się nie zgodzić.

Ale…

Spójrzmy na ten produkt nieco przychylniejszym okiem.

Cena, owszem, ok. 40 zł, ale dość często Super Hand Scrub jest w cenie promocyjnej, znacznie poniżej 20 zł. A wtedy świadomość wydania kilkunastu złotych na coś, co na kilka miesięcy nam wystarczy nie jest już tak niemiła 🙂

Opakowanie. Tu rzeczywiście trzeba znaleźć w sobie sporą dozę wyrozumiałości i dobrej woli, by przekonać (choćby siebie), że takie opakowanie ma sens. Bo wydobywanie peelingu z sztywnej butelki (zwłaszcza, że trzeba ją mocno nacisnąć, żeby kosmetyk wydobyć) ani łatwe ani przyjemne nie jest. Zwłaszcza, gdy całą energię zużyliśmy na zmieszanie dwóch warstw ze sobą (namachać się przy tym trzeba co niemiara). Ale… zawsze to kilka dodatkowych kcal spalone 😀

A że delikatny nie jest? No nie jest, nie da się ukryć. To zdecydowanie wersja hardcorowa i wrażliwszym typom raczej nie polecam. Jednakże ja do nich nie należę i jakoś nie uważam, żeby doznania były wyjątkowo nieprzyjemne. Ot, czuć po prostu, że szorujemy 😉 Drobinki są spore, ostre i na pewno wyczuwalne. Żadnej subtelności, żadnej delikatności, żadnej taryfy ulgowej. Ostro bez dwóch zdań 😉 Choć można się przyzwyczaić. Albo to ja taka gruboskórna jestem 😀

Efekt zniewalający.Szkoda tylko, że już następnego dnia śladu po nim nie ma najmniejszego. Ale z drugiej strony przy regularnym stosowaniu mam wrażenie, że ręce generalnie lepiej wyglądają, skórki mniej przesuszone i odstające, dłonie wyglądają na zadbane.

No, a że w domu możemy same? Pewnie, że możemy. Wystarczy wziąć kilka składników, wymieszać i gotowe. Tylko, że trochę to czasochłonne, dwa – szkoda mi moich olei do wylewania w takich ilościach po to, żeby je spłukać z wodą, trzy – lubię mieć świadomość, że w każdej chwili mogę sobie taki peeling zafundować (wspominałam, że ok. minuty trwa cały zabieg?) i nie muszę biegać po szafkach i szukać składników, mieszać, potem sprzątać po tym itd. Czwarty argument, którym (siebie głownie :D) próbuję przekonać, że warto – wiem, że nawet jeżeli poproszę TŻ o jego zakup przy okazji, to nie usłyszę jego cichego jęknięcia i na pewno kupi to, o co poprosiłam, bo sam również nie stroni od używania go raz na jakiś czas 😀

Podsumowując. Dość kontrowersyjny kosmetyk. Ma wiele wad. Na pewno.

Ale gładkość… Gładkość i miękkość dłoni po zabiegu tym peelingiem sprawiają, że zapominam o wszystkim, co złe w nim. Wybaczam mu wszystkie wady. I wiem, że przy następnej okazji, kupię ponownie 😉

Aha, zapach – dla mnie neutralny. Ani mnie ziębi, ani grzeje 😛 Choć jeżeli miałabym wybierać, to wolę zapachowo peeling DAX-a (orzechowo – cukrowy).

Brwi… temat rzeka ;)

O brwiach mogłabym pisać i pisać. To mój słaby punkt i coś, co przyprawia o wściekłość za każdym razem, gdy próbuję ten temat ugryźć.

Lata wyrywania brwi ( ok.15 lat takiego traktowania) i nadawania im kształtu cienkich nitek nie przeszły bez echa. Zostawiły po sobie pamiątkę w postaci lichych, sterczących w różne strony brwi, które choćbym na uszach stawała, za nic nie chcą rosnąć.

