Z cyklu "omijać z daleka"

Kolejny sklep wpisał się dzisiaj na moją listę "omijać z daleka". Nadal cierpię na brak czasu, ale właśnie się zagotowałam i nie mogę nie napisać choć kilku słów.

Jako iż kończył mi się olej Heenara, bez którego nie wyobrażam sobie już pielęgnacji włosów, a na Helfach wciąż braki ( i brak konkretnego terminu dostawy), postanowiłam poszukać zastępczego miejsca zakupów. Olej znalazłam w 3 sklepach. W jednym z nich musiałam do koszyka dorzucić coś jeszcze, gdyż pojawiła mi się informacja, że muszę zrobić zakupy za jakąś tam minimalną kwotę, by mogli zrealizować moje zamówienie. Nie, dziękuję. Nie lubię być zmuszana do kupowania czegoś, czego w danym momencie nie potrzebuję. Mój wybór padł na sklep Ezosfera, który ze względu na sporą ilość fanów na facebooków wydał mi się najbardziej wiarygodny.

Nic bardziej mylnego. Za olej zapłaciłam 8 marca, natychmiast otrzymałam potwierdzenie o otrzymaniu wpłaty przez sklep. I cierpliwie sobie czekałam na maila, jaki miałam dostać z informacją o wysyłce. Wczoraj (po 8 dniach braku takiego maila) wysłałam zapytanie, kiedy została wysłana moja przesyłka.

Co się okazało? Pozwolę sobie zacytować:

Witam,

Nistety olejek, który Pani zamówiła jest obecnie niedostępny.
Możemy zwrócić Pani wpłatę lub być może chciałaby Pani zamówić coś innego w zamian.

Przepraszamy za tę sytuację.

Z poważaniem,
(imię i nazwisko)
Ezosfera.pl

Świetnie. Jak miło ze strony sklepu, że raczyli poinformować o brakach i że sprzedają towar, którego nie mają na stanie. Ciekawe, ile bym jeszcze czekała, gdybym się nie raczyła upomnieć. W chwili składania zamówienia towar był dostępny i nikt nie raczył mnie poinformować o problemach z jego dostępnością. Wtedy pewnie bym zrozumiała i po prostu kupiła sobie olej gdzieś indziej.

Może i sklep ma wiernych fanów, ja do nich z pewnością nie dołączę. I ze swojej strony, zdecydowanie odradzam zakupy w sklepie, który tak niepoważnie podchodzi do klienta. Kompletny brak szacunku do kupującego – jego czasu, pieniędzy. Ja już poprosiłam o wykasowanie mojego konta w tym sklepie i o zwrot pieniędzy, bo na kolejne zakupy z pewnością się nie skuszę.

Wrr… ale jestem wściekła. Nie cierpię, po prostu nie cierpię czegoś takiego. Pokornie i z podkulonym ogonem wracam do zakupów na Helfach, bo owszem, braki magazynowe tam się zdarzają, ale za to nigdy nie miałam problemu ani z wysyłką, ani z obsługą. Pod tym względem wiele sklepów mogłoby się od Helfów uczyć. A ja mam nauczkę, by zostać jednak przy sprawdzonych miejscach zakupowych…

AKTUALIZACJA:

w czwartek (5 dni temu) poprosiłam o zwrot pieniędzy – cisza… Wczoraj rano również wysłałam maila z numerem rachunku – również cisza. Komentarz dalszy chyba zbędny. Dla mnie jest to po prostu ŻAŁOSNE…

AKTUALIZACJA 2

Jutro mija tydzień odkąd prosiłam o zwrot i usunięcie konta. Nadal żadnej reakcji. I oczywiście pieniędzy na koncie też nie ..

Pani ze sklepu Ezosfera, autorka powyższego maila do chwili obecnej nie raczyła się skontaktować ze mną i do chwili obecnej moje konto w tym sklepie nie zostało usunięte (samodzielnie tego zrobić nie mogę). Wykonanie przelewu zwrotnego również jest zadaniem przekraczającym możliwości tego sklepu. Potwierdzam i podtrzymuję swoje zdanie o tym miejscu. i ZDECYDOWANIE POLECAM ZASTANOWIĆ SIĘ NIE DWA, ALE KILKA RAZY PRZED ZAKUPEM ….

