Po różach – bronzery Lily Lolo

Razem z różami Lily Lolo, które opisywałam w jednym z poprzednich postów, otrzymałam od firmy Costasy zestaw próbek bronzerów. Od kilku dni do każdego zamówienia w Costasy oprócz próbek podkładów można sobie wybrać próbkę różu czy też bronzera właśnie jako bezpłatny gratis. A nawet bezpłatne 4 takie gratisy 😉

W chwili obecnej dostępne są 3 odcienie bronzera oraz jeden puder rozświetlający. Jeden z nich jest matowy, a pozostałe posiadają błyszczące drobinki.

  • Bondi Bronze – ten mineralny bronzer w średnim odcieniu daje efekt połyskującej opalenizny dzięki zawartości złotych drobinek, które pięknie błyszczą w słońcu. Jest on odpowiedni dla większości rodzajów karnacji.
  • South Beach – brzoskwiniowy, subtelnie matowy bronzer o średnim kolorycie. Idealny dla tych, którzy chcą uzyskać bardziej naturalny, opalony wygląd.
  • Waikiki – ten jasny bronzer nadaje błyszcząco-złoty wygląd i idealnie pasuje do cery w jasnym odcieniu
  • Star Dust – dzięki temu wspaniałemu pudrowi Twoja cera jest świeża i rozświetlona, a dzięki właściwościom odbijającym światło, Twój makijaż wygląda nieskazitelnie

Ich opisy nie są moją własnością i zostały zaczerpnięte ze strony Costasy 😉

Cena bronzera/rozświetlacza to 69,90 zł za 6 (rozświetlacz) albo 8 (bronzery) gram proszku w 40 ml opakowaniu.

wszystkie odcienie nałożone na skórę grubszą warstwą, bez rozcierania; światło dzienne, bez użycia lampy

Przyznam szczerze, że byłam nieco zaskoczona, gdy zobaczyłam te odcienie na żywo. Nie przypuszczałam, że są tak intensywne i spodziewałam się nieco bardziej stonowanych barw.

Najbardziej przeraził mnie kolor Bondi Bronze (nie wiem dlaczego cały czas miałam w głowie zakodowane, że to "Blondie" Bronze i nawet zastanawiałam się, dlaczego najciemniejszy odcień nazwali tak właśnie 😉 Dopiero podczas robienia zdjęć okazało się, że to nie "blondie", a "bondie". Cóż, brawa za spostrzegawczość i poprawne czytanie…

South Beach wygląda mniej więcej tak, jak go sobie wyobrażałam, natomiast Waikiki kompletnie od tych wyobrażeń odbiega. Nie dość, że w pudełku wygląda kompletnie inaczej niż na skórze, to nie spodziewałam się, że jest taki… złoty 😉 Zdecydowanie bardziej widzę go u siebie jako rozświetlacz niż bronzer. Nałożony ciut wyżej niż Bondie Bronzer daje piękny efekt złotego blasku i jeżeli będę go używać, to raczej w tej roli, gdyż z bronzerem moim zdaniem ma niewiele wspólnego.

Podejrzewam, że Waikiki musi pięknie wyglądać na opalonym dekolcie, ramionach latem, gdy chcemy rozświetleniem podkreślić opaleniznę na wyjątkowe okazje.

South Beach mimo iż niepozorny, to jakoś najbardziej jednak przypadł mi do gustu. Być może przez to, że jest matowy i wygląda najbardziej naturalnie. Całkiem nieźle spisuje się przy konturowaniu i podkreślaniu wybranych partii twarzy. Efekt jest naturalny, choć osobiście wolałabym, żeby był jeszcze ciut chłodniejszy. I tak jednak jest znacznie lepszy od wszystkich odcieni bronzerów, jakie zakupiłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na pewno jest mniej pomarańczowy w każdym bądź razie 😉

Na zdjęciu wszystkie odcienie delikatnie roztarte na skórze (światło dzienne, słoneczny dzień, zdjęcie w zacienionym miejscu bez użycia lampy)

Star Dust to z kolei typowy rozświetlacz. Jasny odcień chłodnej pastelowej żółci. Drobinkowy, błyszczący i .. tyle. Na razie nic więcej nie umiem o nim powiedzieć, bo ostatnio jestem zwolenniczką raczej bardziej subtelnego rozświetlenia; tu drobinki są dla mnie zbyt duże, a z racji tego, że moje pory potrafią wyglądać różnie, to i błyskotek zwracających na nie uwagę raczej przez ostatnie kilka dni unikam (zwłaszcza, że po chwilowej całkiem niezłej kondycji mojej skóry, znowu dopadł mnie wysyp po testach nowego produktu i twarz mam usianą zmianami skórnymi zdecydowanie nie zachęcającymi do ich eksponowania i podkreślania blaskiem 😉 )

Lily Lolo – róże

Dostałam dziś paczuszkę od firmy Costasy z zestawem próbek wszystkich odcieni róży (różów? Notorycznie mam problem z odmianą tego słowa 😉 Muszę chyba w końcu sprawdzić w słowniku i zapisać wołami na ścianie sobie 🙂 ). Próbki oczywiście dostałam w woreczkach, ale tradycyjnie poprzesypywałam do pojemniczków, żeby można było się lepiej przyjrzeć proszkom.

Róże Lily Lolo występują obecnie w 10 odcieniach. Cena 3 gramowego różu w słoiczku 20 ml to 39,90 zł. Od jutra również będzie można otrzymać darmowe próbki, na identycznych zasadach jak w przypadku próbek podkładów (czyli do zamówienia możemy sobie wybrać 4 próbki, jakie chcemy przetestować, które Costasy dołoży GRATIS)

Skład : Mika, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza (czyli prosty, bez udziwnień)

Spośród całej dziesiątki, ja znalazłam swojego faworyta tam, gdzie znaleźć się go kompletnie nie spodziewałam. I jeden odcień, który miałam nadzieję, że będzie nieco inny, ale w swojej obecnej postaci właściwie nie wygląda źle. Na twarzy go jednak nie testowałam, więc jeszcze nie jestem pewna swojego zdania o nim. Ale o tym wszystkim za chwilę. Najpierw przedstawię całą kolekcję, czyli zaczynając od góry:

  • Candy Girl – delikatnie błyszczący róż do policzków w bladym odcieniu jest idealnym dodatkiem do Twojego dziewczęcego makijażu
  • Ooh La La – zastosuj ten perfekcyjny, subtelnie matowy róż do policzków, gdy chcesz wywołać podziw swoim wyglądem.
  • Clementine – subtelnie matowy róż do policzków o kremowej konsystencji i brzoskwiniowo-różanym odcieniu, idealnie pasuje do nieco ciemniejszej cery
  • Cherry Blossom – blady róż do policzków w odcieniu brzoskwiniowo-różowym nada subtelny połysk jasnej cerze
  • Doll Face – ślicznie błyszczący róż do policzków w odcieniu cukierkowo-różowym, idealny do jasnego typu cery
  • Juicy Peach – smakowicie wyglądający róż do policzków w odcieniu soczystej brzoskwini.
  • Sweet Fig – smakowity matowy róż do policzków, który stanowi wspaniałą alternatywę dla mineralnych kosmetyków brązujących
  • Rosy Apple – perfekcyjny, połyskujący róż do policzków w odcieniu różowo-brązowym
  • Sugar 'n Spice – połyskujący, śniady odcień jest idealny dla tych, którzy wolą róże w odcieniu brązowym zamiast różanym
  • Rosebud – ten błyszczący róż do policzków w odcieniu różanym nada Ci naturalnie wyglądający rumieniec

Opisy wykorzystane powyżej zostały zaczerpnięte ze strony Costasy.