Kuracje, jakie im zafundowałam kosztowały mnie już tyle, że nawet boję się podliczać. I co? Nic. Kompletnie nic. Próby z olejkiem rycynowym pieczołowicie wsmarowywanym w brwi ( i rzęsy przy okazji) przez długie miesiące, chyba większość dostępnych na rynku odżywek (od Pierre Rene, Celię i Oriflame zaczynając, na kapsułkach Gal kończąc), w akcie desperacji nawet po wspominany na LU Atrederm (!) sięgnęłam. O Talice, RefectoCilu  i innych wynalazkach nawet nie wspomnę. I choć czasem coś tam w tym temacie zaczynało się dziać, brwi jakby zaczynały kiełkować, to jednak w pewnym momencie zaliczałam STOP i ani mm więcej. W najlepszym wypadku coś tam urosło, ale raczej jakieś pojedyńcze kiełki i nie w tym miejscu,w  którym bym sobie tego życzyła. I tak jest do dzisiaj …

Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z tym, że marzenie o pięknych łukach brwiowych może się nigdy u mnie nie spełnić. I choć Matka Natura nie była dla mnie łaskawa w tym temacie, to na co dzień staram się ją delikatnie oszukiwać.

I tu z pomocą przychodzą mi :

Cienie i inne kosmetyki do brwi

Oczywiście zanim zaczęłam używać mineralnych proszków przeszłam przez te tradycyjne, dostępne w drogeriach i nie tylko. Do moich ulubionych należały m.in.

(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tym zestawieniu pochodzą ze stron producentów i nie są moja własnością)

 

Sephora Eyebrow Palette – paleta do brwi z dwoma odcieniami brązu i woskiem do układania (niestety, została chyba wycofana, bo już dawno jej nie widziałam w Sephorze). Używałam tylko ciemniejszego odcienia. Wosk kompletnie nieprzydatny dla moich cienkich nitek był 🙂

Essence Eyebrow Stylist Set (Zestaw do stylizacji brwi). Koszmarne opakowanie, koszmarny pędzelek, koszmarna jakość wykonania (opakowanie rozleciało się w pierwszym tygodniu użytkowania). Na plus- ciemniejszy odcień brązu bez wybijających się czerwonych tonów, cena, dostępność.

The Body Shop Brow & Liner Kit – długo był moim ulubieńcem. Cienie osadzały się na brwiach a nie na skórze, więc efekt był bardzo naturalny, przyjemne, estetycznie wykonane i dość trwałe opakowanie z lusterkiem, wybór odcieni (dostępne były chyba 3 albo 4 zestawy, dokładnie już nie pamiętam).

Hmm… Właściwie to… zatęskniłam za nim, gdy już sobie o nim przypomniałam znowu 🙂

Oriflame Brow Perfection Gel (żel upiększający brwi) – zużyłam chyba z 5 sztuk tego żelu. Bardzo ładnie podkreślał brwi jednocześnie je układając, ale  nie sklejając ich, odcień bez grama czerwieni, łatwy w aplikacji (jedno machnięcie szczoteczką i gotowe). Niestety, największym problemem dla mnie była wydajność – przy codziennym użytkowaniu po 3 jego jakość zaczynała się pogarszać i musiałam wymieniać na nowy. A czekanie i zamawianie z katalogu to było ponad moją cierpliwość 😉

Potem nastała ERA MINERAŁÓW 😉 i oczywiście poszukiwania idealnego cienia do brwi w tej kategorii. Oj, nie było łatwo. Przetestowałam naprawdę wiele. Naprawdę. I większość była albo za ciemna, albo za jasna, albo zbyt intensywna, albo znowu za mało wyrazista, za ruda, za szara…

Na szczęście udało mi się znaleźć ideał w tej kategorii. O nim jednak w kolejnej części tego posta. Tam również znajdzie się to, co zostało mi w domu po testach i poszukiwaniach i co ostało się tylko dlatego, że takich odrobinek proszku nie wypadało nikomu oddać, a wyrzucić… jakoś szkoda ;), albo dlatego, że do mnie za bardzo nie pasują, ale zdarza mi się malować inne osoby i dla nich akurat są jak znalazł 🙂

Zapraszam jutro 🙂 Zdjęcia mam zrobione, z tym że muszę je obejrzeć w świetle dziennym i sprawdzić, czy w miarę wiernie oddają rzeczywiste odcienie 🙂

Jutro więc – post CZYSTO MINERALNY 🙂 A w nim – cienie do brwi MEOW, Lucy Minerals, Everyday Minerals, Silk Naturals.

