Ciepło, cieplej, czyli blokery i antyperspiranty pod lupą…

Nie da się nie zauważyć, że pogoda coraz bardziej wiosenna, temperatury w końcu zdecydowanie bardziej przyjemne i wyraźnie czujemy, że nie tylko wiosna już zagościła na dobre, ale i lato coraz większymi krokami się zbliża.

Lato… Moja ulubiona pora roku. Wbrew modzie i temu, że opalenizna od dłuzszego czasu uznawana jest nie tylko za niemodną, niezdrową ale wręcz nie wypada być już opalonym, to ja jednak nadal będę twierdzić, że wszystko jest dla ludzi, pod warunkiem, że zachowamy umiar. Mało tego, z każdym ciemniejszym tonem na mojej skórze pojawia się ciut lepsze samopoczucie i nic nie poradzę na to, że po prostu czuję się lepiej, gdy wiem, że podkład, którego używam zimą, nagle zaczyna się robić zbyt jasny 😉

Jednak lato, to nie tylko ciepło, słońce, opalenizna, woda, wyjazdy itd. To również problem, o którym ja praktycznie zapomniałam przez ostatnie kilka lat. Pocenie się. Nie sądzę, żeby ktokolwiek lubił być spoconym 🙂 Od kilku lat używam Etiaxilu, który wyeliminował u mnie w 100% to zjawisko. Czy całkowite zablokowanie porów jest zdrowe? Z pewnością nie. Matka natura w końcu tak to sobie wykombinowa, żeby jednak te pory zablokowane nie były 🙂

Tak czy inaczej, od wielu, wielu lat, moim zdecydowanym faworytem kategorii antyperspirant/bloker jest Etiaxil. Nie przeszkodziło to jednak mi w poszukiwaniu zamiennika dla niego, gdyż nie ukrywajmy – Etiaxil zbyt wydajny nie jest, a cenowo również nie wypada zbyt korzystnie. Z drugiej jednak strony, za takie działanie pewnie byłabym w stanie zapłacić kilka razy więcej, ale ciii… lepiej niech producent takich opinii nie czyta 😉

W poszukiwaniu zamiennika dla Etiaxilu nie mogłam nie spróbować dwóch stawianych często na równi z nim produktów, czyli Antidrialu oraz słynnego już Blokera Ziaji. W recenzji znajdzie się również Nivea oraz kosmetyk o przyjazniejszym składzie. Przetestowałam wiele innych (Iwostin, Vichy, SVR, różne kryształy, a nawet Driclor, który składowo porównując z Etiaxilem powinien się sprawdzić), ale było to dawno i były tak beznadziejne, że nigdy więcej zakupu nie powtórzyłam. Na chwilę obecną posiadam :

Etiaxil – pojemność 12,5 ml, cena ok. 40 zł, w mojej aptece stacjonarnej – 49 zł  (jest też wersja 25 ml).

Występuje w wersji czerwonej (do skóry normalne) oraz niebieskiej (do skóry wrażliwej).

Stosowanie – nakładamy cienką warstwą na noc, po dokładnym umyciu i osuszeniu skóry pod pachami. Rano zmywamy. Początkowo potwarzamy co 2-3 dni, potem wystarczy raz w tygodniu, albo i rzadziej (u mnie – co ok. 10 dni)

Skład : Alcohol Denat., Aluminium Chloride

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : nie znam nic lepszego. Pierwsze użycie Etiaxilu jednak wspominam jako horror – piekło, szczypało, skóra podrażniona i niestety, nie wytrwałam do rana, bo po godzinie męczenia się poleciałam to zmywać. Na drugi dzień nei odważyłam się jednak ponowić eksperymentu, ale za to poszłam kupić wersję do skóry wrażliwej 🙂 I tu odkryłam, że bardzo, BARDZO ważne jest to, o czym producent pisze wołami na opakowaniu – stosować na DOKŁADNIE wysuszoną skórę. Nie wystarczy przetrzeć ręcznikiem. Skóra MUSI być idealnie sucha (mnie to  kosztowało kilka minut z rękoma w górze :D). Niebieska wersja okazała się dla mnie wtedy strzałem w dziesiątkę. Udało mi się dotrwać do rana, skóra nie była już tak podrażniona (aczkolwiek dyskomfort po aplikacji był wyraźny – piekło lekko, szczypało i miałam ochotę się cały czas drapać). Za to po zmyciu – cud. Przez cały dzień biegając po sklepach skóra pod pachami pozostała IDEALNIE sucha. Jak papier.