Swatche na ręku zrobione w słoneczny dzień, w zacienionym miejscu. Róże nałożone płaskim pędzlem do podkładu na skórze bez żadnej bazy.

W sklepie znaleźć możemy podział zarówno na róże matowe i błyszczące, jak i pod względem tonacji kolorystycznej, do której należą. Co prawda w kategorii matowej nie znajdziemy odcienia Sweet Fig, który moim skromnym zdaniem matowy również jest, ale być może to przeoczenie, albo – czego też nie wykluczam – moje indywidualne postrzeganie po prostu 🙂

W każdym bądź razie, robiąc swatche, kierowałam się tym, co widzę na stronie Costasy, bo co jak co, ale strona jest niesamowicie estetycznie zrobiona, a łatwość poruszania się po niej mogłaby być wzorem dla wielu miejsc zakupów. I dlatego też, na zdjęciach poniżej, w kategorii "róże matowe" znajdują się tylko 3 odcienie. Dopiero później zreflektowałam się, że właściwie ja bym dodała do nich jeszcze jeden odcień, wcześniej wspomniany Sweet Fig właśnie.

Podczas robienia swatchy zdążyłam sobie już wyrobić pierwszą opinię na temat tych róży. Na twarzy testowałam tylko jeden z odcieni i ten spisał się bez zarzutu.Jak zachowują się inne? O tym za jakiś czas. Przede wszystkim róże są dość porządnie napigmentowane i wystarczy dosłownie mininalna ilość, naprawdę minimalna, by uzyskać pożądany efekt.

O ile w przypadku większości odcieni aplikacja nie sprawia najmniejszych problemów, o tyle zastrzeżenia mam do jednego odcienia. Doll Face. Piękny, delikatny, pastelowy odcien jasnego mlecznego różu przełamany nutą brzoskwiniowych tonów. Niestety, odstaje od reszty, gdyż nie jest tak drobno zmielony, błyszczy się bardzo, drobinki są zdecydowanie zbyt duże i z pewnością nie zadowolą fanek subtelnego rozświetlenia. Tu jest zbyt dosłownie – zbyt widocznie, zbyt błyszcząco, zbyt nachalnie i zbyt drobinkowo. Choć pewna jestem, że i takie kosmetyki mogą być czasem potrzebne. Czasem przecież mamy ochotę zaszaleć (w końcu Champagne z EDM potrafiłam na dzień kiedyś też używać, a subtelny on z pewnością nie jest :D)

Mnie jednak zauroczył odcień z kategorii "róże matowe". Odcień, jaki raczej nie znajdował się na mojej liście potencjalnych nabytków w przyszłości. Mowa o Clementine. Przepiękny odcień ciepłego korala; róż, brzoskwinia w jednym, a to wszystko stonowane, delikatne, bardzo kobiece i naturalnie wyglądające. I elegancko matowe. Do stonowanego dziennego makijażu idealny. Do tego wspaniale pasuje do wiosny za oknem. Myślę, że osoby o jaśniejszej karnacji, używając go z odpowiednim umiarem, również mogą go pokochać, nie jest zarezerowany tylko dla ciemniejszych cer (ja po zimie, kwasach i rolce do ciemniejszych zdecydowanie się nie zaliczam)

  • Róże z kategorii "matowe" odcienie (poza Sweet Fig, który wg mnie jest matowy, ale nie znajduje się w tej kategorii) nałożone w SPOREJ ilości na skórę pokrytą 5 minut wcześniej kremem do rąk. Światlo dzienne, zdjęcie bez lampy, słoneczny dzień, zdjęcie zrobione w zacienionym miejscu:

Wg mnie Clementine to jeden z ciekawszych odcieni w kolekcji Lily Lolo, aczkolwiek moje zainteresowanie i chęci do testów na skórze wzbudził również Sweet Fig, który mimo iż na zdjęciach nie prezentuje się jakoś wyjątkowo atrakcyjnie, to jednak myślę,że ma spory potencjał i może się całkiem nieźle spisać. Na pewno będę chciała się też przyjrzeć odcieniowi Ooh La La 😉 Wydaje mi się, że ma całkiem duże szanse stać się moim II ulubionym odcieniem z Lily Lolo…

Rozczarowały mnie nieco Rosebud i Sugar n Spice. Nie dla tego, że są brzydkie. Nie. Po prostu oglądając swatche w sieci spodziewałam się czegoś innego. Czegoś mniej wyrazistego, nieco stłumionego odcienia śliwki, spranego brązu… Czegoś, co zgrabnie i z wyczuciem balansuje na granicy pięknego stonowanego odcienia a brudnawej smugi 😉 Są dość intensywne, więc w moim przypadku na dzień wyłącznie nałożone bardzo lekką ręką, dosłownie muśnięciem pędzla, natomiast podejrzewam, że mogą interesująco wyglądać w sztucznym, wieczorowym świetle. I z pewnością nie omieszkam użyć ich obu w takiej właśnie oprawie (a okazja ku temu już jutro wieczorem 😉 )

  • Róże z kategorii "róże różowe": Doll Face, Cherry Blossom, Candy Girl, Ooh La La, Rosebud. Nałożone w OGROMNEJ ILOŚCI na nawilżoną skórę dłoni, żeby wydobyć ich tony (oczywiście na twarzy nigdy w takiej ilości się nie znajdą :D)

  • Róże z kategorii "róże brązowe": Rosy Apple, Sweet Fig, Sugar n Spice (również nałożone bardzo hojnie na nakremowaną skórę rąk)

I na koniec kilka swatchy róży nałożonych już w normalny sposób, dość lekko, płaskim pędzlem na suchą skórę, bez żadnych kremów na niej 😉

Tyle na dzisiaj. Jutro, najpóźniej pojutrze 😉 – widoczne na pierwszym zdjęciu bronzery i rozświetlacz LiLy Lolo. Zapraszam 🙂

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Dla odmiany po nudziakach, czyli Sleek STORM

Jakiś czas temu opisywałam dwie zakupione przeze mnie paletki cieni do powiek. I choć na co dzień zdecydowanie częściej sięgam po Champagne & Caviar NYX-a (ostatnio niemalże codziennie), to jednak przyznaję, że Storm (Sleek) zdecydowanie lepiej spisuje się na wieczornych wyjściach. Makijaż wykonany tą paletką nie tylko jest banalnie prosty i szybki, gdyż cienie praktycznie same się blendują, a ich nakładanie nie sprawia żadnej trudności, ale przede wszystkim – intensywność cieni jest na tyle zadowalająca, że nawet ja, fanka dość mocnych i widocznych makijaży, nie mam się do czego przyczepić 🙂

Co prawda z racji moich 33 lat coraz rzadziej wypada mi nosić takie kolory na oczach, ale moje ciągoty w tym kierunku są zdecydowanie nieuleczalne i co jakiś czas, po kilku dniach klasycznego nude na powiekach mam ochotę na jakieś kolory.

