Recenzja podkładu Lily Lolo

Póki co, na szybko wrzucam swatche podkładów Lily Lolo, jakie niedawno otrzymałam od firmy Costasy do testów. Mam nadzieję, że tu lepiej widać odcienie niż w mojej poprzedniej notatce

Proszę tylko pamiętać, że podkłady jak zwykle nakładane są na sucho, na skórę o ciepłym odcieniu i średnio-jasnej karnacji. Na skórze o innej tonacji i stopniu jasności mogą wyglądać kompletnie inaczej (zdjęcia robione w świetle dziennym, w słoneczny dzień, w średnio nasłonecznionym miejscu)

 

Tu kilka zdjęć w innym oświetleniu, robionych jakiś czas temu (bardziej pochmurno, na skórze nałożona mniejsza ilość proszku).

A wieczorem (pewnie trochę późniejszym wieczorem 😉 ) obszerniejsza relacja z mojej prawie tygodniowej już przygody z podkładami Lily Lolo. Zapraszam 😉

Aktualizacja:

Jak już wcześniej pisałam, w ubiegłym tygodniu otrzymałam od sklepu Costasy, w którym można zakupić kosmetyki Lily Lolo, paczuszkę z zestawem próbek wszystkich odcieni podkładów. Lily Lolo to jedna z marek, do której jakoś ciągle nie po drodze mi było i mimo iż co jakiś czas świtała mi gdzieś tam w głowie myśl, żeby jakieś zamówienie poczynić, to jednak schodziła ona na dalszy plan. I tak pewnie do dzisiaj bym z LL się nie spotkała, gdyby nie uprzejmość Pani Oli, która zaproponowała mi testy oferowanych przez Costasy kosmetyków.

Oczywiście ochoczo skorzystałam 🙂 Po kilku przemiłych rozmowach telefonicznych udało otrzymałam kurierem (następnego dnia od wysłania) pakiecik próbek podkładów (próbki są w woreczkach foliowych, w ilości wystarczającej na jakieś 2-3 testy na twarzy; oczywiście jest to uzależnione od tego, jakiego krycia potrzebujemy, a także jaką ilość podkładu zużywamy na raz, ale wg mnie na przetestowanie nawet najbardziej rozrzutnym powinno wystarczyć).

Długo zastanawiałam się, czy pokazać te zdjęcia. Nikt przecież nie lubi pokazywać się wyglądając, delikatnie mówiąc, niezbyt normalnie 😀 Jednak doszłam do wniosku, iż słowa to tylko słowa, nie ma to jak dokumentacja zdjęciowa 😉 Tak więc – raz kozie śmierć 🙂 Z góry przepraszam za durne miny na zdjęciach, ale starałam się wybrać takie ujęcia, gdzie najlepiej widać podkład..

Dzień pierwszy. Pierwsze próby nie wypadły zbyt zachęcająco. Ani z odcieniem nie trafiłam, ani krycie nie było zadowalające, nie wspominając już o porach, które wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj. Na pierwszy ogień wybrałam odcień, który w słoiczku wydawał mi się być najbardziej odpowiedni dla mnie (czyli najbardziej zbliżony wizualnie do tego, czego używałam wcześniej) – Barely Buff. To nie był dobry wybór, oj nie. Po nałożeniu co prawda wydawało mi się, że trafiłam w 10- tkę, bo odcień idealnie stopił się ze skórą i wyglądał dokładnie jak odcień stworzony dla mnie, ale już pół godziny później wiedziałam, że zaliczyłam niezłą wpadkę. W kontakcie z moją skórą podkład ściemniał i wydobyte zostały jego najgorsze cechy. W dodatku podkład nałożyłam na gołą skórę, nie chcąc w żaden sposób zakłócać jego odbioru. I to też nie była mądra decyzja, gdyż okazało się, że wszelkie mikrouszkodzenia skóry, które posiadam po złuszczaniu, zostały podkreślone.  Krycie – zadowalające (użyłam kolistych ruchów pędzla typu kabuki, który daje mniejsze krycie niż pędzel typu Flat Top). Gdyby nie pory i odcień, byłabym nawet zadowolona 😉