Początkowo Etiaxil stosowałam co 2-3 dni, a po 2 albo 3 takich powtórzeniach, wystarczyło mi stosowanie raz na tydzień. Potem, kiedy odważyłam się sięgnąć po wersję czerwoną – raz na około 10 dni. I przy wersji czerwonej jednak pozostałam, gdyż u mnie spisuje się ona nieco lepiej, zapewnia ochronę na dłużej, a pieczenia po kilku latach używania nie odczuwam już żadnego.

Antidral – pojemność 50 ml, cena ok. 25 zł, u mnie w aptece – 27,50 zł

Skład : Chlorek glinowy 1,0g, gliceryna 1,0g, alkohol etylowy 96% 5,0g, woda oczyszczona do 10,0g.

Stosowanie : codziennie rano należy posmarować Antidralem miejsca pocące się. W przypadku mniejszych dolegliwości-  stosujemy co 2-3 dni.
Moje spostrzeżenia i doświadczenia : być może gdybym wcześniej nie stosowała Etiaxilu, moje wrażenia byłyby inne. Jednak obecnie – jestem zdecydowanie na "NIE" dla tego produktu. Przede wszystkim – nie działa. I to jest główny zarzut pod jego adresem. Poza tym – stosowanie rano jest dla mnie nie do przyjęcia, gdyż produkt zawiera w składzie glicerynę, która powoduje, że nie wchłania się całkowicie jak Etiaxil, a pozostawia delikatną warstewkę, która powoduje uczucie dyskomfortu w moim przypadku (tak jakby skóra pod pachami nie była całkiem sucha). Rozumiem zamysł – dzięki temu nie jest też wysuszona, ale do mnie gliceryna w tym przypadku zdecydowanie nie przemawia. Być może to ona właśnie powoduje, że nie mam uczucia świeżości i idealnej suchości po zastosowaniu Antidralu. A do tego, mimo iż problemu z poceniem się nie mam, lubię stosować zapachowe antyperspiranty, co w żaden sposób nie daje się pogodzić z aplikacją po Antidralu.

A że nie działa na mnie? Tak jak wspomniałam – być może gdybym nie miała wcześniej kontaktu z Etiaxilem, moje doświadczenia byłyby inne… A być może nie. Mimo przyjaznej ceny, sporej pojemności i większej wydajności – ja nie zużyłam nawet 10% od ubiegłego lata, gdyż najzwyczajniej w świecie nie widzę sensu stosowania czegoś, co nie tylko nie działa, ale wręcz daje uczucie dyskomfortu. Termin przydatności ma jednak jeszcze dość długi, więc leży awaryjnie w szafce i czeka nie wiadomo na co.

Ziaja – Bloker – pojemność 60 ml, cena ok. 7 zł.

Stosowanie : używamy przez 2-3 noce z rzędu na suchą i niepodrażnioną skórę, potem 1-2 razy w tygodniu.

Skład :Aqua, Aluminium Chloride, Glycerin, Hydroxyethylcellulose, Potassium Sorbate.

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : moje największe rozczarowanie tego roku. Serio. Napaliłam się na ten produkt jak głupia, naczytałam się o tym, jaki on świetny, jak genialnie działa… Żadnej, dosłownie żadnej negatywnej recenzji znaleźć nie mogłam (w momencie, gdy go kupowałam). I co? Pierwsza aplikacja – eeee… ale co to ma być? Dlaczego to tak śmierdzi (przepraszam za wyrażenie, ale on naprawdę bardzo brzydko pachnie)? Dlaczego się nie wchłania? Dlaczego pod pachami tak niemiło? Aaaa… to ta gliceryna. No dobra, to ja poczekam, aż się wchłonie. Poczekam jeszcze chwilę.. Nie no, serio? Po godzinie nadal czuję, że się nie wchłonęło? Poddaję się, idę spać i nie kombinuję w takim razie… Rano? No ok, nie jest źle. Skóra nie wygląda na podrażnioną, nie czuć już zapachu blokera, nie piecze nic. Po całym dniu – hmm.. Działa. Super. To może się jednak przemęczę z tym obleśnym uczuciem lekkiej tłustości pod pachami i zatkam nos przy aplikowaniu go (bo już chwilę po zapach się ulatnia i nie jest wyczuwalny). Wytrzymałam … 3 dni. Po 3 dniach jednak zobaczyłam coś, czego miałam nadzieję nie ujrzeć już nigdy w życiu. Mokrą plamę na koszuli. O nie, to temu panu już podziękujemy. Takich niespodzianek nie lubię i nie jestem zaakceptować, nawet gdyby to miała  być jednorazowa wpadka.

