Doleciały, czyli kolejne zamówienie z iHerba ;)

Kilka dni temu doleciało do mnie kolejne zamówinie z iHerba i tym samym potwierdziło się to, co obserwuję od jakiegoś czasu – każda paczka laduje u mnie dokładnie po 3 tygodniach od chwili wysłania. W przeciwieństwie do mojego poprzedniego zamówienia, tym razem zostało mi ono dostarczone przez kuriera.

Postanowiłam znaleźć jakiś ciekawy kosmetyk do demakijażu i w związku z tym zakupiłam kilka produktów z nadzieją, że choć jeden z nich okaże się bliski ideałowi w tej kategorii. Jestem dopiero po 2 dniach testów, ale mniej więcej potrafię już wyłonić swojego faworyta i za kilka dni dokładniejsze recenzje i opisy. Dzisiaj tylko pokażę, co kupiłam :

  • Avalon Organics, Lavender Facial Cleansing Gel właściwie skusiłam się na niego, gdyż byłam ciekawa, jak się spisuje żel, który ciągle jest niedostępny w sprzedaży (pojawia się i natychmiast znika). Cena 6,99$ za 200 ml.

Za przesyłkę tradycyjnie zapłaciłam … 4$ (zmieściłam się). Przypominam, że zamówienia z iHerba można składać nawet na jeden kosmetyk i jeżeli jest to nasze pierwsze zamówienie, to kod QAP372 odejmuje od niego 5$ (czyli w wielu przypadkach jakiś kosmetyk możemy mieć po prostu za DARMO). Płatność albo kartą kredytową, albo zwykłą kartą (np. z mbanku). Paypala iHerb nie obsługuje, więc konto paypalowe nie tylko nie jest konieczne, ale wręcz zupełnie niepotrzebne (to jedno z najczęstszych pytań, jakie od Was dostaję w sprawie iHerba)

(tradycyjnie – wszystkie wyróżnione innym kolorem czcionki słowa  w tekście są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Wieczorkiem dziś lub jutro siądę i poodpisuję na Wasze komentarze pod moimi postami (nie lubię tego robić na szybko, a za chwilkę muszę wyjść, więc zrobię to, jak już usiądę na spokojnie i nikt mi przeszkadzać nie będzie 😉 )

Reklamy

Taki trochę dziwoląg, czyli Itahake Brush

Ciąg dalszy mojej recenzji pędzli, jakie otrzymałam od sklepu Kosmetyki-mineralne. W poprzedniej notatce chwaliłam pędzel do pudru Large Mineral Brush, a teraz czas na moje spostrzeżenia dotyczące swego rodzaju unikalnego typu pędzla, jakim z pewnością jest

ITAHAKE BRUSH

Kształt pędzla wywodzi się z japońskiej tradycji malowania twarzy białą farbą – do tego celu Geisha używała właśnie takich narzędzi jak płaski pędzel z bambusowym trzonkiem w mniejszym lub większym rozmiarze (większy – do malowania całej powierzchni twarzy, mniejszy – do trudniej dostępnych miejsc jak skrzydełka nosa czy okolice oczu). W pędzlu Everyday Minerals tradycyjne naturalne włosie zostało jednak zastąpione włosiem syntetycznym zgodnie z polityką marki EM (cruelty free).

Zainteresowanych tym, jak wyglądają oryginalne pędzle Itahake, odsyłam do genialnego artykułu TUTAJ i TUTAJ, ja natomiast skupię się na pędzlu, który mam, znam i na temat którego mogę co nieco już powiedzieć.

Pierwsze wrażenie – ale to dziwny pędzel… Co ja mam z nim zrobić? Do czego go użyć? Jak się nim posługiwać? I gdzie metalowa nasadka? Dlaczego nie jest polakierowany jak reszta pędzli Everyday Minerals ?

Wg sugestii producenta, pędzel ten może być wykorzystywany do nakładania pudru mineralnego, zwykłych prasowanych pudrów, rozświetlaczy, róży… Przetestowałam wszystko. I niestety moja opinia jest  dokładnie taka sama jak w momencie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten pędzel – można, da się, ale po co? Każdy z kosmetyków, jaki próbowałam nim zaaplikować, owszem, nałożony został poprawnie, ale kosztowało mnie to dwa razy tyle czasu i wysiłku, co zwykle. Do różu wolę pędzle, które od razu nie robią mi smugi (róż nałożony tym pędzlem to piękna smuga, którą pracowicie musiałam rozcierać), do bronzera również (tak samo jak w przypadku różu), aplikacja pudru była znacznie utrudniona, gdyż gdy nabrałam za dużo pudru – wszystko spadało mi z pędzla, gdy wzięłam za mało – trwało to wieki 🙂 Podkład mineralny nałożony tym pędzlem ma tak lekkie krycie, że ja osobiście nie mogę sobie pozwolić, by go stosować do tego celu…

Właściwie jedynym zastosowaniem, jakie ja znajduję dla Itahake jest nakładanie jasnego, rozświetlającego pudru na nos, ale jako iż robię to tylko przy modelowaniu twarzy do zdjęć, to doskonale sobie radziłam z tym jeszcze przed posiadaniem tego pędzla.

