Jednak można, czyli jak udało mi się kupić tylko jedną rzecz :)

Jakiś czas temu nie wytrzymałam i popełniłam kolejne zamówienie z iHerba, skupiając się tym razem głównie na kosmetykach do mycia twarzy. Jakoś tak wyszło, że wszystko, co miałam w domu albo się właśnie kończyło, albo używałam tego tak długo, że już mi bokami wyłazić zaczęło, albo po prostu przestało mi służyć, postanowiłam poszukać czegoś nowego. A że właśnie pojawiło się kilka rzeczy będących od jakiegś czasu na liście braków magazynowych, to jak mogłam nie zamówić? 🙂 No ale zamówienie w drodze, a ja stwierdziłam, że nie mam nic do zmywania makijażu, czego miałabym ochotę używać…

Ubolewając ogromnie nad tym, że preparat do demakijażu, do którego moja sympatia jest do chwili obecnej sporym zaskoczeniem dla mnie samej, nie jest dostępny w pojemności większej niż 120 ml, postanowiłam zakupić coś na szybko, w liczbie sztuk – 1, bo bez sensownym byłyby przecież większe zakupy wiedząc, że lada dzień powinnam dotrzeć do mnie paczka z iHerba. A czy może być coś szybszego (poza wycieczką do drogerii, co w przypadku mojej skóry jest niestety wykluczone) niż zakup z firmy, która mieści się 7 km ode mnie? 🙂

Mam tu na myśli sklep Matique, o którym już wcześniej wspominałam. Tym razem postanowiłam się ograniczyć do jednego, jedynego produktu, którego potrzebowałam – dodałam do koszyka i biegiem do kasy, żeby nie oglądać nic więcej 🙂 I dumna z siebie, że udała mi się ta sztuka, czekałam na paczuszkę.

Dotarła już następnego dnia roboczego od chwili wysłania. Za wysyłkę 1 kosmetyku zapłaciłam… 6 zł, co jest rzadkością w sklepach internetowych i przyznam, iż fakt, iż przy zakupie do 2 sztuk mamy możliwość wyboru opcji wysyłki w takiej kwocie, zdecydowanie przemawia na plus. Paczuszka w firmowym, estetycznym kartoniku, co również mnie cieszy (nie cierpię, gdy moje zakupy kosmetyczne przychodzą upchnięte do koperty z możliwością zgniecenia, uszkodzenia i innych niezbyt pożądanych atrakcji). No i masa próbek, które Matique jak widać dołącza do każdego, najmniejszego nawet zamówienia. I przez te próbki właśnie nabrałam ochoty na kolejny krem do rąk (dostałam już jego drugą próbkę, którą zużyłam z przyjemnością, a to wyraźny znak, że powinnam ten krem dopisać do listy zakupowej ;). Wśród próbek znalazłam nawet próbkę perfum, która jednak na testy musi poczekać, bo moja kolejka zapachowa jest dość długa i trzeba w niej jednak odstać swoje 😉

Wybrałam dość nietypowy preparat do demakijażu, bo ani żel (których jeszcze do niedawna byłam gorącą zwolenniczką), ani olejek (które też bardzo lubię). Tym razem zakupiłam :

Logona – Glinka biała z kwiatem lotosu.

Co mówi o niej opis ze strony Matique?

Do pielęgnacji i delikatnego mycia skóry twarzy, ciała i włosów; bez zawartości tensydów (nie pieni się). Doskonała alternatywa dla szamponów i mydeł. Włosy stają się miękkie, puszyste i zyskują jedwabisty połysk.

Polecana szczególnie do mycia skóry wrażliwej oraz do mycia włosów cienkich i delikatnych.
Produkt odpowiedni dla wegan.