Dzień drugi. Mądrzejsza o doświadczenia dnia poprzedniego do testów podeszłam nieco inaczej. Na twarz nałożyłam krem do cery mieszanej, odczekałam, aż się wchłonie, po czym użyłam serum iS Clinical Super Serum Advance Plus. Po 10 minutach wybrałam odcień Blondie i nałożyłam go metodą "malowania ściany" czyli płaskie, nie szorujące, a raczej głaszczące ruchu pędzla (kabuki) z góry na dół… Było lepiej. Przy jednej warstwie kolory lekko wyrównany, skóra ujednolicona, pory znacznie mniej widocznie niż dzień wcześniej. Wyglądało to całkiem nieźle. Niestety, podkład znowu zmienił swój odcień i wyglądałam zdecydowanie niezdrowo. Zbyt ciemno, zbyt ciepło i w ogóle bez sensu. Zmyłam,  zrezygnowana wybrałam pierwszy pod ręką kolor – Candy Cane. Na moje oko zbyt jasny, zbyt chłodny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po chwilowym szoku (no nie wyglądał dobrze na mnie w pierwszej chwili 😉 ), całkiem ładnie się wtopił. Tylko niestety róż z niego wyszedł na koniec. Niedużo, bo nie dużo (o dziwo, spodziewałam się większego i bardziej różowych tonów, gdy ściemnieje), ale jednak.

Dzień trzeci. Przyznam się, iż nieco zniechęcona już byłam, bo testy nie wypadły zachęcająco. Zaczęłam już nawet w myślach tworzyć sobie recenzję tego podkładu na moim blogu i trochę było mi szkoda, że muszę tak niemiło wyrazić się o marce Lily Lolo. Ale doszłam do wniosku, że skoro moja skóra mówi im "nie", to nie będę walczyć i pokornie wrócę do MEOW, LaurEssa, Lucy czy Pure Anady..

Po nałożeniu podkładu (nieco już załamana wcześniejszymi chybionymi testami) sięgnęłam po … Porcelain. Nie wytrzymałam długo. Tu nawet nie miał szans ściemnieć ten odcień na mnie. Nawet gdyby zmienił się na kilka tonów ciemniejszy, to i tak wyglądałabym jak nie całkiem normalna. Zmyłam, dałam sobie spokój. Zwłaszcza, że skóra wyglądała źle (jakaś taka wysuszona, pryszczata, gąbczasta i w ogóle nieciekawa – ale o tym przy recenzji iS Clinical niebawem).

Nałożyłam China Doll. Kolorystycznie po tym, jak ściemniał, prawie dobrze. Prawie. Za to pory podkreślone nieziemsko. Widać zresztą na zbliżeniu, słowa są tu zbędne. Koszmar w najgorszym wydaniu.

Dzień czwarty. Ostatnie podejście, ostatnia szansa… Tak sobie myślałam siadając do porannego makijażu. Zwłaszcza, że moja skóra nie wyglądała już tak źle jak dwa dni wcześniej (efekty testów kosmetyków) i bolące gule i nierówności na skórze zaczęły powoli znikać. Spojrzałam na odcienie i doszłam do wniosku, że skoro Lily nie ma gotowego nic dla mnie, to może spróbuję coś sobie sama wymieszać 🙂 Wzięłam Candy Cane oraz China Doll i na miseczce lekko wymieszałam oba odcienie. Na wcześniej przygotowaną skórę (użyłam tym razem pudru bambusowego) nałożyłam ten mix flat topem, delikatnie stemplując. Nie chcąc się denerwować od razu, oczywiście poszłam zająć się czymś innym i pozwoliłam, aby tradycyjnie, podkład "przegryzł się z moją skórą" 🙂 A potem, gdy usiadłam ponownie przed lustrem, siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się, co się stało 😀 A serio, gdzieś wcięło moje pory, przebarwienia całkiem niewidoczne, mieszanka kolorystyczna genialnie dopasowana.

