Doleciały, czyli kolejne zamówienie z iHerba ;)

Kilka dni temu doleciało do mnie kolejne zamówinie z iHerba i tym samym potwierdziło się to, co obserwuję od jakiegoś czasu – każda paczka laduje u mnie dokładnie po 3 tygodniach od chwili wysłania. W przeciwieństwie do mojego poprzedniego zamówienia, tym razem zostało mi ono dostarczone przez kuriera.

Postanowiłam znaleźć jakiś ciekawy kosmetyk do demakijażu i w związku z tym zakupiłam kilka produktów z nadzieją, że choć jeden z nich okaże się bliski ideałowi w tej kategorii. Jestem dopiero po 2 dniach testów, ale mniej więcej potrafię już wyłonić swojego faworyta i za kilka dni dokładniejsze recenzje i opisy. Dzisiaj tylko pokażę, co kupiłam :

  • Avalon Organics, Lavender Facial Cleansing Gel właściwie skusiłam się na niego, gdyż byłam ciekawa, jak się spisuje żel, który ciągle jest niedostępny w sprzedaży (pojawia się i natychmiast znika). Cena 6,99$ za 200 ml.

Za przesyłkę tradycyjnie zapłaciłam … 4$ (zmieściłam się). Przypominam, że zamówienia z iHerba można składać nawet na jeden kosmetyk i jeżeli jest to nasze pierwsze zamówienie, to kod QAP372 odejmuje od niego 5$ (czyli w wielu przypadkach jakiś kosmetyk możemy mieć po prostu za DARMO). Płatność albo kartą kredytową, albo zwykłą kartą (np. z mbanku). Paypala iHerb nie obsługuje, więc konto paypalowe nie tylko nie jest konieczne, ale wręcz zupełnie niepotrzebne (to jedno z najczęstszych pytań, jakie od Was dostaję w sprawie iHerba)

(tradycyjnie – wszystkie wyróżnione innym kolorem czcionki słowa  w tekście są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Wieczorkiem dziś lub jutro siądę i poodpisuję na Wasze komentarze pod moimi postami (nie lubię tego robić na szybko, a za chwilkę muszę wyjść, więc zrobię to, jak już usiądę na spokojnie i nikt mi przeszkadzać nie będzie 😉 )

Jednak można, czyli jak udało mi się kupić tylko jedną rzecz :)

Jakiś czas temu nie wytrzymałam i popełniłam kolejne zamówienie z iHerba, skupiając się tym razem głównie na kosmetykach do mycia twarzy. Jakoś tak wyszło, że wszystko, co miałam w domu albo się właśnie kończyło, albo używałam tego tak długo, że już mi bokami wyłazić zaczęło, albo po prostu przestało mi służyć, postanowiłam poszukać czegoś nowego. A że właśnie pojawiło się kilka rzeczy będących od jakiegś czasu na liście braków magazynowych, to jak mogłam nie zamówić? 🙂 No ale zamówienie w drodze, a ja stwierdziłam, że nie mam nic do zmywania makijażu, czego miałabym ochotę używać…

Ubolewając ogromnie nad tym, że preparat do demakijażu, do którego moja sympatia jest do chwili obecnej sporym zaskoczeniem dla mnie samej, nie jest dostępny w pojemności większej niż 120 ml, postanowiłam zakupić coś na szybko, w liczbie sztuk – 1, bo bez sensownym byłyby przecież większe zakupy wiedząc, że lada dzień powinnam dotrzeć do mnie paczka z iHerba. A czy może być coś szybszego (poza wycieczką do drogerii, co w przypadku mojej skóry jest niestety wykluczone) niż zakup z firmy, która mieści się 7 km ode mnie? 🙂

Mam tu na myśli sklep Matique, o którym już wcześniej wspominałam. Tym razem postanowiłam się ograniczyć do jednego, jedynego produktu, którego potrzebowałam – dodałam do koszyka i biegiem do kasy, żeby nie oglądać nic więcej 🙂 I dumna z siebie, że udała mi się ta sztuka, czekałam na paczuszkę.