Sephora, czyli ani mineralnie ani naturalnie… Część I

O ile zakupy kremów z iHerba czy nawet kremu Mineral Flowers mogę podciągnąć pod tematykę mojego bloga (czyli kosmetyki mineralne plus naturalna pielęgnacja, bądź kosmetyki oparte o przyjazne składy), o tyle moich ostatnich zakupów z Sephory, mimo usilnych starań, w tą kategorię włożyć zdecydowanie nie mogę.

Ale jako iż zdarza mi się kupić coś, co niekoniecznie jest zgodne z ideą mojego bloga, to dzielę się swoimi recenzjami tychże nabytków.

Sephora Huile Démaquillante (cleansing oil), czyli oliwka do demakijażu

Opis na opakowaniu baaardzo lakoniczny – "oliwka do demakijażu. Twarz i oczy. Spłukać po zastosowaniu". Miło, prawda?

Chyba, że znamy język angielski bądź francuski, to wtedy  możemy się czuć wyróżnione, bo wraz z zakupem dostajemy również instrukcję obsługi na opakowaniu, czyli :

Produkt: Oliwka do demakijażu do twarzy i oczu.

Zastosowanie: Delikatnie usuwa każdy rodzaj makijażu, łącznie z wodoodpornym.

Sposób użycia – wycisnąć jedną porcję oliwki w zagłębienie dłoni i nanieść na suchą skórę. Dodać odrobinę wody, by powstała mleczna emulsja, po czym spłukać pod bieżącą wodą.

Efekt: skóra jest idealnie czysta i ultra miękka. Zanieczyszczenia usunięte bez pozostawienia tłustej warstwy. Testowana dermatologicznie okulistycznie.

Nie zawiera konserwantów.

Tyle z opakowania.

Wrzuciłam ją do koszyka, bo akurat testowałam tusz wodoodporny (a to u mnie rzadkość) i pomyślałam, że pora poszukać jakiejś chwilowej odskoczni od micela  (a używane przeze mnie kremy do demakijażu z wodoodpornym dość kiepsko sobie radzą). Witamina A, witamina E, olej z jojoby, brak konserwantów… Co prawda olej mineralny na czołowym miejscu w składzie nie brzmiał kusząco, ale w oliwce do zmywania tuszu mi nie przeszkadza, do tego promocja w Sephorze… Tak czy inaczej sięgnęłam po coś, co pewnie w innych okolicznościach w mojej łazience nigdy by nie zagościło, bo generalnie (i właściwie nie umiem wytłumaczyć, dlaczego), aż do końca ubiegłego roku produkty Sephora omijałam szerokim łukiem i coraz częściej się przekonuję, że całkiem słusznie… Z małym wyjątkiem, ale o nim kiedy indziej 😉 )

Oliwka jak to oliwka – dość tłusta 🙂 Po zmieszaniu z wodą otrzymujemy kremową, dość rzadką emulsję, która całkiem radzi sobie z demakijażem, jednak używanie jej jest ponad moją cierpliwość 🙂 Maże się toto niemiłosiernie, zanim usunie całość, to trzeba chwilkę popracować, otworzenie oczu podczas tej operacji to doświadczenie zdecydowanie mało sympatyczne (nie szczypie, ale odczuwalny jest lekki dyskomfort). No i zmywanie. Nie wiem, może moja skóra jest inna (może…dobre sobie.. kogo normalnego zapycha gliceryna?), ale ja zdecydowanie jednak wyczuwam tłustą powłokę. Nieważne, jak dokładnie staram się zmyć to później z twarzy, to i tak wyczuwam delikatny film.