Dwa makijaże wykonane dzisiaj paletką Sleek Storm. Pierwszy, nosiłam przez cały dzień, natomiast wieczorem, po jego zmyciu coś mnie tknęło na wieczorne mazanie  i sięgnęłam po granat z tej paletki, o którym słyszałam, że jest ciężki w aplikacji i mało intensywny. Nic bardziej mylnego 🙂 Na powiece wg spisuje się doskonale i wcale nie jest z tych "gorszych".

Makijaż wieczorowy (przepraszam, że widać, że tylko jedno oko, ale zabrakło mi zapału na zrobienie drugiego po tym, jak zobaczyłam, jak mój aparat paskudnie niszczy to, co miałam na oczach :(). Makijaż błyskawiczny, z użyciem 3 cieni (granat, stalowy i piąty w górnym rzędzie 😉 )

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Podkład : brak

Puder : Kaolin Soft Bronze Everyday Minerals

Róż/bronzer/rozświetlacz : Sleek Bronze Baby

Oczy : cienie z paletki Storm Sleek, Monistat jako baza pod cienie, tusz Colossal Maybelline, eyeliner My Secret

Usta : Sweet Talk Lip Gloss LaurEss

 

Makijaż dzienny (choć dość intensywny)

 

Podkład : brak

Puder : Kaolin Soft Bronze Everyday Minerals plus Kick Start LaurEss jako primer, to wszystko położone na Monistacie 🙂

Róż: nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co i czy w ogóle jakiegoś używałam 😉

Oczy : cienie z paletki Storm Sleek, baza pod cienie E.L.F, tusz Colossal Maybelline

Usta : L'oreal Color Riche Taffeta

Makijaże nadesłane na konkurs Pixie

Jedną z możliwości zwiększenia swoich szans w konkursie Pixie było przesłanie mi mailem zdjęć makijażu z użyciem dowolnego mineralnego kosmetyku. Otrzymałam kilkadziesiąt zdjęć, z których część możecie poniżej zobaczyć.

Całe szczęście, że nie wpadłam na pomysł, by organizować konkurs, w którym ja osobiście musiałabym zadecydować o tym, kto otrzyma nagrody. Patrząc na zdjęcia wiem, że nie byłabym w stanie tego dokonać. Dziewczyny na zdjęciach są tak piękne, tak pełne wdzięku i tak fajnie podkreślają swoją urodę, że nie wyobrażam sobie, abym miała spośród nadesłanych prac wybrać te, które podobają mi się najbardziej.

Wiem, że przyznałabym jednak dwa równorzędne miejsca, gdyż te zdjęcia urzekły mnie najbardziej. Myślę, że komentarz jest zbędny i wszystko widać na załączonych obrazkach.

Lanka:

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :
Podkład: Lucy Minerals Creamy Olive
bronzer: Waikiki Lily Lol
róż: Blossom Blush Lily Lolo
tusz do rzęs: No7

A_noska:

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Primer: puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody

Podkład : Lucy Minerals – Lucy Light w odcieniu Bisque

Wykończenie : puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody

Jak widać na powyższych zdjęciach wybrałam te makijaże, które niesamowicie pokazują siłę minerałów. Na pierwszym – ich doskonałe krycie i jednocześnie naturalność, natomiast na drugim – jak przepięknie naturalny i dziewczęcy efekt można uzyskać minimalnym zestawem.

Otrzymałam też wiele innych zdjęć – nie umiałabym wybrać, które podobają mi się najbardziej, dlatego też pozostawiam je bez komentarza i zapraszam do oglądania tych pięknych dziewczyn.

Pilar

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu (niestety nie otrzymałam szczegółowych informacji o odcieniach, więc gorąco proszę o uzupełnienie, bo makijaż naprawdę przepiękny i sama chętnie bym się dowiedziała, co zostało użyte 😉 Korektor EDM Mint, podkład Blusche, puder Blusche, róż EDM, Bronzer i rozświetlacz Blusche, cienie Meow i niemineralnie-Sleek. 🙂

eenax

twarz: primer Prime Me Powder Pixie, podkład Breena 1 Pixie, korektor pod oczy Under Eye Concealer 2 Frisky Abyssinian Meow Cosmetics, róż Email Me Everyday Minerals
oczy: primer I-prime Meow Cosmetics, żółty matowy- Pelluci Paint FX, zewnętrzny kącik i załamanie powieki pomarańczowy Spread Your Wings Aromaleigh, na linii rzęs brąz z opalizującymi drobinkami – Chameleon Sweetscents, rzęsy tusz niemineralny Max Factor Masterpice
usta:błyszczyk niemineralny Juicy Tubes 45 Candy Lancome

Carolinascotties

Też niestety nie posiadam dokładnych odcieni użytych kosmetyków, ale miejmy nadzieję, że Karola nam je dopisze, bo podejrzewam, że nie tylko ja pękam z zazdrości patrząc na te zdjęcia 😉 Podkład Lumiere, cienie do powiek Meow i rozświetlacz Lumiere.

Yasinisi

primer: monistat
podkład: Pixie Cover de Luxe Cameo2
finisher: Pixie Kiss of Sun
róż: EDM Time Share
rozświetlacz: EDM Natural
oczy: baza ArtDeco + MEOW Dr. ZhiCATo+ Bronze Lucy Minerals+ EDM Exhale

AnkaFranka

podkład EDM Fairly Light Neutral intensive
róż EGM berries&cream
oczy EDM fresh, pod oczami EDM morning
puder wykończeniowy własnej receptury (a dokładnie receptury JMW 🙂 )
brwi EDM silver grey

na ustach: albo rozświetlacz EDM pearl beige albo złoto-srebrne Meteoryty Guerlain 🙂

Kmb1

-podkład AWGM f5
-korektor edm multi-intensive
-baza kobo
-cienie edm:late checkout,Jane Eyre,Scented Candles
-kredka mysecret grafitowa
-tusz do rzęs 123 mascara rimmel
-błyszczyk essence xxxl nudes 01
-korektor do brwi brązowy delia
Ciri

Zdjęcia z Lucy (pierwsze dwa): Lucy Minerals formuła Orginal Creamy Bisque, Puder Lumiere Veena Silk Veil odcień Sand, Punktowo i pod oczy korektor Sunlight EDM. róż All Smiles EDM. Oczy :Kredka nie mineralna.