Obawiałam się, że fakt, iż pędzel nie jest zabezpieczony warstwą lakieru jak pozostałe pędzle EDM (początkowo nawet myślałam, że to mi się trafił taki egzemplarz tylko) wpłynie na jego trwałość. Otrzymałam jednak wyjaśnienie, że bambusowy trzonek nie wchłania wody i w związku z tym nic się mu przydarzyć nie powinno. Ok, wymądrzać się nie będę, pewnie tak jest 🙂 Ale i tak drżę za każdym razem, kiedy go piorę, kompletnie nieprzyzwyczajona do pędzli bez metalowej nasadki zabezpieczającej pędzel przed rozklejeniem się. Nic na to nie poradzę – to silniejsze ode mnie:)

Być może pędzel ten sprawdzi się w przypadku płynnych podkładów, albo bardzo gęstych, kryjących, kamuflażowych wręcz past używanych w charakteryzacji (w końcu Geisha używa takiego pędzla jak pędzla do malowania ścian – ruchami z góry na dół) i być może tu się spisze lepiej, ja jednak tego raczej nie sprawdzę. Takich kosmetyków po prostu nie używam.

A być może to ja po prostu sierota do kwadratu jestem i instrukcja obsługi tego pędzla przerasta moje zdolności? Nie wiem.. Faktem jest, że pędzel ten u mnie w TOP 10 się raczej nie znajdzie 😉 W moim przypadku niestety, jest kompletnie bezużyteczny (podobnie jak pędzle dołączane do benefitowych róży, wg mnie to ten sam typ pędzla). Ale cieszę się, że miałam okazję go przetestować 🙂 Przynajmniej wiem, że ja bez takich pędzli mogę się obejść. Nie wątpię jednak, że znajdą się osoby, którym przypadnie on do gustu. W końcu ile osób, tyle różnych preferencji i upodobań 🙂

Pędzel w rozmiarze XXL czyli Large Mineral Brush EDM

Kilka tygodni temu otrzymałam paczuszkę ze sklepu Kosmetyki-mineralne, a w niej pędzle, jakich jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Ba, przyznam się szczerze, że odkąd sporadycznie wchodzę na wizażowe wątki (brak czasu), to przegapiłam pojawienie się nawet takiego pędzle jak Large Mineral Brush z Everyday Minerals. Pędzel Itahake gdzieś mi kiedyś mignął, ale jakoś szczególnego zainteresowania nie wzbudził. Za to moją sympatię do pędzli typu kabuki niejednokrotnie podkreślałam (chociażby TUTAJ – post wciąż czekający na aktualizację :D), tym bardziej ucieszyłam się, że dzięki uprzejmości sklepu, będę miałą możliwość przetestowania tych pędzli ( i nie tylko pędzli, bo jak widać na zdjęciu, otrzymałam również próbki pudrów Lily Lolo, ale o nich innym razem)

Dzisiaj nieco spóźniona recenzja jednego z pędzli, czyli :

Large Mineral Brush

(pozostałe lada moment, może nawet dziś jeszcze, bo właściwie post gotowy, muszę go tylko zdjęciami uzupełnić 😉 )

Idealnego pędzla do pudru szukam od kilku lat. Przez moje ręce przewinęło się ich naprawdę wiele i prawie wszystkie powędrowały w inne ręce, gdyż żaden z nich nie był tym, o co mi chodziło. Najbliższy ideałowi i właściwie jedyny, jaki sobie zostawiłam, to pędzel od Pastereczki, który jednak mimo wielu zalet, posiada też jedną wadę, którą mu wybaczam, bo sam w sobie jest genialny (wada to zżeranie pudru 🙂 )

Large Minerals Brush to pędzel słusznych rozmiarów. Spodziewałam się dużego pędzla. Oglądając jego zdjęcia wiedziałam, że do małych nie należy, ale rzeczywistość przeszła jednak moje najśmielsze wyobrażenia. LMB to naprawdę gigant.

Wymiary:

Długość pędzla z włosiem: 22,5 cm

Długość trzonka (liczona z nasadką): 17,5 cm

Długość samego włosia: 5 cm

Jak wszystkie pędzle Everyday Minerals, tak i ten posiada bambusowy trzonek i bardzo miękkie włosie. W moim egzemplarzu po umyciu wypadło kilka włosów, ale tylko przy pierwszym myciu. Przy kolejnych już nie zaobserwowałam żadnego denerwującego gubienia włosków.

