Makijaże nadesłane na konkurs Pixie

Jedną z możliwości zwiększenia swoich szans w konkursie Pixie było przesłanie mi mailem zdjęć makijażu z użyciem dowolnego mineralnego kosmetyku. Otrzymałam kilkadziesiąt zdjęć, z których część możecie poniżej zobaczyć.

Całe szczęście, że nie wpadłam na pomysł, by organizować konkurs, w którym ja osobiście musiałabym zadecydować o tym, kto otrzyma nagrody. Patrząc na zdjęcia wiem, że nie byłabym w stanie tego dokonać. Dziewczyny na zdjęciach są tak piękne, tak pełne wdzięku i tak fajnie podkreślają swoją urodę, że nie wyobrażam sobie, abym miała spośród nadesłanych prac wybrać te, które podobają mi się najbardziej.

Wiem, że przyznałabym jednak dwa równorzędne miejsca, gdyż te zdjęcia urzekły mnie najbardziej. Myślę, że komentarz jest zbędny i wszystko widać na załączonych obrazkach.

Lanka:

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :
Podkład: Lucy Minerals Creamy Olive
bronzer: Waikiki Lily Lol
róż: Blossom Blush Lily Lolo
tusz do rzęs: No7

A_noska:

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Primer: puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody

Podkład : Lucy Minerals – Lucy Light w odcieniu Bisque

Wykończenie : puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody

Jak widać na powyższych zdjęciach wybrałam te makijaże, które niesamowicie pokazują siłę minerałów. Na pierwszym – ich doskonałe krycie i jednocześnie naturalność, natomiast na drugim – jak przepięknie naturalny i dziewczęcy efekt można uzyskać minimalnym zestawem.

Otrzymałam też wiele innych zdjęć – nie umiałabym wybrać, które podobają mi się najbardziej, dlatego też pozostawiam je bez komentarza i zapraszam do oglądania tych pięknych dziewczyn.

Pilar

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu (niestety nie otrzymałam szczegółowych informacji o odcieniach, więc gorąco proszę o uzupełnienie, bo makijaż naprawdę przepiękny i sama chętnie bym się dowiedziała, co zostało użyte 😉 Korektor EDM Mint, podkład Blusche, puder Blusche, róż EDM, Bronzer i rozświetlacz Blusche, cienie Meow i niemineralnie-Sleek. 🙂

eenax

twarz: primer Prime Me Powder Pixie, podkład Breena 1 Pixie, korektor pod oczy Under Eye Concealer 2 Frisky Abyssinian Meow Cosmetics, róż Email Me Everyday Minerals
oczy: primer I-prime Meow Cosmetics, żółty matowy- Pelluci Paint FX, zewnętrzny kącik i załamanie powieki pomarańczowy Spread Your Wings Aromaleigh, na linii rzęs brąz z opalizującymi drobinkami – Chameleon Sweetscents, rzęsy tusz niemineralny Max Factor Masterpice
usta:błyszczyk niemineralny Juicy Tubes 45 Candy Lancome

Carolinascotties

Też niestety nie posiadam dokładnych odcieni użytych kosmetyków, ale miejmy nadzieję, że Karola nam je dopisze, bo podejrzewam, że nie tylko ja pękam z zazdrości patrząc na te zdjęcia 😉 Podkład Lumiere, cienie do powiek Meow i rozświetlacz Lumiere.

Yasinisi

primer: monistat
podkład: Pixie Cover de Luxe Cameo2
finisher: Pixie Kiss of Sun
róż: EDM Time Share
rozświetlacz: EDM Natural
oczy: baza ArtDeco + MEOW Dr. ZhiCATo+ Bronze Lucy Minerals+ EDM Exhale

AnkaFranka

podkład EDM Fairly Light Neutral intensive
róż EGM berries&cream
oczy EDM fresh, pod oczami EDM morning
puder wykończeniowy własnej receptury (a dokładnie receptury JMW 🙂 )
brwi EDM silver grey

na ustach: albo rozświetlacz EDM pearl beige albo złoto-srebrne Meteoryty Guerlain 🙂

Kmb1

-podkład AWGM f5
-korektor edm multi-intensive
-baza kobo
-cienie edm:late checkout,Jane Eyre,Scented Candles
-kredka mysecret grafitowa
-tusz do rzęs 123 mascara rimmel
-błyszczyk essence xxxl nudes 01
-korektor do brwi brązowy delia
Ciri

Zdjęcia z Lucy (pierwsze dwa): Lucy Minerals formuła Orginal Creamy Bisque, Puder Lumiere Veena Silk Veil odcień Sand, Punktowo i pod oczy korektor Sunlight EDM. róż All Smiles EDM. Oczy :Kredka nie mineralna.

Zdjęcia z Lumiere (dwa kolejne): Lumiere Light Medium Golden VV, Puder Lumiere Veena Silk Veil odcień Sand, Punktowo i pod oczy korektor Sunlight EDM, róż Poppy Lumiere. Oczy : kredka nie mineralna, Wet Sand EDM

Kosmetyczna Ja:

Podkład: Lucy Minerals odcień Light
Korektor na rumieńce MINT z EDM a pod oczami beżowy Pixie
Brwi: Deep Brow Powder Silk Naturals
Oczy: Baza pod cienie i-prime z meow, cienie: Queen [jasny] i Tuxedo [ciemny] oba ze Sweetscents
Róż:Angelique ze Sweetscents
Rzęsy Avon, super shock

Kathe



„Makijaż  inspirowany filmem Black Swan, ale w lżejszej wersji, raczej księżniczki łabędzi 🙂 Użyty kosmetyk mineralny (jedyny jaki w sumie mam): podkład Lily Lolo odcień Porcelain”



Ola93

We wszystkich makijażach oka została wykorzystana paleta Sleek Sunset. Co prawda ja uznaję te cienie raczej za kosmetyk pseudomineralny – i myślę, że nie tylko ja (ze względu na jego skład), ale z racji tego, że paletka ta reklamowana jest pod hasłem mineralnych cieni, to zgłoszenie oczywiście uznałam 😉

Jako ciekawostkę podaję skład „mineralnej” paletki: Mica, Talc, Paraffinum liquidum, Magnesium Stearate, Ethylhexyl Palmitate, Dimethicone, Propylparaben, Methylparaben. May contain: Cl 77891, Cl 77007, Cl 77492, Cl 77289, Cl 45410:2, Cl 15850:1, Cl 42090:2, Cl 77499, Cl 77742, Cl 15985:1.