Zdjęcia z Lumiere (dwa kolejne): Lumiere Light Medium Golden VV, Puder Lumiere Veena Silk Veil odcień Sand, Punktowo i pod oczy korektor Sunlight EDM, róż Poppy Lumiere. Oczy : kredka nie mineralna, Wet Sand EDM

Kosmetyczna Ja:

Podkład: Lucy Minerals odcień Light
Korektor na rumieńce MINT z EDM a pod oczami beżowy Pixie
Brwi: Deep Brow Powder Silk Naturals
Oczy: Baza pod cienie i-prime z meow, cienie: Queen [jasny] i Tuxedo [ciemny] oba ze Sweetscents
Róż:Angelique ze Sweetscents
Rzęsy Avon, super shock

Kathe



„Makijaż  inspirowany filmem Black Swan, ale w lżejszej wersji, raczej księżniczki łabędzi 🙂 Użyty kosmetyk mineralny (jedyny jaki w sumie mam): podkład Lily Lolo odcień Porcelain”



Ola93

We wszystkich makijażach oka została wykorzystana paleta Sleek Sunset. Co prawda ja uznaję te cienie raczej za kosmetyk pseudomineralny – i myślę, że nie tylko ja (ze względu na jego skład), ale z racji tego, że paletka ta reklamowana jest pod hasłem mineralnych cieni, to zgłoszenie oczywiście uznałam 😉

Jako ciekawostkę podaję skład „mineralnej” paletki: Mica, Talc, Paraffinum liquidum, Magnesium Stearate, Ethylhexyl Palmitate, Dimethicone, Propylparaben, Methylparaben. May contain: Cl 77891, Cl 77007, Cl 77492, Cl 77289, Cl 45410:2, Cl 15850:1, Cl 42090:2, Cl 77499, Cl 77742, Cl 15985:1.

(co nie zmienia oczywiście faktu, że są to świetne paletki biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości i sama z chęcią ich używam 😀 )

Eti_

Primer Touch of Beige – Pixie.

Podkład CDL Pixie – Sinnie 2 pomieszany z Tinkerbell 3.

Róż -Glow Lucy Minerals, Bollywood EDM.

Puder matujący: Kiss of Sun -Pixie

Oczy: Cloud 9 BFTE, Chenille BFTE, Propinquity SN, Precious BFTE, Drama CS, Smokey EDM, kredka Inglot, Tusz Bell. Usta: pielęgnujący balsam do ust Naturalne Piękno.

ksiezniczkaa87

– puder Jadwiga do cery tłustej i trądzikowej (jako primer)
– korektor Intensive fair EDM
– podkład Fairly Light Neutral EDM intensive (na wypryski)
– korektor Pixie Cosmetics beżowy (pod oczy)
– puder Kiss of Sun (jako wykończenie)
– odrobina różu Best Friends EDM
– cienie Romance Novel i Rock Anthem EDM
– kredka LongLasting Black fever Essence, tusz do rzęs Push Up Bell,  korektor do brwi Delia, błyszczyk Namiętnik Paese
(tu nawet dostałam zdjęcie kosmetyków użytych do wykonania makijażu 😉 )

Renia92i

-Podkład EDM formuła Intensive Multi-Tasking Neutral
-Puder Jadwiga do cery tłustej i trądzikowej
-Róż EDM Truly Tiger
-Korektor pod oczy Pixie różowy
-Tusz Astor Big & Beautiful
-Cienie Max Factor, Bell
-Szminka My Secret Smoky Rock
-Eyeliner avon
-Gosh wodoodporna kredka do oczu czarna

Czarnulka708

podkład: próbka Lily Lolo Popcorn

eye liner: ELF black

tusz: L’oreal Volume Million Lashes

korektor: L’oreal Touche Magique

róż: Bourjois, 34 Rose D’or

Dezemka

Podkład mineralny Lumiere Light Beige Cashmere
Róż ELF Contouring Blush & Bronzing Powder
Complexion Perfection ELF
Cień Manhatann
Tusz Loreal Volume Milion Lashes
Eyeliner w żelu ELF


Idalia

„Makijaż z gatunku artystycznych. Został wykorzystany cień mineralny : Everyday Minerals Heart 2 Shop ( brudnawy fioleto- róż w załamaniu powieki)”. Listy pozostałych kosmetyków niestety nie znam 😉


Miał być zbiorowy test;)

Dzisiejszy makijaż to zlepek różnych testów 🙂 Na twarzy podkład Pixie, którego dawno nie nosiłam, gdyż byłam pewna, że to mój letni odcień, na policzkach i kościach – bronzery/rozświetlacz Blusche, które korciło mnie, żeby wypróbować w teście całodziennym ( a i tak w końcu tego nie zrobiłam, gdyż zmieniła mi się koncepcja i się poszłam zmyć, a potem od nowa umalować :D), na oczach cienie Urban Decay bez bazy (chciałam sprawdzić, ile wytrzymają, ale w końcu się przeraziłam wizji zwałkowanych cieni na powiekach pod koniec dnia i zostawiłam takie eksperymenty na dzień, gdy nie będę musiała wyjść do ludzi:))

Zdjęcia w świetle dziennym, bez użycia lampy, pochmurny dzień (ostatnie zdjęcie robione w świetle sztucznym – wczesnym rankiem, z użyciem lampy)

Do wykonania makijażu użyłam :

Podkład : Pixie Cosmetics Tinkerbell 3(formuła Cover de Luxe)

Bronzer: Spice Bronzer Blusche (na kościach policzkowych), Tahiti Bronzer Blusche (trochę niżej, jako róż nałożony grubszą warstwą i naniesiony szerokim pędzlem na całą twarz), Summer Bronzer (do konturowania)

Oczy : Cienie Urban Decay z paletki Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Maui Wowie, Sin), Chocolatte Gel Liner MAD

Tusz : Max Factor Masterpiece

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz (niezmiennie)

 

Blusche, tak dla odmiany

W ramach porządkowania swoich zbiorów powyciągałam sporo rzeczy, które leżą u mnie od ponad pół roku, a jeszcze ich nawet nie testowałam. Sporo mam takich i postanowiłam w końcu coś z tym zrobić. Okazało się, że nie do końca była to mądra decyzja, bo na moją listę zakupową wskoczyły trzy kolejne pozycje 😉 A testowałam tylko 3 próbki z Blusche i 3 z Silk Naturals … Nie wiem, czy mam odwagę robić kolejne testy 😉

Na pierwszy ogień – bronzery z Blusche.

(zdjęcia nie są moją własnością, pochodzą ze strony http://www.blusche.biz, klinięcie na obrazek przekierowuje na stronę Blusche)

Szczerze mówiąc, sugerując się zdjęciami ze strony Blusche, raczej bym się nie zdecydowała na te odcienie. Próbki Monika sama mi dołożyła do jakiegoś zamówienia w odpowiedzi na moje pytanie, kiedy można się spodziewać nowych odcieni bronzerów Blusche 😉 I właściwie to jestem sama na siebie zła, że dopiero teraz po nie sięgnęłam. To naprawdę bardzo fajne bronzery. Odcienie bardzo naturalne, świetnie się rozprowadzające, nie tworzące ani plam, ani smug, wyglądające bardzo, bardzo ok.

