Doleciały, czyli kolejne zamówienie z iHerba ;)

Kilka dni temu doleciało do mnie kolejne zamówinie z iHerba i tym samym potwierdziło się to, co obserwuję od jakiegoś czasu – każda paczka laduje u mnie dokładnie po 3 tygodniach od chwili wysłania. W przeciwieństwie do mojego poprzedniego zamówienia, tym razem zostało mi ono dostarczone przez kuriera.

Postanowiłam znaleźć jakiś ciekawy kosmetyk do demakijażu i w związku z tym zakupiłam kilka produktów z nadzieją, że choć jeden z nich okaże się bliski ideałowi w tej kategorii. Jestem dopiero po 2 dniach testów, ale mniej więcej potrafię już wyłonić swojego faworyta i za kilka dni dokładniejsze recenzje i opisy. Dzisiaj tylko pokażę, co kupiłam :

  • Avalon Organics, Lavender Facial Cleansing Gel właściwie skusiłam się na niego, gdyż byłam ciekawa, jak się spisuje żel, który ciągle jest niedostępny w sprzedaży (pojawia się i natychmiast znika). Cena 6,99$ za 200 ml.

Za przesyłkę tradycyjnie zapłaciłam … 4$ (zmieściłam się). Przypominam, że zamówienia z iHerba można składać nawet na jeden kosmetyk i jeżeli jest to nasze pierwsze zamówienie, to kod QAP372 odejmuje od niego 5$ (czyli w wielu przypadkach jakiś kosmetyk możemy mieć po prostu za DARMO). Płatność albo kartą kredytową, albo zwykłą kartą (np. z mbanku). Paypala iHerb nie obsługuje, więc konto paypalowe nie tylko nie jest konieczne, ale wręcz zupełnie niepotrzebne (to jedno z najczęstszych pytań, jakie od Was dostaję w sprawie iHerba)

(tradycyjnie – wszystkie wyróżnione innym kolorem czcionki słowa  w tekście są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Wieczorkiem dziś lub jutro siądę i poodpisuję na Wasze komentarze pod moimi postami (nie lubię tego robić na szybko, a za chwilkę muszę wyjść, więc zrobię to, jak już usiądę na spokojnie i nikt mi przeszkadzać nie będzie 😉 )

Yves Rocher i The Body Shop.. I dlaczego jestem inna :D

Zdaję sobie sprawę z tego, że czytanie o zakupach z iHerba dla niektórych może wydawać się tematem kompletnie z innej bajki i wiem, że część z Was woli zakupy, których możemy dokonać stacjonarnie, bez konieczności znajomości chociażby podstaw języka angielskiego, bez konieczności udzielania limitu zaufania zagranicznym sklepom, bez konieczności posiadania karty kredytowej/Paypala. Niestety, oferta kosmetyków organicznych/naturalnych/o przyjaznych składach na naszym rynku wciąż jest dużo, dużo uboższa niż za granicą (a jeżeli już, to często ceny nie zachęcają do eksperymentowania), stąd też ja częściej kupuję jednak zagranicą niż u nas. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się wejść do sklepu i kupić czegoś, co jest dostępne na każdym kroku.

Oto dowód:

Dzisiaj szybka recenzja ostatnich moich zakupów:

  • Yves Rocher żel pod prysznic i do kąpieli 400 ml o zapachu kokosa. Myślę, że tu nie trzeba się rozpisywać i podejrzewam, że każda z nas miała kontakt z żelami YR. Nic specjalnego, szału nie ma, ale na tyle przyzwoite, by móc sięgnąć po jeden z naszych ulubionych wariantów zapachowych. Kokosa akurat bardzo lubi moja córka, więc to właściwie jej zakup 🙂 Przyjemnie pachnie (aczkolwiek to wersja tylko dla amatorów kokosowych aromatów, na pozostałych może działać migrenogennie), fajnie się pieni, tani, wydajny, łatwo dostępny, nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego… Cena 15 zł / 400 ml.
  • Yves Rocher mleczko do ciała z wanilią z upraw biologicznych. Zakup w ciemno, bez wąchania, co okazało się niezbyt miłe w skutkach 🙂 Owszem, nie da się zaprzeczyć, ze to wanilia, a ja wanilię lubię, ale ta tutaj jest dla mnie zbyt nachalna, zbyt atakująca zewsząd, zbyt osaczająca i żyć niedająca 😉 Samo mleczko jak mleczko, nawilża dość przyzwoicie, wchłania się szybko, nie zostawia klejącej ani tłustawej warstwy. Zdecydowanie wyklucza używanie jakichkolwiek perfum, gdyż zapach utrzymuje się kilkanaście godzin na skórze i jest wyczuwalny nawet przez otoczenie. Początkowo nawet przyjemnie mi się go używało, ale po kilku razach poddaję się… Co za dużo, to niezdrowo 🙂 Cena ok. 20 zł / 14 ml. Oczywście jak w przypadku wszystkich większych opakowań YR, tak i tutaj bardzo pomocne jest dokupienie pompek, gdyż balsam mimo lekkości jest dość gęsty i wydobywanie go z butelki bez pompki do najprostszych chyba nie należy 🙂
  • The Body Shop Almond Shower Gel – żel pod prysznic o zapachu migdałowym. Nie wiem, co ja mam ostatnio z tym migdałem.. Właściwie to nigdy migdałowych zapachów nie lubiłam, a ostatnio jakoś podejrzanie dużo migdałowych aromatów wokół mnie (nawet żel do skórek CND SolarOil pachnie migdałami, o kremie do rąk Phenome nie wspomnę). Ale do rzeczy – chwyciłam zupełnie bez przekonania, właściwie chyba tylko dlatego, że tej wersji zapachowej kosmetyków TBS jeszcze nie znałam, zawsze jakoś szerokim łukiem omijałam. Migdałowy pachnie po prostu migdałem. Takim jak powiniem.. Przyjemny, zużyję bez wysiłku, może kiedyś się nawet jeszcze skuszę 😉 Jakościowo – jak wszystkie żele TBS, nic do zarzucenia. Cena, aktualnie w promocji – 12 zł!

(tak wygląda olejek do skórek, o którym wspominałam)

  • Yves Rocher mydło jeżynowe – kolejny zakup mojego dziecka. Ona po prostu z jakiegoś dziwnego powodu lubi te mydła i woli je od żeli pod prysznic. Cóż, tanie, duże, przyjemnie pachnące – niech sobie używa 😉 Cena ok. 7 zł.
  • Kostki zapachowe do kąpieli YR – również zakupy bardziej pod kątem córki 🙂 Cena 4 zł za sztukę. Tym razem tradycyjnie już kokos i miód jako nowy wariant. Miód jest okropny – nie dość, że woda wygląda po prostu jak brudna (żółtawo- brązowy kolor), to jeszcze zapach nie do zniesienia. Duszący, nieprzyjemny. Zdecydowanie wersji z miodem więcej nie kupimy.

Tu postanowiłam zrobić małą przerwę, by oddzielić recenzję, którą sobie specjalnie zostawiłam na koniec. Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi i znowu wyjdzie, że jestem inna niż większość 😀 A dlaczego? Otóż dlatego, że zakupiłam pomadkę, która jest chyba jedną z najczęściej opisywanych ostatnio pomadek na blogach i mam kompletnie inne odczucia niż większość. Mowa o :

All About Cupcake Essence

Zastanawiałam się, jak opisać tą pomadkę. Moja opinia o niej jest tak skrajnie różna od tego, co czytam na innych blogach, że chcąc wyrazić szczerą opinię mogłabym kogoś niechcący obrazić… Napiszę w takim razie tylko tyle, że widocznie spodziewałam się cudu za parę groszy i miałam nie wiadomo jakie oczekiwania co do jej jakości, gdyż innego wyjaśnienia na to, że cieszy się ona tak dużym powodzeniem nie znajduję 😉 Dla mnie nie tylko opakowanie jest niesamowicie tandetne (ale ok, rozumiem, cena), ale i sama pomadka jakością nie grzeszy. Sztuczny, cukierkowy zapach, nierówno rozkładająca się na ustach, kolor, który przy mojej skórze wygląda bardzo niefajnie (żeby nie określić tego dosadniej), zero trwałości. Nawet mój TŻ, który o pomadkach nie ma zielonego pojęcia, gdy zobaczył ją u mnie gdy próbowałam zrobić jej zdjęcie na moich ustach skomentował to stwierdzeniem "czy my aż tak źle z kasą stoimy?" 😀 No cóż, widocznie jestem po prostu za stara na takie pomadki, ale uwierzcie mi – na moich ustach wygląda naprawdę fatalnie…U mnie zdecydowanie widać, ile kosztowało to, co mam na ustach, gdy pomaluję się All About Cupcake 😉

Dowód? Proszę bardzo 🙂 Pamiętajcie, że aparat zżera kolory i ten róż na żywo u mnie jest jeszcze bardziej … wyrazisty 🙂 Ja myślę, że to kwestia głównie koloru wyjściowego moich ust i faktu, że pomadka nie jest kryjąca. I z tego utworzył się taki niezbyt fajnie wyglądający mix kolorystyczny.