(co nie zmienia oczywiście faktu, że są to świetne paletki biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości i sama z chęcią ich używam 😀 )

Eti_

Primer Touch of Beige – Pixie.

Podkład CDL Pixie – Sinnie 2 pomieszany z Tinkerbell 3.

Róż -Glow Lucy Minerals, Bollywood EDM.

Puder matujący: Kiss of Sun -Pixie

Oczy: Cloud 9 BFTE, Chenille BFTE, Propinquity SN, Precious BFTE, Drama CS, Smokey EDM, kredka Inglot, Tusz Bell. Usta: pielęgnujący balsam do ust Naturalne Piękno.

ksiezniczkaa87

– puder Jadwiga do cery tłustej i trądzikowej (jako primer)
– korektor Intensive fair EDM
– podkład Fairly Light Neutral EDM intensive (na wypryski)
– korektor Pixie Cosmetics beżowy (pod oczy)
– puder Kiss of Sun (jako wykończenie)
– odrobina różu Best Friends EDM
– cienie Romance Novel i Rock Anthem EDM
– kredka LongLasting Black fever Essence, tusz do rzęs Push Up Bell,  korektor do brwi Delia, błyszczyk Namiętnik Paese
(tu nawet dostałam zdjęcie kosmetyków użytych do wykonania makijażu 😉 )

Renia92i

-Podkład EDM formuła Intensive Multi-Tasking Neutral
-Puder Jadwiga do cery tłustej i trądzikowej
-Róż EDM Truly Tiger
-Korektor pod oczy Pixie różowy
-Tusz Astor Big & Beautiful
-Cienie Max Factor, Bell
-Szminka My Secret Smoky Rock
-Eyeliner avon
-Gosh wodoodporna kredka do oczu czarna

Czarnulka708

podkład: próbka Lily Lolo Popcorn

eye liner: ELF black

tusz: L’oreal Volume Million Lashes

korektor: L’oreal Touche Magique

róż: Bourjois, 34 Rose D’or

Dezemka

Podkład mineralny Lumiere Light Beige Cashmere
Róż ELF Contouring Blush & Bronzing Powder
Complexion Perfection ELF
Cień Manhatann
Tusz Loreal Volume Milion Lashes
Eyeliner w żelu ELF


Idalia

„Makijaż z gatunku artystycznych. Został wykorzystany cień mineralny : Everyday Minerals Heart 2 Shop ( brudnawy fioleto- róż w załamaniu powieki)”. Listy pozostałych kosmetyków niestety nie znam 😉


Recenzja podkładu Lily Lolo

Póki co, na szybko wrzucam swatche podkładów Lily Lolo, jakie niedawno otrzymałam od firmy Costasy do testów. Mam nadzieję, że tu lepiej widać odcienie niż w mojej poprzedniej notatce

Proszę tylko pamiętać, że podkłady jak zwykle nakładane są na sucho, na skórę o ciepłym odcieniu i średnio-jasnej karnacji. Na skórze o innej tonacji i stopniu jasności mogą wyglądać kompletnie inaczej (zdjęcia robione w świetle dziennym, w słoneczny dzień, w średnio nasłonecznionym miejscu)

 

Tu kilka zdjęć w innym oświetleniu, robionych jakiś czas temu (bardziej pochmurno, na skórze nałożona mniejsza ilość proszku).

A wieczorem (pewnie trochę późniejszym wieczorem 😉 ) obszerniejsza relacja z mojej prawie tygodniowej już przygody z podkładami Lily Lolo. Zapraszam 😉

Aktualizacja:

Jak już wcześniej pisałam, w ubiegłym tygodniu otrzymałam od sklepu Costasy, w którym można zakupić kosmetyki Lily Lolo, paczuszkę z zestawem próbek wszystkich odcieni podkładów. Lily Lolo to jedna z marek, do której jakoś ciągle nie po drodze mi było i mimo iż co jakiś czas świtała mi gdzieś tam w głowie myśl, żeby jakieś zamówienie poczynić, to jednak schodziła ona na dalszy plan. I tak pewnie do dzisiaj bym z LL się nie spotkała, gdyby nie uprzejmość Pani Oli, która zaproponowała mi testy oferowanych przez Costasy kosmetyków.

Oczywiście ochoczo skorzystałam 🙂 Po kilku przemiłych rozmowach telefonicznych udało otrzymałam kurierem (następnego dnia od wysłania) pakiecik próbek podkładów (próbki są w woreczkach foliowych, w ilości wystarczającej na jakieś 2-3 testy na twarzy; oczywiście jest to uzależnione od tego, jakiego krycia potrzebujemy, a także jaką ilość podkładu zużywamy na raz, ale wg mnie na przetestowanie nawet najbardziej rozrzutnym powinno wystarczyć).

Długo zastanawiałam się, czy pokazać te zdjęcia. Nikt przecież nie lubi pokazywać się wyglądając, delikatnie mówiąc, niezbyt normalnie 😀 Jednak doszłam do wniosku, iż słowa to tylko słowa, nie ma to jak dokumentacja zdjęciowa 😉 Tak więc – raz kozie śmierć 🙂 Z góry przepraszam za durne miny na zdjęciach, ale starałam się wybrać takie ujęcia, gdzie najlepiej widać podkład..