Stosowanie 
* mycie włosów: zwilżyć włosy i myć jak szamponem
* mycie twarzy i ciała: zwilżyć twarz lub ciało i myć jak mydłem

Posiada certyfikat BDIH

Ja zakupiłam glinkę tylko i wyłącznie z zamiarem stosowania jej na twarzy – glinki na moich włosach nie tyle średnio się sprawdzały, co efekt jaki uzyskiwałam, nie był wart zabawy z nimi i wypłukiwaniem ich z włosów, które – nie wiedzieć czemu – czasem po użyciu glinki potrafiły wyglądać świetnie, a innym razem, mimo równie dokładnego spłukania – były matowe, splątane i pozbawione życia. Spróbowałam, poznałam, do glinek na włosach nie wróciłam 😉 Ale do rzeczy… Do mycia ciała też wolę inne preparaty (jak wspomniałam kilka dni temu, uzależniona jestem od kilku zapachowych wariantów 😉 ), więc glinkę kupiłam tylko i wyłącznie do demakijażu i do stosowania ewentualnie w formie maseczki.

Pierwsze wrażenia? Cóż, glinka jak glinka 🙂 (nie był to mój pierwszy kontakt z glinkami w takiej formie, więc nic nowego tu nie zauważyłam). Biała, dość przyjemnie pachnąca, niezbyt rzadka, ale też nie gęsta, trudna do rozprowadzenia pasta. Ot, zwykła glinka w kremie. Przy rozprowadzaniu wyraźnie czuć delikatne drobinki, ale baaardzo drobniutkie, nie granulkowate, bardziej przypominające coś jak nieco słabiej sproszkowana glinka, taki grubiej zmielony proszek 🙂

Wieczorem ochoczo zabrałam się do demakijażu. Zwilżyłam dłonie, wycisnęłam porcję glinki, rozprowadziłam po twarzy z zaskoczeniem widząc, jak śmiesznie kremowa porcja glinki topi się pod wpływem kontaktu ze skórą…  I nagle… ŁAŁ! Piecze ! Pali! Zmywamy natychmiast ! Szok. Pamiętacie film "Kevin sam w domu" i zabiegi pielęgnacyjne głównego małoletniego bohatera w łazience, zakończone nałożeniem wody po goleniu na twarz i jego minę? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam 🙂 Na coś takiego przygotowana nie byłam. Zmyłam, osuszyłam twarz, usiadłam i zabrałam się do czytania składu, czy na pewno czegoś nie przeoczyłam. Co my tu mamy?

Aqua (Water) – czyli woda, czyli bezpiecznie. Szczypanie to na pewno nie przez nią.

Kaolin – czyli biała glinka, produkt dobrze mi znany i używany od kilku lat w najróżniejszej formie i pod różną postacią

Montmorillonite – czyli francuska glinka, która może być zarówno zielona, biała jak i niebieska – kontakt z nią wcześniej miałam, nic się nie działo, żadnych sensacji nie pamiętam

Parfum (Essential Oils) – olejki eteryczne… Hmm.. czyżby to któryś z nich tak paskudnie działał?

Nelumbo Nucifera Extract – ekstrakt z kwiatu lotosa. Nic kompletnie obcego dla mnie, nawet ostatnio dość popularny w moich kosmetykach 😉

Limonene -substancja zapachowa tak powszechna, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na to, czy się znajduje w składzie, bo chyba większość posiadanych przeze mnie kosmetyków w składzie ją posiada.

To co w takim razie wywołało efekt szczypania? Ba, szczypanie szczypaniem, ale to bliżej piekącym doznaniom jednak było niż podszczypywaniu. Zwykła, biała, delikatna jakby nie było, biała glinka i efekt, jakiego nie miałam do tej pory po żadnych kwasach ani naprawdę hardcorowych eksperymentach? Nie, nie zrozumcie mnie źle. To nie jest efekt przypiekania żywcem ani zranionej skóry oblanej spirytusem:)… Doznania są zdecydowanie łagodniejsze i nie tak ekstremalne. Szok mój był spowodowany raczej tym, że kompletnie nie byłam na coś takiego przygotowana.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła podejścia numer dwa. A co, do odważnych świat należy… Co prawda drugie podejście już nieco bardziej nieśmiałe było, ale nadal piekło i szczypało. Byłam już jednak na to przygotowana i nie wydało mi się to już takie straszne. A samo działanie glinki na tyle miłe, by po kilku dniach z zaskoczeniem stwierdzić, że ja naprawdę polubiłam ten kosmetyk, a pieczenia praktycznie już nie wyczuwam. Zmywa makijaż bez żadnego problemu (co prawda nie radzi sobie z eyelinerem żelowym z Costal Scents, ale szczerze bym się zdziwiła, gdyby kosmetyk o takim składzie sobie z nim poradził w 100%), pozostawia skórę miłą w dotyku, miękką, ładnie oczyszczoną (jedynie z kreskami sobie nie poradził), a co najważniejsze – nie tylko nie powoduje u mnie powstawania żadnych niespodzianek, ale mam wrażenie, że wręcz przyspiesza ich gojenie. Z pewnością skóra jest bardziej jednolita, uspokojona i co dziwne, mimo pieczenia, zupełnie nie odnotowałam zaczerwienienia po demakijażu. Również oczy nie są podrażnione, nie łzawią i nie pieką (ale u mnie akurat niewiele preparatów powoduje podrażnienie oczu). Matowa skóra, lekko zwężone pory, zero ściągnięcia, uczucia wysuszenia (ale ja mam skórę mieszaną, nie wiem, jak by się zachowała na skórze suchej). Co prawda każdy z tych efektów to dość efekt dość krótkotrwały, utrzymujący się stosunkowo niedługo, ale czy można chcieć czegoś więcej od kosmetyku, którego GŁÓWNYM zadaniem ma być demakijaż?