 

Jedyny sposób na nią, to naniesiona lekko palcem i delikatnie wklepana (tak właśnie nałożona została na zdjęciu obok – zdjęcie z lampą, więc nieco przekłamany kolor). Wtedy wygląda w miarę… Nie "dobrze", ale w granicach tolerancji. Ale i tak znika po chwili, a ja bawić się nie zamierzam. Widocznie nie dla mnie ona -znam bardziej trafione kolorystycznie odcienie dla mnie i ten raczej do nich nie należy 🙂 A wiem, że AAC potrafi wyglądać na ustach zupełnie inaczej, bo widziałam 🙂 Co prawda nie na żywo, bo koleżanka, która zakupiła razem ze mną tą pomadkę również machnęła ją do kosza mając o niej takie samo zdanie, ale na zdjęciach na innych blogach potrafi wyglądać naprawdę kusząco…

U mnie niestety wygląda tak, jak na zdjęciu z bloga Fashionvictim – widać, jak nierówno jest rozłożona, jak podkreśla suche skórki, jak nieładnie pokrywa usta smugami, a nie jednolitą taflą koloru 😦 Spróbuję zrobić lepsze zdjęcie i pokazać w zbliżeniu, ale coś aparat odmawia mi współpracy przy makro ostatnio i mimo zrobienia dziesiątek zdjęć, ani jedno nie nadaje się do pokazania (wszystkie są zbyt mało ostre)

Jednak można, czyli jak udało mi się kupić tylko jedną rzecz :)

Jakiś czas temu nie wytrzymałam i popełniłam kolejne zamówienie z iHerba, skupiając się tym razem głównie na kosmetykach do mycia twarzy. Jakoś tak wyszło, że wszystko, co miałam w domu albo się właśnie kończyło, albo używałam tego tak długo, że już mi bokami wyłazić zaczęło, albo po prostu przestało mi służyć, postanowiłam poszukać czegoś nowego. A że właśnie pojawiło się kilka rzeczy będących od jakiegś czasu na liście braków magazynowych, to jak mogłam nie zamówić? 🙂 No ale zamówienie w drodze, a ja stwierdziłam, że nie mam nic do zmywania makijażu, czego miałabym ochotę używać…

Ubolewając ogromnie nad tym, że preparat do demakijażu, do którego moja sympatia jest do chwili obecnej sporym zaskoczeniem dla mnie samej, nie jest dostępny w pojemności większej niż 120 ml, postanowiłam zakupić coś na szybko, w liczbie sztuk – 1, bo bez sensownym byłyby przecież większe zakupy wiedząc, że lada dzień powinnam dotrzeć do mnie paczka z iHerba. A czy może być coś szybszego (poza wycieczką do drogerii, co w przypadku mojej skóry jest niestety wykluczone) niż zakup z firmy, która mieści się 7 km ode mnie? 🙂

Mam tu na myśli sklep Matique, o którym już wcześniej wspominałam. Tym razem postanowiłam się ograniczyć do jednego, jedynego produktu, którego potrzebowałam – dodałam do koszyka i biegiem do kasy, żeby nie oglądać nic więcej 🙂 I dumna z siebie, że udała mi się ta sztuka, czekałam na paczuszkę.

Dotarła już następnego dnia roboczego od chwili wysłania. Za wysyłkę 1 kosmetyku zapłaciłam… 6 zł, co jest rzadkością w sklepach internetowych i przyznam, iż fakt, iż przy zakupie do 2 sztuk mamy możliwość wyboru opcji wysyłki w takiej kwocie, zdecydowanie przemawia na plus. Paczuszka w firmowym, estetycznym kartoniku, co również mnie cieszy (nie cierpię, gdy moje zakupy kosmetyczne przychodzą upchnięte do koperty z możliwością zgniecenia, uszkodzenia i innych niezbyt pożądanych atrakcji). No i masa próbek, które Matique jak widać dołącza do każdego, najmniejszego nawet zamówienia. I przez te próbki właśnie nabrałam ochoty na kolejny krem do rąk (dostałam już jego drugą próbkę, którą zużyłam z przyjemnością, a to wyraźny znak, że powinnam ten krem dopisać do listy zakupowej ;). Wśród próbek znalazłam nawet próbkę perfum, która jednak na testy musi poczekać, bo moja kolejka zapachowa jest dość długa i trzeba w niej jednak odstać swoje 😉

Wybrałam dość nietypowy preparat do demakijażu, bo ani żel (których jeszcze do niedawna byłam gorącą zwolenniczką), ani olejek (które też bardzo lubię). Tym razem zakupiłam :

Logona – Glinka biała z kwiatem lotosu.

Co mówi o niej opis ze strony Matique?

Do pielęgnacji i delikatnego mycia skóry twarzy, ciała i włosów; bez zawartości tensydów (nie pieni się). Doskonała alternatywa dla szamponów i mydeł. Włosy stają się miękkie, puszyste i zyskują jedwabisty połysk.

Polecana szczególnie do mycia skóry wrażliwej oraz do mycia włosów cienkich i delikatnych.
Produkt odpowiedni dla wegan.

Stosowanie 
* mycie włosów: zwilżyć włosy i myć jak szamponem
* mycie twarzy i ciała: zwilżyć twarz lub ciało i myć jak mydłem

Posiada certyfikat BDIH

Ja zakupiłam glinkę tylko i wyłącznie z zamiarem stosowania jej na twarzy – glinki na moich włosach nie tyle średnio się sprawdzały, co efekt jaki uzyskiwałam, nie był wart zabawy z nimi i wypłukiwaniem ich z włosów, które – nie wiedzieć czemu – czasem po użyciu glinki potrafiły wyglądać świetnie, a innym razem, mimo równie dokładnego spłukania – były matowe, splątane i pozbawione życia. Spróbowałam, poznałam, do glinek na włosach nie wróciłam 😉 Ale do rzeczy… Do mycia ciała też wolę inne preparaty (jak wspomniałam kilka dni temu, uzależniona jestem od kilku zapachowych wariantów 😉 ), więc glinkę kupiłam tylko i wyłącznie do demakijażu i do stosowania ewentualnie w formie maseczki.

Pierwsze wrażenia? Cóż, glinka jak glinka 🙂 (nie był to mój pierwszy kontakt z glinkami w takiej formie, więc nic nowego tu nie zauważyłam). Biała, dość przyjemnie pachnąca, niezbyt rzadka, ale też nie gęsta, trudna do rozprowadzenia pasta. Ot, zwykła glinka w kremie. Przy rozprowadzaniu wyraźnie czuć delikatne drobinki, ale baaardzo drobniutkie, nie granulkowate, bardziej przypominające coś jak nieco słabiej sproszkowana glinka, taki grubiej zmielony proszek 🙂

Wieczorem ochoczo zabrałam się do demakijażu. Zwilżyłam dłonie, wycisnęłam porcję glinki, rozprowadziłam po twarzy z zaskoczeniem widząc, jak śmiesznie kremowa porcja glinki topi się pod wpływem kontaktu ze skórą…  I nagle… ŁAŁ! Piecze ! Pali! Zmywamy natychmiast ! Szok. Pamiętacie film "Kevin sam w domu" i zabiegi pielęgnacyjne głównego małoletniego bohatera w łazience, zakończone nałożeniem wody po goleniu na twarz i jego minę? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam 🙂 Na coś takiego przygotowana nie byłam. Zmyłam, osuszyłam twarz, usiadłam i zabrałam się do czytania składu, czy na pewno czegoś nie przeoczyłam. Co my tu mamy?

Aqua (Water) – czyli woda, czyli bezpiecznie. Szczypanie to na pewno nie przez nią.

