Taki trochę dziwoląg, czyli Itahake Brush

Ciąg dalszy mojej recenzji pędzli, jakie otrzymałam od sklepu Kosmetyki-mineralne. W poprzedniej notatce chwaliłam pędzel do pudru Large Mineral Brush, a teraz czas na moje spostrzeżenia dotyczące swego rodzaju unikalnego typu pędzla, jakim z pewnością jest

ITAHAKE BRUSH

Kształt pędzla wywodzi się z japońskiej tradycji malowania twarzy białą farbą – do tego celu Geisha używała właśnie takich narzędzi jak płaski pędzel z bambusowym trzonkiem w mniejszym lub większym rozmiarze (większy – do malowania całej powierzchni twarzy, mniejszy – do trudniej dostępnych miejsc jak skrzydełka nosa czy okolice oczu). W pędzlu Everyday Minerals tradycyjne naturalne włosie zostało jednak zastąpione włosiem syntetycznym zgodnie z polityką marki EM (cruelty free).

Zainteresowanych tym, jak wyglądają oryginalne pędzle Itahake, odsyłam do genialnego artykułu TUTAJ i TUTAJ, ja natomiast skupię się na pędzlu, który mam, znam i na temat którego mogę co nieco już powiedzieć.

Pierwsze wrażenie – ale to dziwny pędzel… Co ja mam z nim zrobić? Do czego go użyć? Jak się nim posługiwać? I gdzie metalowa nasadka? Dlaczego nie jest polakierowany jak reszta pędzli Everyday Minerals ?

Wg sugestii producenta, pędzel ten może być wykorzystywany do nakładania pudru mineralnego, zwykłych prasowanych pudrów, rozświetlaczy, róży… Przetestowałam wszystko. I niestety moja opinia jest  dokładnie taka sama jak w momencie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten pędzel – można, da się, ale po co? Każdy z kosmetyków, jaki próbowałam nim zaaplikować, owszem, nałożony został poprawnie, ale kosztowało mnie to dwa razy tyle czasu i wysiłku, co zwykle. Do różu wolę pędzle, które od razu nie robią mi smugi (róż nałożony tym pędzlem to piękna smuga, którą pracowicie musiałam rozcierać), do bronzera również (tak samo jak w przypadku różu), aplikacja pudru była znacznie utrudniona, gdyż gdy nabrałam za dużo pudru – wszystko spadało mi z pędzla, gdy wzięłam za mało – trwało to wieki 🙂 Podkład mineralny nałożony tym pędzlem ma tak lekkie krycie, że ja osobiście nie mogę sobie pozwolić, by go stosować do tego celu…

Właściwie jedynym zastosowaniem, jakie ja znajduję dla Itahake jest nakładanie jasnego, rozświetlającego pudru na nos, ale jako iż robię to tylko przy modelowaniu twarzy do zdjęć, to doskonale sobie radziłam z tym jeszcze przed posiadaniem tego pędzla.

Obawiałam się, że fakt, iż pędzel nie jest zabezpieczony warstwą lakieru jak pozostałe pędzle EDM (początkowo nawet myślałam, że to mi się trafił taki egzemplarz tylko) wpłynie na jego trwałość. Otrzymałam jednak wyjaśnienie, że bambusowy trzonek nie wchłania wody i w związku z tym nic się mu przydarzyć nie powinno. Ok, wymądrzać się nie będę, pewnie tak jest 🙂 Ale i tak drżę za każdym razem, kiedy go piorę, kompletnie nieprzyzwyczajona do pędzli bez metalowej nasadki zabezpieczającej pędzel przed rozklejeniem się. Nic na to nie poradzę – to silniejsze ode mnie:)

Być może pędzel ten sprawdzi się w przypadku płynnych podkładów, albo bardzo gęstych, kryjących, kamuflażowych wręcz past używanych w charakteryzacji (w końcu Geisha używa takiego pędzla jak pędzla do malowania ścian – ruchami z góry na dół) i być może tu się spisze lepiej, ja jednak tego raczej nie sprawdzę. Takich kosmetyków po prostu nie używam.