Sądząc jednak po ilości pozytywnych opinii o tym produkcie – z pewnością są osoby, na skórze których się sprawdzi. Moja skóra niestety do nich nie należy. Podobnie jak skóra koleżanki, z którą równocześnie testowałyśmy ten bloker (oczywiście każda swój :D) – u niej również niezbyt się spisał, choć nieco dłużej używała go niż ja i przez jakiś czas. No i ona również nie czuje jego zapachu. Hmm… Gdybym nie wąchała go zaraz po zakupie, podejrzewałabym, że fakt, że niezbyt fajnie pachnie spowodowany jest jakąś indywidualną reakcją, w jaką wszedł w kontakcie z moją skórą. Ale przysięgam, że wąchałam czysty, nieużywany produkt 🙂 To pewnie tak jak z nutami w perfumach – tam gdzie jedni czują paloną gumę opon samochodowych, rozgrzany asfalt, inni czują słodycz orientalnych kadzideł 😉

Myślę, że bez sprawdzenia na własnej skórze się nie obejdzie. A przy takiej cenie, nawet gdyby się nie spisał – nie żal będzie go wyrzucić. A gdyby okazało się, że działa – to warto skakać z radości, że za grosze mamy problem z poceniem się załatwiony 😉

Z Ziają rozstałam się bez żalu (zdjęcie zrobione tuż po zakupie). Ona poleciała do kosza, a ja pędem do apteki po Etiaxil, na który skazana jestem już chyba na zawsze.

Tyle ode mnie w kwestii porównania tych trzech produktów.

Skąd na zdjęciu Nivea Happy Time, o którym nie wspomniałam do tej pory? Ano stąd, że jestem beznadziejnie uzależniona od tego zapachu 😀 Sam produkt, gdybym miała go oceniać pod względem skuteczności, jako antyperspirant, otrzymałby najgorszą z możliwych ocen. Działanie – zerowe. Natomiast za zapach wybaczam mu wszystko – to, że nie działa ani trochę (ale przy etiaxilu problem pocenia mnie nie dotyczy), to że wydajność jest skandaliczna (ok. 2,5 tygodnia przy codziennym użyciu), skład, który do najsympatyczniejszych nie należy (choć jak już kiedyś pisałam – skład dla mnie ma drugorzędne znaczenie, analilzuję go tylko pod kątem tego, co mi może zaszkodzić na twarzy).

Ale zapach… Zapach Nivea Happy Time z wyciągiem z bambusa i zapachem kwiatu pomarańczy jest dla mnie czymś, bez czego już nie potrafię się obyć. Żel pod prysznic z tej samej linii zapachowej mam zawsze w zapasie (kilka sztuk nawet) i gdy nie ma go w mojej łazience, to po prostu czegoś mi brakuje 😉 Mimo iż nałogowo kupuję inne – zarówno balsamy, jak i żele, ten jedynie sprawia, że mam ochotę co 5 minut pod prysznic wskakiwać.. Nivea… Mało wyrafinowana, mało elegancka, zdecydowanie nie górnopółkowa, składowo najczęściej kompletnie nieprzyjazna, a serią Happy Time przykleiła mnie do siebie na długie lata (dopóki nie wycofają, bo sądząc po tym, że używam tej linii zapachowej już … nie wiem? 2 lata? 3? to znudzić mi się raczej nie znudzi :D)

No i ostatni punkt mojego zestawienia, czyli coś dla uspokojenia sumienia, zdecydowanie bardziej przyjazne składowo niż Nivea, czyli

Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea –pojemność – ok. 120 ml, cena 3,99$.