Dotarła już następnego dnia roboczego od chwili wysłania. Za wysyłkę 1 kosmetyku zapłaciłam… 6 zł, co jest rzadkością w sklepach internetowych i przyznam, iż fakt, iż przy zakupie do 2 sztuk mamy możliwość wyboru opcji wysyłki w takiej kwocie, zdecydowanie przemawia na plus. Paczuszka w firmowym, estetycznym kartoniku, co również mnie cieszy (nie cierpię, gdy moje zakupy kosmetyczne przychodzą upchnięte do koperty z możliwością zgniecenia, uszkodzenia i innych niezbyt pożądanych atrakcji). No i masa próbek, które Matique jak widać dołącza do każdego, najmniejszego nawet zamówienia. I przez te próbki właśnie nabrałam ochoty na kolejny krem do rąk (dostałam już jego drugą próbkę, którą zużyłam z przyjemnością, a to wyraźny znak, że powinnam ten krem dopisać do listy zakupowej ;). Wśród próbek znalazłam nawet próbkę perfum, która jednak na testy musi poczekać, bo moja kolejka zapachowa jest dość długa i trzeba w niej jednak odstać swoje 😉

Wybrałam dość nietypowy preparat do demakijażu, bo ani żel (których jeszcze do niedawna byłam gorącą zwolenniczką), ani olejek (które też bardzo lubię). Tym razem zakupiłam :

Logona – Glinka biała z kwiatem lotosu.

Co mówi o niej opis ze strony Matique?

Do pielęgnacji i delikatnego mycia skóry twarzy, ciała i włosów; bez zawartości tensydów (nie pieni się). Doskonała alternatywa dla szamponów i mydeł. Włosy stają się miękkie, puszyste i zyskują jedwabisty połysk.

Polecana szczególnie do mycia skóry wrażliwej oraz do mycia włosów cienkich i delikatnych.
Produkt odpowiedni dla wegan.

Stosowanie 
* mycie włosów: zwilżyć włosy i myć jak szamponem
* mycie twarzy i ciała: zwilżyć twarz lub ciało i myć jak mydłem

Posiada certyfikat BDIH

Ja zakupiłam glinkę tylko i wyłącznie z zamiarem stosowania jej na twarzy – glinki na moich włosach nie tyle średnio się sprawdzały, co efekt jaki uzyskiwałam, nie był wart zabawy z nimi i wypłukiwaniem ich z włosów, które – nie wiedzieć czemu – czasem po użyciu glinki potrafiły wyglądać świetnie, a innym razem, mimo równie dokładnego spłukania – były matowe, splątane i pozbawione życia. Spróbowałam, poznałam, do glinek na włosach nie wróciłam 😉 Ale do rzeczy… Do mycia ciała też wolę inne preparaty (jak wspomniałam kilka dni temu, uzależniona jestem od kilku zapachowych wariantów 😉 ), więc glinkę kupiłam tylko i wyłącznie do demakijażu i do stosowania ewentualnie w formie maseczki.

Pierwsze wrażenia? Cóż, glinka jak glinka 🙂 (nie był to mój pierwszy kontakt z glinkami w takiej formie, więc nic nowego tu nie zauważyłam). Biała, dość przyjemnie pachnąca, niezbyt rzadka, ale też nie gęsta, trudna do rozprowadzenia pasta. Ot, zwykła glinka w kremie. Przy rozprowadzaniu wyraźnie czuć delikatne drobinki, ale baaardzo drobniutkie, nie granulkowate, bardziej przypominające coś jak nieco słabiej sproszkowana glinka, taki grubiej zmielony proszek 🙂

Wieczorem ochoczo zabrałam się do demakijażu. Zwilżyłam dłonie, wycisnęłam porcję glinki, rozprowadziłam po twarzy z zaskoczeniem widząc, jak śmiesznie kremowa porcja glinki topi się pod wpływem kontaktu ze skórą…  I nagle… ŁAŁ! Piecze ! Pali! Zmywamy natychmiast ! Szok. Pamiętacie film "Kevin sam w domu" i zabiegi pielęgnacyjne głównego małoletniego bohatera w łazience, zakończone nałożeniem wody po goleniu na twarz i jego minę? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam 🙂 Na coś takiego przygotowana nie byłam. Zmyłam, osuszyłam twarz, usiadłam i zabrałam się do czytania składu, czy na pewno czegoś nie przeoczyłam. Co my tu mamy?

Aqua (Water) – czyli woda, czyli bezpiecznie. Szczypanie to na pewno nie przez nią.

Kaolin – czyli biała glinka, produkt dobrze mi znany i używany od kilku lat w najróżniejszej formie i pod różną postacią

Montmorillonite – czyli francuska glinka, która może być zarówno zielona, biała jak i niebieska – kontakt z nią wcześniej miałam, nic się nie działo, żadnych sensacji nie pamiętam

Parfum (Essential Oils) – olejki eteryczne… Hmm.. czyżby to któryś z nich tak paskudnie działał?