A być może to ja po prostu sierota do kwadratu jestem i instrukcja obsługi tego pędzla przerasta moje zdolności? Nie wiem.. Faktem jest, że pędzel ten u mnie w TOP 10 się raczej nie znajdzie 😉 W moim przypadku niestety, jest kompletnie bezużyteczny (podobnie jak pędzle dołączane do benefitowych róży, wg mnie to ten sam typ pędzla). Ale cieszę się, że miałam okazję go przetestować 🙂 Przynajmniej wiem, że ja bez takich pędzli mogę się obejść. Nie wątpię jednak, że znajdą się osoby, którym przypadnie on do gustu. W końcu ile osób, tyle różnych preferencji i upodobań 🙂

Reklamy

Pędzel w rozmiarze XXL czyli Large Mineral Brush EDM

Kilka tygodni temu otrzymałam paczuszkę ze sklepu Kosmetyki-mineralne, a w niej pędzle, jakich jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Ba, przyznam się szczerze, że odkąd sporadycznie wchodzę na wizażowe wątki (brak czasu), to przegapiłam pojawienie się nawet takiego pędzle jak Large Mineral Brush z Everyday Minerals. Pędzel Itahake gdzieś mi kiedyś mignął, ale jakoś szczególnego zainteresowania nie wzbudził. Za to moją sympatię do pędzli typu kabuki niejednokrotnie podkreślałam (chociażby TUTAJ – post wciąż czekający na aktualizację :D), tym bardziej ucieszyłam się, że dzięki uprzejmości sklepu, będę miałą możliwość przetestowania tych pędzli ( i nie tylko pędzli, bo jak widać na zdjęciu, otrzymałam również próbki pudrów Lily Lolo, ale o nich innym razem)

Dzisiaj nieco spóźniona recenzja jednego z pędzli, czyli :

Large Mineral Brush

(pozostałe lada moment, może nawet dziś jeszcze, bo właściwie post gotowy, muszę go tylko zdjęciami uzupełnić 😉 )

Idealnego pędzla do pudru szukam od kilku lat. Przez moje ręce przewinęło się ich naprawdę wiele i prawie wszystkie powędrowały w inne ręce, gdyż żaden z nich nie był tym, o co mi chodziło. Najbliższy ideałowi i właściwie jedyny, jaki sobie zostawiłam, to pędzel od Pastereczki, który jednak mimo wielu zalet, posiada też jedną wadę, którą mu wybaczam, bo sam w sobie jest genialny (wada to zżeranie pudru 🙂 )

Large Minerals Brush to pędzel słusznych rozmiarów. Spodziewałam się dużego pędzla. Oglądając jego zdjęcia wiedziałam, że do małych nie należy, ale rzeczywistość przeszła jednak moje najśmielsze wyobrażenia. LMB to naprawdę gigant.

Wymiary:

Długość pędzla z włosiem: 22,5 cm

Długość trzonka (liczona z nasadką): 17,5 cm

Długość samego włosia: 5 cm

Jak wszystkie pędzle Everyday Minerals, tak i ten posiada bambusowy trzonek i bardzo miękkie włosie. W moim egzemplarzu po umyciu wypadło kilka włosów, ale tylko przy pierwszym myciu. Przy kolejnych już nie zaobserwowałam żadnego denerwującego gubienia włosków.

Na zdjęciu poniżej można zobaczyć, jak wygląda ten pędzel w porównaniu do dwóch dość dobrze znanych, czyli Long Handled Kabuki oraz Dome Blush Brush (oba oczywiście również EM)

Sam pędzel idealnie spisuje się przy nakładaniu pudru sypkiego. W przeciwieństwie do mojego „pastereczkowego” pędzla do pudru, ten jest znacznie mniej żarłoczny – to, co na niego nałożę, nie ginie w czeluściach włosia, tylko grzecznie ląduje na mojej twarzy. Wielkość mi osobiście bardzo odpowiada- kilka szybkich machnięć i puder nałożony.

Próbowałam również nałożyć nim róż/bronzer. Owszem, można, bo pędzel jest lekko spłaszczony i ma tak wyprofilowane włosie, że czubek pędzla jest nieco węższy, więc nałożenie różu/bronzera bez pomalowania sobie połowy twarzy jest jak najbardziej możliwe. Dla mnie jednak to trochę kombinowanie na siłę i ja zostaję przy swoim ulubionym pędzlu do różu (Angled FIber Optic). Ale dać się jak najbardziej da, jeżeli ktoś się uprze i np. chce zabrać ze sobą z jakiegoś powodu tylko jeden pędzel 🙂