Zastosowałam również ten preparat jako maseczkę, która bardzo ładnie zasycha – w sposób jednolity, gumowaty wręcz, bez kruszenia się i sypania przy każdym ruchu, ale nie widziałam żadnych efektów, jakich nie zaobserwowałabym przy używaniu jej jako kosmetyku do demakijażu:)

Wydajność. Tu nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Mimo tego, że tuba jest słusznych rozmiarów, mimo tego, że do zmycia makijażu używam niewielkie ilości (co prawda zawsze, każdym preparatem zmywam makijaż podwójnie), to jakoś podejrzanie szybko mi ta glinka znika. Ale przy cenie ok. 30 zł za 200 ml jestem w stanie jej to wybaczyć.

Ja znalazłam jeszcze jeden minus, który pewnie wyda się większości z Was śmieszny, ale dla mnie jest to coś, czego ja po prostu nie cierpię. Na opakowaniu mamy naklejoną etykietę w języku polskim. Oczywiście nie tego nie cierpię 😉 To jest jak najbardziej pożądane, ale fakt, że etykietka jest ze zwykłego papieru, który w kontakcie z wodą (a jak wspominałam, zawsze zmywam makijaż dwa razy i za drugim razem ręce mam wilgotne, gdy sięgam po tubkę), zaczyna się wałkować, rolować, ścierać jest dla mnie na tyle denerwujący, że i tak ową etykietę usuwam, więc nic mi po polskich napisach na takim kosmetyku 😦

Skoro mowa o niewiele znaczących dla większości niuansach, to wspomnę jeszcze, że dla mnie osobiście na plus zaliczam również opakowanie – zamknięcie na szczęście nie w formie nielubianej przeze mnie zdejmowanej nakrętki (nie lubię tego ani w pastach do zębów, ani w kremach do rąk). Otwiera się łatwo, nawet przy dłuższych paznokciach nie trzeba się martwić o ich połamanie (jeden z powodów, dla których przestałam używać żeli pod prysznic YR to właśnie koszmarne opakowania, których nigdy, dosłownie nigdy nie udawało mi się otworzyć bez wyrzucenia z siebie porcji mniej lub bardziej niecenzuralnych słów 🙂 )

 

Tyle ode mnie. Czy kupię ponownie? Jeżeli nie znajdę swojego nowego faworyta w paczce, która do mnie leci, albo mój obecny nr 1 nie pojawi się w pojemności większej niż 120 ml (o nim za kilka dni), to nie jest wykluczone, że wrócę do tej glinki, bo to naprawdę fajny kosmetyk, wbrew temu, co można było wywnioskować na początku mojej recenzji 😉

Cena regularna w Matique : 33,50 zł. Obecnie w promocji : 26,90 zł

Data ważności mojego opakowania glinki : do lipca 2013 roku

Reklamy

Matique. I kilka produktów…

Jakiś czas temu pisałam o sklepie Matique, od którego otrzymałam wraz ze swoim zamówieniem kilka produktów do testów.