Brak zdjęć. Tak długo siedziałam gapiąc się w lusterko i dumając, co się stało, że prawie się spóźniłam tam, gdzie miałam być 😀 Na zdjęcia czasu nie wystarczyło 😀

Dzień piąty – nałożyłam dokładnie ten sam miks kolorystyczny, z tym, że w pośpiechu zapomniałam użyć primera i odruchowo sięgnęłam po swój tradycyjny pędzel, czyli kabuki. I ku mojemu zdziwieniu, podkład wyglądał tak samo dobrze, jak dzień wcześniej. A właściwie sposób aplikacji nie różnił się niczym od tej z dnia drugiego. Natomiast różnica w efekcie – zaskakująca. I jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że duże znaczenie na to miał stan mojej skóry. Gdy wrócił do normy, podkład spisał się całkiem dobrze. Zaskakująco dobrze nawet bym powiedziała. Właściwie porównać bym go mogła nawet do mojego ulubionego ostatnio MEOW (Luśki jednak nie zdetronizował 😀 Nawet jej nie zagroził właściwie… Ale za to wśród mieszkańców dalszych pozycji na mojej TOP liście, czyli Adorned, Pixie, Pure Anada, LaurEss mógłby wywołać zamieszanie 😉 )

Kiedy jednak obejrzałam zdjęcia, to jakoś tak… no nie wiem, na żywo wydawało mi się lepiej 😀 Kolory zupełnie przekłamane, jakoś tak.. niefajnie to na zdjęciach wygląda.

Spróbuję w wolny dzień zrobić jakieś zdjęcia zbliżenia skóry z tym podkładem (całej twarzy na pewno nie, gdyż zostały mi same za ciemne dla mnie próbki :D)

Reasumując – na pewno nie jest to podkład, który rzucił mnie na kolana. Na pewno nie wywołał u mnie od razu nieodpartej chęci pognania z koszykiem do kasy.. Coś jednak się stało po drodze takiego, co sprawia, że chcę jeszcze raz spróbować, że chcę zobaczyć, jak się będzie zachowywał i czy będzie to raczej przyjaźń o trudnych początkach, ale za to stała i pewna, czy raczej nie rozwinie się z tej znajomości nic sympatycznego na dłuższą metę.  Niestety, próbki odcieni, które ewentualnie mogę nałożyć na twarz już mi się skończyły, więc dalszych testów nie poczynię.

Przyznam się też, że jest to pierwszy podkład, który ciemnieje na mojej twarzy. Jak wiecie kilka mineralnych już wypróbowałam i do tej pory nigdy nie odnotowałam takiego zjawiska jak ciemnienie podkładu. Najprawdopodobniej jest to jakaś indywidualna reakcja tego proszku w kontakcie z sebum mojej skóry i nie znaczy to, że u każdego podkład ten będzie się tak samo zachowywał. Podejrzewam, że na skórze suchej odczucia mogą być zupełnie inne.

Konsystencja : miękka, gładka, ale nie kremowa (porównując do typowo kremowych, maślanych wręcz formuł jak Lucy Minerals czy Pure Anada). Spotkałam się z opiniami, że jest to kremowy podkład, ale ja bym go do kategorii kremowych nie zaliczyła jednak mimo wszystko. Miękki, gładki, lekko puszysty (być może to stwarza wrażenie kremowości), ale raczej nie kremowy 🙂 Choć oczywiście wszystko jest i tak kwestią indywidualnego postrzegania, gdyż moja znajoma uważa Lily za jedne z najbardziej pylistych proszków, z jakimi się spotkała (a nowicjuszką w temacie minerałów nie jest 😉 ). Z kolei na wizażowym wątku często można spotkać opinie o tym, że te minerały są bardzo kremowe. Jak widać – ile osób, tyle opinii 🙂 Wg mnie kremowe nie są – za to gładkie, miękkie, delikatne i przyjemne w dotyku, jak najbardziej tak 🙂

Krycie : przy jednej warstwie ujednolicenie kolorytu, przy drugiej – mniejsze problemy skórne są przykryte, przy trzeciej – twarz wygląda na jednolitą bez efektu maski.