Ostatnia rzecz. Na MUA znalazłam recenzję, w której ktoś ogromnie krytykuje ten pędzel, gdyż nie da się nim nałożyć podkładu z powodu marnego krycia. Hm.. przyznam szczerze, że nie wpadłam na to, by użyć takiego pędzla do nakładania podkładu 🙂 Do tego są inne pędzle – ten, chociażby z racji długości włosia i zbyt dużej „rozłożystości” moim skromnym zdaniem się do tego raczej nie nadaje. Choć w ramach zaspokojenia swojej ciekawskiej natury przeprowadziłam szybki test i … jakby się bardzo uprzeć, to można nim nałożyć podkład mineralny na twarz w ciągu 10 sekund, ale jest to raczej szybkie ujednolicenie skóry, bez efektu specjalnego krycia. Trwałości nie testowałam, bo chwyciłam za normalny pędzel i umalowałam się jak należy:)

Schnie zadziwiająco szybko. Spodziewałam się, że taka ilość włosia o takiej długości po wypraniu do rana nie wyschnie. Okazało się, że byłam w błędzie, bo za każdym razem, kiedy wypiorę pędzel wieczorem, do rana jest całkowicie suchy.

Pędzel wg mnie ma jedną zasadniczą wadę – długość trzonka. Jak dla mnie – krótkowidza, który gdy nie korzysta akurat z 30 dniowych soczewek do noszenia non stop, to rano zapomina je założyć i maluje się z nosem przy samym lusterku, taka długość trzonka jest nieco przeszkadzająca. Co prawda operacja nałożenia pudru nie wymaga ogromnej precyzji i spokojnie mogę od tego lusterka się oddalić, ale i tak gdybym mogła wybierać, to wolałabym dokładnie taki pędzel z krótszą rączką.

Więcej wad nie znajduję.  Pędzel zasługuje wg mnie na ocenę 8/10 (długość trzonka i cena, która podejrzewam, może być przeszkodą dla wielu, nie pozwalają mi dać więcej punktów). Dla mnie jest to jeden z pędzli, po które ostatnio sięgam bez przerwy i już sobie nie wyobrażam, jak sobie radziłam wcześniej, nie posiadając go 🙂

A już niedługo – pędzel z nieco mniej entuzastyczną recenzją 😉

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Matique. I kilka produktów…

Jakiś czas temu pisałam o sklepie Matique, od którego otrzymałam wraz ze swoim zamówieniem kilka produktów do testów.

Czas na ich opisanie, jako iż jestem już w stanie co nieco o nich napisać.

Zakupiłam:

Opisu produktu zaczerpnięty ze strony Matique:

Wyjątkowo delikatne, a jednocześnie niezwykle skuteczne połączenie mąki z brązowego ryżu, zmielonego hibiskusa oraz olejku eterycznego z geranium sprawia, że ta Złuszczająco Oczyszczająca Maseczka do Twarzy głęboko oczyszcza skórę.

Po prostu dodaj odrobinę wody do tego pachnącego proszku, a uzyskasz jednolitą dobrze wchłaniającą wodę pastę, która „wyciągnie” z Twojej skóry wszelkie zanieczyszczenia oraz niedoskonałości w czasie kiedy będzie zasychać.

Skład (na moim pudełku nieco dłuższy niż ten podany na stronie Matique) : Oryza Sativa (Rice) Powder, Hibiscus Sabdariffa Flower Powder, Pelagonium Graveolens Flower Oil, Citral, Geraniol, Linalool, Citronellol, Limonene.

czyli wciąż dość prosty.

Termin ważności : 24 miesiące od otwarcia opakowania (wytłoczony na pudełku to 10/2013)

Cena : 39 zł

Maseczka ma postać dość intensywnie pachnącego delikatnego proszku z wyczuwalnymi drobinkami. Instrukcja na opakowaniu (w języku polskim) sugeruje, by użyć jedną stołową łyżkę proszku, do którego należy dodać odrobinę ciepłej wody. Doświadczenie (użyłam maseczki już kilka razy) pokazuje jednak, że pełna łyżka stołowa to nieco zbyt dużo i za każdym razem z miseczce zostawała mi mała poracja rozrobionej maseczki, którą właściwie na siłę niejako próbowałam gdzieś upchnąć jeszcze na twarzy 🙂