Dzień pierwszy. Pierwsze próby nie wypadły zbyt zachęcająco. Ani z odcieniem nie trafiłam, ani krycie nie było zadowalające, nie wspominając już o porach, które wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj. Na pierwszy ogień wybrałam odcień, który w słoiczku wydawał mi się być najbardziej odpowiedni dla mnie (czyli najbardziej zbliżony wizualnie do tego, czego używałam wcześniej) – Barely Buff. To nie był dobry wybór, oj nie. Po nałożeniu co prawda wydawało mi się, że trafiłam w 10- tkę, bo odcień idealnie stopił się ze skórą i wyglądał dokładnie jak odcień stworzony dla mnie, ale już pół godziny później wiedziałam, że zaliczyłam niezłą wpadkę. W kontakcie z moją skórą podkład ściemniał i wydobyte zostały jego najgorsze cechy. W dodatku podkład nałożyłam na gołą skórę, nie chcąc w żaden sposób zakłócać jego odbioru. I to też nie była mądra decyzja, gdyż okazało się, że wszelkie mikrouszkodzenia skóry, które posiadam po złuszczaniu, zostały podkreślone.  Krycie – zadowalające (użyłam kolistych ruchów pędzla typu kabuki, który daje mniejsze krycie niż pędzel typu Flat Top). Gdyby nie pory i odcień, byłabym nawet zadowolona 😉

Dzień drugi. Mądrzejsza o doświadczenia dnia poprzedniego do testów podeszłam nieco inaczej. Na twarz nałożyłam krem do cery mieszanej, odczekałam, aż się wchłonie, po czym użyłam serum iS Clinical Super Serum Advance Plus. Po 10 minutach wybrałam odcień Blondie i nałożyłam go metodą "malowania ściany" czyli płaskie, nie szorujące, a raczej głaszczące ruchu pędzla (kabuki) z góry na dół… Było lepiej. Przy jednej warstwie kolory lekko wyrównany, skóra ujednolicona, pory znacznie mniej widocznie niż dzień wcześniej. Wyglądało to całkiem nieźle. Niestety, podkład znowu zmienił swój odcień i wyglądałam zdecydowanie niezdrowo. Zbyt ciemno, zbyt ciepło i w ogóle bez sensu. Zmyłam,  zrezygnowana wybrałam pierwszy pod ręką kolor – Candy Cane. Na moje oko zbyt jasny, zbyt chłodny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po chwilowym szoku (no nie wyglądał dobrze na mnie w pierwszej chwili 😉 ), całkiem ładnie się wtopił. Tylko niestety róż z niego wyszedł na koniec. Niedużo, bo nie dużo (o dziwo, spodziewałam się większego i bardziej różowych tonów, gdy ściemnieje), ale jednak.

Dzień trzeci. Przyznam się, iż nieco zniechęcona już byłam, bo testy nie wypadły zachęcająco. Zaczęłam już nawet w myślach tworzyć sobie recenzję tego podkładu na moim blogu i trochę było mi szkoda, że muszę tak niemiło wyrazić się o marce Lily Lolo. Ale doszłam do wniosku, że skoro moja skóra mówi im "nie", to nie będę walczyć i pokornie wrócę do MEOW, LaurEssa, Lucy czy Pure Anady..

Po nałożeniu podkładu (nieco już załamana wcześniejszymi chybionymi testami) sięgnęłam po … Porcelain. Nie wytrzymałam długo. Tu nawet nie miał szans ściemnieć ten odcień na mnie. Nawet gdyby zmienił się na kilka tonów ciemniejszy, to i tak wyglądałabym jak nie całkiem normalna. Zmyłam, dałam sobie spokój. Zwłaszcza, że skóra wyglądała źle (jakaś taka wysuszona, pryszczata, gąbczasta i w ogóle nieciekawa – ale o tym przy recenzji iS Clinical niebawem).

Nałożyłam China Doll. Kolorystycznie po tym, jak ściemniał, prawie dobrze. Prawie. Za to pory podkreślone nieziemsko. Widać zresztą na zbliżeniu, słowa są tu zbędne. Koszmar w najgorszym wydaniu.

Dzień czwarty. Ostatnie podejście, ostatnia szansa… Tak sobie myślałam siadając do porannego makijażu. Zwłaszcza, że moja skóra nie wyglądała już tak źle jak dwa dni wcześniej (efekty testów kosmetyków) i bolące gule i nierówności na skórze zaczęły powoli znikać. Spojrzałam na odcienie i doszłam do wniosku, że skoro Lily nie ma gotowego nic dla mnie, to może spróbuję coś sobie sama wymieszać 🙂 Wzięłam Candy Cane oraz China Doll i na miseczce lekko wymieszałam oba odcienie. Na wcześniej przygotowaną skórę (użyłam tym razem pudru bambusowego) nałożyłam ten mix flat topem, delikatnie stemplując. Nie chcąc się denerwować od razu, oczywiście poszłam zająć się czymś innym i pozwoliłam, aby tradycyjnie, podkład "przegryzł się z moją skórą" 🙂 A potem, gdy usiadłam ponownie przed lustrem, siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się, co się stało 😀 A serio, gdzieś wcięło moje pory, przebarwienia całkiem niewidoczne, mieszanka kolorystyczna genialnie dopasowana.