Wykończenie : matowe, ale nie płaskie. Delikatnie satynowe , bez ciągot w kierunku rozświetlania. Nie osadza się na włoskach na twarzy, nie daje kredowo-tynkowego efektu. Bardzo ładnie się wtapia w skórę, nie zostawia pudrowej warstwy, po wtopieniu się podkład jest niewidoczny na skórze. To wg mnie największy plus tego podkładu – gdy już dopasujemy odcień, genialnie stapia się z naszą skórą i właściwie trudno ocenić, czy mamy coś na twarzy czy nie. Do tego podoba mi się to, że jest taki.. nie wiem? Lekki? Ciężko to określić, ale mam wrażenie, że jest taki …puchowy? 😀 Dobra, nie będę kombinować, bo i tak nie uda mi się ubrać tego w odpowiednie słowa 🙂

Wybór odcieni : to zdecydowanie słaby punkt tej marki. Tak naprawdę wiele osób nie znajdzie tu dla siebie odcienia. Wśród Lily nie znajdziemy ani oliwkowych odcieni, ani szarawych, ciężko też o przybrudzone opalone odcienie. Również bardzo bladolice mogą mieć spory problem z dopasowaniem dla siebie koloru, jeżeli Porcelain nie przypadnie im do gustu. Jeżeli nie odnotują u siebie ciemnienia , to również China Doll, Blondie i Candy Cane są warte spróbowania. Tak naprawdę do wyboru mamy ok. 10 odcieni (pozostałe to kolory raczej nie dla typowej Polki). To więcej niż w przypadku podkładów drogeryjnych, ale porównując do gam kolorystycznych chociażby MEOW, Pixie czy nawet Everyday Minerals, to dość uboga oferta.

Z drugiej strony jednak, tak sobie myślę, że to, co dla mnie jest wadą, może być zaletą dla innych, bo mniejszy wybór = mniejszy dylemat, jakie odcienie wybrać 😀

Trwałość : na mojej skórze (mieszana, z tendencją do przetłuszczania się) bez konieczności poprawek wytrzymuje ok. 6-8 godzin w zależności od wykonywanych czynności i środowiska, w jakim przebywam. Po tym czasie jednak bez problemu udaje się lekko skorygować makijaż (wystarczy bibułka, a potem ruch pędzlem z odrobiną podkładu) – nic się nie rozmazuje, nie maże, nie robią się plamy (nad brakiem takiego zachowania ubolewam przy Luśce, gdzie poprawki nie zawsze mi się udaje zrobić)

Skład : (Mika, Tlenek Cynku, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza, Ultramaryna ) Dla mnie osobiście bardzo zadowalający. Nie występuje tu ani Lauroyl Lysine , ani Bismuth Oxychloride ani też żadne dodatkowe składniki, które mogą mieć korzystne działanie, ale jednak przez wiele osób nie są tolerowane (alantoina czy witamina C).

Cena: 69,90 zł za 10 g. Z pewnością dla wielu osób zbyt wysoka.  Porównując jednak do ceny np. LaurEssa (cena regularna 20$, czyli ok. 60 zł), nie wydaje się być już tak wygórowana. Wg mnie – standardowa. Na pewno nie jest niska, ale nie jest też absurdalnie wysoka.

Czy zdecyduję się na zakup? Trudne pytanie zważywszy na to, ile mam pudeł podkładów, po które nawet nie sięgam 😀 Są, bo są, kupiłam, bo kiedyś tam akurat dany podkład na mnie całkiem nieźle wyglądał. Tak więc i w tym przypadku może się zdarzyć, że się skuszę. Właściwie, to teraz, gdy piszę tą recenzję, to już jakoś smutno mi się zrobiło, że to koniec testów Lily Lolo… Więc, kto wie? Może.. ;)Zwłaszcza, że oceniam go znacznie wyżej niż Blusche, którego przecież 2 pudełka zakupiłam, czy Aromaleigh, które też u mnie gości w ilości 2 sztuk … I tak sobie myślę, że jednak odpowiedziałam sobie już na pytanie odnośnie przyszłego zakupu:D