Aktualizacja 3

Po tygodniu od mojej prośby o zwrot pieniędzy (PO TYGODNIU!), dopiero gdy wystawiłam negatywny komentarz w sklepie, raczyla się ze mną skontaktować kolejna osoba ze sklepu.

 

Pani wpisy są w świetle faktów, naruszeniem dobrego imienia naszej firmy i pomówieniem, ponieważ pieniądze zostały zwrócone zgodnie z Regulaminem sklepu  http://www.ezosfera.pl/pomoc/regulamin
Proszę o wykasowanie swoich wpisów w internecie, bo jest to działanie na szkodę ludzi w nim pracujących z powodu 35 złotych i 42 groszy!

Absolutnie nie mam zamiaru tego zrobić. Żadne słowo przeze mnie napisane nie minęło się z prawdą. Przedstawiłam fakty takie, jakimi one są. Ocenę zachowania sklepu pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy. Okazuje się, że nie mamy prawa pisać źle 😉 Mój wpis jest niczym innym jak opisem przebiegu realizacji mojego zamówienia w sklepie Ezosfera. A do tego mam pełne prawo. Mało tego, mój komentarz w owym sklepie również został wykasowany. Konto, o co prosiłam natomiast ponad tydzień temu – nadal istnieje. Mimo iż wyraziłam stanowczą prośbę o jego usunięcie. Nie zgadzam się na dłuższy dostęp do moich danych osobowych przez sklep Ezosfera, ale jak widać, ten nic sobie z tego nie robi.

dopisano 25 marca 02:38 – moje konto w sklepie zostało usunięte.

Mało tego, właśnie sprawdziłam konto bankowe i w chwili obecnej żaden zwrot na nim nie figuruje, a sklep do chwili obecnej nie odpowiedział na moją prośbę o przesłanie dowodu nadania przelewu.

A regulamin, do którego odnosi się Pani z sklepu Ezosfera i który jest dla niej wyznacznikiem zachowania mówi:

Zamówienie zostanie zrealizowane pod warunkiem, że towar jest dostępny w magazynie lub u dostawców Sklepu. W przypadku niedostępności części towarów objętych zamówieniem Klient jest informowany o stanie zamówienia i podejmuje decyzje o sposobie jego realizacji (częściowa realizacja, wydłużenie czasu oczekiwania, anulowanie całości zamówienia).

Pamiętajmy jednak, że to MY musimy się dopytać, czy na pewno nie ma braków. Sklep sam z siebie nas o tym nie poinformuje.

Dopisano:

TUTAJ poinformowałam o finale tej sprawy. Dla mnie ona jest zamknięta.

iS Clinical po 3 tygodniach testów

Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną Pani Justyna z firmy IsClinical z pytaniem, czy nie chciałabym przetestować oferowanych przez tą markę kosmetyków. Przyznam się szczerze, że nie bardzo wiedziałam, czy w ogóle podchodzić do tego tematu, gdyż jak część z Was wie, moja cera jest naprawdę trudna w pielęgnacji i gdy uda mi się ją doprowadzić do jako takiego stanu, to chciałabym ten stan zatrzymać jak najdłużej, a nie kombinować i ryzykować, że znowu ulegnie pogorszeniu. Po zapoznaniu się jednak ze składem postanowiłam spróbować i gdy po kilku dniach kurier dostarczył mi paczuszkę, przystąpiłam do testów.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór

I jak zwykle- żadne zdjęcie nie było poddane retuszowi mającemu na celu zmianę wyglądu skóry czy innej korekcji)

Nie ukrywam, iż o firmie tej dowiedziałam się dopiero niedawno i z jakiegoś powodu, nigdy wcześniej żadne informacje o produktacj tej marki nie przyciągnęły mojej uwagi.