Czas na ich opisanie, jako iż jestem już w stanie co nieco o nich napisać.

Zakupiłam:

Opisu produktu zaczerpnięty ze strony Matique:

Wyjątkowo delikatne, a jednocześnie niezwykle skuteczne połączenie mąki z brązowego ryżu, zmielonego hibiskusa oraz olejku eterycznego z geranium sprawia, że ta Złuszczająco Oczyszczająca Maseczka do Twarzy głęboko oczyszcza skórę.

Po prostu dodaj odrobinę wody do tego pachnącego proszku, a uzyskasz jednolitą dobrze wchłaniającą wodę pastę, która „wyciągnie” z Twojej skóry wszelkie zanieczyszczenia oraz niedoskonałości w czasie kiedy będzie zasychać.

Skład (na moim pudełku nieco dłuższy niż ten podany na stronie Matique) : Oryza Sativa (Rice) Powder, Hibiscus Sabdariffa Flower Powder, Pelagonium Graveolens Flower Oil, Citral, Geraniol, Linalool, Citronellol, Limonene.

czyli wciąż dość prosty.

Termin ważności : 24 miesiące od otwarcia opakowania (wytłoczony na pudełku to 10/2013)

Cena : 39 zł

Maseczka ma postać dość intensywnie pachnącego delikatnego proszku z wyczuwalnymi drobinkami. Instrukcja na opakowaniu (w języku polskim) sugeruje, by użyć jedną stołową łyżkę proszku, do którego należy dodać odrobinę ciepłej wody. Doświadczenie (użyłam maseczki już kilka razy) pokazuje jednak, że pełna łyżka stołowa to nieco zbyt dużo i za każdym razem z miseczce zostawała mi mała poracja rozrobionej maseczki, którą właściwie na siłę niejako próbowałam gdzieś upchnąć jeszcze na twarzy 🙂

Czytałam w recenzjach o pięknym zapachu tego kosmetyku. Cóż, o gustach się nie dyskutuje 😉 Dla mnie zapach jest właściwie jedynym minusem, jaki znajduję w tym produkcie. Nie jest brzydki, ale na tyle drażniący, by uprzykrzać mi stosowanie maseczki. Trudno mi go jednak opisać, gdyż wyczuwam tu zarówno nuty kwiatowe jak i dodatek czegoś kwaśnego, niezbyt miłego. Ale sądząc po recenzjach, jakie znalazłam w sieci, to zapach większości się jednak podoba 🙂 To pewnie kwestia mojego nosa tylko i wyłącznie 🙂

Maseczka po przygotowaniu ma postać dość gęstej papki w odcieniach spranego fiołka, bzu, lilaka, ale w cieplejszej tonacji niż na zdjęciu (zdjęcie z lampą błyskową). Aplikacja nie jest trudna, aczkolwiek maseczka nie ma kremowej postaci i nie rozprowadza się przyklejając do skóry. Po kilku minutach zasycha  i obawiałam się, że po zmyciu jej moja skóra będzie nie tylko ściągnięta, ale i lekko wysuszona.

Samo zmywanie jest dość nietypowe, gdyż przy okazji usuwania maseczki wykonujemy delikatny peeling. Drobinki znajdujące się w maseczce są dość delikatne i ja osobiście nie odczuwałam żadnego dyskomfortu czy nieprzyjemnych odczuć związanych z peelingiem. Łagodnie, delikatnie, ale całkiem skutecznie. Co prawda, jak większość peelingów drobnoziarnistych, tak i tu pojawia się problem w przypadku zaplącania się kosmetyku we włosy czy okolice oczu, ale nie jest to oczywiście wadą, a jedynie cechą charakterystyczną takich peelingów.

Po zmyciu skóra szybko odzyskuje swój naturalny koloryt, u mnie nie było żadnego zaczerwienienia czy podrażnienia. Skóra jest miękka, gładka, w żaden sposób nie podrażniona, ściągnięta, czy wysuszona (mam skórę mieszaną). Dla mnie jednak jest to bardziej mimo wszystko peeling niż maseczka. Zadanie oczyszczajace wykonane zostało poprawnie, ale nie idealnie. Skóra niewątpliwie oczyszczona, ale raczej jak w przypadku porządnej maseczki do stosowania w domu niż gabinetowego zabiegu oczyszczającego. Za to wygładzanie, usunięcie martwego naskórka, odświeżenie – to wszystko, co peeling zrobić powinien, wykonane zostało.