Choć z drugiej strony, ciekawe, jakby dalej potoczyło się moje testowanie i na którą stronę by się przechyliły szale 🙂 No i nieco zniechęca mnie brak właściwego odcienia dla mnie… Eh,  nie można mieć wszystkiego 🙂 A taki kiedyś człowiek był szczęśliwy, jak mu się udało w drogerii znaleźć jeden odcień z 5 dostępnych, który "w miarę" pasował. To zachciało mu się minerałów i czepiania się każdego niepasującego w nich tonu 😀

Dopisano 13 marca:

po kilku dniach kolejnych testów (Aniu, dziękuję raz jeszcze za próbki- mam nadzieję, że znajdziesz dla siebie bardziej pasujące odcienie 😉 ) zaczynam coraz bardziej przekonywać się do Lily. Nadal denerwujące jest to ciemnienie podkładu na mojej skórze, ale teraz, kiedy moje pory zaczynają wracać do stanu przed rozpoczęciem kuracji (czyli są widoczne, ale nie tak jak kilka dni temu) podkład Lily Lolo nie wygląda już na nich tak źle. Zdjęcie zrobione po powrocie do domu, czyli po jakiś 10 godzinach od nałożenia podkładu (tak, wiem, cień mi się osypał a makijaż pozostawia wiele do życzenia, ale zdjęcie było robione na potrzeby własnej dokumentacji i obserwacji, ale pomyślałam sobie, że warto uaktualnić posta o nowe spostrzeżenia i wrażenia z testów 🙂 )

Reklamy

Pixie Cosmetics po testach

Konkurs konkursem, ale nowe posty oczywiście pojawiać się będą. Jestem obecnie po kilku dniach testów zarówo pędzli jak i nowego korektora Pixie (oczywiście nie egzemplarzy przewidzianych na nagrody :D), więc mogę już kilka słów o nich powiedzieć.

Korektor w odcieniu 05 – beżowy jasny.

Przyznam szczerze, iż nie jestem najlepszą testerką korektorów. Nawet nie dlatego, że ich nie lubię. Nie, nie mam nic przeciwko korektorom generalnie. Tylko… jakoś nie widzę sensu ich używać 🙂 Przebarwienia, plamy, blizny i inne niepożądane historie na twarzy udaje mi się w miarę zamaskować podkładem, więc jakoś nie mam serca do używania jeszcze do tego korektorów.

Również pod oczami, choć być może przydałoby się czasem coś tam pacnąć, żeby wyrównać koloryt, to jakoś jednak nie lubię.

Dziwnym jednak sposobem korektory często lądują w moich łapach. I choć swatche robię z przyjemnością, o samym działaniu ciężko mi się wypowiadać. Jednakże spróbuję na tyle obiektywnie, na ile się da w tym przypadku, omówić choć krótko korektor Pixie w odcieniu 05.

O ślicznym pudełeczku już pisałam. Tu obiektywna nie będę, bo ja po prostu bardzo, ale to bardzo lubię takie fikuśne opakowania. Owszem, cenię klasykę i ona zawsze znajdzie uznanie w moich oczach, ale nie będę ukrywać, że opakowania wyróżniające się, przykuwające uwagę również wzbudzają moje zainteresowanie. A gdy jeszcze są w moich ulubionych kolorach, estetycznie zaprojektowane i jednocześnie praktyczne, to ja jestem jak najbardziej na "TAK".

Na uwagę zasługuje również mała sakiewka, kolorystycznie dopasowana do stylu Pixie. Niby drobiazg, ale przydatny. Możemy przechowywać nasz korektor w miękkim etui bez obaw, że porysuje nam się w kosmetyczce albo w torebce (a szkoda by było ;))

W małym, płaskim pudełeczku zamknięty jest nie tylko korektor, ale również podręczne lustereczko, w którym bez problemu skontrolujemy szybko wygląd naszej skóry celem naniesienia ewentualnych poprawek. Niewielki rozmiar oraz fakt, że pudełko jest dość płaskie sprawiają, że zmieści się dosłownie wszędzie. Do tego otwieranie nie sprawia większych problemów i nawet osoby noszące tipsy czy dłuższe paznokcie nie powinny obawiać się ich połamania. Otwiera się lekko, a jednocześnie na tyle solidne jest to zamknięcie, iż mamy pewność, że się samo nie otworzy przypadkowo.