Na zdjęciu poniżej można zobaczyć, jak wygląda ten pędzel w porównaniu do dwóch dość dobrze znanych, czyli Long Handled Kabuki oraz Dome Blush Brush (oba oczywiście również EM)

Sam pędzel idealnie spisuje się przy nakładaniu pudru sypkiego. W przeciwieństwie do mojego „pastereczkowego” pędzla do pudru, ten jest znacznie mniej żarłoczny – to, co na niego nałożę, nie ginie w czeluściach włosia, tylko grzecznie ląduje na mojej twarzy. Wielkość mi osobiście bardzo odpowiada- kilka szybkich machnięć i puder nałożony.

Próbowałam również nałożyć nim róż/bronzer. Owszem, można, bo pędzel jest lekko spłaszczony i ma tak wyprofilowane włosie, że czubek pędzla jest nieco węższy, więc nałożenie różu/bronzera bez pomalowania sobie połowy twarzy jest jak najbardziej możliwe. Dla mnie jednak to trochę kombinowanie na siłę i ja zostaję przy swoim ulubionym pędzlu do różu (Angled FIber Optic). Ale dać się jak najbardziej da, jeżeli ktoś się uprze i np. chce zabrać ze sobą z jakiegoś powodu tylko jeden pędzel 🙂

Ostatnia rzecz. Na MUA znalazłam recenzję, w której ktoś ogromnie krytykuje ten pędzel, gdyż nie da się nim nałożyć podkładu z powodu marnego krycia. Hm.. przyznam szczerze, że nie wpadłam na to, by użyć takiego pędzla do nakładania podkładu 🙂 Do tego są inne pędzle – ten, chociażby z racji długości włosia i zbyt dużej „rozłożystości” moim skromnym zdaniem się do tego raczej nie nadaje. Choć w ramach zaspokojenia swojej ciekawskiej natury przeprowadziłam szybki test i … jakby się bardzo uprzeć, to można nim nałożyć podkład mineralny na twarz w ciągu 10 sekund, ale jest to raczej szybkie ujednolicenie skóry, bez efektu specjalnego krycia. Trwałości nie testowałam, bo chwyciłam za normalny pędzel i umalowałam się jak należy:)

Schnie zadziwiająco szybko. Spodziewałam się, że taka ilość włosia o takiej długości po wypraniu do rana nie wyschnie. Okazało się, że byłam w błędzie, bo za każdym razem, kiedy wypiorę pędzel wieczorem, do rana jest całkowicie suchy.

Pędzel wg mnie ma jedną zasadniczą wadę – długość trzonka. Jak dla mnie – krótkowidza, który gdy nie korzysta akurat z 30 dniowych soczewek do noszenia non stop, to rano zapomina je założyć i maluje się z nosem przy samym lusterku, taka długość trzonka jest nieco przeszkadzająca. Co prawda operacja nałożenia pudru nie wymaga ogromnej precyzji i spokojnie mogę od tego lusterka się oddalić, ale i tak gdybym mogła wybierać, to wolałabym dokładnie taki pędzel z krótszą rączką.

Więcej wad nie znajduję.  Pędzel zasługuje wg mnie na ocenę 8/10 (długość trzonka i cena, która podejrzewam, może być przeszkodą dla wielu, nie pozwalają mi dać więcej punktów). Dla mnie jest to jeden z pędzli, po które ostatnio sięgam bez przerwy i już sobie nie wyobrażam, jak sobie radziłam wcześniej, nie posiadając go 🙂

A już niedługo – pędzel z nieco mniej entuzastyczną recenzją 😉

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Jednak można, czyli jak udało mi się kupić tylko jedną rzecz :)

Jakiś czas temu nie wytrzymałam i popełniłam kolejne zamówienie z iHerba, skupiając się tym razem głównie na kosmetykach do mycia twarzy. Jakoś tak wyszło, że wszystko, co miałam w domu albo się właśnie kończyło, albo używałam tego tak długo, że już mi bokami wyłazić zaczęło, albo po prostu przestało mi służyć, postanowiłam poszukać czegoś nowego. A że właśnie pojawiło się kilka rzeczy będących od jakiegś czasu na liście braków magazynowych, to jak mogłam nie zamówić? 🙂 No ale zamówienie w drodze, a ja stwierdziłam, że nie mam nic do zmywania makijażu, czego miałabym ochotę używać…

Ubolewając ogromnie nad tym, że preparat do demakijażu, do którego moja sympatia jest do chwili obecnej sporym zaskoczeniem dla mnie samej, nie jest dostępny w pojemności większej niż 120 ml, postanowiłam zakupić coś na szybko, w liczbie sztuk – 1, bo bez sensownym byłyby przecież większe zakupy wiedząc, że lada dzień powinnam dotrzeć do mnie paczka z iHerba. A czy może być coś szybszego (poza wycieczką do drogerii, co w przypadku mojej skóry jest niestety wykluczone) niż zakup z firmy, która mieści się 7 km ode mnie? 🙂

Mam tu na myśli sklep Matique, o którym już wcześniej wspominałam. Tym razem postanowiłam się ograniczyć do jednego, jedynego produktu, którego potrzebowałam – dodałam do koszyka i biegiem do kasy, żeby nie oglądać nic więcej 🙂 I dumna z siebie, że udała mi się ta sztuka, czekałam na paczuszkę.