Bardzo podoba mi się fakt, że maseczkę przygotowujemy samodzielnie, więc zawsze mamy świeżą porcję i dowolnie możemy ją urozmaicać tym, co akurat mamy pod ręką (np. oleje różnego rodzaju w przypadku suchej skóry, albo nasz ulubiony mniej lub bardziej hydrolat ).

Moja ocena 7/10.

Czy kupię ponownie? Myślę, że tak. Na kolana mnie nie rzuciła. W zachwyt dziki nie popadłam, ale działanie jest na tyle porządne i zadowalające, a sam produkt na tyle delikatnie ale jednocześnie skutecznie działający, że spokojnie mogę polecić przynajmniej jego wypróbowanie. Do tego dla mnie nie bez znaczenia jest skład – w przypadku maseczek często trudno jest znaleźć skład, który sprawdza się w przypadku problemowej cery. Tu – nie zobserwowałam żadnego ani zapchania ani podrażnienia ani innych sensacji skórnych. Miło, sympatycznie, przyzwoicie.

iS Clinical po 3 tygodniach testów

Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną Pani Justyna z firmy IsClinical z pytaniem, czy nie chciałabym przetestować oferowanych przez tą markę kosmetyków. Przyznam się szczerze, że nie bardzo wiedziałam, czy w ogóle podchodzić do tego tematu, gdyż jak część z Was wie, moja cera jest naprawdę trudna w pielęgnacji i gdy uda mi się ją doprowadzić do jako takiego stanu, to chciałabym ten stan zatrzymać jak najdłużej, a nie kombinować i ryzykować, że znowu ulegnie pogorszeniu. Po zapoznaniu się jednak ze składem postanowiłam spróbować i gdy po kilku dniach kurier dostarczył mi paczuszkę, przystąpiłam do testów.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór

I jak zwykle- żadne zdjęcie nie było poddane retuszowi mającemu na celu zmianę wyglądu skóry czy innej korekcji)

Nie ukrywam, iż o firmie tej dowiedziałam się dopiero niedawno i z jakiegoś powodu, nigdy wcześniej żadne informacje o produktacj tej marki nie przyciągnęły mojej uwagi.

Co o sobie mówi iS Clinical?

iS Clinical jest ekskluzywną marką preparatów do pielęgnacji skóry stworzoną przez INNOVATIVE SKINCARE, która oferuje preparaty o potwierdzonym klinicznie działaniu. Nasi eksperci (farmaceuci, lekarze i eksperci przemysłu kosmetycznego) są liderami w swoich dziedzinach. Dzięki ich zespołowej pracy powstają bezpieczne preparaty, które zapewniają długotrwałe rezultaty wygładzenia i napięcia skóry. Formuły iS CLINICAL zawierają tylko najczystsze składniki o jakości farmaceutycznej, uzyskiwane z całego świata. Każdy ze składników jest przebadany klinicznie pod względem bezpieczeństwa oraz skuteczności działania. Nieprześcigniona technologia tworzenia formuł zapewnia produktom iS CLINICAL skuteczność działania w najwyższym stopniu, dając tym samym pozytywne wyniki kliniczne, trudne do uzyskania w przypadku używania innych ogólnodostępnych kosmetyków.

Produkty iS CLINICAL są zalecane przez wiodących dermatologów, chirurgów plastycznych, onkologów, instytucje medyczne oraz lekarzy medycyny estetycznej. Naszą niezmienną misją w INNOVATIVE SKINCARE jest ulepszanie ludzkiego życia. IINNOVATIVE SKINCARE ustanowił platynowe standardy w pielęgnacji skóry poprzez skuteczne połączenie nauki i piękna.

Tyle w teorii. Przejdźmy do praktyki. Przed testami starałam się nie czytać żadnych opinii i recenzji, gdyż nie chciałam, żeby to w jakikolwiek sposób wpłynęło na mój odbiór i odczucia związane z tymi kosmetykami. Co prawda już po kilku dniach kusiło mnie, żeby zerknąć, co inni piszą, ale zrobiłam to dopiero wtedy, kiedy już sobie wyrobiłam własne zdanie na temat tego, co otrzymałam do przetestowania.