Co prawda Spice jest dla mnie bardziej rozświetlaczem niż bronzerem, ale wszystkie trzy testowane przeze mnie próbki z pewnością są warte bliższego przyjrzenia się im.

(na ostatnim zdjęciu widać swatche kremowych róży Silk Naturals – o nich w następnym poście)

 

Spice Bronzer – bardzo jasny odcień bronzera, ciepły odcień złotego beżu z delikatnym blaskiem. Bardzo sympatyczny, zwłaszcza jako wierzchnia warstwa do Tahiti. Świetnie go rozświetla i nadaje pięknego złotego połysku. Ja dzisiaj cały dzien mam go na kościach policzkowych i nie mogę się nadziwić, jak ładnie wygląda (a za złotawymi tonami średnio przepadam). Niestety, mimo kilku prób nie udało mi się uchwycić tego na zdjęciach twarzy, więc może innym razem 😉 Choć glow jest tak subtelny, że pewnie dla sporej części osób nie będzie w ogóle widoczny (tak jak przy zdjęciach różu Amber)

 

Tahiti Bronzer – nieco ciemniejszy niż Spice i pozbawiony drobinek, matowy odcień bronzera. Całkiem nieźle spisuje się przy mojej zimowej (czyli stosunkowo jasnej, ale nie bladej) karnacji do bardzo delikatnego konturowania. Jest praktycznie niewidoczny, a jednak robi swoje. Na lato z pewnością będzie za jasny, ale obecnie bardzo mi się podoba 🙂

 

 

Summer Bronzer – bałam się go w ogóle dotknąć,  bo byłam pewna, że sobie zrobię krzywdę, ale wbrew pozorom bardzo łatwo go oswoić. Średni odcień ciepłego brązu, matowy i naprawdę ładny. Użyty do konturowania wraz z Tahiti stworzył całkiem ciekawy efekt.

 

 

 

Skład : Mica, Titanium Dioxide, Silk Powder, Magnesium Stearate, Iron Oxides

Cena

1/4 łyżeczki w woreczku-  0,75$  (dolar kanadyjski)
10 gramowy okrągły słoiczek z 2,5 g bronzera – 7$
Opakowanie uzupełniające (torebka z 3 g bronzera) – 7$
20g kwadratowe pudełko z lusterkiem i gąbką zawierające 3 g bronzera – 9$

Sama jestem tym zaskoczona, bo w woreczkach bronzery te prezentowały się mało efektownie i jakoś nie miałam ochoty na ich testy. Ale bardzo sympatycznie mnie zaskoczyły i z pewnością rozważę zakup.

Famous Flamingo czyli ogromne rozczarowanie Essence

Raz na jakiś czas umieszczam recenzje kosmetyków, które z minerałami albo naturalnością mają niewiele wspólnego. Dzisiaj padło na Essence. Kilka tygodni (a może to już miesięcy? nie pamiętam, szczerze mówiąc), w drogeriach pojawiła się limitowana edycja Essence Return To Paradise. Mi w oko wpadła tylko jedna pozycja z tej serii – rozświetlający puder w pudełeczku wzrorowanym (żeby nie nazwać tego dosadniej) na Beneficie i jego kosmetykach. Nie ukrywam, że wygląd opakowania ma dla mnie duże znaczenie i choć nie jestem pewna swoich odczuć co do "wzorowania się" na innych markach (jak np. E.L.F. na NARS-ie, czy ostatnio NYX na Too Faced), to pudełko jednak moją uwagę zwróciło.

Gdy już się go naszukałam (bo oczywiście w mojej Naturze cała limitowanka została przebrana w ekspresowym tempie) i wpadł w moje łapy, szczęśliwa pognałam z nim do kasy.

I tyle było mojego szczęścia. Już po pierwszym teście paluchem wiedziałam, że chyba się nie polubimy jedak. Rozświetlacze lubię, bardzo nawet. Pod warunkiem jednak, że są kompletnym przeciwieństwem tego pudru 😦

Pewnie się narażę wielu fankom tego rozświetlacza, ale jak dla mnie ten kosmetyk to totalne nieporozumienie (choć nie spotkałam się z żadną negatywną opinią na jego temat na wizażu :D, wręcz przeciwnie, gdzie się nie obejrzę, to wszędzie same pieśni pochwalne na temat tego kosmetyku. Gdyby podrabiano Essence, byłabym pewna, że nabyłam podróbę 🙂 )

Mało tego, na wszystkich blogach czytałam jego pozytywne recenzje. Więc widocznie kolejny potwierdzam to, co już kiedyś pisałam – jeżeli wszyscy dookoła coś zachwalają, to ja powinnam się trzymać od tego z daleka. Na bank się u mnie nie sprawdzi 🙂 Moja skóra jest widocznie inna niż reszty świata 😛

Przede wszystkim konsystencja – kosmetyk jest dość luźno sprasowany (co z pewnością wpłynie na jego wydajność, ale ja tego nie sprawdzę, bo zaraz pewnie znajdzie nowy dom;) ) i przez to przy próbie nabrania go używanym przeze mnie pędzlem typu duo fibre (Lumiere) pyli i fruwa dookoła. Zdecydowanie lepiej sprawdza się tu inny rodzaj pędzla – bardziej zbity i gęstszy. Po nałożeniu na moją skórę nie wygląda dobrze. Nie stapia się ze skórą, nie chce ładnie osiąść, nie daje ładnego efektu glow, a jedynie widoczne (choć dość drobne) brokacikowe błyskotki, które może nie dają tandetnego efektu bombki choinkowej, ale z pewnością daleko im do subtelnego rozświetlenia. Ciężko mówić też o stopniowaniu intensywności w przypadku tego pudru, gdyż próba nałożenia kolejnej warstwy kończy się katastrofą… Jedna, nałożona bardzo lekkim ruchem wygląda znośnie (choć w moim przypadku niewidocznie niemalże) i jestem w stanie uwierzyć, że może się podobać. U mnie jednak ta lekka warstwa jest na tyle niezauważalna, że kompletnie bez sensu jest używanie tego .. no właśnie, czego? różu? pudru? rozświetlacza?