Brak zdjęć. Tak długo siedziałam gapiąc się w lusterko i dumając, co się stało, że prawie się spóźniłam tam, gdzie miałam być 😀 Na zdjęcia czasu nie wystarczyło 😀

Dzień piąty – nałożyłam dokładnie ten sam miks kolorystyczny, z tym, że w pośpiechu zapomniałam użyć primera i odruchowo sięgnęłam po swój tradycyjny pędzel, czyli kabuki. I ku mojemu zdziwieniu, podkład wyglądał tak samo dobrze, jak dzień wcześniej. A właściwie sposób aplikacji nie różnił się niczym od tej z dnia drugiego. Natomiast różnica w efekcie – zaskakująca. I jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że duże znaczenie na to miał stan mojej skóry. Gdy wrócił do normy, podkład spisał się całkiem dobrze. Zaskakująco dobrze nawet bym powiedziała. Właściwie porównać bym go mogła nawet do mojego ulubionego ostatnio MEOW (Luśki jednak nie zdetronizował 😀 Nawet jej nie zagroził właściwie… Ale za to wśród mieszkańców dalszych pozycji na mojej TOP liście, czyli Adorned, Pixie, Pure Anada, LaurEss mógłby wywołać zamieszanie 😉 )

Kiedy jednak obejrzałam zdjęcia, to jakoś tak… no nie wiem, na żywo wydawało mi się lepiej 😀 Kolory zupełnie przekłamane, jakoś tak.. niefajnie to na zdjęciach wygląda.

Spróbuję w wolny dzień zrobić jakieś zdjęcia zbliżenia skóry z tym podkładem (całej twarzy na pewno nie, gdyż zostały mi same za ciemne dla mnie próbki :D)

Reasumując – na pewno nie jest to podkład, który rzucił mnie na kolana. Na pewno nie wywołał u mnie od razu nieodpartej chęci pognania z koszykiem do kasy.. Coś jednak się stało po drodze takiego, co sprawia, że chcę jeszcze raz spróbować, że chcę zobaczyć, jak się będzie zachowywał i czy będzie to raczej przyjaźń o trudnych początkach, ale za to stała i pewna, czy raczej nie rozwinie się z tej znajomości nic sympatycznego na dłuższą metę.  Niestety, próbki odcieni, które ewentualnie mogę nałożyć na twarz już mi się skończyły, więc dalszych testów nie poczynię.

Przyznam się też, że jest to pierwszy podkład, który ciemnieje na mojej twarzy. Jak wiecie kilka mineralnych już wypróbowałam i do tej pory nigdy nie odnotowałam takiego zjawiska jak ciemnienie podkładu. Najprawdopodobniej jest to jakaś indywidualna reakcja tego proszku w kontakcie z sebum mojej skóry i nie znaczy to, że u każdego podkład ten będzie się tak samo zachowywał. Podejrzewam, że na skórze suchej odczucia mogą być zupełnie inne.

Konsystencja : miękka, gładka, ale nie kremowa (porównując do typowo kremowych, maślanych wręcz formuł jak Lucy Minerals czy Pure Anada). Spotkałam się z opiniami, że jest to kremowy podkład, ale ja bym go do kategorii kremowych nie zaliczyła jednak mimo wszystko. Miękki, gładki, lekko puszysty (być może to stwarza wrażenie kremowości), ale raczej nie kremowy 🙂 Choć oczywiście wszystko jest i tak kwestią indywidualnego postrzegania, gdyż moja znajoma uważa Lily za jedne z najbardziej pylistych proszków, z jakimi się spotkała (a nowicjuszką w temacie minerałów nie jest 😉 ). Z kolei na wizażowym wątku często można spotkać opinie o tym, że te minerały są bardzo kremowe. Jak widać – ile osób, tyle opinii 🙂 Wg mnie kremowe nie są – za to gładkie, miękkie, delikatne i przyjemne w dotyku, jak najbardziej tak 🙂

Krycie : przy jednej warstwie ujednolicenie kolorytu, przy drugiej – mniejsze problemy skórne są przykryte, przy trzeciej – twarz wygląda na jednolitą bez efektu maski.

Wykończenie : matowe, ale nie płaskie. Delikatnie satynowe , bez ciągot w kierunku rozświetlania. Nie osadza się na włoskach na twarzy, nie daje kredowo-tynkowego efektu. Bardzo ładnie się wtapia w skórę, nie zostawia pudrowej warstwy, po wtopieniu się podkład jest niewidoczny na skórze. To wg mnie największy plus tego podkładu – gdy już dopasujemy odcień, genialnie stapia się z naszą skórą i właściwie trudno ocenić, czy mamy coś na twarzy czy nie. Do tego podoba mi się to, że jest taki.. nie wiem? Lekki? Ciężko to określić, ale mam wrażenie, że jest taki …puchowy? 😀 Dobra, nie będę kombinować, bo i tak nie uda mi się ubrać tego w odpowiednie słowa 🙂

Wybór odcieni : to zdecydowanie słaby punkt tej marki. Tak naprawdę wiele osób nie znajdzie tu dla siebie odcienia. Wśród Lily nie znajdziemy ani oliwkowych odcieni, ani szarawych, ciężko też o przybrudzone opalone odcienie. Również bardzo bladolice mogą mieć spory problem z dopasowaniem dla siebie koloru, jeżeli Porcelain nie przypadnie im do gustu. Jeżeli nie odnotują u siebie ciemnienia , to również China Doll, Blondie i Candy Cane są warte spróbowania. Tak naprawdę do wyboru mamy ok. 10 odcieni (pozostałe to kolory raczej nie dla typowej Polki). To więcej niż w przypadku podkładów drogeryjnych, ale porównując do gam kolorystycznych chociażby MEOW, Pixie czy nawet Everyday Minerals, to dość uboga oferta.