Co o sobie mówi iS Clinical?

iS Clinical jest ekskluzywną marką preparatów do pielęgnacji skóry stworzoną przez INNOVATIVE SKINCARE, która oferuje preparaty o potwierdzonym klinicznie działaniu. Nasi eksperci (farmaceuci, lekarze i eksperci przemysłu kosmetycznego) są liderami w swoich dziedzinach. Dzięki ich zespołowej pracy powstają bezpieczne preparaty, które zapewniają długotrwałe rezultaty wygładzenia i napięcia skóry. Formuły iS CLINICAL zawierają tylko najczystsze składniki o jakości farmaceutycznej, uzyskiwane z całego świata. Każdy ze składników jest przebadany klinicznie pod względem bezpieczeństwa oraz skuteczności działania. Nieprześcigniona technologia tworzenia formuł zapewnia produktom iS CLINICAL skuteczność działania w najwyższym stopniu, dając tym samym pozytywne wyniki kliniczne, trudne do uzyskania w przypadku używania innych ogólnodostępnych kosmetyków.

Produkty iS CLINICAL są zalecane przez wiodących dermatologów, chirurgów plastycznych, onkologów, instytucje medyczne oraz lekarzy medycyny estetycznej. Naszą niezmienną misją w INNOVATIVE SKINCARE jest ulepszanie ludzkiego życia. IINNOVATIVE SKINCARE ustanowił platynowe standardy w pielęgnacji skóry poprzez skuteczne połączenie nauki i piękna.

Tyle w teorii. Przejdźmy do praktyki. Przed testami starałam się nie czytać żadnych opinii i recenzji, gdyż nie chciałam, żeby to w jakikolwiek sposób wpłynęło na mój odbiór i odczucia związane z tymi kosmetykami. Co prawda już po kilku dniach kusiło mnie, żeby zerknąć, co inni piszą, ale zrobiłam to dopiero wtedy, kiedy już sobie wyrobiłam własne zdanie na temat tego, co otrzymałam do przetestowania.

Paczuszka dotarła do mnie bezpieczna, solidnie zapakowana, wypełniona różnymi ulotkami i materiałami pozwalającymi na dokładniejsze zapoznanie się z produktami. Do estetyki opakowań też nie mam zastrzeżeń, choć przyznaję, iż nieraz drżała mi ręka, gdy brałam szklaną buteleczkę z Activ Serum i oczyma wyobraźni widziałam, jak rozpryskuje się na posadzce w łazience 😉

Do testów otrzymałam :

  • Cleansing Complex 60 ml (cena 180 ml – 145 zł) żel oczyszczający do mycia twarzy. Kosmetyk ma postać średnio gęstego, bezbarwnego i bezzapachowego żelu, który po naniesieniu na zwilżone dłonie leciutko się pieni. Nie jest to ani obfita, ani gęsta piana, ale wystarczająca, by łatwo rozprowadzić preparat po całej twarzy. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to wydajność żelu. Do zmycia całego makijażu wystarczy dosłownie kropla. Przy użyciu większej ilości cieni do powiek i kilku warstw tuszu do rzęs musiałam zabieg powtórzyć, ale na co dzień do demakijażu wystarcza mi 1, dosłownie 1 kropla rozprowadzona na twarzy. Po umyciu skóra nie jest ani ściągnięta, ani wysuszona, ani podrażniona, za to czysta i miękka.

 

Czytaj dalej

Aubrey Organics

Otrzymałam dzisiaj paczkę od polskiego przedstawiciela marki Aubrey Organics z kilkoma produktami do przetestowania i opisania. Chyba każdy, kto interesuje się kosmetykami organicznymi, naturalnymi i przyjaznymi składowo słyszał o tej firmie. O jej genezie i filozofii można przeczytać TUTAJ.

Tak więc gdy dostałam propozycję przetestowania kilku produktów, ucieszyłam się ogromnie, bo przyznam, iż zamawianie z iHerba to spora loteria (uwielbiam ten sklep za szeroki wybór i świetne produkty, ale niestety, nasze polskie realia są jakie są i w przypadku nierejestrowanych przesyłek jak wiemy spora część ginie w tajemniczych okolicznościach).