Paczuszka dotarła do mnie bezpieczna, solidnie zapakowana, wypełniona różnymi ulotkami i materiałami pozwalającymi na dokładniejsze zapoznanie się z produktami. Do estetyki opakowań też nie mam zastrzeżeń, choć przyznaję, iż nieraz drżała mi ręka, gdy brałam szklaną buteleczkę z Activ Serum i oczyma wyobraźni widziałam, jak rozpryskuje się na posadzce w łazience 😉

Do testów otrzymałam :

  • Cleansing Complex 60 ml (cena 180 ml – 145 zł) żel oczyszczający do mycia twarzy. Kosmetyk ma postać średnio gęstego, bezbarwnego i bezzapachowego żelu, który po naniesieniu na zwilżone dłonie leciutko się pieni. Nie jest to ani obfita, ani gęsta piana, ale wystarczająca, by łatwo rozprowadzić preparat po całej twarzy. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to wydajność żelu. Do zmycia całego makijażu wystarczy dosłownie kropla. Przy użyciu większej ilości cieni do powiek i kilku warstw tuszu do rzęs musiałam zabieg powtórzyć, ale na co dzień do demakijażu wystarcza mi 1, dosłownie 1 kropla rozprowadzona na twarzy. Po umyciu skóra nie jest ani ściągnięta, ani wysuszona, ani podrażniona, za to czysta i miękka.

 

Czytaj dalej

Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉

Podsumowanie stycznia- część I: pielęgnacja twarzy

Podsumowania ubiegłego roku nie dane mi było zrobić, za to jestem w stanie określić, po jakie kosmetyki sięgałam najczęściej w styczniu.

Oto najczęściej używane przeze mnie produkty w kilku kategoriach z krótkim uzasadnieniem 😉

1. Demakijaż :

Trzy powyższe kosmetyki głównie testowałam, jeszcze nie wiem, czy przy nich zostanę na dłuższą metę. Wszystkie trzy są niedrogie, wydajne, przyjemnie pachną, bez problemu zmywają makijaż, zostawiają uczucie czystej i dobrze oczyszczonej skóry. Raczej jednak polecałabym dla skór tłustych/mieszanych, a nie suchych, gdyż mam wrażenie, że potrafią wysuszać . Nawet mleczko (ono zresztą mi najmniej przypadło do gustu) Mi nic takiego się nie przydarzyło, ale raczej nie pozostawiają uczucia solidnego nawilżenia (ale ja tego wcale nie wymagam od preparatu do demakijażu. Na plus zdecydowanie – przyjazne składy)

(zdjęcia użyte w zestawieniu powyżej pochodzą ze stron producentów – linki znajdują się przy każdym produkcie, w przypadku produktu Avalon zostalo użyte błędne zdjęcie – żelu zamiast mleczka)

2. Tonizowanie:

Tu bez rewolucji i zmian. Nie kombinuję, nie szukam, od wielu, wielu miesięcy stosuję i jest dobrze 😉 Nie czuję potrzeby zmian.

3. Nawilżanie i cała reszta (kremy, sera)

  • Derma E Peptides Plus Wrinkle Reverse Serum – zdecydowanie zbyt wysoka cena jak na produkt takiej jakości. Owszem, używam go  i lubię nawet pod makijaż (choć zapachu nie mogę znieść), ale ze względu na paskudny zapach nie mogę się przemóc, by używać go częściej (choć pewnie ze względu na spradycznosć w stosowaniu jeszcze mi krzywdy nie zrobił). Mimo wszystko uważam, ze 30$ można znacznie lepiej spożytkować 😉

(zdjęcia użyte w zestawieniu powyżej pochodzą ze stron producentów – linki znajdują się przy każdym produkcie)