Z drugiej strony jednak, tak sobie myślę, że to, co dla mnie jest wadą, może być zaletą dla innych, bo mniejszy wybór = mniejszy dylemat, jakie odcienie wybrać 😀

Trwałość : na mojej skórze (mieszana, z tendencją do przetłuszczania się) bez konieczności poprawek wytrzymuje ok. 6-8 godzin w zależności od wykonywanych czynności i środowiska, w jakim przebywam. Po tym czasie jednak bez problemu udaje się lekko skorygować makijaż (wystarczy bibułka, a potem ruch pędzlem z odrobiną podkładu) – nic się nie rozmazuje, nie maże, nie robią się plamy (nad brakiem takiego zachowania ubolewam przy Luśce, gdzie poprawki nie zawsze mi się udaje zrobić)

Skład : (Mika, Tlenek Cynku, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza, Ultramaryna ) Dla mnie osobiście bardzo zadowalający. Nie występuje tu ani Lauroyl Lysine , ani Bismuth Oxychloride ani też żadne dodatkowe składniki, które mogą mieć korzystne działanie, ale jednak przez wiele osób nie są tolerowane (alantoina czy witamina C).

Cena: 69,90 zł za 10 g. Z pewnością dla wielu osób zbyt wysoka.  Porównując jednak do ceny np. LaurEssa (cena regularna 20$, czyli ok. 60 zł), nie wydaje się być już tak wygórowana. Wg mnie – standardowa. Na pewno nie jest niska, ale nie jest też absurdalnie wysoka.

Czy zdecyduję się na zakup? Trudne pytanie zważywszy na to, ile mam pudeł podkładów, po które nawet nie sięgam 😀 Są, bo są, kupiłam, bo kiedyś tam akurat dany podkład na mnie całkiem nieźle wyglądał. Tak więc i w tym przypadku może się zdarzyć, że się skuszę. Właściwie, to teraz, gdy piszę tą recenzję, to już jakoś smutno mi się zrobiło, że to koniec testów Lily Lolo… Więc, kto wie? Może.. ;)Zwłaszcza, że oceniam go znacznie wyżej niż Blusche, którego przecież 2 pudełka zakupiłam, czy Aromaleigh, które też u mnie gości w ilości 2 sztuk … I tak sobie myślę, że jednak odpowiedziałam sobie już na pytanie odnośnie przyszłego zakupu:D

Choć z drugiej strony, ciekawe, jakby dalej potoczyło się moje testowanie i na którą stronę by się przechyliły szale 🙂 No i nieco zniechęca mnie brak właściwego odcienia dla mnie… Eh,  nie można mieć wszystkiego 🙂 A taki kiedyś człowiek był szczęśliwy, jak mu się udało w drogerii znaleźć jeden odcień z 5 dostępnych, który "w miarę" pasował. To zachciało mu się minerałów i czepiania się każdego niepasującego w nich tonu 😀

Dopisano 13 marca:

po kilku dniach kolejnych testów (Aniu, dziękuję raz jeszcze za próbki- mam nadzieję, że znajdziesz dla siebie bardziej pasujące odcienie 😉 ) zaczynam coraz bardziej przekonywać się do Lily. Nadal denerwujące jest to ciemnienie podkładu na mojej skórze, ale teraz, kiedy moje pory zaczynają wracać do stanu przed rozpoczęciem kuracji (czyli są widoczne, ale nie tak jak kilka dni temu) podkład Lily Lolo nie wygląda już na nich tak źle. Zdjęcie zrobione po powrocie do domu, czyli po jakiś 10 godzinach od nałożenia podkładu (tak, wiem, cień mi się osypał a makijaż pozostawia wiele do życzenia, ale zdjęcie było robione na potrzeby własnej dokumentacji i obserwacji, ale pomyślałam sobie, że warto uaktualnić posta o nowe spostrzeżenia i wrażenia z testów 🙂 )

Lily Lolo po raz pierwszy ;)

Otrzymałam dzisiaj od polskiego dystrybutora marki Lily Lolo na Polskę, firmy Costasy, pakiecik próbek podkładów do przetestowania i zrecenzowania.

Niestety, firma Lily Lolo nie zgadza się na sprzedaż próbek swoich kosmetyków (poza nielicznymi wyjątkami), więc polski dystrubutor, w swoim sklepie do każdego złożonego zamówienia TUTAJ dodaje 4 dowolne próbki, które możemy sobie samodzielnie wybrać, czyli kupując np. cień czy róż czy dowolny inny kosmetyk, możemy otrzymać 4 próbki interesujących nas podkładów do przetestowania.

Próbki otrzymałam w woreczkach strunowych, ja jednak, dla własnej wygody i lepszego pokazania odcieni, poprzesypywałam je sobie do posiadanych słoiczków.

Światło dzienne, zdjecie zrobione w słońcu, bez użycia lampy:

Ja jeszcze podkładów tej marki nie przetestowałam, więc recenzję wystawię dopiero za jakiś czas (dopiero dzisiaj dostałam przesyłkę, tak więc jeszcze nie miałam kiedy ponosić i poobserwować zachowania się podkładu Lily Lolo na mojej skórze). Póki co, wklejam zdjęcia i swatche. Mam nadzieję, że pomoże Wam to w wyborze odpowiedniego odcienia dla siebie.

Zdjęcia w świetle dziennym, słoneczny dzień, robione w cieniu, bez użycia lampy

Podkłady Lily Lolo pogrupowane są w następujących kategoriach opisujących stopień jasności podkładu.

Kategoria "blade" – tu mamy tylko jeden odcień Porcelain. Najjaśniejszy odcień LL dla bardzo jasnych karnacji.

Kategoria "jasne" – tu mamy Blondie, Candy Cane, Warm Peach, Barely Buff i China Doll

I zbliżenia na każdy z odcieni:

 

Kategoria "średnio – jasny": odcienie In The Buff, Popsicle, Popcorn

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy średni- jasnych  :

Kategoria "średni" : odcienie Cookie, Cool Caramel, Warm Honey, Butterscotch

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy średnich :

Kategoria "ciemny" : odcienie Dusky, Coffee Bean, Saffron Hot Chocolate, Cinnamon

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy ciemnych : do uzupełnienia

Dopisano:

Eee tam, bez sensu mi te swatche wyszły. Wszystkie zdjęcia jakieś takie niewyraźne, rozmyte… Do tego większość robiłam w słońcu i okazało się, że to nie był dobry pomysł. Z kolei te w cieniu też nie wyglądają dobrze. Postaram się zrobić lepsze i wymienię te fotki w ciągu najbliższych kilku dni. 