Dotarła już następnego dnia roboczego od chwili wysłania. Za wysyłkę 1 kosmetyku zapłaciłam… 6 zł, co jest rzadkością w sklepach internetowych i przyznam, iż fakt, iż przy zakupie do 2 sztuk mamy możliwość wyboru opcji wysyłki w takiej kwocie, zdecydowanie przemawia na plus. Paczuszka w firmowym, estetycznym kartoniku, co również mnie cieszy (nie cierpię, gdy moje zakupy kosmetyczne przychodzą upchnięte do koperty z możliwością zgniecenia, uszkodzenia i innych niezbyt pożądanych atrakcji). No i masa próbek, które Matique jak widać dołącza do każdego, najmniejszego nawet zamówienia. I przez te próbki właśnie nabrałam ochoty na kolejny krem do rąk (dostałam już jego drugą próbkę, którą zużyłam z przyjemnością, a to wyraźny znak, że powinnam ten krem dopisać do listy zakupowej ;). Wśród próbek znalazłam nawet próbkę perfum, która jednak na testy musi poczekać, bo moja kolejka zapachowa jest dość długa i trzeba w niej jednak odstać swoje 😉

Wybrałam dość nietypowy preparat do demakijażu, bo ani żel (których jeszcze do niedawna byłam gorącą zwolenniczką), ani olejek (które też bardzo lubię). Tym razem zakupiłam :

Logona – Glinka biała z kwiatem lotosu.

Co mówi o niej opis ze strony Matique?

Do pielęgnacji i delikatnego mycia skóry twarzy, ciała i włosów; bez zawartości tensydów (nie pieni się). Doskonała alternatywa dla szamponów i mydeł. Włosy stają się miękkie, puszyste i zyskują jedwabisty połysk.

Polecana szczególnie do mycia skóry wrażliwej oraz do mycia włosów cienkich i delikatnych.
Produkt odpowiedni dla wegan.

Stosowanie 
* mycie włosów: zwilżyć włosy i myć jak szamponem
* mycie twarzy i ciała: zwilżyć twarz lub ciało i myć jak mydłem

Posiada certyfikat BDIH

Ja zakupiłam glinkę tylko i wyłącznie z zamiarem stosowania jej na twarzy – glinki na moich włosach nie tyle średnio się sprawdzały, co efekt jaki uzyskiwałam, nie był wart zabawy z nimi i wypłukiwaniem ich z włosów, które – nie wiedzieć czemu – czasem po użyciu glinki potrafiły wyglądać świetnie, a innym razem, mimo równie dokładnego spłukania – były matowe, splątane i pozbawione życia. Spróbowałam, poznałam, do glinek na włosach nie wróciłam 😉 Ale do rzeczy… Do mycia ciała też wolę inne preparaty (jak wspomniałam kilka dni temu, uzależniona jestem od kilku zapachowych wariantów 😉 ), więc glinkę kupiłam tylko i wyłącznie do demakijażu i do stosowania ewentualnie w formie maseczki.

Pierwsze wrażenia? Cóż, glinka jak glinka 🙂 (nie był to mój pierwszy kontakt z glinkami w takiej formie, więc nic nowego tu nie zauważyłam). Biała, dość przyjemnie pachnąca, niezbyt rzadka, ale też nie gęsta, trudna do rozprowadzenia pasta. Ot, zwykła glinka w kremie. Przy rozprowadzaniu wyraźnie czuć delikatne drobinki, ale baaardzo drobniutkie, nie granulkowate, bardziej przypominające coś jak nieco słabiej sproszkowana glinka, taki grubiej zmielony proszek 🙂

Wieczorem ochoczo zabrałam się do demakijażu. Zwilżyłam dłonie, wycisnęłam porcję glinki, rozprowadziłam po twarzy z zaskoczeniem widząc, jak śmiesznie kremowa porcja glinki topi się pod wpływem kontaktu ze skórą…  I nagle… ŁAŁ! Piecze ! Pali! Zmywamy natychmiast ! Szok. Pamiętacie film "Kevin sam w domu" i zabiegi pielęgnacyjne głównego małoletniego bohatera w łazience, zakończone nałożeniem wody po goleniu na twarz i jego minę? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam 🙂 Na coś takiego przygotowana nie byłam. Zmyłam, osuszyłam twarz, usiadłam i zabrałam się do czytania składu, czy na pewno czegoś nie przeoczyłam. Co my tu mamy?

Aqua (Water) – czyli woda, czyli bezpiecznie. Szczypanie to na pewno nie przez nią.