Skład : Purified Water (Aqua), Natural Mineral Salts, Potassium Alum, Fragrance (Parfum) Including Chamomile and Green Tea Essential Oils and Extracts (czyli woda, naturalne sole mineralne, ałun, zapach składający się z olejków eterycznych i wyciągów z rumianków i zielonej herbaty)

  • Nie zawiera Aluminum Chlorohydrate (chlorowodzianu glinu)
  • Hypoalergiczny
  • Bez parabenów
  • wspierany przez centra leczenia raka (brak aluminum chlorohydrate w składzie)

Moje spostrzeżenia i doświadczenia : mam dość mieszane odczucia w stosunku do tego kosmetyku. Pachnie w sposób bardzo delikatny (zdecydowanie bardziej rumiankowo niż zieloną herbatą), subtelny i raczej niedrażniący. Tylko z określeniem, czy go lubię, czy też nie, mam spory problem. Próbowałam go używać bez Etiaxilu i pot się pojawia przy wysiłku fizycznym (przy normalnym funkcjonowaniu tego nie odnotowałam), ale jest całkowicie pozbawiony zapachu, więc właściwie swoje zadanie spełnia (pamiętając, że jest to DEZODORANT, a nie ANTYPERSPIRANT). Poleciłabym ten dezodorant raczej osobom, które nie mają wielkiego problemu z potliwością, chcą wyeliminować szkodliwe składniki ze swoich produktów (chociaż pamiętajmy, że zwykły rumianek też może powodować podrażnienia, bo sama znam osobę, która jest na niego uczulona) i którym zależy na łagodnie perfumowanym, niezbyt agresywnym zapachu dezodorantu.

Z pewnością plusem tu może być fakt, że nie ma w swoim składzie kontrowersyjnego i budzącego wiele obaw chlorowodorku glinu.

Na minus – w mojej buteleczce po tygodniu popsuł się atomizer i zamiast mgiełki pryska dość niemiłym strumieniem. Nie wiem, być może trafił mi się wadliwy egzemplarz, ale skutecznie zniechęca mnie to do sięgania po niego.

———————————————

Reasumując – nie znalazłam i chyba już nie znajdę zamiennika dla Etiaxilu (idea łykania tabletek w postaci Perspiblocka do mnie kompletnie nie przemawia). Po przetestowaniu na pewno powyżej 20 różnych produktów tego typu zdecydowanie zostaję przy Etiaxilu. I nie przemawiają do mnie żadne argumenty, że to zbyt silny produkt, by używać go przez wiele lat. Nie jest to lek dostępny jedynie na receptę, nie odnotowuję żadnych podrażnień (poza pierwszym razem, kiedy nie zastosowałam się do zaleceń producenta), a skoro jedno użycie na 10 dni zapewnia mi całkowity komfort, to nie będę kombinować. Zwłaszcza, że nie rozumiem tych głosów krzyczących, że skład etiaxilu to samobójstwo 😉 Zwłaszcza, gdy zerkniemy pod nalepkę pierwszego lepszego antyperspirantu dostępnego w drogerii – w znacznej większości na II miejscu zobaczymy Aluminium Chlorohydrate, czyli nic innego jak  owiany złą sławą chlorowodorek glinu (czy słusznie tak potępiany? to już temat na zupełnie innego posta 😉 )

W poszukiwaniu bronzera idealnego…

Bronzera idealnego szukam od dłuższego czasu. Niech on już nawet nie będzie mineralny (bo i tak rzadko używam tego typu kosmetyków, więc może jeżeli będzie w miarę bezpieczny składowo i użyty raz na kilka tygodni, to krzywdy mi nie zrobi?), tylko niech to będzie taki bronzer, jaki mi się marzy. Przetestowałam już naprawdę wiele bardziej i mniej chwalonych. Właściwie całą czołówkę wizażowego KWC sprawdziłam na sobie i nic… Wszystko albo zbyt blade, albo zbyt ciemne, albo za pomarańczowe, albo wręcz sprany, bezbarwny i sprawiający wrażenie brudnej smugi; albo za dużo błyskotek, albo znowu płaski, tępy, kredowy mat…

Co jakiś czas kupuję kolejny bronzer z nadzieją, że to może właśnie ten jedyny… Ostatnio wybór padł na w miarę przyzwoicie oceniany na MakeupAlley bronzer Stila. Obejrzałam zdjęcia, poczytałam, wybrałam odcień 02,  kliknęłam i pewnego dnia przydreptał (po przejściach, bo baaaardzo długo szedł do mnie, ale w końcu jednak dotarł).