Niedługo szersza recenzja, a teraz tylko taka szybka zapowiedź tego, o czym za jakiś czas będę mogła opowiedzieć.

W paczce znalazłam :

Mleczko oczyszczające z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Tonik z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Krem nawilżający z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta SPF 15 30 ml (czyli całkiem sporo jak na testerowy krem)
Maseczka kojąca z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 15 ml
próbki produktów (w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
Krem oczyszczający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml

Tonik  z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Krem nawilżający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Maseczka nawilżająca z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 15 ml
próbki produktów (tu również w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
 

  • Szampony  w wersji MINI (każdy ok.60 ml) – chwalone na rozmaitych forach głównie za doskonały skład oraz świetne działanie (jak będzie w moim przypadku? Na pewno zdam relację)

Rewitalizujący szampon z jojobą, aloesem i jukką-  do suchych i zniszczonych włosów

Odżywczy szampon z dziką różą (Rosa Mosqueta)  do  wszystkich rodzajów włosów (odpowiedni także dla włosów farbowanych)

Glikogenowo-proteinowy szampon przywracający równowagę-  do włosów normalnych

  • Odżywki do włosów w wersji MINI (każda ok. 60 ml)

Odżywka z dziką różą  (Rosa Mosqueta)-  do  wszystkich rodzajów włosów

Glikogenowo-proteinowa odżywka  przywracająca równowagę- do włosów normalnych

  • Bio Balsamy do ust w wersji : Mandarynka, Miód/Wanilia, Mięta/Zielona herbata

Jeszcze oczywiście nie mogę za wiele powiedzieć o tych kosmetykach, bo dopiero godzinę temu dorwałam się do paczuszki, ale za to balsam mandarynkowy do ust już powędrował do mojej córki, która go przechwyciła (ma ostatnio problem z wysuszoną skórą u ust i mam nadzieję, że się sprawdzi u niej) natomiast ja zostawiłam sobie dwa pozostałe.

Otworzyłam też próbkę kremu do rąk/balsamu do ciała Luxurious Hand & Body Lotion Rosa Mosqueta i przyznam, że w pierwszej chwili byłam ogromnie zaskoczona wyglądem tego kremu. Przeraziła mnie jego perłowość (pewnie dlatego, że się kompletnie tego nie spodziewałam). Na szczęście okazało się, że po rozsmarowaniu na skórze nie widzimy żadnych drobinek czy połysku, nawet w sztucznym świetle. Za to konsystencja jest niesamowicie dziwna – gęsta, a po rozsmarowaniu błyskawicznie się wchłania nie pozostawiając ani odrobiny tłustej warstwy, za to skóra jest gładka, miękka i w widocznie lepszym stanie. Jedyne, co mi przeszkadza, to zapach. Róża z pudrem. Nie jest to moje ulubione połączenie, ale z pewnością znajdzie swoje zwolenniczki 🙂

Tyle na szybko, więcej – niebawem 😉

A wieczorem, późnym wieczorem – przegląd makijaży nadesłanych na konkurs Pixie 😉 Zapraszam.

Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉

Niebawem..

Krótka zapowiedź tego, co w najbliższym czasie na moim blogu :

Recenzja pomadek Celia – moje zamówienie coś idzie bardzo wolno, więc wczoraj nie wytrzymałam i zakupiłam w pobliskiej drogerii dwa z dostępnych odcieni. Wybrałam kolory 503 i 505. Na zdjęciu i w rzeczywistości wydają się być dość zbliżonymi kolorystycznie pomadkami, natomiast na ustach każda z nich zachowuje się zupełnie inaczej… Pełen opis w następnym poście…