4. Inne – peelingi, maseczki

Tu baaardzo ubogo. Jakoś tak się złożyło, że w styczniu jedyną używaną przeze mnie maseczką była:

czyli jedna z najbardziej popularnych chyba maseczek. Wręcz kultowa już 🙂 I szczerze mówiąc, nie podzielam zachwytów. Jeżeli mam wybierać, to zdecydowanie wolę inne glinkowe maseczki. Ta poza tym, że pachnie obrzydliwie, to jeszcze tak naprawdę nie robi nic z moją skórą. Nie wiem, może zbyt mało razy ją testowałam (2 w odstępie kilku dni), ale wolałam nie ryzykować częstszego użycia ze względu na ….Propylene Glycol w składzie (nie wspomnę o tym, że znajduje się tam również gliceryna i methylparaben) .
Nie rozumiem fenomenu tej maski i chyba nie zrozumiem (ok, na plus zdecydowanie cena, ale znam wiele lepszych w podobnie korzystnej). Być może glinka Bentonite, dodatek cynku i siarki w jakiś sposób są pomocne przy walce z trądzikiem, ale i tak mnie to nie przekonuje.

(

zdjęcia użyte w zestawieniu powyżej pochodzą ze stron producentów – linki znajdują się przy każdym produkcie)

I znowu nie zdążyłam…

Od dwóch dni przymierzam się do opisania zestawu z Yves Rocher, a dzisiaj na jednym z moich ulubionych blogów co widzę? Właśnie recenzję maseczki z tej serii… Oczywiście zapraszam do Hexxany po jej opis, ale skoro już porobiłam zdjęcia, to wstawiam i swojego posta dotyczącego Tradition de Hammam, czyli bardzo zmysłowej linii pielęgnacyjnej YR.

(zdjęcia fatalnej jakości, ale robione nocą przy ledwo zipiących bateriach)

Ja oceniam wersje testerowe czyli po 30 ml – zdecydowałam się na zakup takich właśnie przed kupnem dużych opakowań

Orientalny peeling do ciała z glinką marokańską

 

Słowo od producenta:

Skóra oczyszczona i gładka. Orientalny peeling do ciała z glinką marokańską. Peeling o działaniu złuszczającym, zawiera glinkę marokańską, puder z orzechów z drzewa arganowego i pestek moreli, olejek arganowy bio oraz wodę różaną. Zapach orientalny, ciepły, otulający

Skład: Aqua, Glycerin, Rosa Damascena Distillate, Prunus Armeniaca Seed Powder, Moroccan Lava Clay, Mehylpropanediol, Coco-Caprylate/Caprate, Argania Spinosa Oil, Argania Spinosa Shell Powder, Ammonium Acryloyldimehyltaurate/VP. Copolymer, Butylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Parfum, Xanthan Gum, Methylparaben, Acrylates / C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Phenoxyethanol, Ceteareth-33, Ethylparaben, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Propylparaben, Sodium Hydroxide, Tetra-Sodium EDTA.

Cena : 65 zł / 150 ml

(zdjęcie pełnowymiarowego produktu ze strony Yves Rocher)

Moim zdaniem :

Jeden z tych peelingów, do których z pewnością wrócę jeszcze nie raz. Piękny, orientalny, bogaty i dość długo utrzymujący się na skórze to oczywiście nie jedyna zaleta tego kosmetyku, ale na tyle mocno zauważalna, że osoby wrażliwe na zapachy powinny wziąć ją pod uwagę. Zapach z gatunku tych, które nie pozostawiają chyba nikogo obojętnym i wiem, że znajdą się osoby, dla których będzie mocno drażniący. Latem również może być mniej sympatyczny, ale zimową porą spisuje się na medal.

Peeling jest dość delikatny, drobinki spore i mało ostre, ale  mimo to pozostawia skórę niesamowicie gładką i miękką. Żadnego uczucia ściągnięcia, wysuszenia, najmniejszego nawet dyskomfortu. Użycie balsamu po zastosowaniu peelingu nie jest konieczne, gdyż na skórze pozostaje delikatny, lekko wyczuwalny film, dzięki dodatkowi oleju, który jest zresztą wyraźnie zauważalny w peelingu. Drobinki nie znikają, nie rozpuszczają się (czego ja osobiście nie cierpię), a do samego końca spełniają swoją peelingującą rolę.