Co do samego produktu… Z pewną dozą nieśmiałości wzięłam się za jego testowanie, gdyż odcień jest dla mnie zdecydowanie zbyt jasny, ale chcąc sprawdzić, jak się spisuje pod oczami, nałożyłam palcem (jednak nie polecam dotykania palcami powierzchni korektora – ja to robię w ten sposób, że najpierw nabieram korektor na pędzelek, później przenoszę to na wierzch dłoni, a stamtąd zbieram właśnie palcem) delikatnie wklepując, bez rozcierania. Nie przyciskam, nie ugniatam, tylko delikatnie,opuszkami palców wklepuję, aż korektor równomiernie pokryje pożądaną powierzchnię i stopi się ze skórą. I choć początkowo wyglądałam prawie jak Nicole Kidman podczas jej słynnej wpadki makijażowej, to po chwili korektor całkiem sympatycznie się wtopił i choć nadal pozostał jaśniejszy od reszty mojej twarzy, to różnica była na tyle do zaakceptowania, iż zdecydowałam się nawet wyjść tak z domu 🙂 Jaśniejszy odcień korektora nieco rozświetlił spojrzenie i lekko odświeżył wygląd całego makijażu.

Wystarczy naprawdę odrobina, by wklepać pod oczy i rozświetlić spojrzenie. Myślę, że przy takim zastosowaniu wydajność tego kosmetyku będzie ogromna.

Jeżeli chodzi o właściwości kryjące korektora, to tu się nie wypowiem, gdyż naprawdę trudno jest mi to ocenić. Na pewno ujednolicił skórę pod oczami, na pewno wyglądała jakoś tak, nie wiem? Świeżej? A czy kryje? Poczekam aż pojawią mi sie jakieś niespodzianki na twarzy i wtedy spróbuję ponowić testy (oby nieprędko jednak :D)

Co prawda moja opinia jeżeli chodzi o korektory właściwie do niczego się raczej nikomu nie przyda, gdyż przez ponad 15 lat poszukiwań nie odkryłam korektora, którego bym chciała używać. Testowałam dziesiątki najrozmaitszych – z górnej półki, ze średniej jak i z tej całkiem niskiem. Żaden, dosłownie żaden (no, może poza Magic HR i Biothermowym Forget It, które gdzieś tam na granicy przyzwoitości się mieściły), nie chciał współpracować z moją skórą. Krycie niewystarczające, albo zbyt mocne przez co widoczne, albo zbyt tłuste, albo zbyt suche, wodniste, za gęste, zbierające się w zmarszczkach, wyparowujące ze skóry.. Pixie również na mojej skórze zbyt dobrze nie leży na dłuższą metę. Po jakimś czasie (testowany tylko pod okiem) gromadzi się w drobnych zmarszczkach, a przez to, że dla mnie jest zbyt tłusty, skóra w tym miejscu zaczyna się niezbyt estetycznie błyszczeć… Ale to pewnie kwestia mojej skóry – skoro przez tyle lat i tyle najrozmaitszych testów nic nie znalazłam, to są dwa wyjścia – albo z moją skórą coś jest nie tak, albo ja wyjątkowe antytalencie jestem w temacie korektora i po prostu nie potrafię ich używać 😉

Zbliżenia na odcień korektora w porównaniu do dwóch jasnych korektorów z EDM ( Multi-tasking oraz Intensive Fair) oraz dwóch innych odcieni korektora Pixie.