Kaolin – czyli biała glinka, produkt dobrze mi znany i używany od kilku lat w najróżniejszej formie i pod różną postacią

Montmorillonite – czyli francuska glinka, która może być zarówno zielona, biała jak i niebieska – kontakt z nią wcześniej miałam, nic się nie działo, żadnych sensacji nie pamiętam

Parfum (Essential Oils) – olejki eteryczne… Hmm.. czyżby to któryś z nich tak paskudnie działał?

Nelumbo Nucifera Extract – ekstrakt z kwiatu lotosa. Nic kompletnie obcego dla mnie, nawet ostatnio dość popularny w moich kosmetykach 😉

Limonene -substancja zapachowa tak powszechna, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na to, czy się znajduje w składzie, bo chyba większość posiadanych przeze mnie kosmetyków w składzie ją posiada.

To co w takim razie wywołało efekt szczypania? Ba, szczypanie szczypaniem, ale to bliżej piekącym doznaniom jednak było niż podszczypywaniu. Zwykła, biała, delikatna jakby nie było, biała glinka i efekt, jakiego nie miałam do tej pory po żadnych kwasach ani naprawdę hardcorowych eksperymentach? Nie, nie zrozumcie mnie źle. To nie jest efekt przypiekania żywcem ani zranionej skóry oblanej spirytusem:)… Doznania są zdecydowanie łagodniejsze i nie tak ekstremalne. Szok mój był spowodowany raczej tym, że kompletnie nie byłam na coś takiego przygotowana.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła podejścia numer dwa. A co, do odważnych świat należy… Co prawda drugie podejście już nieco bardziej nieśmiałe było, ale nadal piekło i szczypało. Byłam już jednak na to przygotowana i nie wydało mi się to już takie straszne. A samo działanie glinki na tyle miłe, by po kilku dniach z zaskoczeniem stwierdzić, że ja naprawdę polubiłam ten kosmetyk, a pieczenia praktycznie już nie wyczuwam. Zmywa makijaż bez żadnego problemu (co prawda nie radzi sobie z eyelinerem żelowym z Costal Scents, ale szczerze bym się zdziwiła, gdyby kosmetyk o takim składzie sobie z nim poradził w 100%), pozostawia skórę miłą w dotyku, miękką, ładnie oczyszczoną (jedynie z kreskami sobie nie poradził), a co najważniejsze – nie tylko nie powoduje u mnie powstawania żadnych niespodzianek, ale mam wrażenie, że wręcz przyspiesza ich gojenie. Z pewnością skóra jest bardziej jednolita, uspokojona i co dziwne, mimo pieczenia, zupełnie nie odnotowałam zaczerwienienia po demakijażu. Również oczy nie są podrażnione, nie łzawią i nie pieką (ale u mnie akurat niewiele preparatów powoduje podrażnienie oczu). Matowa skóra, lekko zwężone pory, zero ściągnięcia, uczucia wysuszenia (ale ja mam skórę mieszaną, nie wiem, jak by się zachowała na skórze suchej). Co prawda każdy z tych efektów to dość efekt dość krótkotrwały, utrzymujący się stosunkowo niedługo, ale czy można chcieć czegoś więcej od kosmetyku, którego GŁÓWNYM zadaniem ma być demakijaż?

Zastosowałam również ten preparat jako maseczkę, która bardzo ładnie zasycha – w sposób jednolity, gumowaty wręcz, bez kruszenia się i sypania przy każdym ruchu, ale nie widziałam żadnych efektów, jakich nie zaobserwowałabym przy używaniu jej jako kosmetyku do demakijażu:)

Wydajność. Tu nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Mimo tego, że tuba jest słusznych rozmiarów, mimo tego, że do zmycia makijażu używam niewielkie ilości (co prawda zawsze, każdym preparatem zmywam makijaż podwójnie), to jakoś podejrzanie szybko mi ta glinka znika. Ale przy cenie ok. 30 zł za 200 ml jestem w stanie jej to wybaczyć.

Ja znalazłam jeszcze jeden minus, który pewnie wyda się większości z Was śmieszny, ale dla mnie jest to coś, czego ja po prostu nie cierpię. Na opakowaniu mamy naklejoną etykietę w języku polskim. Oczywiście nie tego nie cierpię 😉 To jest jak najbardziej pożądane, ale fakt, że etykietka jest ze zwykłego papieru, który w kontakcie z wodą (a jak wspominałam, zawsze zmywam makijaż dwa razy i za drugim razem ręce mam wilgotne, gdy sięgam po tubkę), zaczyna się wałkować, rolować, ścierać jest dla mnie na tyle denerwujący, że i tak ową etykietę usuwam, więc nic mi po polskich napisach na takim kosmetyku 😦

Skoro mowa o niewiele znaczących dla większości niuansach, to wspomnę jeszcze, że dla mnie osobiście na plus zaliczam również opakowanie – zamknięcie na szczęście nie w formie nielubianej przeze mnie zdejmowanej nakrętki (nie lubię tego ani w pastach do zębów, ani w kremach do rąk). Otwiera się łatwo, nawet przy dłuższych paznokciach nie trzeba się martwić o ich połamanie (jeden z powodów, dla których przestałam używać żeli pod prysznic YR to właśnie koszmarne opakowania, których nigdy, dosłownie nigdy nie udawało mi się otworzyć bez wyrzucenia z siebie porcji mniej lub bardziej niecenzuralnych słów 🙂 )