Czytałam w recenzjach o pięknym zapachu tego kosmetyku. Cóż, o gustach się nie dyskutuje 😉 Dla mnie zapach jest właściwie jedynym minusem, jaki znajduję w tym produkcie. Nie jest brzydki, ale na tyle drażniący, by uprzykrzać mi stosowanie maseczki. Trudno mi go jednak opisać, gdyż wyczuwam tu zarówno nuty kwiatowe jak i dodatek czegoś kwaśnego, niezbyt miłego. Ale sądząc po recenzjach, jakie znalazłam w sieci, to zapach większości się jednak podoba 🙂 To pewnie kwestia mojego nosa tylko i wyłącznie 🙂

Maseczka po przygotowaniu ma postać dość gęstej papki w odcieniach spranego fiołka, bzu, lilaka, ale w cieplejszej tonacji niż na zdjęciu (zdjęcie z lampą błyskową). Aplikacja nie jest trudna, aczkolwiek maseczka nie ma kremowej postaci i nie rozprowadza się przyklejając do skóry. Po kilku minutach zasycha  i obawiałam się, że po zmyciu jej moja skóra będzie nie tylko ściągnięta, ale i lekko wysuszona.

Samo zmywanie jest dość nietypowe, gdyż przy okazji usuwania maseczki wykonujemy delikatny peeling. Drobinki znajdujące się w maseczce są dość delikatne i ja osobiście nie odczuwałam żadnego dyskomfortu czy nieprzyjemnych odczuć związanych z peelingiem. Łagodnie, delikatnie, ale całkiem skutecznie. Co prawda, jak większość peelingów drobnoziarnistych, tak i tu pojawia się problem w przypadku zaplącania się kosmetyku we włosy czy okolice oczu, ale nie jest to oczywiście wadą, a jedynie cechą charakterystyczną takich peelingów.

Po zmyciu skóra szybko odzyskuje swój naturalny koloryt, u mnie nie było żadnego zaczerwienienia czy podrażnienia. Skóra jest miękka, gładka, w żaden sposób nie podrażniona, ściągnięta, czy wysuszona (mam skórę mieszaną). Dla mnie jednak jest to bardziej mimo wszystko peeling niż maseczka. Zadanie oczyszczajace wykonane zostało poprawnie, ale nie idealnie. Skóra niewątpliwie oczyszczona, ale raczej jak w przypadku porządnej maseczki do stosowania w domu niż gabinetowego zabiegu oczyszczającego. Za to wygładzanie, usunięcie martwego naskórka, odświeżenie – to wszystko, co peeling zrobić powinien, wykonane zostało.

Bardzo podoba mi się fakt, że maseczkę przygotowujemy samodzielnie, więc zawsze mamy świeżą porcję i dowolnie możemy ją urozmaicać tym, co akurat mamy pod ręką (np. oleje różnego rodzaju w przypadku suchej skóry, albo nasz ulubiony mniej lub bardziej hydrolat ).

Moja ocena 7/10.

Czy kupię ponownie? Myślę, że tak. Na kolana mnie nie rzuciła. W zachwyt dziki nie popadłam, ale działanie jest na tyle porządne i zadowalające, a sam produkt na tyle delikatnie ale jednocześnie skutecznie działający, że spokojnie mogę polecić przynajmniej jego wypróbowanie. Do tego dla mnie nie bez znaczenia jest skład – w przypadku maseczek często trudno jest znaleźć skład, który sprawdza się w przypadku problemowej cery. Tu – nie zobserwowałam żadnego ani zapchania ani podrażnienia ani innych sensacji skórnych. Miło, sympatycznie, przyzwoicie.

Moja okrojona kolekcja pędzli typu Kabuki

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

Moja kolekcja pędzli typu kabuki, czyli to, co znajduje się dzisiaj w moich zbiorach (po wyprzedaży Allegrowej i porozdawaniu 🙂 )

Konkurs – ogłoszenie wyników konkursu

Zgodnie z zapowiedzią – ogłoszenie wyników konkursu. Bez zbędnego wstępu, bez mojego rozpisywania się (to będzie na koniec :P)

Do wytypowania zwycięskich numerów użyłam tego generatora

Podzieliłam zgłoszenia na 3 listy – lista główna (użyta do losowania nagród dodatkowych), lista korektorowa (znalazły się na niej osoby, które zadeklarowały wybór korektora jako nagrody w przypadku wygranej) oraz lista pędzlowa (dla osób, które wolały jednak zestaw pędzli).