No i po raz kolejny mam wrażenie, że jestem totalną daltonistką. Brązowy? Bez pomarańczowych tonów? Przyznaję, mam coś ze wzrokiem w takim razie. Bo dla mnie nie jest to ani odcień brązu a i sporą dawkę pomarańczu w nim również widzę. Pomijam już fakt, że wg niektórych opinii bronzer ten nie posiada ani odrobiny błyskotek, nawet najdrobniejszych. Hm… ktoś widać dorzucił mi je po drodze…

Na zdjęciach wygląda całkiem nieźle. I pewnie ta jego fotogeniczność mnie zmyliła, bo patrząc nawet na swoje fotki, w życiu nie przypuszczałabym, że to taki brzydal 🙂

  W wolnej chwili postaram się pstryknąć jakieś zdjęcia z użyciem tego kosmetyku na twarzy, ale uprzedzam, że nie będzie to sympatyczny widok 🙂 Na mojej skórze wychodzi z niego wszystko, co najgorsze – pomarańczowość, delikatne satynowe wykończenie po kilku minutach zamienia się w smalcowaty błysk; zero subtelności i zero uroku, za to kompletne rozczarowanie. Na pewno nie jest to efekt skóry muśniętej pierwszymi promieniami słońca. Raczej skóry przysmażonej na solarium. Kilka razy nawet 😉 A potem poprawionej samoopalaczem..

Zdecydowanie jestem na "NIE". Na mojej skórze wygląda tanio, brzydko i w dodatku pomarańczowo. Ja podziękuję 😉

Gdyby jeszcze chociaż skład miał porządny, a tu widzimy : talc, zinc stearate, silica, nylon-12,  ethylhexyl palmitate, dimethicone, mineral oil/parafinum liquidum/huile minerale, tocopheryl acetate, magnesium carbonate, methylparaben, propylparaben, [+/- bismuth oxychloride (CI 77163), mica, iron oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)]

Niezbyt przyjazny skład dla osób ze skórą podatną na zapychanie i podrażnienia (talk, silikony, olej mineralny, parabeny, bismuth oxychloride).

Jedyne, co dostrzegam na plus w tym kosmetyku, to dołączone lusterko oraz tekturowe, surowe pudełko kojarzące się z ekologią. Samo opakowanie wygląda dość tandetnie – kiepskiej jakości plastik pokryty farbą, która ma tendencję do odpryskiwania ( u mnie już pierwszego dnia pojawiły się ślady), więc podejrzewam, że gdybym nosiła go w torebce, po kilku dniach wyglądałby tak, że wstyd byłoby go z niej wyciągnąć.

Cena : bardzo różna w zależności od sklepu, od 14$ do … 28$. Na ebayu oczywiście można upolować taniej 🙂

____________________________________________________________________________________________________

Przy okazji chciałam się pochwalić paczuszką, jaką otrzymałam od Hexxany . Mnóstwo próbek perfum do testów oraz dwie próbki ze Sweetscents, czyli marki, która jest gdzieś na mojej liście do wypróbowania, ale nieład na stronie i jakiś taki brak ogranizacji sprawiają, że za każdym razem wychodzę stamtąd bez złożenia zamówenia. Z chęcią przetestowałabym więcej kosmetyków tej marki, ale póki co – gdzieś na dalszej pozycji mojej listy zakupowej się znajduje (choć swatche i recenzje na wizażu i na różnych blogach kuszą, oj kuszą 🙂 )

Mam okazję testować zarówno podkład Sweetscents (odcień Beige) jak i proszek do stosowania na noc (Green Tea Overnight Treatment). Niebawem pewnie pojawią się jakieś recenzje obu produktów.

Póki co jednak jestem na etapie testów perfum od Hexxany. Sprawiła mi ogromną radość tymi odlewkami, bo wiele zapachów na mojej liście się znajdowało i mogę je w końcu wypróbować bez kupowania całego flakonika w ciemno (wiem już, że Botrytisowy Ginestet i jego miodowe nuty jednak nie dla mnie, więc jestem bogatsza o kilkaset złotych, których nie wydałam :D).

Przede mną testy m.in: M. Micalle Royal Muska, Serge Lutens Clair de MuscKilian Straight to Heaven, Molinard Habanita, L'Artisan Tea for Two, Fragonard Reve Indien, Fragonard Belle de Nuit, Frederic Malle Musc Ravageur

Cieszę się ogromnie i nie mogę się doczekać kolejnych wolnych dni na testy 🙂

Contradiction by Calvin Klein

Jakiś czas temu obiecałam notkę o tym zapachu i kompletnie o niej zapomniałam. Wobec tego, dzisiaj tak na szybko 🙂

Calvin Klein : Contradiction for Women EDP

Moje pierwsze zetknięcie z tym zapachem miało miejsce kilka lat temu, kiedy w sklepach/kioskach można było nabyć gazetę z miniaturką perfum. Wtedy to też po raz pierwszy miałam okazję wąchać Dolce Vitę, Duende czy właśnie Contradiction. Zapamiętałam go jako intensywny, wyraźny zapach ze śliwką mocno wybijąjącą się na pierwszy plan, zbyt ciężki, zbyt mocny jak na mój nos. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego tak właśnie go utkwił w mojej pamięci.