Podkłady Lily Lolo. Zestawienie wszystkich posiadanych przeze mnie odcieni (18) wraz z moją opinią o tych podkładach. Na stronie polskiego dystrybutora pojawiły się dostępne darmowe próbki podkładów do zamówień. Niestety, warunki producenta Lily Lolo wyraźnie określają, iż próbki te nie mogą być sprzedawane. Aby jednak jakoś ułatwić wybór właściwego odcienia pojawiła się opcja bezpłatnego otrzymania wybranych przez siebie próbek przy składaniu zamówienia. Niebawem moja recenzja podkładu Lily Lolo (jutro rozpoczynam testowanie 🙂 )

iS CLINICAL – obszerna recenzja kosmetyków otrzymanych do testów. Tu post zostanie rozłożony na dwie części – pierwsza, gdzie przedstawię pokrótce, co otrzymałam itd, natomiast za jakiś czas podzielę się swoimi spostrzeżeniami odnośnie produktów iS Clinical. Mam możliwość testów : Cleasing Complex, Active Serum, Super Serum Advance+ oraz Moisturizing Complex. Sama jestem ogromnie ciekawa tych produktów 🙂

W poszukiwaniu bronzera idealnego…

Bronzera idealnego szukam od dłuższego czasu. Niech on już nawet nie będzie mineralny (bo i tak rzadko używam tego typu kosmetyków, więc może jeżeli będzie w miarę bezpieczny składowo i użyty raz na kilka tygodni, to krzywdy mi nie zrobi?), tylko niech to będzie taki bronzer, jaki mi się marzy. Przetestowałam już naprawdę wiele bardziej i mniej chwalonych. Właściwie całą czołówkę wizażowego KWC sprawdziłam na sobie i nic… Wszystko albo zbyt blade, albo zbyt ciemne, albo za pomarańczowe, albo wręcz sprany, bezbarwny i sprawiający wrażenie brudnej smugi; albo za dużo błyskotek, albo znowu płaski, tępy, kredowy mat…

Co jakiś czas kupuję kolejny bronzer z nadzieją, że to może właśnie ten jedyny… Ostatnio wybór padł na w miarę przyzwoicie oceniany na MakeupAlley bronzer Stila. Obejrzałam zdjęcia, poczytałam, wybrałam odcień 02,  kliknęłam i pewnego dnia przydreptał (po przejściach, bo baaaardzo długo szedł do mnie, ale w końcu jednak dotarł).

No i po raz kolejny mam wrażenie, że jestem totalną daltonistką. Brązowy? Bez pomarańczowych tonów? Przyznaję, mam coś ze wzrokiem w takim razie. Bo dla mnie nie jest to ani odcień brązu a i sporą dawkę pomarańczu w nim również widzę. Pomijam już fakt, że wg niektórych opinii bronzer ten nie posiada ani odrobiny błyskotek, nawet najdrobniejszych. Hm… ktoś widać dorzucił mi je po drodze…

Na zdjęciach wygląda całkiem nieźle. I pewnie ta jego fotogeniczność mnie zmyliła, bo patrząc nawet na swoje fotki, w życiu nie przypuszczałabym, że to taki brzydal 🙂

  W wolnej chwili postaram się pstryknąć jakieś zdjęcia z użyciem tego kosmetyku na twarzy, ale uprzedzam, że nie będzie to sympatyczny widok 🙂 Na mojej skórze wychodzi z niego wszystko, co najgorsze – pomarańczowość, delikatne satynowe wykończenie po kilku minutach zamienia się w smalcowaty błysk; zero subtelności i zero uroku, za to kompletne rozczarowanie. Na pewno nie jest to efekt skóry muśniętej pierwszymi promieniami słońca. Raczej skóry przysmażonej na solarium. Kilka razy nawet 😉 A potem poprawionej samoopalaczem..

Zdecydowanie jestem na "NIE". Na mojej skórze wygląda tanio, brzydko i w dodatku pomarańczowo. Ja podziękuję 😉

Gdyby jeszcze chociaż skład miał porządny, a tu widzimy : talc, zinc stearate, silica, nylon-12,  ethylhexyl palmitate, dimethicone, mineral oil/parafinum liquidum/huile minerale, tocopheryl acetate, magnesium carbonate, methylparaben, propylparaben, [+/- bismuth oxychloride (CI 77163), mica, iron oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)]

Niezbyt przyjazny skład dla osób ze skórą podatną na zapychanie i podrażnienia (talk, silikony, olej mineralny, parabeny, bismuth oxychloride).