Być może, gdyby był opisany jako róż, moja ocena nie byłaby tak surowa. Bo w przypadku jasnych karnacji jako róż wygląda nieźle. Naprawdę nieźle. Ale jeżeli na pudełku widzę "shimmer powder", to niech to będzie rzeczywiście puder rozświetlający, a nie róż. Bo jasnoróżowych róży nie lubię i już 😉

 

Amber Blush w akcji …

Znalazłam dziś rano w skrzynce pytanie, czy mogłabym pokazać dokładniej, jak wygląda Amber Blush z Blusche w makijażu. Jako iż nie byłam jeszcze umalowana, to pomyślałam sobie, że może użycie go dzisiaj wcale nie jest złym pomysłem. Niestety, pogoda rano średnio dopisała, pochmurno i szaro, stąd też tylko 2 zdjęcia i to nienajlepszej jakości. Makijaż mało dopracowany, ale miałam naprawdę kilka minut tylko, żeby go zrobić i jeszcze pstryknąć zdjęcia 😉

(no i wybaczcie soczewki 🙂 Raczej nie używam kolorowych soczewek do zdjęć tu pokazywanych, ale tym razem musiałam wyjść zaraz po zrobieniu makijażu)

 

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

 

 

Primer i wykończenie : Coastal Scents Diva Defense Primer

Podkład : Coastal Scents Honey Beige Medium Foundation

Róż : Blusche Amber Blush

Rozświetlacz : Aromaleigh Illuminator Finishing Powder

Oczy: Everyday Minerals Queen Anne's Lace (pod łukiem brwiowym), Everyday Minerals Cardamon (na całej powiece), Silk Naturals Taupetastic (załamanie powieki), Lucy Minerals Espresso Liner (zewnętrzny kącik, dolna powieka, kreska na powiece)

Brwi : Medium Ash Silk Naturals

Baza pod cienie : E.L.F. Mineral Eyeshadow Primer

Rzęsy : Maybelline The Colossal Volum' Express Mascara, Max Factor Xprerience Volumising Mascara

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz

 

Silk Naturals, Blushe, Coastal Scents – niedobitki ;)

Ja wiem, że tytuł taki mało sympatyczny, ale uświadomiłam sobie, że mam w swoich zbiorach jakieś resztki z Silk Naturals, których jeszcze nie opisałam tutaj. A że czas się z nimi pożegnać i zdecydować, czy chcę pełen wymiar, czy wyrzucić te resztki, to postanowiłam obfocić i podjąć męską decyzję 🙂

Efektem tych rozmyślań są 3 puste słoiczki zamiast 3 wypełnionych resztkami jakiś proszków. To coś, co właściwie wstyd nawet fotografować było, spłynęło w umywalce, a ja poczyniłam zamówienie drobne decydując się na zakup tylko jednego pełnowymiarowego odcienia z tych prezentowanych tutaj 😀

Do rzeczy…

(zdjęcie jest nieco zbyt ciepłe – odcień Baby Doll przekłamany, w rzeczywistości jest znacznie chłodniejszym różem)

Dziś bohaterami posta są:

  • Cherub Glow
  • Crinoline Glow

(niestety, Halo i inne z tej serii gdzieś wcięło. Wielce prawdopodobnym jest, że zostało ich tak mało, że po prostu machnęłam do kosza, bo raczej nie zużyłam, a oddawać takich odrobinek też nie mam zwyczaju 🙂 Gdyby chodziło o ubrania, mogłabym zrzucić na pralkę, która należy do tych, co to zjadają różne rzeczy, zwłaszcza skarpetki… Ale próbek raczej do pralki nie wpakowałam. Chyba….  )

Crystal Glow można zobaczyć na jakimś starym zdjęciu, które robiłam dość dawno temu TUTAJ i TUTAJ 😉

Dla porównania, opisane wcześniej TUTAJ dwa inne rozświetlacze Silk Naturals :

  • Angel Glow
  • Pristine Glow

Jakoś też nie było wcześniej okazji pokazać dwóch zakupów z Blushe (jeszcze chyba sprzed wakacji)

  • Blusche BIlluminizer
  • Blusche  Amber Blush

a także coś, co nie mam pojęcia nawet, kiedy zamawiałam 🙂 czyli róż z Coastal Scents.

Blusche – Radiant Illuminizer

 


Z tym kosmetykiem to dość ciekawa sprawa. Przy którymś z zamówień dorzuciłam go do koszyka bez przekonania. Z ciekawości bardziej 😉 Tak w ciemno zupełnie. Gdy dostałam paczuszkę, szczerze mówiąc, byłam rozczarowana tym rozświetlaczem. Ot, zwykły beżowy, lekko błyszczący, praktycznie niewidoczny. Użyłam raz, odłożyłam w kąt. Po jakimś czasie wyciągnęłam znowu i jakoś wyjątkowo mi podpasował (latem, gdy byłam dość mocno opalona). Na wieczorne, letnie wyjścia był idealny. W przytłumionym świetle lśnił subtelną, jednolitą taflą… Wybaczałam mu nawet skandaliczną trwałość (a raczej jej brak) na mojej skórze. Wraz z nastaniem chłodniejszej pory roku jego urok minął bezpowrotnie.

Ale najciekawsze jest to, że dopiero kilka tygodni temu odkryłam, że opisałam ten rozświetlacz prawie na samym początku prowadzenia mojego bloga (1,5 roku temu!). I wcale nie byłam nim wtedy zachwycona. Oj nie 🙂

Czasem jednak warto dać drugą szansę jakiemuś kosmetykowi, bo jak się okazuje, potrafią nas całkiem miło zaskoczyć 😉 Ja z niecierpliwością czekam na lato, opaleniznę i ponowne odkrywanie uroków Radiant Illuminizera 😉

 

 

Cherub Glow Silk Naturals

Fatalne zdjęcie tego odcienia, ale w chwili obecnej nie dysponuję niestety lepszym.

A szkoda, bo Cherub Glow z Silk Naturals zdecydowanie zasługuje na lepsze zdjęcie. Odcień bardzo jasnego błyszczącego różu, który nadaje chłodną poświatę. Jeden z moich ulubionych rozświetlaczy. Stosuję samodzielnie, jako wykończenie różu (gdy chcę nadać mu odrobiny blasku). Na wieczór, w ciągu dnia (oczywiście w innych proporcjach).

Mimo iż to zdecydowanie chłodny odcień, to sprawdza się przy wielu karnacjach. Zdjęcia i swatche nawet w połowie nie oddają jego uroku. Co prawda ja odkryłam go dopiero jakiś rok temu (wcześniej miałam próbkę i nie zrobiła na mnie wrażenia, a pewnego dnia nagle, ni stąd ni zowąd "wow" 🙂 )

Angel Glow Silk Naturals

Zdjęcie pożyczyłam sobie z mojego poprzedniego posta opisującego ten odcień. I nadal podtrzymuję to, co o nim powiedziałam. Sympatyczny, naprawdę całkiem ładny rozświetlacz. No właśnie, "ładny". "Ładny" to za mało, prawda? Srebrzysty, idący w kierunku kości słoniowej. Wydaje się być chłodnym odcieniem, ale w zestawieniu z Cherubem nagle okazuje się, że poprzez kontrast dostrzegam w nim odrobinkę ciepła. A może mi się wydaje? Może się zasugerowałam zdjęciem na stronie Silk Naturals, które ukazuje go jako odrobinkę złotawego?