 

Tyle ode mnie. Czy kupię ponownie? Jeżeli nie znajdę swojego nowego faworyta w paczce, która do mnie leci, albo mój obecny nr 1 nie pojawi się w pojemności większej niż 120 ml (o nim za kilka dni), to nie jest wykluczone, że wrócę do tej glinki, bo to naprawdę fajny kosmetyk, wbrew temu, co można było wywnioskować na początku mojej recenzji 😉

Cena regularna w Matique : 33,50 zł. Obecnie w promocji : 26,90 zł

Data ważności mojego opakowania glinki : do lipca 2013 roku

Muszę, po prostu MUSZĘ, czyli spore zaskoczenie pt. BIOARP

Wiem, że mam masę innych, wcześniej otrzymanych do testów produktów. Wiem, że mam masę zaległości w pisaniu postów, o które prosicie. Wiem…. Ale muszę, po prostu MUSZĘ, w pierwszej kolejności podzielić się z Wami czymś innym 🙂

Jakiś czas temu otrzymałam od firmy BIOARP sympatyczną możliwość wypróbowania kilku produktów, których BIOARP jest oficjalnym dystrybutorem na Polskę. Po ogromnie miłej korespondecji, dostałam paczuszkę, w której znalazłam wybrane przez siebie kosmetyki…

Miałam ochotę przetestować jakiś krem do twarzy z bogatej oferty BIOARP-u, ale nie potrafiłam się zdecydować i w efekcie podałam swoje 3 typy, które wzbudziły moje największe zainteresowanie z nadzieją, że któryś z nich znajdzie się w paczuszce. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam informację, że będę miała możliwość przetestowania … wszystkich trzech !

Również w przypadku szamponów i balsamów wybór nie był prosty, więc tu również wytypowałam swoich faworytów i, podobnie jak w przypadku kremów, z zaskoczeniem przeczytałam, że wszystkie kosmetyki, jakie umieściłam na swojej liście zostaną mi przekazane do testów.

I tym oto sposobem stałam się posiadaczką takiego oto zestawu z linii " Рецепты бабушки Агафьи" : (czy szczęśliwą? O tym w dalszej części mojego posta 😉 )

Kremy do twarzy:

Szampony i balsamy do włosów:

Po dwóch tygodniach codziennych testów jestem w stanie wystawić już recenzję i myślę, że dość rzetelnie opisać swoje doświadczenia z tymi produktami.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór. Moje recenzje są ZAWSZE szczere i jak zapewne część z Was wie – jeżeli kosmetyk nie spełnia moich oczekiwań, to nie mam najmniejszych oporów przed napisaniem o tym mimo, iż został mi wysłany GRATIS do przetestowania ;) )

Swoją recenzję zdecydowałam się podzielić na dwie części – na kremy i na produkty do pielęgnacji włosów. Gdybym je połączyła, jestem pewna, że nikt nie dotrwałby do końca czytania moich wywodów, które i tak dzisiaj wyjątkowo długie będą, za co przepraszam, ale krócej nie umiałam 😉

Dzisiaj więc : kremy do twarzy – choć dla większości osób składy kremów dostępnych na stronie BIOARP będą bez problemu akceptowalne, ja niestety musiałam poświęcić długie godziny na ich analizę pod kątem swojej, jakby nie było, dość specyficznej skóry. Nie służy mi – gliceryna, masło shea, woski, glikol propylenowy, pantenol, oleje zbyt ciężkie, parafina i kilka innych składników, które 99% ludzkości może używać bez problemów, a nawet dostrzegając ich dobroczynne działanie, a ja muszę się ich wystrzegać. A przynajmniej zwracać szczególną uwagę na to, na jakim miejscu w składzie się znajdują, w jakim towarzystwie itd…

Po weryfikacji wybrałam 3 kremy, które mnie zainteresowały:

Ich niewątpliwe plusy to fakt, iż nie zawierają parabenów, sztucznych barwników, silikonów, alkoholu, syntetycznych ekstraktów, produktów pochodzących z przerobu ropy naftowej.