Jedyne, co dostrzegam na plus w tym kosmetyku, to dołączone lusterko oraz tekturowe, surowe pudełko kojarzące się z ekologią. Samo opakowanie wygląda dość tandetnie – kiepskiej jakości plastik pokryty farbą, która ma tendencję do odpryskiwania ( u mnie już pierwszego dnia pojawiły się ślady), więc podejrzewam, że gdybym nosiła go w torebce, po kilku dniach wyglądałby tak, że wstyd byłoby go z niej wyciągnąć.

Cena : bardzo różna w zależności od sklepu, od 14$ do … 28$. Na ebayu oczywiście można upolować taniej 🙂

____________________________________________________________________________________________________

Przy okazji chciałam się pochwalić paczuszką, jaką otrzymałam od Hexxany . Mnóstwo próbek perfum do testów oraz dwie próbki ze Sweetscents, czyli marki, która jest gdzieś na mojej liście do wypróbowania, ale nieład na stronie i jakiś taki brak ogranizacji sprawiają, że za każdym razem wychodzę stamtąd bez złożenia zamówenia. Z chęcią przetestowałabym więcej kosmetyków tej marki, ale póki co – gdzieś na dalszej pozycji mojej listy zakupowej się znajduje (choć swatche i recenzje na wizażu i na różnych blogach kuszą, oj kuszą 🙂 )

Mam okazję testować zarówno podkład Sweetscents (odcień Beige) jak i proszek do stosowania na noc (Green Tea Overnight Treatment). Niebawem pewnie pojawią się jakieś recenzje obu produktów.

Póki co jednak jestem na etapie testów perfum od Hexxany. Sprawiła mi ogromną radość tymi odlewkami, bo wiele zapachów na mojej liście się znajdowało i mogę je w końcu wypróbować bez kupowania całego flakonika w ciemno (wiem już, że Botrytisowy Ginestet i jego miodowe nuty jednak nie dla mnie, więc jestem bogatsza o kilkaset złotych, których nie wydałam :D).

Przede mną testy m.in: M. Micalle Royal Muska, Serge Lutens Clair de MuscKilian Straight to Heaven, Molinard Habanita, L'Artisan Tea for Two, Fragonard Reve Indien, Fragonard Belle de Nuit, Frederic Malle Musc Ravageur

Cieszę się ogromnie i nie mogę się doczekać kolejnych wolnych dni na testy 🙂

Sephora, czyli ani mineralnie ani naturalnie… Część II

Kolejna część posta dotyczącego zakupów w Sephorze (choć tu całkiem naturalnie jeżeli chodzi o skład, może nie idealnie, ale na pewno lepiej niż przy poprzedniej recenzji sephorowych zakupów)

Dzisiaj kosmetyk, który ma tyle samo fanek, co i zagorzałych przeciwniczek, które go nienawidzą.

Mowa o :

Super Hand Scrub by Sephora

Jest to nic innego, jak peeling do rąk. Jego głównym zadaniem jest usunąć martwy naskórek, wygładzić skórę, przygotować do dalszych zabiegów, ułatwić wchłanianie się preparatów pielęgnacyjnych i generalnie wszystko to, co peeling robi.

Owszem, wykonanie takiego peelingu samodzielnie, to 3 minuty roboty i właściwie możemy go sobie zrobić w każdej chwili z powszechnie dostępnych składników w każdym domu. Ja jednak, jako iż nie cierpię sobie życia utrudniać, a raczej maksymalnie je upraszczać i wychodzę z założenia, że jeżeli mogę gdzieś zaoszczędzić na czymś czas, to grzechem przy moim wiecznym narzekaniu na jego brak, byłoby z takiej opcji nie skorzystać.

Dlatego też dwufazowy peeling z Sephory od dłuższego czasu jest moim niezbędnikiem w łazience.

Skład : Skład: Sodium Chloride, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Parfum (Fragrance), Tocopherol, Limonene, Citral.