Po 3 losowaniach Research Randomizer wyłonił następujących zwycięzców :

Pędzle – pozycja na liście "pędzlowej" 145,  czyli fluxus9

Korektor – pozycja na liście "korektorowej" 37, czyli eenax

Nagrody dodatkowe, czyli 19 zestawów składających się z próbki nowego korektora jasnobeżowego oraz pełnowymiarowego korektora zielonego wędrują do :

barbillla, czarnulka708, ciri, neomedia, carolinascotties, kmb1, lanka, Ewa  Ł, Maggi, mart(w)a, kasiaj85, Parfaitea, dezemka, TheDzesi12, TheDoliouse, Idalia, Aneta (ksiazki-moja-milosc), fluxus9, Hexxana.

Fluxus9– zazdroszczę szczęścia w losowaniu 😀 Dwukrotnie trafić los przy jednym zgłoszeniu..Brawo 🙂 I w totka zacznij grać 😉

Wszystkim zwycięzcom w konkursie serdecznie gratuluję i proszę o kontakt w celu ustalenia szczegółów wysyłki 🙂

A pozostałym życzę powodzenia w następnych moich konkursach 🙂

( nie przyjmuję żadnych skarg z tytułu "niezałapania" się na listę. Konkurs trwał 16 dni. Moim zdaniem to wystarczająco dużo czasu, by poprawnie wysłać zgłoszenie, a w razie wątpliwości i niejasności – skontaktować się ze mną. Kto tego nie zrobił – proszę mieć pretensje do siebie tylko i wyłącznie )

W sprawie konkursu

Uff… zaktualizowałam w końcu arkusz zgłoszeniowy. Sprawdzone zostały ankiety pod kątem poprawności ich wypełnienia, prawdziwości podanych tam danych; sprawdziłam także listę obserwatorów mojego bloga, listę adresów mailowych osób, które zapisały się do subskrypcji mailowej; posprawdzałam także, czy została zgłoszona gdzieś sugestia odnośnie przyszłych moich postów.

Do chwili obecnej otrzymałam…. 231 zgłoszeń !!! To naprawdę niesamowite, jak wiele osób wzięło udział w zabawie. Przyznam się szczerze, że organizując konkurs byłam pewna, że nagród wystarczy dla wszystkich biorących udział:D Jako iż mój blog jest blogiem mineralnym w znacznej mierze, więc z oczywistego powodu nie dociera do zbyt szerokiej grupy czytelników. Dlatego też myślałam, że te 20 kilka nagród w konkursie wystarczy, by obdarować wszystkich, którzy się zgłoszą…. 😀

Bardzo dziękuję wszystkim za zgłoszenia, za sugestie i maile, jakie otrzymałam. Dziękuję także za wypełnienie ankiet i odpowiedzi na zawarte tam pytania – to naprawdę bardzo pomocne… Dostałam też od Was sporo zdjęć z makijażami mineralnymi. Oczywiście wszystkie zdjęcia obejrzałam, wszystkie miło się oglądało i z pewnością niedługo będziecie mogły zobaczyć się na moim blogu.

A teraz z mniej przyjemnych spraw – niestety, tak jak się obawiałam czytając wpisy innych blogowiczek organizujących konkursy, tak jak i u mnie pojawiło się kilka osób próbujących oszukiwać 😦 Nie rozumiem, bo naprawdę konkurs trudny nie był, wystarczyło spełnić kilka prostych warunków 😦 Nawet nie będę komentować takiego postępowania, bo zostawianie pustej ankiety i podawanie na końcu adresu mailowego i wybranej przez siebie nagrody jest dla mnie czymś zupełnie wykraczającym poza moje pojmowanie… A takich zgłoszeń było kilka…

Dziękuję za to tym wszystkim, którzy wypełnili prawidłowo zarówno ankiety, jak i pozostałe warunki.

Proszę wszystkich o sprawdzenie w arkuszu, czy wszystko się zgadza i czy przy Waszym zgłoszeniu widnieje odpowiednia ilość głosów. Jeżeli jest tam 0 (zero), to znaczy, że jakiś warunek nie został spełniony (brak ankiety, brak notatki z sugestią, brak takiego obserwującego na mojej liście/brak adresu na liście subskrypcji). Jeżeli nie, to proszę o uzupełnienie do godziny 24- tej. Wtedy też zamykam konkurs i możliwość poprawiania swoich zgłoszeń.