Do tego posiadają europejski certyfikat ECO BIO COSMETICS – ICEA (jeżeli kosmetyk posiada taki certyfikatów, możemy być pewne, że jest naturalny i nie tylko nie znajdziemy w nim szkodliwych dla nas substancji, ale także tego, że przynajmniej 95% zawartych w produkcie składników to składniki naturalne)

Kwestie samego designu i wyglądu opakowań z pewnością są dość dyskusyjne – jestem pewna, że szata graficzna znajdzie zarówno przeciwniczki, jak i zwolenniczki takiego stylu, który mimo swojej kontrowersyjności jednak pasuje do samych kosmetyków. Od siebie dodam jedynie, że wszystko jest estetycznie wykonane, z dbałością o szczegóły – tekturowe opakowania z wytłaczanymi fragmentami, opakowanie zabezpieczone przed otwieraniem, podobnie jak same kremy, umiejscowienie daty produkcji oraz daty ważności w widocznym miejscu (kremy mają 2 letni termin ważności)

Jedyne, czego mi zabrakło, to ulotki informacyjnej w języku polskim. Owszem, na opakowaniu jest polska etykietka naklejona, ale moja ciekawość skłoniła mnie do sięgnięcia w odległe obszary pamięci i próby przypomnienia sobie lekcji języka rosyjskiego ze szkoły. Niestety, moje nieudolne próby odczytania tego, co znajduje się na ulotce dołączonej do kremów ograniczyły się jedynie do strzępków informacji i nie wszystko udało mi się zrozumieć i odszyfrować 😉 A szkoda…

  • Organiczny krem do twarzy na dzień 35-50 lat. Wg opisu: "Unikalna receptura kremu do twarzy dla osób pomiędzy 35 a 50 rokiem życia, oparta jest w 98% na komponentach pochodzenia roślinnego, organicznych ekstraktach i olejach z zimnego tłoczenia. Organiczny krem do twarzy 35-50 pozwala skórze zachować młodość, intensywnie odżywia i regeneruje, stymulując syntezę kolagenu. Wygładza, uelastycznia, nadaje skórze miękkość, elastyczność i świeży wygląd."

Zastanawiałam się, czy ten przedział wiekowy w moim przypadku to nie lekka przesada (w końcu DOPIERO 😉 33 lata mam), ale po analizie składu uznałam, że nie ma tam nic, czego powinnam się obawiać, a skład dla mnie prawie na 100% niegroźny (co prawda gliceryna się tam znalazła, ale na tyle daleko, że postanowiłam się nią nie przejmować ani trochę 😉

Skład: Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Organic Extract of Cetraria Islandica, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Pinus Sibirica Extract, Rubus Arcticus Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Ja mam kilka wątpliwości odnośnie alkoholu benzylowego w składzie. Nie przeszkadza mi on zupełnie (zwłaszcza, gdy jego umiejscowienie w składzie wskazuje na to, jaką rolę w tym kosmetyku odgrywa), na moją skórę nie wpływa negatywnie, jednak moja wiedza o nim do tej pory ograniczała się do tego, że jest to syntetyczny alkohol pozyskiwany z ropy naftowej, ale chyba muszę zweryfikować swoją wiedzę pod tym kątem, bo trochę ta moja wiedza kłóci się z tym, co podaje dystrybutor:) Obiecuję się doedukować w tym temacie nieco w wolnej chwili i ewentualnie edytuję tą notkę wówczas 😉

Cena 36 zł / 50 ml.

Krem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na "dzień dobry" przywitał mnie zapachem, jakiego się nie spodziewałam po tak naturalnym składzie (przyzwyczajona do tych…hm… nieco gorzej pachnących). Zapach bardzo przyjemny, lekko owocowy. Dla mnie przypomina zapach landrynek 🙂 Krem ma beżowo- kremowe zabarwienie i dość lekką, choć nie lejącą się i nie emulsyjną konsystencję. Wchłania się bez najmniejszego problemu bez mazania się na skórze, bez konieczności długiego wcierania, bez pozostawiania żadnej tłustej warstewki, co przy mojej mieszanej, skłonnej do przetłuszczania się skórze jest sporą zaletą.

Makijaż (oczywiście mineralny, bo innego nie testowałam) na tym kremie trzyma się bez problemów, rozprowadza się gładko, bez plam, bez ciemnienia i innych niespodzianek. Chociaż nie wszystkie minerały na mojej skórze chciały ładnie z nim współpracować. Lucy odmówiła owej współpracy, ale jak większość z nas wie, Lucy to kapryśna panna i ona prawie nikogo nie lubi 🙂

Po 2 tygodniach codziennego używania kremu nie wyskoczyły mi żadne niespodzianki nim spowodowane, pory nie zostały pozapychane, skóra jest miękka, gładka, elastyczna, zdecydowanie wystarczająco (jak dla mnie) nawilżona (choć podejrzewam, że dla osób z suchą/odwodnioną skórą nawilżenie nie będzie wystarczające).

Ja zdecydowanie jestem na duże TAK dla tego niepozornie wyglądającego kremu. Za niewielką cenę dostajemy 50 ml kosmetyku, który w moim rankingu wysunął się na prowadzenie i jeżeli nic się nie zmieni, to na stałe wejdzie do mojego programu pielęgnacyjnego.