 

Niebawem..

Krótka zapowiedź tego, co w najbliższym czasie na moim blogu :

Recenzja pomadek Celia – moje zamówienie coś idzie bardzo wolno, więc wczoraj nie wytrzymałam i zakupiłam w pobliskiej drogerii dwa z dostępnych odcieni. Wybrałam kolory 503 i 505. Na zdjęciu i w rzeczywistości wydają się być dość zbliżonymi kolorystycznie pomadkami, natomiast na ustach każda z nich zachowuje się zupełnie inaczej… Pełen opis w następnym poście…

Podkłady Lily Lolo. Zestawienie wszystkich posiadanych przeze mnie odcieni (18) wraz z moją opinią o tych podkładach. Na stronie polskiego dystrybutora pojawiły się dostępne darmowe próbki podkładów do zamówień. Niestety, warunki producenta Lily Lolo wyraźnie określają, iż próbki te nie mogą być sprzedawane. Aby jednak jakoś ułatwić wybór właściwego odcienia pojawiła się opcja bezpłatnego otrzymania wybranych przez siebie próbek przy składaniu zamówienia. Niebawem moja recenzja podkładu Lily Lolo (jutro rozpoczynam testowanie 🙂 )

iS CLINICAL – obszerna recenzja kosmetyków otrzymanych do testów. Tu post zostanie rozłożony na dwie części – pierwsza, gdzie przedstawię pokrótce, co otrzymałam itd, natomiast za jakiś czas podzielę się swoimi spostrzeżeniami odnośnie produktów iS Clinical. Mam możliwość testów : Cleasing Complex, Active Serum, Super Serum Advance+ oraz Moisturizing Complex. Sama jestem ogromnie ciekawa tych produktów 🙂

Pixie Cosmetics po testach

Konkurs konkursem, ale nowe posty oczywiście pojawiać się będą. Jestem obecnie po kilku dniach testów zarówo pędzli jak i nowego korektora Pixie (oczywiście nie egzemplarzy przewidzianych na nagrody :D), więc mogę już kilka słów o nich powiedzieć.

Korektor w odcieniu 05 – beżowy jasny.

Przyznam szczerze, iż nie jestem najlepszą testerką korektorów. Nawet nie dlatego, że ich nie lubię. Nie, nie mam nic przeciwko korektorom generalnie. Tylko… jakoś nie widzę sensu ich używać 🙂 Przebarwienia, plamy, blizny i inne niepożądane historie na twarzy udaje mi się w miarę zamaskować podkładem, więc jakoś nie mam serca do używania jeszcze do tego korektorów.

Również pod oczami, choć być może przydałoby się czasem coś tam pacnąć, żeby wyrównać koloryt, to jakoś jednak nie lubię.

Dziwnym jednak sposobem korektory często lądują w moich łapach. I choć swatche robię z przyjemnością, o samym działaniu ciężko mi się wypowiadać. Jednakże spróbuję na tyle obiektywnie, na ile się da w tym przypadku, omówić choć krótko korektor Pixie w odcieniu 05.

O ślicznym pudełeczku już pisałam. Tu obiektywna nie będę, bo ja po prostu bardzo, ale to bardzo lubię takie fikuśne opakowania. Owszem, cenię klasykę i ona zawsze znajdzie uznanie w moich oczach, ale nie będę ukrywać, że opakowania wyróżniające się, przykuwające uwagę również wzbudzają moje zainteresowanie. A gdy jeszcze są w moich ulubionych kolorach, estetycznie zaprojektowane i jednocześnie praktyczne, to ja jestem jak najbardziej na "TAK".

Na uwagę zasługuje również mała sakiewka, kolorystycznie dopasowana do stylu Pixie. Niby drobiazg, ale przydatny. Możemy przechowywać nasz korektor w miękkim etui bez obaw, że porysuje nam się w kosmetyczce albo w torebce (a szkoda by było ;))

W małym, płaskim pudełeczku zamknięty jest nie tylko korektor, ale również podręczne lustereczko, w którym bez problemu skontrolujemy szybko wygląd naszej skóry celem naniesienia ewentualnych poprawek. Niewielki rozmiar oraz fakt, że pudełko jest dość płaskie sprawiają, że zmieści się dosłownie wszędzie. Do tego otwieranie nie sprawia większych problemów i nawet osoby noszące tipsy czy dłuższe paznokcie nie powinny obawiać się ich połamania. Otwiera się lekko, a jednocześnie na tyle solidne jest to zamknięcie, iż mamy pewność, że się samo nie otworzy przypadkowo.

Co do samego produktu… Z pewną dozą nieśmiałości wzięłam się za jego testowanie, gdyż odcień jest dla mnie zdecydowanie zbyt jasny, ale chcąc sprawdzić, jak się spisuje pod oczami, nałożyłam palcem (jednak nie polecam dotykania palcami powierzchni korektora – ja to robię w ten sposób, że najpierw nabieram korektor na pędzelek, później przenoszę to na wierzch dłoni, a stamtąd zbieram właśnie palcem) delikatnie wklepując, bez rozcierania. Nie przyciskam, nie ugniatam, tylko delikatnie,opuszkami palców wklepuję, aż korektor równomiernie pokryje pożądaną powierzchnię i stopi się ze skórą. I choć początkowo wyglądałam prawie jak Nicole Kidman podczas jej słynnej wpadki makijażowej, to po chwili korektor całkiem sympatycznie się wtopił i choć nadal pozostał jaśniejszy od reszty mojej twarzy, to różnica była na tyle do zaakceptowania, iż zdecydowałam się nawet wyjść tak z domu 🙂 Jaśniejszy odcień korektora nieco rozświetlił spojrzenie i lekko odświeżył wygląd całego makijażu.