Nelumbo Nucifera Extract – ekstrakt z kwiatu lotosa. Nic kompletnie obcego dla mnie, nawet ostatnio dość popularny w moich kosmetykach 😉

Limonene -substancja zapachowa tak powszechna, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na to, czy się znajduje w składzie, bo chyba większość posiadanych przeze mnie kosmetyków w składzie ją posiada.

To co w takim razie wywołało efekt szczypania? Ba, szczypanie szczypaniem, ale to bliżej piekącym doznaniom jednak było niż podszczypywaniu. Zwykła, biała, delikatna jakby nie było, biała glinka i efekt, jakiego nie miałam do tej pory po żadnych kwasach ani naprawdę hardcorowych eksperymentach? Nie, nie zrozumcie mnie źle. To nie jest efekt przypiekania żywcem ani zranionej skóry oblanej spirytusem:)… Doznania są zdecydowanie łagodniejsze i nie tak ekstremalne. Szok mój był spowodowany raczej tym, że kompletnie nie byłam na coś takiego przygotowana.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła podejścia numer dwa. A co, do odważnych świat należy… Co prawda drugie podejście już nieco bardziej nieśmiałe było, ale nadal piekło i szczypało. Byłam już jednak na to przygotowana i nie wydało mi się to już takie straszne. A samo działanie glinki na tyle miłe, by po kilku dniach z zaskoczeniem stwierdzić, że ja naprawdę polubiłam ten kosmetyk, a pieczenia praktycznie już nie wyczuwam. Zmywa makijaż bez żadnego problemu (co prawda nie radzi sobie z eyelinerem żelowym z Costal Scents, ale szczerze bym się zdziwiła, gdyby kosmetyk o takim składzie sobie z nim poradził w 100%), pozostawia skórę miłą w dotyku, miękką, ładnie oczyszczoną (jedynie z kreskami sobie nie poradził), a co najważniejsze – nie tylko nie powoduje u mnie powstawania żadnych niespodzianek, ale mam wrażenie, że wręcz przyspiesza ich gojenie. Z pewnością skóra jest bardziej jednolita, uspokojona i co dziwne, mimo pieczenia, zupełnie nie odnotowałam zaczerwienienia po demakijażu. Również oczy nie są podrażnione, nie łzawią i nie pieką (ale u mnie akurat niewiele preparatów powoduje podrażnienie oczu). Matowa skóra, lekko zwężone pory, zero ściągnięcia, uczucia wysuszenia (ale ja mam skórę mieszaną, nie wiem, jak by się zachowała na skórze suchej). Co prawda każdy z tych efektów to dość efekt dość krótkotrwały, utrzymujący się stosunkowo niedługo, ale czy można chcieć czegoś więcej od kosmetyku, którego GŁÓWNYM zadaniem ma być demakijaż?

Zastosowałam również ten preparat jako maseczkę, która bardzo ładnie zasycha – w sposób jednolity, gumowaty wręcz, bez kruszenia się i sypania przy każdym ruchu, ale nie widziałam żadnych efektów, jakich nie zaobserwowałabym przy używaniu jej jako kosmetyku do demakijażu:)

Wydajność. Tu nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Mimo tego, że tuba jest słusznych rozmiarów, mimo tego, że do zmycia makijażu używam niewielkie ilości (co prawda zawsze, każdym preparatem zmywam makijaż podwójnie), to jakoś podejrzanie szybko mi ta glinka znika. Ale przy cenie ok. 30 zł za 200 ml jestem w stanie jej to wybaczyć.

Ja znalazłam jeszcze jeden minus, który pewnie wyda się większości z Was śmieszny, ale dla mnie jest to coś, czego ja po prostu nie cierpię. Na opakowaniu mamy naklejoną etykietę w języku polskim. Oczywiście nie tego nie cierpię 😉 To jest jak najbardziej pożądane, ale fakt, że etykietka jest ze zwykłego papieru, który w kontakcie z wodą (a jak wspominałam, zawsze zmywam makijaż dwa razy i za drugim razem ręce mam wilgotne, gdy sięgam po tubkę), zaczyna się wałkować, rolować, ścierać jest dla mnie na tyle denerwujący, że i tak ową etykietę usuwam, więc nic mi po polskich napisach na takim kosmetyku 😦

Skoro mowa o niewiele znaczących dla większości niuansach, to wspomnę jeszcze, że dla mnie osobiście na plus zaliczam również opakowanie – zamknięcie na szczęście nie w formie nielubianej przeze mnie zdejmowanej nakrętki (nie lubię tego ani w pastach do zębów, ani w kremach do rąk). Otwiera się łatwo, nawet przy dłuższych paznokciach nie trzeba się martwić o ich połamanie (jeden z powodów, dla których przestałam używać żeli pod prysznic YR to właśnie koszmarne opakowania, których nigdy, dosłownie nigdy nie udawało mi się otworzyć bez wyrzucenia z siebie porcji mniej lub bardziej niecenzuralnych słów 🙂 )