Jakiś czas temu nadarzyła się okazja, by odświeżyć sobie ten zapach. Ochoczo z niej skorzystałam, choć przyznaję, pierwszy kontakt po latach nie był zbyt zachęcający do dalszych testów. Po spryskaniu nadgarstka nie mogłam uwierzyć, że to jest właśnie Contradiction. Gdzie ta ciężkość? Gdzie intensywność? Gdzie wytrawność, na którą się nastawiłam? Czułam jedynie masę zimnych kwiatów, z czymś nieprzyjemnie świdrująco- ostrym.

Jednak po jakimś czasie wszystkie te świeże kwiatki ustępują miejsca cieplejszym nutom, ciut chropowata ziołowość ustępuje kremowym akcentom i choć zapach nie ma w sobie zbyt wiele z pudrowej miękkości, którą chętnie bym do niego dodała, żeby go ciut bliższym uczynić, to w tej fazie właśnie zaczyna mi się podobać. Jest spokojnie, bezpiecznie i … nieco nudnie 🙂 Żadnego pazura, żadnego przyspieszonego bicia, żadnej rozterki… Grzecznie, elegancko i poprawnie. Na tyle poprawnie, by z przyjemnością go używać i sięgać po niego na co dzień. Nie wybrałabym tego zapachu ani na wieczorną kolację, ani na szaleństwa dyskotekowe, ani też na wieczór we dwoje. Raczej na co dzień, do pracy, do biegania po mieście, na zakupy.

Co dziwne – mężczyznom podoba się bardziej niż kobietom 😉

Szkoda tylko, że mimo iż to EDP to trwałość na mojej skórze jest zdecydowanie niezadowalająca. 3-4 godziny, po czym znika bez śladu.

Butelka (przynajmniej w wersji 100 ml) mało poręczna i choć nie mam nic przeciwko minimalizmowi i futurystycznym kształtom, to ta do mnie nie przemawia. O ile z korkiem prezentuje się całkiem znośnie jeszcze, o tyle po jego zdjęciu dostajemy siermiężny walec, którego  surowość nijak się ma do ciepłego koloru perfum i mimo wszystko, do ciepła lekkiej wanilii wyczuwalnej pod koniec i kapki drzewnych nut…

Choć z drugiej strony, to przecież Contradiction… I przypominając sobie nazwę tego zapachu przestajemy się dziwić, że tak naprawdę nic tu do siebie nie pasuje, nie wszystko ze sobą współga, że to zapach pełen sprzeczności i z wieloma twarzami.

 

W skrócie

Jak wiecie, z regularnym pisaniem na blogu mam spore problemy. Nie dlatego, że mi się nie chce, nie dlatego, że nie lubię, nie dlatego, że nie mam o czym. Wręcz przeciwnie. Ale przeszkodą jest zwykły brak czasu i często muszę wybierać między tym, co zrobić powinnam, a tym, co zrobić chciałabym.

Wiem, że piszecie do mnie sporo maili, przepraszam, że nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Za wszystkie dziękuję i w miarę możliwości staram się odpisywać.

Bardzo często w Waszych mailach pojawiają się pytania o to, czy planuję jakieś giveawaye z okazji osiągnięcia jakiejś tam liczby obserwatorów czy wyświetleń bloga. Hmm… Tu pojawia się dość delikatna kwestia. Nie chciałabym nikogo  urazić, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem całą tą modę na tego rodzaju akcje polegające na tym, że żeby wziąć udział w konkursie, należy obserwować bloga, dodać link w blogrollu i inne rzeczy.

Ale  ja pewnie za stara jestem na takie coś (i z promowaniem samej siebie zawsze też byłam lekko na bakier, a zazdroszczę ogromnie tym, którzy potrafią to robić. Szczerze i bez ironii. Naprawdę. Tylko, że ja tak nie umiem. Ale przeciwko takim akcjom nie mam zupełnie nic, tylko ja się do tego nie nadaję )  Tym bardziej cieszy mnie fakt, że 100 osób obserwuje mojego bloga dlatego, że po prostu chce to robić.