Fakt, skóra jest miła w dotyku, miękka, przyjemna, całkiem ok, ale… No właśnie, ale… Olej mineralny na mojej skórze to kiepski pomysł. Po 2 dniach z oliwką dorobiłam się pięknych podskórnych gul. Po odstawieniu i powrocie do stałej pielęgnacji szybko znikły, ale pojawiły się natychmiast, gdy tylko podjęłam kolejną próbę okiełznania tego kosmetyku (starając się zmywać tylko oczy nią, ale jest to praktycznie niewykonalne – wacik nie spełnia roli, nie da się łatwo i przyjemnie usunąć tuszu, a po zmieszaniu z wodą, i tak przy zmywaniu oliwki z oczu, dostaje się ona na twarz)..

W sieci bardzo trudno znaleźć opinie o tym  produkcie. Znalazłam zaledwie kilka i szczerze mówiąc, z zaskoczeniem przeczytałam, że jest jednak ktoś, komu ten olejek bardzo się podoba 😉

Skład :Paraffinum Liquidum (mineral oil), PEG-6 Isostearate, Crambe Abbyssinica Seed Oil, Simmondsia Chinensis (jojoba) Seed Oil, Parfum (Fragrance), Gossypium Herbaceum (cotton) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Retinyl Palmitate, Tocopherol, BHT.

Plusy:

– skład (częściowo) czyli witamina A, witamina E, olej abisyński (zaskoczeniem dla mnie był szczerze mówiąc), olej jojoba. (skład będzie plusem tylko dla osób nie mających problemu z tolerancją oleju mineralnego)

– cena (poniżej 20 zł za 140 ml)

– opakowanie z pompką (ja lubię 😉 )

– brak konserwantów

– nie wysusza, pozostawia skórę miękką, gładką, bez uczucia ściągnięcia

– spełnia obietnice producenta, czyli usuwa makijaż wodoodporny

Minusy:

-olej mineralny jako główny składnik produktu

– mało przyjemny w stosowaniu

– mało wydajny (po niecałym tygodniu używania brak ponad 1/3 opakowania)

– uboga informacja w j. polskim na opakowaniu

Reasumując:

Być może u osób z suchą skórą, albo przynajmniej tolerującą olej parafinowy  się sprawdzi. U mnie zdecydowanie NIE. Mimo wszystkich swoich plusów, ja wolę sobie jednak życie ułatwiać i uprzyjemniać, a nie komplikować. A używanie tej oliwki jest znacznie mniej przyjemne niż chociażby samego oleju zmieszanego z cromolientem bądź zwykłego maceratu nagietkowego. Ląduje w koszu.

Czy kupię ponownie?

Na pewno NIE.

Moja ocena:

3/10

W skrócie

Jak wiecie, z regularnym pisaniem na blogu mam spore problemy. Nie dlatego, że mi się nie chce, nie dlatego, że nie lubię, nie dlatego, że nie mam o czym. Wręcz przeciwnie. Ale przeszkodą jest zwykły brak czasu i często muszę wybierać między tym, co zrobić powinnam, a tym, co zrobić chciałabym.

Wiem, że piszecie do mnie sporo maili, przepraszam, że nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Za wszystkie dziękuję i w miarę możliwości staram się odpisywać.

Bardzo często w Waszych mailach pojawiają się pytania o to, czy planuję jakieś giveawaye z okazji osiągnięcia jakiejś tam liczby obserwatorów czy wyświetleń bloga. Hmm… Tu pojawia się dość delikatna kwestia. Nie chciałabym nikogo  urazić, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem całą tą modę na tego rodzaju akcje polegające na tym, że żeby wziąć udział w konkursie, należy obserwować bloga, dodać link w blogrollu i inne rzeczy.