Kaolin – czyli biała glinka, produkt dobrze mi znany i używany od kilku lat w najróżniejszej formie i pod różną postacią

Montmorillonite – czyli francuska glinka, która może być zarówno zielona, biała jak i niebieska – kontakt z nią wcześniej miałam, nic się nie działo, żadnych sensacji nie pamiętam

Parfum (Essential Oils) – olejki eteryczne… Hmm.. czyżby to któryś z nich tak paskudnie działał?

Nelumbo Nucifera Extract – ekstrakt z kwiatu lotosa. Nic kompletnie obcego dla mnie, nawet ostatnio dość popularny w moich kosmetykach 😉

Limonene -substancja zapachowa tak powszechna, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na to, czy się znajduje w składzie, bo chyba większość posiadanych przeze mnie kosmetyków w składzie ją posiada.

To co w takim razie wywołało efekt szczypania? Ba, szczypanie szczypaniem, ale to bliżej piekącym doznaniom jednak było niż podszczypywaniu. Zwykła, biała, delikatna jakby nie było, biała glinka i efekt, jakiego nie miałam do tej pory po żadnych kwasach ani naprawdę hardcorowych eksperymentach? Nie, nie zrozumcie mnie źle. To nie jest efekt przypiekania żywcem ani zranionej skóry oblanej spirytusem:)… Doznania są zdecydowanie łagodniejsze i nie tak ekstremalne. Szok mój był spowodowany raczej tym, że kompletnie nie byłam na coś takiego przygotowana.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła podejścia numer dwa. A co, do odważnych świat należy… Co prawda drugie podejście już nieco bardziej nieśmiałe było, ale nadal piekło i szczypało. Byłam już jednak na to przygotowana i nie wydało mi się to już takie straszne. A samo działanie glinki na tyle miłe, by po kilku dniach z zaskoczeniem stwierdzić, że ja naprawdę polubiłam ten kosmetyk, a pieczenia praktycznie już nie wyczuwam. Zmywa makijaż bez żadnego problemu (co prawda nie radzi sobie z eyelinerem żelowym z Costal Scents, ale szczerze bym się zdziwiła, gdyby kosmetyk o takim składzie sobie z nim poradził w 100%), pozostawia skórę miłą w dotyku, miękką, ładnie oczyszczoną (jedynie z kreskami sobie nie poradził), a co najważniejsze – nie tylko nie powoduje u mnie powstawania żadnych niespodzianek, ale mam wrażenie, że wręcz przyspiesza ich gojenie. Z pewnością skóra jest bardziej jednolita, uspokojona i co dziwne, mimo pieczenia, zupełnie nie odnotowałam zaczerwienienia po demakijażu. Również oczy nie są podrażnione, nie łzawią i nie pieką (ale u mnie akurat niewiele preparatów powoduje podrażnienie oczu). Matowa skóra, lekko zwężone pory, zero ściągnięcia, uczucia wysuszenia (ale ja mam skórę mieszaną, nie wiem, jak by się zachowała na skórze suchej). Co prawda każdy z tych efektów to dość efekt dość krótkotrwały, utrzymujący się stosunkowo niedługo, ale czy można chcieć czegoś więcej od kosmetyku, którego GŁÓWNYM zadaniem ma być demakijaż?

Zastosowałam również ten preparat jako maseczkę, która bardzo ładnie zasycha – w sposób jednolity, gumowaty wręcz, bez kruszenia się i sypania przy każdym ruchu, ale nie widziałam żadnych efektów, jakich nie zaobserwowałabym przy używaniu jej jako kosmetyku do demakijażu:)

Wydajność. Tu nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Mimo tego, że tuba jest słusznych rozmiarów, mimo tego, że do zmycia makijażu używam niewielkie ilości (co prawda zawsze, każdym preparatem zmywam makijaż podwójnie), to jakoś podejrzanie szybko mi ta glinka znika. Ale przy cenie ok. 30 zł za 200 ml jestem w stanie jej to wybaczyć.

Ja znalazłam jeszcze jeden minus, który pewnie wyda się większości z Was śmieszny, ale dla mnie jest to coś, czego ja po prostu nie cierpię. Na opakowaniu mamy naklejoną etykietę w języku polskim. Oczywiście nie tego nie cierpię 😉 To jest jak najbardziej pożądane, ale fakt, że etykietka jest ze zwykłego papieru, który w kontakcie z wodą (a jak wspominałam, zawsze zmywam makijaż dwa razy i za drugim razem ręce mam wilgotne, gdy sięgam po tubkę), zaczyna się wałkować, rolować, ścierać jest dla mnie na tyle denerwujący, że i tak ową etykietę usuwam, więc nic mi po polskich napisach na takim kosmetyku 😦

Skoro mowa o niewiele znaczących dla większości niuansach, to wspomnę jeszcze, że dla mnie osobiście na plus zaliczam również opakowanie – zamknięcie na szczęście nie w formie nielubianej przeze mnie zdejmowanej nakrętki (nie lubię tego ani w pastach do zębów, ani w kremach do rąk). Otwiera się łatwo, nawet przy dłuższych paznokciach nie trzeba się martwić o ich połamanie (jeden z powodów, dla których przestałam używać żeli pod prysznic YR to właśnie koszmarne opakowania, których nigdy, dosłownie nigdy nie udawało mi się otworzyć bez wyrzucenia z siebie porcji mniej lub bardziej niecenzuralnych słów 🙂 )

 

Tyle ode mnie. Czy kupię ponownie? Jeżeli nie znajdę swojego nowego faworyta w paczce, która do mnie leci, albo mój obecny nr 1 nie pojawi się w pojemności większej niż 120 ml (o nim za kilka dni), to nie jest wykluczone, że wrócę do tej glinki, bo to naprawdę fajny kosmetyk, wbrew temu, co można było wywnioskować na początku mojej recenzji 😉

Cena regularna w Matique : 33,50 zł. Obecnie w promocji : 26,90 zł

Data ważności mojego opakowania glinki : do lipca 2013 roku

Muszę, po prostu MUSZĘ, czyli spore zaskoczenie pt. BIOARP

Wiem, że mam masę innych, wcześniej otrzymanych do testów produktów. Wiem, że mam masę zaległości w pisaniu postów, o które prosicie. Wiem…. Ale muszę, po prostu MUSZĘ, w pierwszej kolejności podzielić się z Wami czymś innym 🙂

Jakiś czas temu otrzymałam od firmy BIOARP sympatyczną możliwość wypróbowania kilku produktów, których BIOARP jest oficjalnym dystrybutorem na Polskę. Po ogromnie miłej korespondecji, dostałam paczuszkę, w której znalazłam wybrane przez siebie kosmetyki…

Miałam ochotę przetestować jakiś krem do twarzy z bogatej oferty BIOARP-u, ale nie potrafiłam się zdecydować i w efekcie podałam swoje 3 typy, które wzbudziły moje największe zainteresowanie z nadzieją, że któryś z nich znajdzie się w paczuszce. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam informację, że będę miała możliwość przetestowania … wszystkich trzech !

Również w przypadku szamponów i balsamów wybór nie był prosty, więc tu również wytypowałam swoich faworytów i, podobnie jak w przypadku kremów, z zaskoczeniem przeczytałam, że wszystkie kosmetyki, jakie umieściłam na swojej liście zostaną mi przekazane do testów.

I tym oto sposobem stałam się posiadaczką takiego oto zestawu z linii " Рецепты бабушки Агафьи" : (czy szczęśliwą? O tym w dalszej części mojego posta 😉 )

Kremy do twarzy:

Szampony i balsamy do włosów:

Po dwóch tygodniach codziennych testów jestem w stanie wystawić już recenzję i myślę, że dość rzetelnie opisać swoje doświadczenia z tymi produktami.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór. Moje recenzje są ZAWSZE szczere i jak zapewne część z Was wie – jeżeli kosmetyk nie spełnia moich oczekiwań, to nie mam najmniejszych oporów przed napisaniem o tym mimo, iż został mi wysłany GRATIS do przetestowania ;) )

Swoją recenzję zdecydowałam się podzielić na dwie części – na kremy i na produkty do pielęgnacji włosów. Gdybym je połączyła, jestem pewna, że nikt nie dotrwałby do końca czytania moich wywodów, które i tak dzisiaj wyjątkowo długie będą, za co przepraszam, ale krócej nie umiałam 😉

Dzisiaj więc : kremy do twarzy – choć dla większości osób składy kremów dostępnych na stronie BIOARP będą bez problemu akceptowalne, ja niestety musiałam poświęcić długie godziny na ich analizę pod kątem swojej, jakby nie było, dość specyficznej skóry. Nie służy mi – gliceryna, masło shea, woski, glikol propylenowy, pantenol, oleje zbyt ciężkie, parafina i kilka innych składników, które 99% ludzkości może używać bez problemów, a nawet dostrzegając ich dobroczynne działanie, a ja muszę się ich wystrzegać. A przynajmniej zwracać szczególną uwagę na to, na jakim miejscu w składzie się znajdują, w jakim towarzystwie itd…

Po weryfikacji wybrałam 3 kremy, które mnie zainteresowały:

Ich niewątpliwe plusy to fakt, iż nie zawierają parabenów, sztucznych barwników, silikonów, alkoholu, syntetycznych ekstraktów, produktów pochodzących z przerobu ropy naftowej.