Poprawione zgłoszenia a także zapytania przyjmuję tylko mailem wysłanym na adres cathy@mineralnekosmetyki.pl ! Proszę nie wpisywać w komentarzach pytań typu "dlaczego mam zero punktów?". Na pewno nie bez powodu 😉 , choć oczywiście przeoczyć też coś mogłam przy takiej ilości zgłoszeń. Dlatego też, jeżeli widzisz, że w tabelce masz obok swojego zgłoszenia wpisane 0 (zero), a wiesz, że wszystkie warunki spełniłaś prawidłowo, to napisz mi maila podając :

– czy wypełniłaś ankietę wpisując adres mailowy ORAZ prawidłową nazwę, pod jaką obserwujesz bloga (3 osoby w ankiecie podały zupełnie inną nazwę obserwatora i gdyby nie to, że od dłuższego czasu widzę je na swoim blogu, to nie udałoby mi się Was zidentyfikować :P)

– gdzie umieściłaś sugestię odnośnie przyszłych postów na moim blogu

– czy spełniłaś warunki dodatkowe (zdjęcia lub notatka o konkursie) podając szczegóły.

Zamknięcie konkursu, ostateczne sprawdzenie zgłoszeń i losowanie nagród – dzisiaj o godzinie 00:00

Ogłoszenie wyników losowania – jutro w południe.

Wszystkich niezdecydowanych zapraszam jeszcze do udziału. Jeszcze zostało kilka godzin 😉

Dopisano o 00:01 – konkurs ZAMKNIĘTY. Siadam do przeglądania, sprawdzania 🙂 Muszę podzielić jeszcze zgłoszenia na "pędzlowe" i "korektorowe", a także pododawać dodatkowe miejsca w tabeli osobom, które mają więcej niż jeden głos. A potem losowanie 😉

Zdecydowałam się też nie zabierać możliwości udziału osobom, które nie podały poprawnego adresu mailowego bądź nicka, pod jakim obserwują bloga. To pierwszy mój konkurs i postanowiłam tym razem być nieco bardziej wyrozumiała 🙂 Ale tym, którzy nie spełnili podstawowego warunku ankieta/sugestia niestety zgłoszeń uznać nie mogę..

Pixie Cosmetics po testach

Konkurs konkursem, ale nowe posty oczywiście pojawiać się będą. Jestem obecnie po kilku dniach testów zarówo pędzli jak i nowego korektora Pixie (oczywiście nie egzemplarzy przewidzianych na nagrody :D), więc mogę już kilka słów o nich powiedzieć.

Korektor w odcieniu 05 – beżowy jasny.

Przyznam szczerze, iż nie jestem najlepszą testerką korektorów. Nawet nie dlatego, że ich nie lubię. Nie, nie mam nic przeciwko korektorom generalnie. Tylko… jakoś nie widzę sensu ich używać 🙂 Przebarwienia, plamy, blizny i inne niepożądane historie na twarzy udaje mi się w miarę zamaskować podkładem, więc jakoś nie mam serca do używania jeszcze do tego korektorów.

Również pod oczami, choć być może przydałoby się czasem coś tam pacnąć, żeby wyrównać koloryt, to jakoś jednak nie lubię.

Dziwnym jednak sposobem korektory często lądują w moich łapach. I choć swatche robię z przyjemnością, o samym działaniu ciężko mi się wypowiadać. Jednakże spróbuję na tyle obiektywnie, na ile się da w tym przypadku, omówić choć krótko korektor Pixie w odcieniu 05.

O ślicznym pudełeczku już pisałam. Tu obiektywna nie będę, bo ja po prostu bardzo, ale to bardzo lubię takie fikuśne opakowania. Owszem, cenię klasykę i ona zawsze znajdzie uznanie w moich oczach, ale nie będę ukrywać, że opakowania wyróżniające się, przykuwające uwagę również wzbudzają moje zainteresowanie. A gdy jeszcze są w moich ulubionych kolorach, estetycznie zaprojektowane i jednocześnie praktyczne, to ja jestem jak najbardziej na "TAK".