Wystarczy naprawdę odrobina, by wklepać pod oczy i rozświetlić spojrzenie. Myślę, że przy takim zastosowaniu wydajność tego kosmetyku będzie ogromna.

Jeżeli chodzi o właściwości kryjące korektora, to tu się nie wypowiem, gdyż naprawdę trudno jest mi to ocenić. Na pewno ujednolicił skórę pod oczami, na pewno wyglądała jakoś tak, nie wiem? Świeżej? A czy kryje? Poczekam aż pojawią mi sie jakieś niespodzianki na twarzy i wtedy spróbuję ponowić testy (oby nieprędko jednak :D)

Co prawda moja opinia jeżeli chodzi o korektory właściwie do niczego się raczej nikomu nie przyda, gdyż przez ponad 15 lat poszukiwań nie odkryłam korektora, którego bym chciała używać. Testowałam dziesiątki najrozmaitszych – z górnej półki, ze średniej jak i z tej całkiem niskiem. Żaden, dosłownie żaden (no, może poza Magic HR i Biothermowym Forget It, które gdzieś tam na granicy przyzwoitości się mieściły), nie chciał współpracować z moją skórą. Krycie niewystarczające, albo zbyt mocne przez co widoczne, albo zbyt tłuste, albo zbyt suche, wodniste, za gęste, zbierające się w zmarszczkach, wyparowujące ze skóry.. Pixie również na mojej skórze zbyt dobrze nie leży na dłuższą metę. Po jakimś czasie (testowany tylko pod okiem) gromadzi się w drobnych zmarszczkach, a przez to, że dla mnie jest zbyt tłusty, skóra w tym miejscu zaczyna się niezbyt estetycznie błyszczeć… Ale to pewnie kwestia mojej skóry – skoro przez tyle lat i tyle najrozmaitszych testów nic nie znalazłam, to są dwa wyjścia – albo z moją skórą coś jest nie tak, albo ja wyjątkowe antytalencie jestem w temacie korektora i po prostu nie potrafię ich używać 😉

Zbliżenia na odcień korektora w porównaniu do dwóch jasnych korektorów z EDM ( Multi-tasking oraz Intensive Fair) oraz dwóch innych odcieni korektora Pixie.

 

Pędzle Pixie Cosmetics – Flat Top oraz Kabuki

Wydawało mi się, że moje pędzle EDM-owe typu kabuki są w idealnym stanie i że wyglądają i zachowują się dokładnie tak, jak w momencie zakupu. Jak bardzo się myliłam, okazało się dopiero, gdy przystąpiłam do testów nowych pędzli Pixie. Co prawda Flat Topa przetestowałam bardzo pobieżnie, gdyż po prostu do nakładania podkładu zdecydowanie wolę pędzle typu Kabuki, ale testy pozwoliły ocenić mi, czy jak wypadają te pędzle na tle EDM-owych (i poprzednich pędzli Pixie)

Flat Top – nie będę tu przytaczać po raz kolejny zastosowania tego pędzla i różnic między nim a kabuki, dla osób dopiero zaczynających przygodę z minerałami wspomnę tylko, że Flat Topem uzyskujemy mocniejsze krycie przy nakładaniu podkładu, a to, który jest lepszy zależy tylko i wyłącznie od naszych preferencji (ja kiedyś nie wyobrażałam sobie nakładania podkładu innym pędzlem niż FT, obecnie zaś, od wielu, wielu miesięcy, używam tylko pędzli typu kabuki).

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy ocenie pędzla Flat Top Pixie to oczywiście jego szata graficzna. Nie sposób nie dostrzec, że zdecydowanie wyróżnia się on na tle innych, podobnych do niego pędzli. Utrzymany w fioletowo- śliwkowej tonacji idealnie pasuje do pozostałych produktów Pixie i sprawia, że razem tworzą bardzo ciekawie wyglądający kompet. Pędzel dobrze leży w dłoni, długość rączki nawet dla krótkowidzów malujących się z nosem przy lusterku (jak ja) jest idealna – nie za długa, a jednocześnie niezbyt krótka (co też potrafi być niewygodne). Włosie oczywiście bardzo gęste, zwarte, niesamowicie miękkie. Podkład rozprowadza się bez problemu, ale to oczywiście żaden nadzwyczajny wyczyn. W końcu powinno to być wpisane w dobrej jakości pędzel, prawda? A FT z pewnością taki jest, choć jeżeli mam być szczera, to ja sięgać po niego będę sporadycznie, gdyż po prostu nie lubię już takich pędzli. Ale może kiedyś mi się znowu zmieni i dla odmiany tylko FT będę używała? Kto wie… 😉

Kabuki – oczywiście szata graficzna identyczna jak w przypadku poprzedniego pędzla, wykonanie tak samo porządne (bambusowa rączka, aluminiowa nasadka pochodząca z recyclingu, niesamowicie przyjemne w dotyku włosie syntetyczne). I ten jest moim zdecydowanym faworytem. Bajecznie gładka i miękka aplikacja podkładu, a do tego praktycznie całkiem wyeliminowane nieprzyjemne kłucie związane z przesuwaniem włosia po skórze. Myślę, że nawet osoby z bardzo wrażliwą skórą nie powinny odczuwać dyskomfortu przy używaniu tego pędzla. Ja wykorzystuję tego typu pędzle tylko i wyłącznie do podkładu, ale z założenia, można nim również nałożyć puder, a nawet bronzer/róz/rozświetlacz. Ja do tego wolę jednak inne pędzle.