 

Tyle ode mnie. Czy kupię ponownie? Jeżeli nie znajdę swojego nowego faworyta w paczce, która do mnie leci, albo mój obecny nr 1 nie pojawi się w pojemności większej niż 120 ml (o nim za kilka dni), to nie jest wykluczone, że wrócę do tej glinki, bo to naprawdę fajny kosmetyk, wbrew temu, co można było wywnioskować na początku mojej recenzji 😉

Cena regularna w Matique : 33,50 zł. Obecnie w promocji : 26,90 zł

Data ważności mojego opakowania glinki : do lipca 2013 roku

Sephora, czyli ani mineralnie ani naturalnie… Część II

Kolejna część posta dotyczącego zakupów w Sephorze (choć tu całkiem naturalnie jeżeli chodzi o skład, może nie idealnie, ale na pewno lepiej niż przy poprzedniej recenzji sephorowych zakupów)

Dzisiaj kosmetyk, który ma tyle samo fanek, co i zagorzałych przeciwniczek, które go nienawidzą.

Mowa o :

Super Hand Scrub by Sephora

Jest to nic innego, jak peeling do rąk. Jego głównym zadaniem jest usunąć martwy naskórek, wygładzić skórę, przygotować do dalszych zabiegów, ułatwić wchłanianie się preparatów pielęgnacyjnych i generalnie wszystko to, co peeling robi.

Owszem, wykonanie takiego peelingu samodzielnie, to 3 minuty roboty i właściwie możemy go sobie zrobić w każdej chwili z powszechnie dostępnych składników w każdym domu. Ja jednak, jako iż nie cierpię sobie życia utrudniać, a raczej maksymalnie je upraszczać i wychodzę z założenia, że jeżeli mogę gdzieś zaoszczędzić na czymś czas, to grzechem przy moim wiecznym narzekaniu na jego brak, byłoby z takiej opcji nie skorzystać.

Dlatego też dwufazowy peeling z Sephory od dłuższego czasu jest moim niezbędnikiem w łazience.

Skład : Skład: Sodium Chloride, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Parfum (Fragrance), Tocopherol, Limonene, Citral.

Opakowanie : 125 ml

I tu najlepiej widać, co znaczy dobry marketing. Trochę soli, trochę oleju, odrobina zapachu i … 40 zł 😉

Ok, zgadzam się. Cena jest kompletnym nieporozumieniem.

Zgadzam się też, że ktoś, kto wybrał takie opakowanie do takiego produktu musiał mieć spore skłonności sadystyczne.

Zgadzam się również, że doznania, jakie nam peeling funduje z pewnością do subtelnych nie należą.

I zgadzam się także z tym, że trwałość efektu osiągniętego peelingiem pozostawia wiele do życzenia.

A z tym, że zrobienie w domu takiego peelingu jest zadaniem, z którym dziecko sobie poradzi, nawet nie sposób się nie zgodzić.

Ale…

Spójrzmy na ten produkt nieco przychylniejszym okiem.

Cena, owszem, ok. 40 zł, ale dość często Super Hand Scrub jest w cenie promocyjnej, znacznie poniżej 20 zł. A wtedy świadomość wydania kilkunastu złotych na coś, co na kilka miesięcy nam wystarczy nie jest już tak niemiła 🙂

Opakowanie. Tu rzeczywiście trzeba znaleźć w sobie sporą dozę wyrozumiałości i dobrej woli, by przekonać (choćby siebie), że takie opakowanie ma sens. Bo wydobywanie peelingu z sztywnej butelki (zwłaszcza, że trzeba ją mocno nacisnąć, żeby kosmetyk wydobyć) ani łatwe ani przyjemne nie jest. Zwłaszcza, gdy całą energię zużyliśmy na zmieszanie dwóch warstw ze sobą (namachać się przy tym trzeba co niemiara). Ale… zawsze to kilka dodatkowych kcal spalone 😀

A że delikatny nie jest? No nie jest, nie da się ukryć. To zdecydowanie wersja hardcorowa i wrażliwszym typom raczej nie polecam. Jednakże ja do nich nie należę i jakoś nie uważam, żeby doznania były wyjątkowo nieprzyjemne. Ot, czuć po prostu, że szorujemy 😉 Drobinki są spore, ostre i na pewno wyczuwalne. Żadnej subtelności, żadnej delikatności, żadnej taryfy ulgowej. Ostro bez dwóch zdań 😉 Choć można się przyzwyczaić. Albo to ja taka gruboskórna jestem 😀

Efekt zniewalający.Szkoda tylko, że już następnego dnia śladu po nim nie ma najmniejszego. Ale z drugiej strony przy regularnym stosowaniu mam wrażenie, że ręce generalnie lepiej wyglądają, skórki mniej przesuszone i odstające, dłonie wyglądają na zadbane.