Do tego posiadają europejski certyfikat ECO BIO COSMETICS – ICEA (jeżeli kosmetyk posiada taki certyfikatów, możemy być pewne, że jest naturalny i nie tylko nie znajdziemy w nim szkodliwych dla nas substancji, ale także tego, że przynajmniej 95% zawartych w produkcie składników to składniki naturalne)

Kwestie samego designu i wyglądu opakowań z pewnością są dość dyskusyjne – jestem pewna, że szata graficzna znajdzie zarówno przeciwniczki, jak i zwolenniczki takiego stylu, który mimo swojej kontrowersyjności jednak pasuje do samych kosmetyków. Od siebie dodam jedynie, że wszystko jest estetycznie wykonane, z dbałością o szczegóły – tekturowe opakowania z wytłaczanymi fragmentami, opakowanie zabezpieczone przed otwieraniem, podobnie jak same kremy, umiejscowienie daty produkcji oraz daty ważności w widocznym miejscu (kremy mają 2 letni termin ważności)

Jedyne, czego mi zabrakło, to ulotki informacyjnej w języku polskim. Owszem, na opakowaniu jest polska etykietka naklejona, ale moja ciekawość skłoniła mnie do sięgnięcia w odległe obszary pamięci i próby przypomnienia sobie lekcji języka rosyjskiego ze szkoły. Niestety, moje nieudolne próby odczytania tego, co znajduje się na ulotce dołączonej do kremów ograniczyły się jedynie do strzępków informacji i nie wszystko udało mi się zrozumieć i odszyfrować 😉 A szkoda…

  • Organiczny krem do twarzy na dzień 35-50 lat. Wg opisu: "Unikalna receptura kremu do twarzy dla osób pomiędzy 35 a 50 rokiem życia, oparta jest w 98% na komponentach pochodzenia roślinnego, organicznych ekstraktach i olejach z zimnego tłoczenia. Organiczny krem do twarzy 35-50 pozwala skórze zachować młodość, intensywnie odżywia i regeneruje, stymulując syntezę kolagenu. Wygładza, uelastycznia, nadaje skórze miękkość, elastyczność i świeży wygląd."

Zastanawiałam się, czy ten przedział wiekowy w moim przypadku to nie lekka przesada (w końcu DOPIERO 😉 33 lata mam), ale po analizie składu uznałam, że nie ma tam nic, czego powinnam się obawiać, a skład dla mnie prawie na 100% niegroźny (co prawda gliceryna się tam znalazła, ale na tyle daleko, że postanowiłam się nią nie przejmować ani trochę 😉

Skład: Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Organic Extract of Cetraria Islandica, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Pinus Sibirica Extract, Rubus Arcticus Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Ja mam kilka wątpliwości odnośnie alkoholu benzylowego w składzie. Nie przeszkadza mi on zupełnie (zwłaszcza, gdy jego umiejscowienie w składzie wskazuje na to, jaką rolę w tym kosmetyku odgrywa), na moją skórę nie wpływa negatywnie, jednak moja wiedza o nim do tej pory ograniczała się do tego, że jest to syntetyczny alkohol pozyskiwany z ropy naftowej, ale chyba muszę zweryfikować swoją wiedzę pod tym kątem, bo trochę ta moja wiedza kłóci się z tym, co podaje dystrybutor:) Obiecuję się doedukować w tym temacie nieco w wolnej chwili i ewentualnie edytuję tą notkę wówczas 😉

Cena 36 zł / 50 ml.

Krem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na "dzień dobry" przywitał mnie zapachem, jakiego się nie spodziewałam po tak naturalnym składzie (przyzwyczajona do tych…hm… nieco gorzej pachnących). Zapach bardzo przyjemny, lekko owocowy. Dla mnie przypomina zapach landrynek 🙂 Krem ma beżowo- kremowe zabarwienie i dość lekką, choć nie lejącą się i nie emulsyjną konsystencję. Wchłania się bez najmniejszego problemu bez mazania się na skórze, bez konieczności długiego wcierania, bez pozostawiania żadnej tłustej warstewki, co przy mojej mieszanej, skłonnej do przetłuszczania się skórze jest sporą zaletą.

Makijaż (oczywiście mineralny, bo innego nie testowałam) na tym kremie trzyma się bez problemów, rozprowadza się gładko, bez plam, bez ciemnienia i innych niespodzianek. Chociaż nie wszystkie minerały na mojej skórze chciały ładnie z nim współpracować. Lucy odmówiła owej współpracy, ale jak większość z nas wie, Lucy to kapryśna panna i ona prawie nikogo nie lubi 🙂

Po 2 tygodniach codziennego używania kremu nie wyskoczyły mi żadne niespodzianki nim spowodowane, pory nie zostały pozapychane, skóra jest miękka, gładka, elastyczna, zdecydowanie wystarczająco (jak dla mnie) nawilżona (choć podejrzewam, że dla osób z suchą/odwodnioną skórą nawilżenie nie będzie wystarczające).

Ja zdecydowanie jestem na duże TAK dla tego niepozornie wyglądającego kremu. Za niewielką cenę dostajemy 50 ml kosmetyku, który w moim rankingu wysunął się na prowadzenie i jeżeli nic się nie zmieni, to na stałe wejdzie do mojego programu pielęgnacyjnego.

To, czego się obawiam, to fakt, że nie jest to krem matujący, a latem moja skóra jednak przetłuszcza się zdecydowanie mocniej. Już kilka ostatnich dni dało mi powód by obawiać się, że latem ten krem na mojej twarzy może być po prostu zbyt ciężki i sprawiać, że makijaż nie będzie się dobrze trzymał i najzwyczajniej w świecie będzie spływał z twarzy po jakimś czasie. Ale czy jest krem, na którym makijaż wygląda przez cały dzień idealnie przy letnich upałach? Nie sądzę 🙂

Krem użyczyłam do testów 3 innym osobom. 2 z nich mają podobne spostrzeżenia do moich (podobna cera, skłonna do zapychania, mieszana, raczej rzadko przesuszona, potrzebująca raczej lżejszych kremów). Jedna z osób (inny typ cery) jednak miała zdecydowanie inne zdanie na temat tego kremu – na jej skórze ani nie chciał się tak ładnie wchłaniać, ani sama aplikacja była dość znacząco różna od tej, którą ja zaobserwowałam. Usłyszałam również coś o.. rozwarstwianiu się kremu, czego ja osobiście nie zauważyłam. Cóż, nie ma kremu

skład :Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Schizandra Chinensis Extract, Organic Extract of Cetraria Islandica, Phellodendron Amurens Extract, Cetearyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Glycerin, Organic Butyrospermum Parkii, Cetearyl Glucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Rubus Arcticus Extract, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Pinus Sibirica Extract, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Arginine/Lysine Polypeptide, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Przyznam się szczerze, że moje największe obawy dotyczyły właśnie tego kosmetyku. Masło shea powoduje u mnie zapychanie porów, jednak zaciekawił mnie fakt, że w składzie jest ono ZA korkowcem, płucnicą i cytryńcem, które mogą w teorii mieć działanie prewencyjne i zapobiec nieprzyjemnym niespodziankom na twarzy ze względu na swoje właściwości antybakteryjne, gojące i przeciwzapalno-oczyszczające. Nie znałam jednak takiej kombinacji w praktyce, więc moje obawy przed testami były dość spore.

Po testach stwierdzam, że krem ani mnie nie zapchał, ani nie zaszkodził, ale metodą prób i błędów odkryłam, że najlepiej w moim przypadku stosować go raz na 2-3 dni, gdyż stosowany codziennie jednak wpływał w moim przypadku na szybkość przetłuszczania się skóry. Gdy używałam go codziennie, rano miałam skórę owszem, nawilżoną, miękką i gładką, ale z wyraźną warstwą sebum na niej, które oczywiście po umyciu twarzy znikało, ale w ciągu dnia pojawiało się dość szybko. Przy aplikacji kremu raz na 3 dni – problem ten się nie pojawiał.