Dziękuję Wam bardzo :*

Mam za to inną wiadomość – niedługo na blogu  pojawi się konkurs sponsorowany przez jedną z mineralnych marek. Mam nadzieję, że znajdą się chętni, żeby wziąć w nim udział 😉 O szczegółach  poinformuję w odpowiednim czasie 🙂

A w nieco bliższej przyszłości, czyli plan na następny tydzień 🙂

Contradiction by Calvin Klein czyli recenzja kolejnych perfum ;)

Niech no się już skończy!

Eh, ten rok zdecydowanie do najbardziej udanych nie należy…

Ciągle wiatr w oczy i same przeszkody z każdej strony. Nic nie idzie tak, jakbym sobie tego życzyła. Teraz dopadło mnie ostre zapalenie spojówek i przymusowy odwyk od komputera przez długi czas. I tym samym brak możliwości naskrobania nowych postów.

Zdjęć też nie miałam jak porobić żadnych. Więc dzisiaj tak kompletnie z innej bajki 🙂
Mój minerałowy apetyt został chyba solidnie nasycony, bo już dawno nie spotkałam nic, co by mnie kusiło w tym temacie. Naprawdę. Żaden kosmetyk mineralny nie wzbudza obecnie mojego zainteresowania (całe szczęście, że zapasów mam sporo do opisania, bo blog by umarł śmiercią naturalną 😉 )

Za to jest kilka rzeczy, którym wiem, że się nie oprę i prędzej czy później znajdą się w moim posiadaniu.

Oto rzeczy, które są obecnie na mojej liście zakupowej :

(wszystkie zdjęcia zaczerpnięte ze stron producentów z pozostawieniem odnośników do miejsc, skąd zostały pobrane.)

I tak na wszelki wypadek dopiszę, że wszystkie opinie są moje, nie jestem sponsorowana przez żadną markę/firmę/osoby prywatne w celu wygłaszania komentarzy ani promowania konkretnych produktów – czyli dokładnie tak, jak zawsze )

 

1. Dermarollery ze sklepu Kosmetyki Naturalis :

 

DERMAROLLER DTS - 540 cienkich igiełek - WYSTARCZY 7 MINUT  Cena: 185.00 złDERMAROLLER DTS WĄSKA GŁOWICA - PIELĘGNACJA OKOLIC OCZU

 

Właściwie to najchętniej nabyłabym wszystkie trzy (tak ładnie wyglądają), ale póki co ograniczę się chyba tylko do rolki z wibrującą głowicą. Podobno jej stosowanie jest znacznie bardziej komfortowe, gdyż ból jest nieporównywalnie mniejszy i praktycznie całkiem wyeliminowany. Do tego można za połowę ceny dokupić głowice o różnej długości igieł i mieć komplet do różnorakich zastosowań.

Zdecydowanie rozważam zakup 🙂

 

 

2. Pędzle Pixie Cosmetics w nowej szacie graficznej.

Co prawda dopiero co skończyłam wystawianie aukcji i pozbywanie się nadmiaru pędzli (sprzedałam 43 sztuki, a nadal mam ich całkiem sporo, więc to chyba najlepiej świadczy o tym, jak bardzo przeholowałam z zapasami 🙂 ), ale te nowe pędzle są tak urocze, że nie wiem, czy uda mi się im oprzeć.

Dodatkowo, oprócz estetycznej szaty graficznej, wg opisu posiadają gęstsze włosie, dzięki czemu aplikacja makijażu jest nie tylko jeszcze przyjemniejsza i bardziej precyzyjna, ale również powoduje, że zwiększa się krycie podkładu, jaki używamy.

3. Paleta cieni NYX z kolekcji NYX 10 Color Shadow Runway Collection , Caviar & Champagne

Mimo tego, że używam głównie mineralnych cieni, to palety cieni tradycyjnych wciąż w mojej kolekcji są i nie mam zamiaru się ich pozbywać (na szczęście z tradycyjnych cieni nie musiałam zrezygnować tak, jak z drogeryjnych podkładów czy różów). Mało tego, mam zamiar w końcu nieco nadrobić zakupy w tym temacie i wiem, że na pierwszy ogień pójdzie właśnie ta paletka.