Ale  ja pewnie za stara jestem na takie coś (i z promowaniem samej siebie zawsze też byłam lekko na bakier, a zazdroszczę ogromnie tym, którzy potrafią to robić. Szczerze i bez ironii. Naprawdę. Tylko, że ja tak nie umiem. Ale przeciwko takim akcjom nie mam zupełnie nic, tylko ja się do tego nie nadaję )  Tym bardziej cieszy mnie fakt, że 100 osób obserwuje mojego bloga dlatego, że po prostu chce to robić.

Dziękuję Wam bardzo :*

Mam za to inną wiadomość – niedługo na blogu  pojawi się konkurs sponsorowany przez jedną z mineralnych marek. Mam nadzieję, że znajdą się chętni, żeby wziąć w nim udział 😉 O szczegółach  poinformuję w odpowiednim czasie 🙂

A w nieco bliższej przyszłości, czyli plan na następny tydzień 🙂

Contradiction by Calvin Klein czyli recenzja kolejnych perfum ;)

Mineral Flowers, czyli krem na dzień do cery mieszanej i normalnej

O marce Mineral Flowers słyszałam dużo dobrego – opinie na wizażowym forum, recenzje na KWC, pochwały znajomych i pozytywne słowa o kremach w mailach od Was.

Oczywiście więc kwestią czasu było tylko, zanim sięgnę po któryś z tych niepozornie wyglądających kosmetyków i przetestuję go na swojej skórze.

Dzisiaj więc będzie o :

Mineral Flowers

Day Cream with water of rose & geranium and mud (krem nawilżający do cery normalnej i mieszanej z różą i geranium)

Krem wchodzi w skład linii kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji cery mieszanej i normalnej (znajduje się tam również żel myjący do twarzy, maseczka do twarzy, krem na dzień, krem na noc, mineralne masło do ciała, balsam do masażu ciała, krem do rąk oraz poręczny zestaw podróżny Travel Kit).

Główną zaletą kremu jest jego skład, który równocześnie może być ogromną wadą w przypadku osób, które nie znają jeszcze reakcji i preferencji swojej skóry. Kosmetyk jest tak naszpikowany ekstraktami roślinnymi, że w przypadku podrażnienia skóry trudno będzie znaleźć winowajcę.

Skład: Aqua (Water), Rosa Centifolia Flower Extract, Ethylhexyl Palmitate, Glycerin, Pelargonium Graveolens Flower Water, Cera Alba (Beeswax), Magnesium Ascorbyl Phosphate, Cucurbita Pepo (Pumpkin) Seed Oil, Brassica OleraceaItalica (Broccoli) Extract, Punica Granatum Extract, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Sorbitan Tristearate, Maris Aqua (Sea Water), Zinc Oxide, Camelia Sinensis Leaf Extract, Rosmarinus Offcinalis (Rosemary) Leaf Extract, Aleurites Moluccana Seed Oil, Punica Granatum Fruit Juice, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Maris Limus Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Dunaliella Salina Extract, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Adansonia Digitata Seed Oil, Titanium Dioxide, Porphyridium Cruentum Extract, Parfum (Fragrance), Benzyl Alcohol, Geraniol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Sorbic Acid, Citronellol, Pelargonium Graveolens Flower Oil, Linalool, Eugenol, Cinnamyl Alcohol

Prawda, że dość długa lista? Ja rozpatruję ją jedynie pod kątem upodobań mojej skóry i dość ostrożnie rozpoczęłam testy ze względu na zbyt wysoką jak dla mnie pozycję gliceryny na liście składników oraz wosk pszczeli zaraz za nią (no doprawdy, w kosmetyku dla cery mieszanej wpakowanie tego składnika jest dla mnie co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć dosadniej).

Co prawda w recenzjach tego kremu spotkałam się wyłącznie z opiniami, że wchłania się do matu, że nie pozostawia filmu, że jest idealny pod makijaż, ale nadal nie bardzo wierzyłam w to, że coś, co ma glicerynę i wosk tak wysoko w składzie może być odpowiednie dla mojej, jakby nie było, mieszanej cery.