 

Porównanie:

 

 

(no nie wiem, nie wiem, ale dostrzegam tam te złote tony jednak… (zwłaszcza na drugim zdjęciu) A do tej pory byłam w 100% pewna, że Angel to czysto srebrzysty odcień, bez ciągot w złotawym kierunku). Może jednak mam omamy wzrokowe jakieś 😉

 

 

 

Crinoline Glow Silk Naturals

Niespecjalnie lubię ten odcień. Ciepła, pomarańczowa czerwień z mnóstwem błyskotek. Bardzo intensywny, bardzo wyraźny i na moich policzkach bardzo… tandetny. Niestety, tak jest. Efekt, jaki za każdym razem uzyskuję próbując okiełznać ten odcień, daleki jest nie tylko od oczekiwań moich, ale nawet od przyzwoitości. Wygląda bardzo.. hm.. nieciekawie ;)Dla mnie spokojnie mógłby zniknąć z kategorii "Glows" i na pewno bym nie rozpaczała z tego powodu i nie robiła zapasów 😉

 

 

Baby Doll Silk Naturals


Niesamowicie kobiecy odcień różu. Jasny, lekko połyskujący róż, który idealnie pasuje do nazwy. Nie znam nic lepszego, gdy chcemy osiągnąć efekt porcelanowej laleczki. A przy jasnej skórze prezentuje się wyjątkowo pięknie (na mnie nieco gorzej, a do tego potrzebuję odpowiedniego nastroju, by nosić różowy róż, co mi się ostatnio bardzo rzadko zdarza) ale doceniam go na skórze moich "modelek" 😉 ) Zadziwia mnie jego uniwersalność. Równie dobrze wygląda na jasnej skórze, jak i na nieco ciemniejszej; przy chłodnej karnacji, jak i przy cieplejszej, nawet na oliwkowej sprawdza się całkiem nieźle…

 

Sheer Natural Coastal Scents

 


Mam mieszane uczucia co do tego kosmetyku. Latem spisuje się nieźle – nie zostawia wyraźnego koloru na skórze, a jedynie nadaje mi satynowe wykończenie, skóra wygląda świeżo i zdrowo,  natomiast zimową porą na policzku widzę okropną pomarańczkę. W dodatku błyszczącą pomarańczę. Latem – TAK, zimą – NIE 😉

Chociaż przyznaję, że zdarza mi się go używać, ale nie solo, a na jakiś inny odcień, żeby  go nieco ożywić. I w tej roli spisuje się nawet całkiem nieźle (np. w połączeniu z matowym różem Amber z Blusche)

I zastanawia mnie wciąż opis na stronie Coastal Scents :

Use a light dusting all over face for a luminous glow over your foundation.

Hmmm.. Próbowałam (choć wiedziałam, że to się u mnie nie sprawdzi). Efekt – błyszcząca bombka choinkowa. Drobinki wszędzie. I po jakimś czasie efekt niezbyt świeżego makijażu.

Zostanę przy nim tylko latem.

 

 

Amber Blush Blusche

Tak jak Sheer Natural lubię tylko latem, tak Amber Blush świetnie sobie radzi zimową porą. Latem na mojej skórze praktycznie niewidoczny (właściwie zbliżony do podkładu, jakiego używam). Zimą natomiast doceniam jego delikatne ciepło, naturalność i bardzo ładny odcień wielbłądziego brązu. Idealny odcień na co dzień. A gdy chcę go nieco ożywić, dodaję ciut rozświetlacza (albo Sheer Natural z CS 😉 )

 

 

 

Swatche w świetle dziennym dość kiepsko pokazują różnice między odcieniami i w ogóle ich szczegóły, dlatego też zrobiłam wyjątkowo swatche w sztucznym świetle wieczornym (zdjęcia z lampą).

SWATCHE w świetle dziennym

 


SWATCHE w świetle wieczornym, sztuczny, zdjęcia robione z lampą

 


I dodatkowe zdjęcie prezentujące, jak na mojej skórze wygląda rozświetlacz Cherub Glow z różem Amber (choć teoretycznie łączyć ich nie powinnam, gdyż rozświetlacz chłodno- różowy, natomiast róż zdecydowanie z ciepłej bajki 😉 )

Lumiere – róże

Kontynuacja poprzedniego posta, w którym pokazałam rozświetlacze/bronzery Lumiere.

Teraz pora na to, co widać na II części zdjęcia, czyli róże Lumiere.

Mimo dość bogatej oferty i sporego wyboru, nie znalazłam ani jednego odcienia dla siebie, który chciałabym nabyć w pełnym wymiarze.  W dodatku kilka z testowanych przeze mnie odcieni ma dość kiepską przyczepność i nie rozkłada się na skórze równomiernie, co zniechęciło mnie do dalszego szukania.

O ile rozświetlacze i bronzery Lumiere w znacznej większości bardzo lubię, o tyle z różami nie do końca się zaprzyjaźniłam.

Oto, co ostało się do zdjęć po testach rozmaitych 🙂

Au Naturale – w przypadku tego odcienia niewiele się zmieniło od czasu, gdy go TUTAJ opisałam. Nadal uważam, że nazwa średnio trafiona i taki naturalny to on wcale nie jest. Każde podejście do niego kończyło się u mnie katastrofą. Mimo iż nie jest to jakiś wyjątkowo ciemny i szalony odcień, to jednak moja skóra wyciąga z niego to, co najgorsze – czerwone tony, które w połączeniu z brązem dają efekt podrażnionej skóry. Wyjątkowo niekorzystnie się u mnie prezentuje 😉 Choć potencjał ma spory – jasny ciepły brąz z odrobinką ledwo uchwytnego złota. Tyle w słoiczku. Na policzku po jakimś czasie zmienia się w czerwonawą smugę czegoś niezbyt ładnego…W dodatku mam wrażenie, że egzemplarz, który dostałam, pochodzi z jakiejś nie do końca dobrze wymieszanej partii, gdyż za każdym razem, kiedy robię jego swatche, pojawia się ciemniejsza, czerwona kreska …Szkoda, naprawdę szkoda, bo w pudełeczku bardzo mi się podoba..

Poppy – odcień bardzo jasnego mlecznego, pastelowego różu bez udziwnień. Żadnych błysków, drobinek, niespodzianek. Zdecydowanie dla jasnych karnacji. Dziewczęcy i bardzo delikatny. Przeze mnie użyty zaledwie raz do sprawdzenia, jak się zachowuje na mojej skórze, ale z racji tego, że pozostał kompletnie niewidoczny, to używałam go raczej do sesji makijażowych z bladolicymi "modelkami" 😉 Sprawdzał się za każdym razem, bo naprawdę trudno wyrządzić nim sobie (albo komuś) krzywdę. Dla lubiących bardzo naturalny wygląd – idealny odcień.

 

Hibiscus – w pudełku wydaje się być zdecydowanie mocniejszym odcieniem niż jest w rzeczywistości. To nawet dość sympatyczny odcień zgaszonego różu. Niestety, na mojej skórze zbyt ciepłego i po jakimś czasie zamiast różu ze śliwką mam czerwony placek, który przypomina raczej poparzenie niż zdrowy rumieniec 😉 Do tego posiada drobinki, które zamiast siedzieć na miejscu, to migrują po całej twarzy, co jest wyjątkowo irytujące.