Polecam zakup ze strony, do której prowadzi obrazek, gdyż cena tam jest znacznie przyjaźniejsza niż na Allegro (w chwili obecnej niecałe 24 zł, gdy na Allegro osiąga koło 50-ciu ten konkretny zestaw). a poza tym wysyłka jest dość szybka i tańsza niż z Cherry Culture (i nigdy, odpukać, mi jeszcze nie zaginęła, czego nie mogę powiedzieć o zakupach z CC)

Dlaczego właśnie te cienie? Bo cieszą się chyba największą popularnością ze wszystkich rodzajów z tej kolekcji. Podobno są idealne do dziennego makijażu, pięknie się rozprowadzają, dyskretnie rozświetlają oko i są generalnie całkiem dobrej jakości (a z NYX-em  jak wiadomo, różnie bywa – część kolorów jest bajeczna, natomiast część to kompletna pomyłka, czyli generalnie spora loteria).

Czy tak jest rzeczywiście? Mam zamiar już niebawem się przekonać 😉

 

4. Kolejna paletka na mojej liście "muszmieciów" to jedna z najbardziej poszukiwanych  obecnie paletek amerykańskiej marki z niższej półki (cena za cienie ok. 15 zł w przeliczeniu z $).

Mowa o Wet n Wild Color Icon Night Elf Palette

(na zdjęciu paleta w odcieniu Pride, gdyż Night Elf na stronie producenta już nie ma 😦 )

 

Paletka wygląda dość niepozornie, ale po swatchach wyraźnie widać, że kolory są nie tylko dość nietypowe jak na markę drogeryjną (czerwień w paletce plus cień duochrome), ale również mocno napigmentowane i całkiem dobrze się blendujące. Nie robiła na mnie jednak większego wrażenia, dopóki nie obejrzałam kilku makijaży z jej użyciem.

A zakochałam się w niej i szczerze zapragnęłam po obejrzeniu filmiku z makijażem nią zrobionym w wykonaniu Candie

Niestety, to limitowana edycja świąteczna i nie wiem, czy uda mi się ją gdzieś zdobyć 😦

5. Rebel Nails czyli coś, co kompletnie do szczęścia potrzebne mi nie jest, ale łazi za mną od jakiegoś czasu i podejrzewam, że się nie odczepi, dopóki nie kupię 😉 Rebel Nails to tańszy odpowiednik Minx Nails, które chyba są dostępne jedynie w salonach kosmetycznych i ich ceny nie są zbyt przyjazne. (Minx Nails to cienkie kawałki foli pokryte warstwą kleju od spodu, które przymocowuje się do paznokcia za pomocą ciepła. Nie niszczą paznokci, nie odpryskują podczas zmywania, kąpieli i innych codziennych zajęć), a trzymają się do 10 dni (na stopach dłużej). Oczywiście nie jest to propozycja skierowana do fanek samodzielnego zdobienia pazurków, ale dla takich lewych łap w tym temacie jak ja, zdecydowania kusząca.

Rebel Nails oferuje mnóstwo wzorów, choć mnie osobiście najbardziej kuszą te metaliczne – złote bądź srebrne 😉

(BTW – temat Minxowych paznokci był wielokrotnie poruszany na wielu forach i swego czasu budził wiele kontrowersji – że pójście na łatwiznę, że mało oryginalne, że lepiej samemu popracować przy paznokciach. Ok, pewnie, że tak (choć ja i tak do cyrkonii i innych udziwnień pt tipsy się nigdy nie przekonałam). Ale co mają zrobić osoby z kompletnym brakiem talentu w tej dziedzinie i w dodatku z brakiem czasu na latanie do kosmetyczki? (niech mi ktoś znajdzie taką, która przyjdzie do mnie o 23- ciej, kiedy mam w końcu chwilę, by usiąść i odsapnąć i zrobi mi manicure 😉

Jak wyglądają Rebel Nails (oczywiście tylko jeden z wybranych typów) można zobaczyć m.in.

TUTAJ

albo

TUTAJ

albo obejrzeć filmiki na YouTube:

TUTAJ

. A wszystko przez Viollet!, czyli mam winowajcę mojej kolejnej pozycji na liście zakupowej 🙂 Tak pięknie rozwodziła się na temat miodowych nut w Ginestet – Botrytis, że zapragnęłam go mieć. I to jeszcze zimową porą, coby go należycie docenić (bo jakoś takie zapachy z upalnym latem mi się średnio pozytywnie łączą)

Co prawda trochę mnie zniechęca prawdopodobne podobieństwo do Escady Collection, ale może ja się go jednak w tym zapachu nie doszukam? Z tą nadzieją pakuję Botrytisa na listę zakupową 😉

 

A Wy? Macie swoje listy zakupowe na następny miesiąc/rok?

A może próbowałyście już czegoś z mojej listy i macie swoje zdanie na ten temat?