Pierwsze testy jednak wypadły bardzo zachęcająco. Krem ma dość lekką konsystencję, ładnie się rozprowadza, posiada delikatny zapach  (aczkolwiek ja nie zaliczyłabym tego zapachu do grupy przyjemnych aromatów), dość szybko wchłania. I rzeczywiście, pod makijażem spisuje się nieźle…

U mnie przez 3 dni…

Potem zaczął się koszmar. Moja skóra, co prawda nie zaprotestowała wysypem (myślę, że że kilka łagodzących składników w składzie zadziałało prewencyjnie), ale za to zbuntowała się wydzielaniem takich ilości sebum, że miałam wrażenie, że toczymy ze sobą jakąś dziwną walkę. Krem nałożony wieczorem rano pozostawał na twarzy w postaci tłustej, lepkiej mazi. Nałożony tylko ranem, koło południa dawał o sobie znać w postaci niezdrowego blasku i podkładu zmieszanego z czymś tłustym. Fuj.

Nie dałam jednak za wygraną. Skład na tyle dla mnie przyjazny (a znalezienie takiego łatwe nie jest), że postanowiłam się nie poddawać. I znaleźć na niego sposób. Okazało się, że po prostu "przekarmiłam" chyba skórę dobrodziejstwami 😉 wosku pszczelego i gliceryny. Kilka dni na diecie i delikatne dozowanie kremu raz na 2-3 dni okazały się być doskonałym rozwiązaniem.

Obecnie kremu używam raz na 2-3 dni. Moja skóra odwdzięcza mi się za to całkiem dobrą kondycją, niezłym poziomem nawilżenia bez dodatkowych atrakcji w postaci błysków, blasków i lśnień 🙂

Plusy:

  • przyjazny skład wolny od parabenów, za to ze sporą ilością wyciągów roślinnych
  • brak sztucznych dodatków
  • ogromna pojemność (krem do twarzy 100 ml ?)
  • cena w stosunku do pojemności
  • nawilżenie, wygładzenie skóry, zapobieganie powstawaniu niespodzianek

Minusy:

  • opakowanie (wiem, że znajdą się zwolenniczki tego minimalistycznego i skromnego designu, ale do mnie on kompletnie nie przemawia). Owszem, lubię tubki, ale jestem również wzrokowcem i wolę opakowania nieco bardziej cieszące wzrok (aczkolwiek na plus tutaj zaznaczam fakt, że nie jest to niehigieniczny słoiczek czy pudełko)
  • skład (to, co pisałam wcześniej )
  • dostępność (jedynie w Sephorze i to z tego co mi wiadomo też różnie z tą dostępnością bywa, nawet słyszałam wersję, że marka ta ma zniknąć z Sephory)

Czy kupię ponownie?

Raczej nie. Tuba 100 ml (!) wystarczy przy takim stosowaniu jak moje na wieki i mam nadzieję, że do tego czasu znajdę coś fajniejszego i łatwiejszego w stosowaniu 😉

Reasumując:

Myślę, że to idealny krem dla osób, które nie mają problemu z tolerancją gliceryny i wosku pszczelego oraz dla tych z normalną cerą lub mieszaną bez nadmiernej produkcji sebum. Jako krem na dzień dla takich osób to świetny kosmetyk z przyjaznym składem i atrakcyjną ceną.

Cena : regularna 85 zł/100 ml (ale najczęściej w promocji w Sephorze za ok. 40 zł)

Moja ocena : 6/10

 

Tym razem coś dla stóp. Bo jeszcze nie było ;)

Zachęcona i zachwycona odkryciem kremu do rąk, który na chwilę zdetronizował moich dwóch ulubieńców (czyli krem do rąk z The Body Shopu i krem L'Occitane) poleciałam do Sephory po jego brata do zadań specjalnych, czyli:

REWITALIZUJĄCY BALSAM DO STÓP PAT & RUB by Kinga Rusin

O ile osoba Pani Kingi może budzić sprzeczne emocje, o ile samą postać można lubić bądź też nie, o tyle nie powinno to jednak zaważyć na ocenie wprowadzonej przez nią linii kosmetyków, które co tu kryć, są całkiem przyzwoitej jakości.