To, co mnie zdziwiło, to fakt, że mimo iż spodziewałam się czegoś bardziej treściwego i gęstego, to krem na noc również ma konsystencję zwykłego kremu – ani zbyt gęstego, ani zbyt płynnego. Byłam pewna, że dodatek shea sprawi, że będzie się trochę gorzej wchłaniał, że będzie czuć, że to krem na noc, a nie na dzień. Ja tego jednak nie czuję, co oczywiście, tak długo jak będę miała uczucie nawilżonej i miękkiej skóry – tak długo przeszkadzać mi absolutnie nie będzie.

dopisano: krem obecnie mogę stosować jedynie 1-2 razy w tygodniu 😦 Niestety, jednak okazał się dla mojej skóry zbyt ciężki i shea jednak daje o sobie znać. Szkoda.

Cena 36 zł / 50 ml

  • Organiczny krem do twarzy na dzień do 35 lat . Wg opisu: " Unikalna receptura kremu na dzień dla osób do 35 roku życia uzupełniona  nowoczesnym odmładzającym fitokompleksem «Carefeel».Wzmacnia procesy odnowy komórek skóry, nasycając ją witaminą C, daje wyraźny odmładzający efekt. Wygładza drobne zmarszczki, tonizuje skórę i przywraca jej sprężystość. Zmiękcza i nadaje skórze aksamitność"

Skład : Aqua with infusions of organic extract of Angelica Archangelica, Rosa Dahurica Pallas Extract, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Phellodendron Amurense Extract, Rubus Chamaemorus Extract, Ribes Aurum Seed Oil, Malva Alcea Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Meadowfoam Estolide Extract, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

To jedyny krem, którego nie opiszę dokładniej, gdyż postanowiłam go jeszcze nie otwierać. Mam zbyt dużo rozpoczętych tubek/pudełek kremów, a ten ma 2 letni termin ważności, więc spokojnie może poczekać sobie jeszcze chwilkę.

Reasumując – dwa kremy, jakie testowałam, spełniły moje oczekiwania w 100%. A nawet bardziej, gdyż po latach doświadczeń z setkami kremów do twarzy, do wszystkich podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu i właściwie nie nastawiam się na nic wielkiego. Moje oczekiwania to głównie – byle nie zapchał, nie uczulił, nie zaszkodził. A jeżeli oprócz tego znajduję coś, co nie tylko nie robi mi krzywdy, ale wręcz poprawia stan mojej skóry, to jestem zdecydowanie na tak 🙂

Podejrzewam, że kremy nie sprawdzą się u osób, które są w stanie używać zwykłych, drogeryjnych czy aptecznych produktów i które bez problemu znajdują dla siebie coś wśród nich. Ta propozycja moim zdaniem zdecydowanie bardziej skierowana jest do tych, którzy podobnie jak ja, po przetestowaniu setek kremów ogólnie dostępnych, nie znalazły ANI JEDNEGO, który by nie zapychał i nie szkodził (u mnie ze względu na wysoką nietolerancję glikolu propylenowego, gliceryny, wosków, shea i kilku innych składników znajdujących się dosłownie wszędzie)

dopisano: nieco zmieniam swoją recenzję. Krem na noc niestety po dłuższym użytkowaniu okazał się zbyt ciężki dla mojej skóry, więc nie mogę podpisać się już pod stwierdzeniem, że oba kremy spełniają moje oczekiwania w 100%.

Jako ciekawostkę podaję stronę producenta kosmetyków, które opisałam. Ja po zapoznaniu się z pełną ofertą marki "Pierwoje reshenie" mam wielką nadzieję, że polski dystrybutor czyli firma BIOARP niebawem umożliwi nam dostęp do innych produktów tej firmy, gdyż to, co tam znalazłam bardzo mnie zainteresowało (mnóstwo ciekawych kosmetyków o przyjaznych składach- naturalne, organiczne)

Sklep BIOARP posiada również ofertę dla tych, którzy wolą jednak Allegro jako miejsce zakupowe 🙂 Zarówno komentarze jak i ofertę można sprawdzić TUTAJ

PS. złośliwość przedmiotów martwych nie ma granic – w sobotę wieczorem usiadłam do komputera, żeby wkleić na bloga życzenia świąteczne dla Was i co się okazało? Brak internetu mnie dopadł. Przykro mi, że nie zdążyłam złożyć Wam życzeń (a nawet sobie specjalną kartkę kilka dni wcześniej przygotowałam), ale mam nadzieję, że święta minęły Wam wszystkim w miłej, rodzinnej, serdecznej atomasferze i … że nie macie wyrzutów sumienia po świątecznym obżarstwie jak ja 🙂 (pierwsze normalne ciasto po pół roku diety Dukana! :D)

Ciepło, cieplej, czyli blokery i antyperspiranty pod lupą…

Nie da się nie zauważyć, że pogoda coraz bardziej wiosenna, temperatury w końcu zdecydowanie bardziej przyjemne i wyraźnie czujemy, że nie tylko wiosna już zagościła na dobre, ale i lato coraz większymi krokami się zbliża.

Lato… Moja ulubiona pora roku. Wbrew modzie i temu, że opalenizna od dłuzszego czasu uznawana jest nie tylko za niemodną, niezdrową ale wręcz nie wypada być już opalonym, to ja jednak nadal będę twierdzić, że wszystko jest dla ludzi, pod warunkiem, że zachowamy umiar. Mało tego, z każdym ciemniejszym tonem na mojej skórze pojawia się ciut lepsze samopoczucie i nic nie poradzę na to, że po prostu czuję się lepiej, gdy wiem, że podkład, którego używam zimą, nagle zaczyna się robić zbyt jasny 😉

Jednak lato, to nie tylko ciepło, słońce, opalenizna, woda, wyjazdy itd. To również problem, o którym ja praktycznie zapomniałam przez ostatnie kilka lat. Pocenie się. Nie sądzę, żeby ktokolwiek lubił być spoconym 🙂 Od kilku lat używam Etiaxilu, który wyeliminował u mnie w 100% to zjawisko. Czy całkowite zablokowanie porów jest zdrowe? Z pewnością nie. Matka natura w końcu tak to sobie wykombinowa, żeby jednak te pory zablokowane nie były 🙂

Tak czy inaczej, od wielu, wielu lat, moim zdecydowanym faworytem kategorii antyperspirant/bloker jest Etiaxil. Nie przeszkodziło to jednak mi w poszukiwaniu zamiennika dla niego, gdyż nie ukrywajmy – Etiaxil zbyt wydajny nie jest, a cenowo również nie wypada zbyt korzystnie. Z drugiej jednak strony, za takie działanie pewnie byłabym w stanie zapłacić kilka razy więcej, ale ciii… lepiej niech producent takich opinii nie czyta 😉

W poszukiwaniu zamiennika dla Etiaxilu nie mogłam nie spróbować dwóch stawianych często na równi z nim produktów, czyli Antidrialu oraz słynnego już Blokera Ziaji. W recenzji znajdzie się również Nivea oraz kosmetyk o przyjazniejszym składzie. Przetestowałam wiele innych (Iwostin, Vichy, SVR, różne kryształy, a nawet Driclor, który składowo porównując z Etiaxilem powinien się sprawdzić), ale było to dawno i były tak beznadziejne, że nigdy więcej zakupu nie powtórzyłam. Na chwilę obecną posiadam :

Etiaxil – pojemność 12,5 ml, cena ok. 40 zł, w mojej aptece stacjonarnej – 49 zł  (jest też wersja 25 ml).

Występuje w wersji czerwonej (do skóry normalne) oraz niebieskiej (do skóry wrażliwej).