 

Pędzle Pixie Cosmetics – Flat Top oraz Kabuki

Wydawało mi się, że moje pędzle EDM-owe typu kabuki są w idealnym stanie i że wyglądają i zachowują się dokładnie tak, jak w momencie zakupu. Jak bardzo się myliłam, okazało się dopiero, gdy przystąpiłam do testów nowych pędzli Pixie. Co prawda Flat Topa przetestowałam bardzo pobieżnie, gdyż po prostu do nakładania podkładu zdecydowanie wolę pędzle typu Kabuki, ale testy pozwoliły ocenić mi, czy jak wypadają te pędzle na tle EDM-owych (i poprzednich pędzli Pixie)

Flat Top – nie będę tu przytaczać po raz kolejny zastosowania tego pędzla i różnic między nim a kabuki, dla osób dopiero zaczynających przygodę z minerałami wspomnę tylko, że Flat Topem uzyskujemy mocniejsze krycie przy nakładaniu podkładu, a to, który jest lepszy zależy tylko i wyłącznie od naszych preferencji (ja kiedyś nie wyobrażałam sobie nakładania podkładu innym pędzlem niż FT, obecnie zaś, od wielu, wielu miesięcy, używam tylko pędzli typu kabuki).

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy ocenie pędzla Flat Top Pixie to oczywiście jego szata graficzna. Nie sposób nie dostrzec, że zdecydowanie wyróżnia się on na tle innych, podobnych do niego pędzli. Utrzymany w fioletowo- śliwkowej tonacji idealnie pasuje do pozostałych produktów Pixie i sprawia, że razem tworzą bardzo ciekawie wyglądający kompet. Pędzel dobrze leży w dłoni, długość rączki nawet dla krótkowidzów malujących się z nosem przy lusterku (jak ja) jest idealna – nie za długa, a jednocześnie niezbyt krótka (co też potrafi być niewygodne). Włosie oczywiście bardzo gęste, zwarte, niesamowicie miękkie. Podkład rozprowadza się bez problemu, ale to oczywiście żaden nadzwyczajny wyczyn. W końcu powinno to być wpisane w dobrej jakości pędzel, prawda? A FT z pewnością taki jest, choć jeżeli mam być szczera, to ja sięgać po niego będę sporadycznie, gdyż po prostu nie lubię już takich pędzli. Ale może kiedyś mi się znowu zmieni i dla odmiany tylko FT będę używała? Kto wie… 😉

Kabuki – oczywiście szata graficzna identyczna jak w przypadku poprzedniego pędzla, wykonanie tak samo porządne (bambusowa rączka, aluminiowa nasadka pochodząca z recyclingu, niesamowicie przyjemne w dotyku włosie syntetyczne). I ten jest moim zdecydowanym faworytem. Bajecznie gładka i miękka aplikacja podkładu, a do tego praktycznie całkiem wyeliminowane nieprzyjemne kłucie związane z przesuwaniem włosia po skórze. Myślę, że nawet osoby z bardzo wrażliwą skórą nie powinny odczuwać dyskomfortu przy używaniu tego pędzla. Ja wykorzystuję tego typu pędzle tylko i wyłącznie do podkładu, ale z założenia, można nim również nałożyć puder, a nawet bronzer/róz/rozświetlacz. Ja do tego wolę jednak inne pędzle.

Pranie. Przy pierwszym praniu z moich pędzli wypadło kilka pojedyńczych włosków (ok. 5 przy każdym pędzlu). Przy drugim kabuki zgubił 2, FT – ani jednego. Przy trzecim – nie odnotowałam żadnego wypadania włosków. I mam nadzieję, że tak już zostanie 🙂 Po praniu pędzle zachowują swój kształt i sprężystość.

Oba pędzle otrzymujemy zapakowaną w folię, co pozwoli nam po wypraniu pędzla i dokładnym wysuszeniu go, przechowywać nawet w tej folii dla zachowania zwartego kształtu włosia  (jeszcze raz powtarzam, że pędzel musi być idealnie suchy, gdyż wilgoć na pędzli zamknięta w folię sprawi, że takiego pędzla lepiej nie używać bez ponownego wyprania)

Cena pędzli : ok. 36 zł

I na koniec – krótka zapowiedź : niebawem pojawią się na blogu recenzje i zdjęcia podkładów Lily Lolo. A w przyszłości coś, co mam nadzieję, ucieszy Was jeszcze bardziej… Ale o tym ciiii… W odpowiednim czasie 😉