I choć życzyłabym sobie, żeby Sephora jednak nie windowała sztucznie tych cen (cena kremu na stronie PAT & RUB 39 zł, cena w Sephorze 45 zł), to jednak głównie tam nabywam te produkty.

O kremie do rąk napiszę innym razem, dzisiaj natomiast recenzja balsamu do stóp.

Co mówi producent na swojej stronie o tym kremie?

Wreszcie poradzisz sobie z szorstką, suchą skórą stóp. Nasz balsam ją odnawia. Regeneruje skórę spierzchniętą i popękaną. Pozbywa się twardego naskórka, wygładza, nawilża, ujędrnia. Łagodzi podrażnienia. Jeśli Twoje stopy potrzebują ekstra pomocy, posmaruj je grubą warstwą balsamu i włóż na noc bawełniane skarpetki. Balsamu możesz używać także do szorstkiej skóry na łokciach i kolanach. Olejek cytrynowy działa odświeżająco.

  • ekstrakt z żurawiny* – zwalcza wolne rodniki, regeneruje, wzmacnia
  • masło shea* – nawilża i zmiękcza
  • olej jojoba* – wzmacnia skórę i dodaje jej sprężystości
  • masło awokado* – natłuszcza i regeneruje, chroni przed czynnikami zewnętrznymi
  • woda z zielonej herbaty* – działa przeciwzapalnie, zwalcza wolne rodniki
  • olejek cytrynowy – poprawia wygląd skóry: wygładza, reguluje, wzmacnia
  • mocznik – złuszcza zrogowaciały naskórek
  • naturalna witamina E* – wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża
  • witamina A – regeneruje, stymuluje, odżywia
  • alantoina – koi i łagodzi
  • inne roślinne substancje natłuszczające i  nawilżające*

*surowce z certyfikatem ekologicznym

Zarówno krem do rąk jak i balsam do stóp mają bardzo zbliżone wizualnie opakowania. Takie samo pudełeczko z dozownikiem (bardzo lubię takie rozwiązania, znacznie bardziej niż pudełka z wieczkiem czy kremy w tubkach), podobna grafika. Na wizualnych podobieństwach się jednak nie kończy. Zarówno krem do rąk jak i wersja do stóp mają zbliżone zapachy – cytrusowo do bólu. I choć ja fanką takich zapachów nie jestem, to za działanie kremu do rąk wybaczam mu te nuty:)

I niech niektórych nie zwiedzie żurawina w nazwie. Zapach niewiele ma wspólnego z kwaśno-słodkim zapachem żurawin. Tu mamy tylko i wyłącznie cytrynę. I to cytrynę w najgorszym wydaniu 😉 Pewnie spora część osób kojarzy zwykły glicerynowy krem cytrynowy do rąk za grosze do nabycia w każdym sklepie? Otóż krem proponowany przez Panią Rusin pachnie baaardzo podobnie z tym, że cytrynka jest jeszcze ostrzejsza chyba 😉 (nie jestem pewna, bo zapach tamtego kremu to dość odległe wspomnienie, ale zdecydowanie takie nuty i tu i tam są wyczuwalne). Przyznam, że za prawie 50 zł oczekuję nieco bardziej wyrafinowanych doznań zapachowych, ale ok, nie czepiam się. Nie dla zapachu go kupiłam (bo nie kupiłabym go w ogóle, gdyby nie przypadek)

Krem ma dość lekką jak na produkt do stóp konsystencję (choć latem powinien się nieźle spisać, to jednak zimą wolę bardziej treściwe produkty w tej kategorii), która wchłania się dość szybko pozostawiając delikatną otoczkę o intensywnie cytrusowym zapachu. Skóra jest przyjemna w dotyku, miękka i wyraźnie wygładzona. Ale właściwie tyle samo osiągam drogeryjnym kremie za 15 zł (i nie muszę się męczyć z cytrusowymi woniami).