Mimo pewnych obaw związanych z gliceryną dość wysoko w składzie (a jak już wielokrotnie wspominałam, jestem jedną z nielicznych osób, którym ona wyjątkowo nie służy), zdecydowałam się nawet na zastosowanie peelingu na twarzy. I sprawdził się równie dobrze (w  duecie z maseczką). Skóra była gładka, oczyszczona, bez podrażnień. Szkoda tylko, że już następnego dnia zaliczyłam dwie podskórne gule (ale znałam ryzyko takiego eksperymentu i liczyłam się z takim skutkiem ubocznym 😉 )

Co prawda cena regularna jest mało zachęcająca – uważam, że YR trochę przesadził życząc sobie za 150 ml tego kosmetyku 65 zł, ale niestety (dla mojej kieszeni), za moment skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie tego peelingu, gdyż plasuje się w on w mojej TOP5. Z drugiej strony przyglądając się bliżej składowi – jestem w stanie wybaczyć mu cenę. A poza tym są przecież rozmaite promocje w YR (i karta stałego klienta:) )

Czy kupię ponownie?

Zdecydowanie TAK.

Moja ocena 7/10

Maseczka z glinką marokańską do twarzy i włosów


Słowo od producenta:

Maseczka z glinką marokańską oraz olejkiem arganowym z upraw ekologicznych zapewnia oczyszczoną, promienną skórę oraz sprężyste, jedwabiście lśniące włosy. Wskazówki dotyczące stosowania: zwilż włosy i skórę twarzy, a następnie nałóż maseczkę. Dokładnie spłucz po 5 minutach.

Skład : Aqua, Moroccan Lava Clay, Kaolin, Rosa Damascena Destillate, Alcohol Denat., Zea Mays Starch, Magnesium Aluminium Silicate, Glycerin, Argania Spinosa Oil, Cetyl Alcohol, Propylene Glycol, Ceteth-20, Mica, Parfum, Cellulose Gum, Methylparaben, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Cocamidopropyl Betaine, Allantoin, Ethylparaben, Tocopheryl Acetate, Propylparaben, Tetrasodium EDTA, Cl 77491, Cl 77492, Cl 77499, Cl 77891, Cl 77163

Cena 50 zł / 100 ml

(zdjęcie pełnowymiarowego produktu ze strony Yves Rocher)

Moim zdaniem :

Moje pierwsze zetknięcie z tą maseczką nie należało do zbyt udanych. Kupiłam ją właściwie z zamiarem używania na włosach, ale zadanie to okazało się nie tyle trudne, co kompletnie bezsensowne. Maseczka wsiąka we włosy i dość ciężko się ją rozprowadza (a przy tym jest to szalenie mało ekonomiczne, bo ja na włosy średniej długości zużyłam całą tubkę 50 ml). Może i bym była w stanie wybaczyć jej te wady, gdyby nie fakt, że nie tylko nic dobrego nie robi z włosami, ale wręcz im szkodzi. Po zmyciu włosy okazały się być matowe, splątane i zupełnie pozbawione życia. Choć za to z pięknym zapachem 🙂

Maseczka pachnie bardzo podobnie jak peeling do ciała (choć w peelingu wyczuwam jeszcze jedną, ostrzejszą nutę). Aplikacja na twarzy nie sprawia żadnych problemów – maska jest na tyle gęsta, że nie spływa, a jednocześnie na tyle płynna, że daje się bez problemu rozprowadzić na skórze. Zasycha znacznie wolniej niż znane mi maseczki z glinką (choć przy podanym przez producenta czasie jej trzymania, czyli 5 minutach, w ogóle nie odnotowuję zasychania na skórze (z tym, że ja nakładam ją w solidnej ilości)

Po zmyciu skóra jest miękka, ładnie oczyszczona, promienna, wygładzona i w moim przypadku absolutnie niepodrażniona.

Niestety, nie mogę jej używać zbyt często ze względu na PG w składzie. Mimo iż dość daleko, to jednak i tak podstępnie mi szkodzi 😦 Gdyby nie ten dodatek, byłaby to jedna z moich ulubionych maseczek do twarzy. Osobom mniej wrażliwym na glicerynę i propylene glycol – zdecydowanie polecam.

Czy kupię ponownie?

Prawdopodobnie TAK.

Moja ocena 6/10