Soft Radiance – to nie róż, tylko kosmetyk z kategorii Face & Body Enhancers, opisany już przeze mnie w poprzednim poście dotyczącym Lumiere TUTAJ

Sahara – z tym odcieniem mam problem. Niby ok, średni odcień ciepłego brązu, ani za bardzo błyszczący (choć drobinki ma), ani za bardzo matowy. Ale nie potrafię stwierdzić, czy go lubię, czy też nie. Latem sięgam po niego dość często, zimą nie zdarza mi się ani razu 😉 I nawet nie umiem jednoznacznie określić koloru. Nie jest to typowy brąz. Nie jest to brzoskwinia. Nie jest to ani miedź ani na pewno złoto. Taka jakaś dziwna mieszanka tych wszystkich odcieni i żaden z nich jednocześnie. Nie wiem, czy to ma jakiś sens 🙂

 

Magnolia – stłumiony odcień przygaszonego różu pozbawiony drobinek i błyskotek. Nie podoba mi się, jak wyszedł na zdjęciu, ale fotki są robione w JPG, a nie w NEF-ach, więc możliwości edycji kolorów mam dość ograniczone, a nie chcę za dużo kombinować, bo i tak nie wiem, czy uda mi się wyłapać ten odcień. Dość spokojny i stonowany, elegancki i na każdą okazję. Nie rzuca na kolana, ale prezentuje się dość przyzwoicie. Tylko jakiś taki… banalny 😉

 

Fresh Roses – nie jestem przekonana do tego zdjęcia. Wydaje mi się, że odcień trochę za różowy wyszedł, ale nie mogę porównać go z oryginałem, bo światło dzienne się skończyło, a w sztucznym widzę kompletnie coś innego :)Tak czy inaczej Fresh Roses to odcień kobiecego różu, ożywiającego i nadającego świeżości. Na policzkach wygląda zdecydowanie lepiej niż w pudełeczku, choć ja osobiście ostatnio lepiej się czuję w brązowych odcieniach niż różowawych i to jest pewnie przyczyną tego, że po Fresh Roses nie sięgałam już dawno.

 

Bordeaux – nie mam odwagi już używać tego odcienia. Piękny, to fakt, ale tak trudny w noszeniu i wymagający tak doskonałej cery, że nawet nie zerkam już w jego stronę. Odcień czerwonego wina plus trochę malinowej czerwieni i to wszystko okraszone złotym blaskiem. Zbyt bogato obecnie jak dla mnie, choć był czas, że bardzo lubiłam ten róż. Teraz się go boję 😉

Pomijam już fakt, że albo coś się stało z moją próbką, albo moje wymagania znacznie się zwiększyły, ale aplikacja tego różu to jakiś koszmar. Rozkłada się nierównomiernie, stopniowanie wcale nie jest łatwe, trzeba naprawdę się nieźle napracować, by efekt był zadowalający.

Adobe Sunset- odcień ten miał wszelkie zadatki na to, by stać się moim ulubionym dziennym uniwersalnym różem. Niestety, pokładałam w nim chyba zbyt wielkie nadzieje,  bo okazał się rzeczywiście być dziennym "zwyklakiem", ale takim jakimś bezpłciowym. Jasny brąz, odrobina brzoskwini, kapka ciepłego beżu zmiksowane razem bez żadnych fajerwerków, bez żadnego błysku, drobinek. I właściwie wszystko by było ok, gdyby nie był taki… bezpłciowy 😉

 

Sundew – pomimo iż znajduje się w tym zestawieniu, to opisałam go już w poprzednim poście dotyczącym Lumiere. Zdecydowanie nie jest to róż, a raczej rozświetlacz (choć ciężko zdefiniować odpowiednio kategorię Face & Body Enhancers, bo nie wszystkie znajdujące się tam produkty to typowe rozświetlacze, raczej coś, co generalnie poprawia wygląd skóry)

Ditto "O"- często porównywany do NARS-owego Orgasmu, z tym, że moim zdaniem zdecydowanie różny. Ditto "O" jest bardziej brzoskwiniowy i za mało w nim różu niż w Orgasmie. Myślałam, że się polubimy, ale jednak po kilku próbach się poddałam. Nie chce na mnie dobrze wyglądać. Ociepla się, nie wygląda świeżo, ale wręcz plackowato.Opisywałam go już wcześniej TUTAJ (i tam też lepsze zdjęcia jego, bo jak widać, tu już resztka tylko się załapała)

 

Neutral Pink – kiedyś naprawdę lubiłam ten odcień. Róż, ale w dość stonowanym wydaniu. Ani zbyt cukierkowy, ani zbyt intensywny.Bardzo lubiłam go kłaść na jakiś inny róż, w celu nadania lekkości i świeżości.

 

 

 

Moonberrypatrzę dzisiaj na ten odcień i zastanawiam się, co ja takiego w nim widziałam, że tak go kiedyś lubiłam. Nie używałam go już bardzo, bardzo dawno, ale pamiętam, że swego czasu to był jeden z najczęściej aplikowanych przeze mnie róży. Nie tylko z Lumiere, ale w ogóle. Po początkowej niechęci do niego pewnego dnia urzekł mnie tak bardzo, że nawet rozważałam zakup pełnowymiarowego opakowania. Ale jakoś nie było okazji 🙂 Dość trudny do opisania i do uchwycenia na zdjęciu. Niby brąz, ale nie jest to brąz. Niby śliwka, ale zdecydowanie nie jest to śliwkowy odcień. Do tego iskierki w odcieniu różu. Mnóstwo iskierek…

Ruby – właściwie nic dodać, nic ująć. Piękny rubinowy kolor, który sam w sobie rzeczywiście jest uroczy. Niestety, przy mojej karnacji nie wygląda najlepiej. Zbyt intensywny odcień czerwonego różu powoduje, że wyglądam niezbyt zdrowo. Bardzo napigmentowany, błyszczący i zwracający na siebie uwagę. I niestety, trzeba z nim się ostrożnie obchodzić, bo łatwo sobie zrobić nim krzywdę.

 

 

California Gold – dokładnie taki, jak obiecuje producent, czyli złotawy odcień plus trochę herbatnikowego brązu, a nawet wielbłądziego bym powiedziała. Może służyć jako brązer i jako róż. Dla mnie niestety zbyt złotawy, zbyt ciepły i generalnie zbyt błyszczący by używać jako bronzera, natomiast  jako róż nie wygląda też dobrze. Wierzę jednak, że są osoby, na których musi pięknie wyglądać, bo sam w sobie brzydkim odcieniem nie jest. Tylko po prostu nie dla mnie i już 😉

 

Swatche mam również zrobione, ale są tak beznadziejne, że długo zastanawiałam się, czy je w ogóle umieszczać. Robione były w słoneczny dzień, w ciepłym świetle i wyszły po prostu zbyt ciepło i zbyt nienaturalnie. I nie udało mi się uchwycić poszczególnych tonów…A jak już wspominałam, to nie NEF-y, tylko zwykłe JPG – i 😦

na zdjęciach: Sahara, Bare Skin, Island Sans, Winter Silk, Sunkissed, Nude, Innocence

na zdjęciach: Sahara, Bare Skin, Island Sans, Winter Silk, Sunkissed, Nude, Innocence

na zdjęciu: Poppy, Moonberry, Bordeaux, Hibiscus, Ruby, Adobe Sunset, Soft Radiance, California Gold, Sundew, Ditto "O".