Skład :Aqua, Camellia Sinensis Leaf Water, Urea, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Fruit (Shea Butter), Decyl Cocoate, Glycerin, Cera Alba, Persea Gratissima (Avocado) Oil (and) Hydrogenated Vegetable Oil, Glyceryl Stearate, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Stearic Acid, Caprylyl Glycol, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit, Sodium Phytate, Allantoin,Tocopherol, Parfum, Retinyl Palmitate, Phenethyl Alcohol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Citral, Coumarin, Geraniol, Linalool, Limonene.

Cena: na stronie PAT & RUB 39 zł / 100 ml. Sephora 45 zł/100 ml

Plusy:

 


(Taka informacja na opakowaniu to rozkosz dla moich oczu :yes: I z tego powodu mam zamiar obserwować rozwój tej marki i liczyć, że pewnego dnia do linii PAT & RUB dołączą kosmetyki do pielęgnacji skóry, bo z takimi obietnicami składowymi jestem przekonana, że testować je będę z przyjemnością)

  • łatwo się aplikuje, rozsmarowuje, wchłania, pozostawiając uczucie nawilżonej, natłuszczonej i miękkiej skóry
  • stosowany regularnie na kolana i łokcie wyraźnie poprawia ich stan (likwiduje szorstkość, z tym, że zaznaczam, że ja nie mam poważniejszych problemów z tymi strefami, ale balsam nakładany tam w zastępstwie innego doskonale sobie z tym zadaniem poradził)
  • stopy stają się miłe w dotyku, miękkie, widocznie zadbane i estetycznie wyglądające
  • nie pozostawia tłustej warstwy uniemożliwiającej stosowanie go rano czy latem
  • estetyczne opakowanie
  • higieniczne rozwiązanie sposobu aplikacji (pompka dozująca idealną ilość kremu na stopę 😉

Minusy

  • zapach
  • zapach
  • zapach 🙂
  • cena (co prawda mój ulubieniec czyli L'Occitane kosztuje znacznie więcej, ale i bardziej mi odpowiada, więc jestem skłonna płacić za niego 2 razy więcej dopóki spełnia moje oczekiwania co do idealnego kremu stóp)
  • termin ważności – 6 miesięcy od daty otwarcia. Nie wiem, ale jakoś mało mi się to wydaje. Waham się jednak, czy odjąć za to punkt biorąc pod uwagę skład kosmetyku.
  • nie jestem przekonana, czy przez tą lekką konsystencję poradziłby sobie ze stopami wymagającymi solidnej pielęgnacji.

Reasumując:

Być może będzie idealnym rozwiązaniem na lato (i zapach i sam balsam), póki co, jeżeli chodzi o działanie, to uczucia mam wciąż mieszane. Niby jest ok, niby nawilża, wygładza, likwiduje szorstkość, zmiękcza i natłuszcza skórę. Ale coś jednak w nim jest takiego, że zostaję przy kremie do stóp L'Occitane. I o ile krem do rąk z tej serii kupię pewnie jeszcze nie raz, o tyle do tego raczej nie wrócę (chyba, że po zużyciu opakowania moje stopy przejdą jakąś niezwykłą metamorfozę 😉 )

dopisano 29 stycznia:

Nieco zmieniam opinię o tym kremie. Kilka dni temu.. skończył mi się! Jedno naciśnięcie pompki na każdą stopę raz dziennie, a on nawet na 2 tygodnie nie wystarczył? Krem za 45 zł na 1,5 tygodnia stosowania?Hmm… Nieco rozczarowujące.

Niestety, z kremem do rąk jeżeli chodzi o wydajność wcale nie jest lepiej 😦 A szkoda, bo podejrzewam, że gdyby nie ich wydajność, to latem z przyjemnością bym do nich wróciła