Stosowanie – nakładamy cienką warstwą na noc, po dokładnym umyciu i osuszeniu skóry pod pachami. Rano zmywamy. Początkowo potwarzamy co 2-3 dni, potem wystarczy raz w tygodniu, albo i rzadziej (u mnie – co ok. 10 dni)

Skład : Alcohol Denat., Aluminium Chloride

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : nie znam nic lepszego. Pierwsze użycie Etiaxilu jednak wspominam jako horror – piekło, szczypało, skóra podrażniona i niestety, nie wytrwałam do rana, bo po godzinie męczenia się poleciałam to zmywać. Na drugi dzień nei odważyłam się jednak ponowić eksperymentu, ale za to poszłam kupić wersję do skóry wrażliwej 🙂 I tu odkryłam, że bardzo, BARDZO ważne jest to, o czym producent pisze wołami na opakowaniu – stosować na DOKŁADNIE wysuszoną skórę. Nie wystarczy przetrzeć ręcznikiem. Skóra MUSI być idealnie sucha (mnie to  kosztowało kilka minut z rękoma w górze :D). Niebieska wersja okazała się dla mnie wtedy strzałem w dziesiątkę. Udało mi się dotrwać do rana, skóra nie była już tak podrażniona (aczkolwiek dyskomfort po aplikacji był wyraźny – piekło lekko, szczypało i miałam ochotę się cały czas drapać). Za to po zmyciu – cud. Przez cały dzień biegając po sklepach skóra pod pachami pozostała IDEALNIE sucha. Jak papier.

Początkowo Etiaxil stosowałam co 2-3 dni, a po 2 albo 3 takich powtórzeniach, wystarczyło mi stosowanie raz na tydzień. Potem, kiedy odważyłam się sięgnąć po wersję czerwoną – raz na około 10 dni. I przy wersji czerwonej jednak pozostałam, gdyż u mnie spisuje się ona nieco lepiej, zapewnia ochronę na dłużej, a pieczenia po kilku latach używania nie odczuwam już żadnego.

Antidral – pojemność 50 ml, cena ok. 25 zł, u mnie w aptece – 27,50 zł

Skład : Chlorek glinowy 1,0g, gliceryna 1,0g, alkohol etylowy 96% 5,0g, woda oczyszczona do 10,0g.

Stosowanie : codziennie rano należy posmarować Antidralem miejsca pocące się. W przypadku mniejszych dolegliwości-  stosujemy co 2-3 dni.
Moje spostrzeżenia i doświadczenia : być może gdybym wcześniej nie stosowała Etiaxilu, moje wrażenia byłyby inne. Jednak obecnie – jestem zdecydowanie na "NIE" dla tego produktu. Przede wszystkim – nie działa. I to jest główny zarzut pod jego adresem. Poza tym – stosowanie rano jest dla mnie nie do przyjęcia, gdyż produkt zawiera w składzie glicerynę, która powoduje, że nie wchłania się całkowicie jak Etiaxil, a pozostawia delikatną warstewkę, która powoduje uczucie dyskomfortu w moim przypadku (tak jakby skóra pod pachami nie była całkiem sucha). Rozumiem zamysł – dzięki temu nie jest też wysuszona, ale do mnie gliceryna w tym przypadku zdecydowanie nie przemawia. Być może to ona właśnie powoduje, że nie mam uczucia świeżości i idealnej suchości po zastosowaniu Antidralu. A do tego, mimo iż problemu z poceniem się nie mam, lubię stosować zapachowe antyperspiranty, co w żaden sposób nie daje się pogodzić z aplikacją po Antidralu.

A że nie działa na mnie? Tak jak wspomniałam – być może gdybym nie miała wcześniej kontaktu z Etiaxilem, moje doświadczenia byłyby inne… A być może nie. Mimo przyjaznej ceny, sporej pojemności i większej wydajności – ja nie zużyłam nawet 10% od ubiegłego lata, gdyż najzwyczajniej w świecie nie widzę sensu stosowania czegoś, co nie tylko nie działa, ale wręcz daje uczucie dyskomfortu. Termin przydatności ma jednak jeszcze dość długi, więc leży awaryjnie w szafce i czeka nie wiadomo na co.

Ziaja – Bloker – pojemność 60 ml, cena ok. 7 zł.

Stosowanie : używamy przez 2-3 noce z rzędu na suchą i niepodrażnioną skórę, potem 1-2 razy w tygodniu.

Skład :Aqua, Aluminium Chloride, Glycerin, Hydroxyethylcellulose, Potassium Sorbate.

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : moje największe rozczarowanie tego roku. Serio. Napaliłam się na ten produkt jak głupia, naczytałam się o tym, jaki on świetny, jak genialnie działa… Żadnej, dosłownie żadnej negatywnej recenzji znaleźć nie mogłam (w momencie, gdy go kupowałam). I co? Pierwsza aplikacja – eeee… ale co to ma być? Dlaczego to tak śmierdzi (przepraszam za wyrażenie, ale on naprawdę bardzo brzydko pachnie)? Dlaczego się nie wchłania? Dlaczego pod pachami tak niemiło? Aaaa… to ta gliceryna. No dobra, to ja poczekam, aż się wchłonie. Poczekam jeszcze chwilę.. Nie no, serio? Po godzinie nadal czuję, że się nie wchłonęło? Poddaję się, idę spać i nie kombinuję w takim razie… Rano? No ok, nie jest źle. Skóra nie wygląda na podrażnioną, nie czuć już zapachu blokera, nie piecze nic. Po całym dniu – hmm.. Działa. Super. To może się jednak przemęczę z tym obleśnym uczuciem lekkiej tłustości pod pachami i zatkam nos przy aplikowaniu go (bo już chwilę po zapach się ulatnia i nie jest wyczuwalny). Wytrzymałam … 3 dni. Po 3 dniach jednak zobaczyłam coś, czego miałam nadzieję nie ujrzeć już nigdy w życiu. Mokrą plamę na koszuli. O nie, to temu panu już podziękujemy. Takich niespodzianek nie lubię i nie jestem zaakceptować, nawet gdyby to miała  być jednorazowa wpadka.

Sądząc jednak po ilości pozytywnych opinii o tym produkcie – z pewnością są osoby, na skórze których się sprawdzi. Moja skóra niestety do nich nie należy. Podobnie jak skóra koleżanki, z którą równocześnie testowałyśmy ten bloker (oczywiście każda swój :D) – u niej również niezbyt się spisał, choć nieco dłużej używała go niż ja i przez jakiś czas. No i ona również nie czuje jego zapachu. Hmm… Gdybym nie wąchała go zaraz po zakupie, podejrzewałabym, że fakt, że niezbyt fajnie pachnie spowodowany jest jakąś indywidualną reakcją, w jaką wszedł w kontakcie z moją skórą. Ale przysięgam, że wąchałam czysty, nieużywany produkt 🙂 To pewnie tak jak z nutami w perfumach – tam gdzie jedni czują paloną gumę opon samochodowych, rozgrzany asfalt, inni czują słodycz orientalnych kadzideł 😉

Myślę, że bez sprawdzenia na własnej skórze się nie obejdzie. A przy takiej cenie, nawet gdyby się nie spisał – nie żal będzie go wyrzucić. A gdyby okazało się, że działa – to warto skakać z radości, że za grosze mamy problem z poceniem się załatwiony 😉

Z Ziają rozstałam się bez żalu (zdjęcie zrobione tuż po zakupie). Ona poleciała do kosza, a ja pędem do apteki po Etiaxil, na który skazana jestem już chyba na zawsze.

Tyle ode mnie w kwestii porównania tych trzech produktów.

Skąd na zdjęciu Nivea Happy Time, o którym nie wspomniałam do tej pory? Ano stąd, że jestem beznadziejnie uzależniona od tego zapachu 😀 Sam produkt, gdybym miała go oceniać pod względem skuteczności, jako antyperspirant, otrzymałby najgorszą z możliwych ocen. Działanie – zerowe. Natomiast za zapach wybaczam mu wszystko – to, że nie działa ani trochę (ale przy etiaxilu problem pocenia mnie nie dotyczy), to że wydajność jest skandaliczna (ok. 2,5 tygodnia przy codziennym użyciu), skład, który do najsympatyczniejszych nie należy (choć jak już kiedyś pisałam – skład dla mnie ma drugorzędne znaczenie, analilzuję go tylko pod kątem tego, co mi może zaszkodzić na twarzy).

Ale zapach… Zapach Nivea Happy Time z wyciągiem z bambusa i zapachem kwiatu pomarańczy jest dla mnie czymś, bez czego już nie potrafię się obyć. Żel pod prysznic z tej samej linii zapachowej mam zawsze w zapasie (kilka sztuk nawet) i gdy nie ma go w mojej łazience, to po prostu czegoś mi brakuje 😉 Mimo iż nałogowo kupuję inne – zarówno balsamy, jak i żele, ten jedynie sprawia, że mam ochotę co 5 minut pod prysznic wskakiwać.. Nivea… Mało wyrafinowana, mało elegancka, zdecydowanie nie górnopółkowa, składowo najczęściej kompletnie nieprzyjazna, a serią Happy Time przykleiła mnie do siebie na długie lata (dopóki nie wycofają, bo sądząc po tym, że używam tej linii zapachowej już … nie wiem? 2 lata? 3? to znudzić mi się raczej nie znudzi :D)

No i ostatni punkt mojego zestawienia, czyli coś dla uspokojenia sumienia, zdecydowanie bardziej przyjazne składowo niż Nivea, czyli

Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea –pojemność – ok. 120 ml, cena 3,99$.