Pranie. Przy pierwszym praniu z moich pędzli wypadło kilka pojedyńczych włosków (ok. 5 przy każdym pędzlu). Przy drugim kabuki zgubił 2, FT – ani jednego. Przy trzecim – nie odnotowałam żadnego wypadania włosków. I mam nadzieję, że tak już zostanie 🙂 Po praniu pędzle zachowują swój kształt i sprężystość.

Oba pędzle otrzymujemy zapakowaną w folię, co pozwoli nam po wypraniu pędzla i dokładnym wysuszeniu go, przechowywać nawet w tej folii dla zachowania zwartego kształtu włosia  (jeszcze raz powtarzam, że pędzel musi być idealnie suchy, gdyż wilgoć na pędzli zamknięta w folię sprawi, że takiego pędzla lepiej nie używać bez ponownego wyprania)

Cena pędzli : ok. 36 zł

I na koniec – krótka zapowiedź : niebawem pojawią się na blogu recenzje i zdjęcia podkładów Lily Lolo. A w przyszłości coś, co mam nadzieję, ucieszy Was jeszcze bardziej… Ale o tym ciiii… W odpowiednim czasie 😉

Miał być zbiorowy test;)

Dzisiejszy makijaż to zlepek różnych testów 🙂 Na twarzy podkład Pixie, którego dawno nie nosiłam, gdyż byłam pewna, że to mój letni odcień, na policzkach i kościach – bronzery/rozświetlacz Blusche, które korciło mnie, żeby wypróbować w teście całodziennym ( a i tak w końcu tego nie zrobiłam, gdyż zmieniła mi się koncepcja i się poszłam zmyć, a potem od nowa umalować :D), na oczach cienie Urban Decay bez bazy (chciałam sprawdzić, ile wytrzymają, ale w końcu się przeraziłam wizji zwałkowanych cieni na powiekach pod koniec dnia i zostawiłam takie eksperymenty na dzień, gdy nie będę musiała wyjść do ludzi:))

Zdjęcia w świetle dziennym, bez użycia lampy, pochmurny dzień (ostatnie zdjęcie robione w świetle sztucznym – wczesnym rankiem, z użyciem lampy)

Do wykonania makijażu użyłam :

Podkład : Pixie Cosmetics Tinkerbell 3(formuła Cover de Luxe)

Bronzer: Spice Bronzer Blusche (na kościach policzkowych), Tahiti Bronzer Blusche (trochę niżej, jako róż nałożony grubszą warstwą i naniesiony szerokim pędzlem na całą twarz), Summer Bronzer (do konturowania)

Oczy : Cienie Urban Decay z paletki Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Maui Wowie, Sin), Chocolatte Gel Liner MAD

Tusz : Max Factor Masterpiece

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz (niezmiennie)

 

Kremowych róży Silk Naturals ciąg dalszy…

Dalsza część wczorajszego posta o kremowych różach z Silk Naturals. Nosiłam je dzisiaj cały dzień i nasunęło mi się kilka spostrzeżeń:

  • kolory mimo iż teoretycznie inne, to po roztarciu na skórze wyglądają bardzo podobnie. Do tego stopnia, że mając na jednym policzku Devoted, a na drugim Cherish nie tylko ja nie byłam stwierdzić, który jest który, ale i pytane osoby nie zauważały żadnej różnicy między nimi 🙂
  • trwałość – nie wiem dlaczego wczoraj było lepiej. Być może to kwestia podkładu, bo wczoraj nosiłam LaurEssa, a dzisiaj MEOW, ale nie wytrzymały całego dnia. O ile Devoted jeszcze do tej pory jest lekko widoczny, o tyle po Cherish nie został nawet ślad 😦
  • po całym dniu noszenia na razie nie widzę żadnej kaszki na policzkach, żadnego podrażnienia i mam nadzieję, że tak zostanie 😉 Co prawda miałam opory przed użyciem dzisiaj ponownie tych próbek, bo wpakowałam wczoraj do nich paluchy przy robieniu swatchy, ale mam nadzieję, że przez jeden dzień nie zdążyło się tam rozwinąć niewiadomo jakie siedlisko bakterii i że nie skończy się jakimś wysypem …
  • nadal potwierdzam to, co pisałam wczoraj – róże rozprowadzają się naprawdę łatwo i nie odnotowałam żadnych trudności z ich aplikacją. Na innym podkładzie niż wczoraj rozprowadziły się tak samo dobrze.

Zdjęcia Cherish na policzku (u mnie róż na monitorze jest widoczny, ale podejrzewam, że nie u wszystkich będzie 😦 )

Zdjęcia Devoted na policzku

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Podkład : MEOW Purrrfect Puss 3-Naughty Korat (choć mogłam wybrać podkład z nieco lepszym kryciem 😦 )

Róż : Silk Naturals Creamy Blush Devoted na jednym policzku, Cherish na drugim

Oczy : Paleta Urban Decay – Urban Ammo Eye Palette (Smog, Mildew, Last Call, Chopper – choć i tak na zdjęciach ich nie widać 😉 )

Brwi : Silk Naturals Medium Ash Brow Powder

Tusz : Clinique High Impact

Usta : Artdeco Gourmet Gloss Champagne Fizz

Zrobiłam trochę nowych swatchy tych różów SN na ręce, ale są jeszcze gorsze niż wczoraj 🙂 Spieszyłam się rano i jakoś nie mogłam zrobić żadnego sensownego ujęcia. W dodatku słońce się schowało, jak na złość w momencie, kiedy robiłam zdjęcia nagle zrobiło się szaro, ponuro i ciemno. A za chwilę baterie w aparacie się skończyły… Widocznie nie dane mi zrobić lepszych zdjęć tych róży… Są, jakie są, wklejam i tak 😉