No, a że w domu możemy same? Pewnie, że możemy. Wystarczy wziąć kilka składników, wymieszać i gotowe. Tylko, że trochę to czasochłonne, dwa – szkoda mi moich olei do wylewania w takich ilościach po to, żeby je spłukać z wodą, trzy – lubię mieć świadomość, że w każdej chwili mogę sobie taki peeling zafundować (wspominałam, że ok. minuty trwa cały zabieg?) i nie muszę biegać po szafkach i szukać składników, mieszać, potem sprzątać po tym itd. Czwarty argument, którym (siebie głownie :D) próbuję przekonać, że warto – wiem, że nawet jeżeli poproszę TŻ o jego zakup przy okazji, to nie usłyszę jego cichego jęknięcia i na pewno kupi to, o co poprosiłam, bo sam również nie stroni od używania go raz na jakiś czas 😀

Podsumowując. Dość kontrowersyjny kosmetyk. Ma wiele wad. Na pewno.

Ale gładkość… Gładkość i miękkość dłoni po zabiegu tym peelingiem sprawiają, że zapominam o wszystkim, co złe w nim. Wybaczam mu wszystkie wady. I wiem, że przy następnej okazji, kupię ponownie 😉

Aha, zapach – dla mnie neutralny. Ani mnie ziębi, ani grzeje 😛 Choć jeżeli miałabym wybierać, to wolę zapachowo peeling DAX-a (orzechowo – cukrowy).

Eco Tools, Bamboo 6 Piece Eye Brush Set

Z ostatniej chwili…Tak na szybko tylko…

Właśnie dostałam maila z  iHerba z informacją, że:

zestaw 5 pędzli do oczu Eco Tools plus etui z lusterkiem ponownie jest w sprzedaży 😉


(zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi ze strony iHerb.com)

5 pędzli do oczu w cenie 6,9$ – 5$ (przy użyciu KODU zniżkowego QAP372) = 1,9$

a więc : 1,9$ (niecałe 6 zł !!!!) za 5 pędzli ECOTOOLS

a dla osób, które nie chcą bądź już nie mogą wykorzystać zniżki cena zestawu to ok. 20 zł (wciąż całkiem niezła cena, prawda?)


wysyłka poniżej 10 zł, płatność za pomocą kart (zwykła VISA, MasterCard)

Pędzle Eco Tools:

  • Miękkie włosie oznaczone znakiem Cruelty Free
  • Do produkcji użyto materiałów naturalnych i pozyskiwanych drogą recyclingu
  • Rączki wykonane z bambusa, etui z bawełny i konopi

Zestaw zawiera :

Large Eye Brush duży pędzel do cieni służący do aplikacji cienia na powiekę  i rozcierania

Angled Crease brushścięty pędzel do nakładania cieni w zagłębieniu powieki

Petite Eye Shading Brushmniejszy pędzelek do cieni, służący głównie do bardziej precyzyjnych prac na powiece (wewnętrzny lub zewnętrzny kącik)

Highlighting Brushpędzel służący teoretycznie do podkreślania łuku brwiowego lub kącików, ale w praktyce najczęściej używany jako pędzel do rozcierania cieni

Smudge Brush pędzel do podkreślania dolnej powieki, do rozcierania kresek

Travel Case with Mirror – etui z lusterkiem do przechowywania pędzli np. podczas podróży

Wszystkie pędzle są świetnie opisane i przedstawione na stronie Makeup For Life

Choć ja będę twarda i oprę się zakupom. Pędzli mam dużo… Wcale mi niepotrzebne kolejne… Nawet w takiej cenie 😉 Chociaż z drugiej strony cena na iHerbie jest niewiele tylko niższa od regularnej ceny tego zestawu (nie mówię tu o polskich cenach tych pędzli, które jak dla mnie są całkiem z kosmosu ), a ja już zniżki wykorzystać nie mogę, więc zdecydowanie łatwiej mi się oprzeć 😉 Zwłaszcza, że obecnie raczej szukam lepszych jakościowo pędzli niż EcoTools 😉