Skład : Purified Water (Aqua), Natural Mineral Salts, Potassium Alum, Fragrance (Parfum) Including Chamomile and Green Tea Essential Oils and Extracts (czyli woda, naturalne sole mineralne, ałun, zapach składający się z olejków eterycznych i wyciągów z rumianków i zielonej herbaty)

  • Nie zawiera Aluminum Chlorohydrate (chlorowodzianu glinu)
  • Hypoalergiczny
  • Bez parabenów
  • wspierany przez centra leczenia raka (brak aluminum chlorohydrate w składzie)

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : mam dość mieszane odczucia w stosunku do tego kosmetyku. Pachnie w sposób bardzo delikatny (zdecydowanie bardziej rumiankowo niż zieloną herbatą), subtelny i raczej niedrażniący. Tylko z określeniem, czy go lubię, czy też nie, mam spory problem. Próbowałam go używać bez Etiaxilu i pot się pojawia przy wysiłku fizycznym (przy normalnym funkcjonowaniu tego nie odnotowałam), ale jest całkowicie pozbawiony zapachu, więc właściwie swoje zadanie spełnia (pamiętając, że jest to DEZODORANT, a nie ANTYPERSPIRANT). Poleciłabym ten dezodorant raczej osobom, które nie mają wielkiego problemu z potliwością, chcą wyeliminować szkodliwe składniki ze swoich produktów (chociaż pamiętajmy, że zwykły rumianek też może powodować podrażnienia, bo sama znam osobę, która jest na niego uczulona) i którym zależy na łagodnie perfumowanym, niezbyt agresywnym zapachu dezodorantu.

Z pewnością plusem tu może być fakt, że nie ma w swoim składzie kontrowersyjnego i budzącego wiele obaw chlorowodorku glinu.

Na minus – w mojej buteleczce po tygodniu popsuł się atomizer i zamiast mgiełki pryska dość niemiłym strumieniem. Nie wiem, być może trafił mi się wadliwy egzemplarz, ale skutecznie zniechęca mnie to do sięgania po niego.

———————————————

Reasumując – nie znalazłam i chyba już nie znajdę zamiennika dla Etiaxilu (idea łykania tabletek w postaci Perspiblocka do mnie kompletnie nie przemawia). Po przetestowaniu na pewno powyżej 20 różnych produktów tego typu zdecydowanie zostaję przy Etiaxilu. I nie przemawiają do mnie żadne argumenty, że to zbyt silny produkt, by używać go przez wiele lat. Nie jest to lek dostępny jedynie na receptę, nie odnotowuję żadnych podrażnień (poza pierwszym razem, kiedy nie zastosowałam się do zaleceń producenta), a skoro jedno użycie na 10 dni zapewnia mi całkowity komfort, to nie będę kombinować. Zwłaszcza, że nie rozumiem tych głosów krzyczących, że skład etiaxilu to samobójstwo 😉 Zwłaszcza, gdy zerkniemy pod nalepkę pierwszego lepszego antyperspirantu dostępnego w drogerii – w znacznej większości na II miejscu zobaczymy Aluminium Chlorohydrate, czyli nic innego jak  owiany złą sławą chlorowodorek glinu (czy słusznie tak potępiany? to już temat na zupełnie innego posta 😉 )

Poczta Polska zaskakuje… tym razem na plus :)

To, że Poczta Polska działa jak działa i zbyt wielu fanów raczej nie ma, to wiadomo. Ja sama wielokrotnie psy wieszałam na tej instytucji, gdyż nawet lat mam mniej niż ilość paczek, jaką mi „zagubili” 😉

Dzisiaj jednak stało się coś, co przywróciło mi wiarę w PP. Z iHerba zamawiam od wielu miesięcy. Na 7 paczek jedna do mnie nie dotarła (paczki są nierejestrowane). Kilka tygodni temu robiłam dość spore zamówienie (ok.100$) i wtedy postanowiłam nie ryzykować i opłacić przesyłkę rejestrowaną. Jednakże płacenie 130 zł za przesyłkę do najprzyjemniejszych nie należy, tak więc gdy okazało się, że olejek, jaki stamtąd zamawiam w ekspresowym tempie mi się kończy, postanowiłam złożyć kolejne zamówienie.

Tym razem na mniejszą kwotę, bo ok. 40$. I tak sobie pomyślałam, że jednak płacenie drugie tyle za wysyłkę jakoś średnio mi odpowiada, więc postanowiłam zaryzykować i wzięłam najtańszą opcję, czyli paczkę nierejestrowaną. Pomyślałam sobie, że jeżeli nie dotrze, to trudno, 40$ jakoś przeboleję, a po prostu odtąd będę zamawiać tylko rejestrowane (z bólem serca).

I tak minęły ponad 3 tygodnie. Kilka dni temu postawiłam krzyżyk na tym zamówieniu i nawet miałam w piątek (pojutrze) usiąść na spokojnie i zamówić wszystko raz jeszcze. Tym większe było moje zdziwienie,  gdy dzisiaj o 9- tej rano zapukał do mnie listonosz. Tak, listonosz z Poczty Polskiej (mimo iż do tej pory wszystkie paczki z iHerba kurier mi dostarczał). I wręczył mi nierejestrowaną, dość ciężką paczkę (szczęśliwa, że w ogóle dotarła, nie będę się czepiać już jej estetyki…)

Nie wiem, być może to zasługa mojego nowego, genialnego listonosza, jaki pracuje u nas od niedawna (bo nagle wszystkie paczki zaczęły dochodzić, chłopak biegnie na górę i wszystko dostarcza mi osobiście, nic nie upycha na siłę do skrzynki), czy czegoś innego, ale jestem w ciężkim szoku, że tak ciężka paczka, wysłana nierejestrowaną przesyłką trafiła do mnie bez problemu.

Zamówienie oczywiście jak zwykle zapakowane w kartonik, potem w folię, a każdy produkt jeszcze dodatkowo zabezpieczony taśmą klejącą, żeby się nic nie wylało (co prawda ja później zawsze mam problem z odklejeniem tej taśmy, bo się potrafi rwać na kawałki, ale wolę się bawić odrywając ją niż miałoby wszystko pływać w np. wylanej odżywce do włosów)

A swoją drogą, nadal mnie dziwi, jaką trasę pokonują paczki z iHerba i dlaczego są przepakowywane;) Opakowuje chyba ponownie DHL, bo ichniejsza naklejka widnieje na paczce. Sam sposób ponownego zapakowania pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że nic się nie wysypuje. Do tego ta tajemnicza pieczątka „priorytet” 😀 I czemu niektórym przynosi listonosz, innym kurier, innym InPost, a jeszcze inni dostają awizo i muszą się sami gdzieś pofatygować . U mnie do tej pory był to kurier, który w dodatku nie żądał ode mnie podpisywania niczego, nie musiałam kwitować odbioru (dziwne, prawda?), natomiast dzisiaj po raz pierwszy paczkę dostarczyła mi Poczta Polska w osobie Pana Listonosza 😉 Nie rozumiem z tego nic, ale w sumie nie jest to dla mnie jakoś szczególnie istotne, tak długo, jak długo paczki otrzymywać będę …

Oto szybki przegląd tego, co zamówiłam 😉

  • Aubrey Organics, Sparkling Mineral Water, Herbal Complexion Mist, 4 fl oz (118 ml) czyli mgiełka do twarzy z ziołowymi wyciągami. Moja druga buteleczka, bo może nie jest to niezbędnik, ale używam jej do spryskiwania podkładu po jego nałożeniu. Świetny skład, niedrażniący zapach, leciutko nawilża i odświeża skórę i co najważniejsze, nie podrażnia, nie zapycha. No i kosztuje niecałe 7$ 🙂

  • Giovanni, Nutrafix Hair Reconstructor, 6.8 fl oz (200 ml) czyli organiczna odżywka do włosów, mocno regenerująca (zwłaszcza uszkodzenia spowodowane różnymi chemicznymi procesami takimi jak farbowanie, a także niwelująca uszkodzenia powstałe na skutek używania wyskiej temperatury (suszarki, prostownice, lokówki). Co prawda ani nie farbuję włosów, ani nie używam prostownicy, lokówki ani nawet suszarki do włosów, ale opinie były tak zachęcające, że postanowiłam spróbować, zwłaszcza, że kilka produktów Giovanni, które wcześniej miałam okazję używać, okazało się całkiem niezłymi.

  • Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea, 4 fl oz (118 ml)zakupiłam raczej z ciekawości 🙂 W temacie dezodorantów od wielu miesięcy (a może i lat nawet) jestem wierna jednej kombinacji Etiaxil jako ochrona i Nivea z Happy Time (jestem uzależniona od tego zapachu i po 2 czy 3 latach używania balsamów, żelu pod prysznic i dezodorantu wciąż podoba mi się tak samo; zapach jest jedynym atutem dezodorantu Nivea, jego działanie pozostawia wiele do życzenia, ale z racji tego, że ochronę zapewnia mi Etiaxil, to i tak kupuję ten dezodorant 🙂 ). Natomiast ten zakupiłam właściwie jako coś, co miałam na swojej bardzo, bardzo długiej liście z iHerba 😉 I skuszona oczywiście dobrymi ocenami.

  • Better Botanicals, Herbal Hair Oil, 4 fl oz (118 ml)„sprawca” mojego ponownego zamówienia z iHerba, czyli świetny olejek do włosów. Mój poprzedni skończył się w błyskawicznym tempie, ale to nie dlatego, że jest tak mało wydajny (wręcz przeciwnie), ale dlatego, że porozdawałam go w ilościach całkiem sporych, a buteleczka ma tylko niecałe 120 ml. Może nie należy do najtańszych olejków do włosów, ale za jego działanie wybaczam mu wszystko (nawet to, że muszę bardzo uważać, żeby nie dotknąć włosami z tym olejkiem do twarzy, gdyż natychmiast wyskakują w tym miejscu mi krostki; oczywiście ten problem natychmiast znika po związaniu włosów). A sam olejek jest świetny – bardzo intensywnie nawilża, głęboko odżywia, pozostawia włosy mięciutkie, gładkie, błyszczące i zdrowo wyglądające. Jeden z lepszych olejków do włosów jakie znam (nawet biorąc pod uwagę moje ulubione czyli Sesę, Heenarę i Bhringraj)

Tyle na szybko, niebawem bardziej szczegółowe recenzje (słowo „niebawem” w moim znaczeniu ma nieco inne znaczenie ostatnio 😀 Ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mam całą masę produktów do testów, a twarz i włosy, na których mogę to próbować i używać – tylko w pojedynczym komplecie 😉 – stąd też obecnie mam więcej kosmetyków, których recenzji jeszcze nie zrobiłam, niż dni w roku chyba 😉  Czego jak czego, ale materiałów do opisywania na pewno mi przez długi czas nie zabraknie. Gdyby tylko doba miała jeszcze trochę więcej godzin 😉

Matique. I kilka produktów…

Jakiś czas temu pisałam o sklepie Matique, od którego otrzymałam wraz ze swoim zamówieniem kilka produktów do testów.

Czas na ich opisanie, jako iż jestem już w stanie co nieco o nich napisać.

Zakupiłam:

Opisu produktu zaczerpnięty ze strony Matique:

Wyjątkowo delikatne, a jednocześnie niezwykle skuteczne połączenie mąki z brązowego ryżu, zmielonego hibiskusa oraz olejku eterycznego z geranium sprawia, że ta Złuszczająco Oczyszczająca Maseczka do Twarzy głęboko oczyszcza skórę.

Po prostu dodaj odrobinę wody do tego pachnącego proszku, a uzyskasz jednolitą dobrze wchłaniającą wodę pastę, która „wyciągnie” z Twojej skóry wszelkie zanieczyszczenia oraz niedoskonałości w czasie kiedy będzie zasychać.

Skład (na moim pudełku nieco dłuższy niż ten podany na stronie Matique) : Oryza Sativa (Rice) Powder, Hibiscus Sabdariffa Flower Powder, Pelagonium Graveolens Flower Oil, Citral, Geraniol, Linalool, Citronellol, Limonene.

czyli wciąż dość prosty.

Termin ważności : 24 miesiące od otwarcia opakowania (wytłoczony na pudełku to 10/2013)

Cena : 39 zł

Maseczka ma postać dość intensywnie pachnącego delikatnego proszku z wyczuwalnymi drobinkami. Instrukcja na opakowaniu (w języku polskim) sugeruje, by użyć jedną stołową łyżkę proszku, do którego należy dodać odrobinę ciepłej wody. Doświadczenie (użyłam maseczki już kilka razy) pokazuje jednak, że pełna łyżka stołowa to nieco zbyt dużo i za każdym razem z miseczce zostawała mi mała poracja rozrobionej maseczki, którą właściwie na siłę niejako próbowałam gdzieś upchnąć jeszcze na twarzy 🙂

Czytałam w recenzjach o pięknym zapachu tego kosmetyku. Cóż, o gustach się nie dyskutuje 😉 Dla mnie zapach jest właściwie jedynym minusem, jaki znajduję w tym produkcie. Nie jest brzydki, ale na tyle drażniący, by uprzykrzać mi stosowanie maseczki. Trudno mi go jednak opisać, gdyż wyczuwam tu zarówno nuty kwiatowe jak i dodatek czegoś kwaśnego, niezbyt miłego. Ale sądząc po recenzjach, jakie znalazłam w sieci, to zapach większości się jednak podoba 🙂 To pewnie kwestia mojego nosa tylko i wyłącznie 🙂

Maseczka po przygotowaniu ma postać dość gęstej papki w odcieniach spranego fiołka, bzu, lilaka, ale w cieplejszej tonacji niż na zdjęciu (zdjęcie z lampą błyskową). Aplikacja nie jest trudna, aczkolwiek maseczka nie ma kremowej postaci i nie rozprowadza się przyklejając do skóry. Po kilku minutach zasycha  i obawiałam się, że po zmyciu jej moja skóra będzie nie tylko ściągnięta, ale i lekko wysuszona.

Samo zmywanie jest dość nietypowe, gdyż przy okazji usuwania maseczki wykonujemy delikatny peeling. Drobinki znajdujące się w maseczce są dość delikatne i ja osobiście nie odczuwałam żadnego dyskomfortu czy nieprzyjemnych odczuć związanych z peelingiem. Łagodnie, delikatnie, ale całkiem skutecznie. Co prawda, jak większość peelingów drobnoziarnistych, tak i tu pojawia się problem w przypadku zaplącania się kosmetyku we włosy czy okolice oczu, ale nie jest to oczywiście wadą, a jedynie cechą charakterystyczną takich peelingów.

Po zmyciu skóra szybko odzyskuje swój naturalny koloryt, u mnie nie było żadnego zaczerwienienia czy podrażnienia. Skóra jest miękka, gładka, w żaden sposób nie podrażniona, ściągnięta, czy wysuszona (mam skórę mieszaną). Dla mnie jednak jest to bardziej mimo wszystko peeling niż maseczka. Zadanie oczyszczajace wykonane zostało poprawnie, ale nie idealnie. Skóra niewątpliwie oczyszczona, ale raczej jak w przypadku porządnej maseczki do stosowania w domu niż gabinetowego zabiegu oczyszczającego. Za to wygładzanie, usunięcie martwego naskórka, odświeżenie – to wszystko, co peeling zrobić powinien, wykonane zostało.

Bardzo podoba mi się fakt, że maseczkę przygotowujemy samodzielnie, więc zawsze mamy świeżą porcję i dowolnie możemy ją urozmaicać tym, co akurat mamy pod ręką (np. oleje różnego rodzaju w przypadku suchej skóry, albo nasz ulubiony mniej lub bardziej hydrolat ).

Moja ocena 7/10.

Czy kupię ponownie? Myślę, że tak. Na kolana mnie nie rzuciła. W zachwyt dziki nie popadłam, ale działanie jest na tyle porządne i zadowalające, a sam produkt na tyle delikatnie ale jednocześnie skutecznie działający, że spokojnie mogę polecić przynajmniej jego wypróbowanie. Do tego dla mnie nie bez znaczenia jest skład – w przypadku maseczek często trudno jest znaleźć skład, który sprawdza się w przypadku problemowej cery. Tu – nie zobserwowałam żadnego ani zapchania ani podrażnienia ani innych sensacji skórnych. Miło, sympatycznie, przyzwoicie.