Opakowanie : 125 ml

I tu najlepiej widać, co znaczy dobry marketing. Trochę soli, trochę oleju, odrobina zapachu i … 40 zł 😉

Ok, zgadzam się. Cena jest kompletnym nieporozumieniem.

Zgadzam się też, że ktoś, kto wybrał takie opakowanie do takiego produktu musiał mieć spore skłonności sadystyczne.

Zgadzam się również, że doznania, jakie nam peeling funduje z pewnością do subtelnych nie należą.

I zgadzam się także z tym, że trwałość efektu osiągniętego peelingiem pozostawia wiele do życzenia.

A z tym, że zrobienie w domu takiego peelingu jest zadaniem, z którym dziecko sobie poradzi, nawet nie sposób się nie zgodzić.

Ale…

Spójrzmy na ten produkt nieco przychylniejszym okiem.

Cena, owszem, ok. 40 zł, ale dość często Super Hand Scrub jest w cenie promocyjnej, znacznie poniżej 20 zł. A wtedy świadomość wydania kilkunastu złotych na coś, co na kilka miesięcy nam wystarczy nie jest już tak niemiła 🙂

Opakowanie. Tu rzeczywiście trzeba znaleźć w sobie sporą dozę wyrozumiałości i dobrej woli, by przekonać (choćby siebie), że takie opakowanie ma sens. Bo wydobywanie peelingu z sztywnej butelki (zwłaszcza, że trzeba ją mocno nacisnąć, żeby kosmetyk wydobyć) ani łatwe ani przyjemne nie jest. Zwłaszcza, gdy całą energię zużyliśmy na zmieszanie dwóch warstw ze sobą (namachać się przy tym trzeba co niemiara). Ale… zawsze to kilka dodatkowych kcal spalone 😀

A że delikatny nie jest? No nie jest, nie da się ukryć. To zdecydowanie wersja hardcorowa i wrażliwszym typom raczej nie polecam. Jednakże ja do nich nie należę i jakoś nie uważam, żeby doznania były wyjątkowo nieprzyjemne. Ot, czuć po prostu, że szorujemy 😉 Drobinki są spore, ostre i na pewno wyczuwalne. Żadnej subtelności, żadnej delikatności, żadnej taryfy ulgowej. Ostro bez dwóch zdań 😉 Choć można się przyzwyczaić. Albo to ja taka gruboskórna jestem 😀

Efekt zniewalający.Szkoda tylko, że już następnego dnia śladu po nim nie ma najmniejszego. Ale z drugiej strony przy regularnym stosowaniu mam wrażenie, że ręce generalnie lepiej wyglądają, skórki mniej przesuszone i odstające, dłonie wyglądają na zadbane.

No, a że w domu możemy same? Pewnie, że możemy. Wystarczy wziąć kilka składników, wymieszać i gotowe. Tylko, że trochę to czasochłonne, dwa – szkoda mi moich olei do wylewania w takich ilościach po to, żeby je spłukać z wodą, trzy – lubię mieć świadomość, że w każdej chwili mogę sobie taki peeling zafundować (wspominałam, że ok. minuty trwa cały zabieg?) i nie muszę biegać po szafkach i szukać składników, mieszać, potem sprzątać po tym itd. Czwarty argument, którym (siebie głownie :D) próbuję przekonać, że warto – wiem, że nawet jeżeli poproszę TŻ o jego zakup przy okazji, to nie usłyszę jego cichego jęknięcia i na pewno kupi to, o co poprosiłam, bo sam również nie stroni od używania go raz na jakiś czas 😀

Podsumowując. Dość kontrowersyjny kosmetyk. Ma wiele wad. Na pewno.

Ale gładkość… Gładkość i miękkość dłoni po zabiegu tym peelingiem sprawiają, że zapominam o wszystkim, co złe w nim. Wybaczam mu wszystkie wady. I wiem, że przy następnej okazji, kupię ponownie 😉

Aha, zapach – dla mnie neutralny. Ani mnie ziębi, ani grzeje 😛 Choć jeżeli miałabym wybierać, to wolę zapachowo peeling DAX-a (orzechowo – cukrowy).