Na uwagę zasługuje również mała sakiewka, kolorystycznie dopasowana do stylu Pixie. Niby drobiazg, ale przydatny. Możemy przechowywać nasz korektor w miękkim etui bez obaw, że porysuje nam się w kosmetyczce albo w torebce (a szkoda by było ;))

W małym, płaskim pudełeczku zamknięty jest nie tylko korektor, ale również podręczne lustereczko, w którym bez problemu skontrolujemy szybko wygląd naszej skóry celem naniesienia ewentualnych poprawek. Niewielki rozmiar oraz fakt, że pudełko jest dość płaskie sprawiają, że zmieści się dosłownie wszędzie. Do tego otwieranie nie sprawia większych problemów i nawet osoby noszące tipsy czy dłuższe paznokcie nie powinny obawiać się ich połamania. Otwiera się lekko, a jednocześnie na tyle solidne jest to zamknięcie, iż mamy pewność, że się samo nie otworzy przypadkowo.

Co do samego produktu… Z pewną dozą nieśmiałości wzięłam się za jego testowanie, gdyż odcień jest dla mnie zdecydowanie zbyt jasny, ale chcąc sprawdzić, jak się spisuje pod oczami, nałożyłam palcem (jednak nie polecam dotykania palcami powierzchni korektora – ja to robię w ten sposób, że najpierw nabieram korektor na pędzelek, później przenoszę to na wierzch dłoni, a stamtąd zbieram właśnie palcem) delikatnie wklepując, bez rozcierania. Nie przyciskam, nie ugniatam, tylko delikatnie,opuszkami palców wklepuję, aż korektor równomiernie pokryje pożądaną powierzchnię i stopi się ze skórą. I choć początkowo wyglądałam prawie jak Nicole Kidman podczas jej słynnej wpadki makijażowej, to po chwili korektor całkiem sympatycznie się wtopił i choć nadal pozostał jaśniejszy od reszty mojej twarzy, to różnica była na tyle do zaakceptowania, iż zdecydowałam się nawet wyjść tak z domu 🙂 Jaśniejszy odcień korektora nieco rozświetlił spojrzenie i lekko odświeżył wygląd całego makijażu.

Wystarczy naprawdę odrobina, by wklepać pod oczy i rozświetlić spojrzenie. Myślę, że przy takim zastosowaniu wydajność tego kosmetyku będzie ogromna.

Jeżeli chodzi o właściwości kryjące korektora, to tu się nie wypowiem, gdyż naprawdę trudno jest mi to ocenić. Na pewno ujednolicił skórę pod oczami, na pewno wyglądała jakoś tak, nie wiem? Świeżej? A czy kryje? Poczekam aż pojawią mi sie jakieś niespodzianki na twarzy i wtedy spróbuję ponowić testy (oby nieprędko jednak :D)

Co prawda moja opinia jeżeli chodzi o korektory właściwie do niczego się raczej nikomu nie przyda, gdyż przez ponad 15 lat poszukiwań nie odkryłam korektora, którego bym chciała używać. Testowałam dziesiątki najrozmaitszych – z górnej półki, ze średniej jak i z tej całkiem niskiem. Żaden, dosłownie żaden (no, może poza Magic HR i Biothermowym Forget It, które gdzieś tam na granicy przyzwoitości się mieściły), nie chciał współpracować z moją skórą. Krycie niewystarczające, albo zbyt mocne przez co widoczne, albo zbyt tłuste, albo zbyt suche, wodniste, za gęste, zbierające się w zmarszczkach, wyparowujące ze skóry.. Pixie również na mojej skórze zbyt dobrze nie leży na dłuższą metę. Po jakimś czasie (testowany tylko pod okiem) gromadzi się w drobnych zmarszczkach, a przez to, że dla mnie jest zbyt tłusty, skóra w tym miejscu zaczyna się niezbyt estetycznie błyszczeć… Ale to pewnie kwestia mojej skóry – skoro przez tyle lat i tyle najrozmaitszych testów nic nie znalazłam, to są dwa wyjścia – albo z moją skórą coś jest nie tak, albo ja wyjątkowe antytalencie jestem w temacie korektora i po prostu nie potrafię ich używać 😉

Zbliżenia na odcień korektora w porównaniu do dwóch jasnych korektorów z EDM ( Multi-tasking oraz Intensive Fair) oraz dwóch innych odcieni korektora Pixie.

 

Pędzle Pixie Cosmetics – Flat Top oraz Kabuki

Wydawało mi się, że moje pędzle EDM-owe typu kabuki są w idealnym stanie i że wyglądają i zachowują się dokładnie tak, jak w momencie zakupu. Jak bardzo się myliłam, okazało się dopiero, gdy przystąpiłam do testów nowych pędzli Pixie. Co prawda Flat Topa przetestowałam bardzo pobieżnie, gdyż po prostu do nakładania podkładu zdecydowanie wolę pędzle typu Kabuki, ale testy pozwoliły ocenić mi, czy jak wypadają te pędzle na tle EDM-owych (i poprzednich pędzli Pixie)

Flat Top – nie będę tu przytaczać po raz kolejny zastosowania tego pędzla i różnic między nim a kabuki, dla osób dopiero zaczynających przygodę z minerałami wspomnę tylko, że Flat Topem uzyskujemy mocniejsze krycie przy nakładaniu podkładu, a to, który jest lepszy zależy tylko i wyłącznie od naszych preferencji (ja kiedyś nie wyobrażałam sobie nakładania podkładu innym pędzlem niż FT, obecnie zaś, od wielu, wielu miesięcy, używam tylko pędzli typu kabuki).

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy ocenie pędzla Flat Top Pixie to oczywiście jego szata graficzna. Nie sposób nie dostrzec, że zdecydowanie wyróżnia się on na tle innych, podobnych do niego pędzli. Utrzymany w fioletowo- śliwkowej tonacji idealnie pasuje do pozostałych produktów Pixie i sprawia, że razem tworzą bardzo ciekawie wyglądający kompet. Pędzel dobrze leży w dłoni, długość rączki nawet dla krótkowidzów malujących się z nosem przy lusterku (jak ja) jest idealna – nie za długa, a jednocześnie niezbyt krótka (co też potrafi być niewygodne). Włosie oczywiście bardzo gęste, zwarte, niesamowicie miękkie. Podkład rozprowadza się bez problemu, ale to oczywiście żaden nadzwyczajny wyczyn. W końcu powinno to być wpisane w dobrej jakości pędzel, prawda? A FT z pewnością taki jest, choć jeżeli mam być szczera, to ja sięgać po niego będę sporadycznie, gdyż po prostu nie lubię już takich pędzli. Ale może kiedyś mi się znowu zmieni i dla odmiany tylko FT będę używała? Kto wie… 😉

Kabuki – oczywiście szata graficzna identyczna jak w przypadku poprzedniego pędzla, wykonanie tak samo porządne (bambusowa rączka, aluminiowa nasadka pochodząca z recyclingu, niesamowicie przyjemne w dotyku włosie syntetyczne). I ten jest moim zdecydowanym faworytem. Bajecznie gładka i miękka aplikacja podkładu, a do tego praktycznie całkiem wyeliminowane nieprzyjemne kłucie związane z przesuwaniem włosia po skórze. Myślę, że nawet osoby z bardzo wrażliwą skórą nie powinny odczuwać dyskomfortu przy używaniu tego pędzla. Ja wykorzystuję tego typu pędzle tylko i wyłącznie do podkładu, ale z założenia, można nim również nałożyć puder, a nawet bronzer/róz/rozświetlacz. Ja do tego wolę jednak inne pędzle.

Pranie. Przy pierwszym praniu z moich pędzli wypadło kilka pojedyńczych włosków (ok. 5 przy każdym pędzlu). Przy drugim kabuki zgubił 2, FT – ani jednego. Przy trzecim – nie odnotowałam żadnego wypadania włosków. I mam nadzieję, że tak już zostanie 🙂 Po praniu pędzle zachowują swój kształt i sprężystość.

Oba pędzle otrzymujemy zapakowaną w folię, co pozwoli nam po wypraniu pędzla i dokładnym wysuszeniu go, przechowywać nawet w tej folii dla zachowania zwartego kształtu włosia  (jeszcze raz powtarzam, że pędzel musi być idealnie suchy, gdyż wilgoć na pędzli zamknięta w folię sprawi, że takiego pędzla lepiej nie używać bez ponownego wyprania)

Cena pędzli : ok. 36 zł

I na koniec – krótka zapowiedź : niebawem pojawią się na blogu recenzje i zdjęcia podkładów Lily Lolo. A w przyszłości coś, co mam nadzieję, ucieszy Was jeszcze bardziej… Ale o tym ciiii… W odpowiednim czasie 😉