To, czego się obawiam, to fakt, że nie jest to krem matujący, a latem moja skóra jednak przetłuszcza się zdecydowanie mocniej. Już kilka ostatnich dni dało mi powód by obawiać się, że latem ten krem na mojej twarzy może być po prostu zbyt ciężki i sprawiać, że makijaż nie będzie się dobrze trzymał i najzwyczajniej w świecie będzie spływał z twarzy po jakimś czasie. Ale czy jest krem, na którym makijaż wygląda przez cały dzień idealnie przy letnich upałach? Nie sądzę 🙂

Krem użyczyłam do testów 3 innym osobom. 2 z nich mają podobne spostrzeżenia do moich (podobna cera, skłonna do zapychania, mieszana, raczej rzadko przesuszona, potrzebująca raczej lżejszych kremów). Jedna z osób (inny typ cery) jednak miała zdecydowanie inne zdanie na temat tego kremu – na jej skórze ani nie chciał się tak ładnie wchłaniać, ani sama aplikacja była dość znacząco różna od tej, którą ja zaobserwowałam. Usłyszałam również coś o.. rozwarstwianiu się kremu, czego ja osobiście nie zauważyłam. Cóż, nie ma kremu

skład :Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Schizandra Chinensis Extract, Organic Extract of Cetraria Islandica, Phellodendron Amurens Extract, Cetearyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Glycerin, Organic Butyrospermum Parkii, Cetearyl Glucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Rubus Arcticus Extract, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Pinus Sibirica Extract, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Arginine/Lysine Polypeptide, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Przyznam się szczerze, że moje największe obawy dotyczyły właśnie tego kosmetyku. Masło shea powoduje u mnie zapychanie porów, jednak zaciekawił mnie fakt, że w składzie jest ono ZA korkowcem, płucnicą i cytryńcem, które mogą w teorii mieć działanie prewencyjne i zapobiec nieprzyjemnym niespodziankom na twarzy ze względu na swoje właściwości antybakteryjne, gojące i przeciwzapalno-oczyszczające. Nie znałam jednak takiej kombinacji w praktyce, więc moje obawy przed testami były dość spore.

Po testach stwierdzam, że krem ani mnie nie zapchał, ani nie zaszkodził, ale metodą prób i błędów odkryłam, że najlepiej w moim przypadku stosować go raz na 2-3 dni, gdyż stosowany codziennie jednak wpływał w moim przypadku na szybkość przetłuszczania się skóry. Gdy używałam go codziennie, rano miałam skórę owszem, nawilżoną, miękką i gładką, ale z wyraźną warstwą sebum na niej, które oczywiście po umyciu twarzy znikało, ale w ciągu dnia pojawiało się dość szybko. Przy aplikacji kremu raz na 3 dni – problem ten się nie pojawiał.

To, co mnie zdziwiło, to fakt, że mimo iż spodziewałam się czegoś bardziej treściwego i gęstego, to krem na noc również ma konsystencję zwykłego kremu – ani zbyt gęstego, ani zbyt płynnego. Byłam pewna, że dodatek shea sprawi, że będzie się trochę gorzej wchłaniał, że będzie czuć, że to krem na noc, a nie na dzień. Ja tego jednak nie czuję, co oczywiście, tak długo jak będę miała uczucie nawilżonej i miękkiej skóry – tak długo przeszkadzać mi absolutnie nie będzie.

dopisano: krem obecnie mogę stosować jedynie 1-2 razy w tygodniu 😦 Niestety, jednak okazał się dla mojej skóry zbyt ciężki i shea jednak daje o sobie znać. Szkoda.

Cena 36 zł / 50 ml

  • Organiczny krem do twarzy na dzień do 35 lat . Wg opisu: " Unikalna receptura kremu na dzień dla osób do 35 roku życia uzupełniona  nowoczesnym odmładzającym fitokompleksem «Carefeel».Wzmacnia procesy odnowy komórek skóry, nasycając ją witaminą C, daje wyraźny odmładzający efekt. Wygładza drobne zmarszczki, tonizuje skórę i przywraca jej sprężystość. Zmiękcza i nadaje skórze aksamitność"

Skład : Aqua with infusions of organic extract of Angelica Archangelica, Rosa Dahurica Pallas Extract, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Phellodendron Amurense Extract, Rubus Chamaemorus Extract, Ribes Aurum Seed Oil, Malva Alcea Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Meadowfoam Estolide Extract, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

To jedyny krem, którego nie opiszę dokładniej, gdyż postanowiłam go jeszcze nie otwierać. Mam zbyt dużo rozpoczętych tubek/pudełek kremów, a ten ma 2 letni termin ważności, więc spokojnie może poczekać sobie jeszcze chwilkę.

Reasumując – dwa kremy, jakie testowałam, spełniły moje oczekiwania w 100%. A nawet bardziej, gdyż po latach doświadczeń z setkami kremów do twarzy, do wszystkich podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu i właściwie nie nastawiam się na nic wielkiego. Moje oczekiwania to głównie – byle nie zapchał, nie uczulił, nie zaszkodził. A jeżeli oprócz tego znajduję coś, co nie tylko nie robi mi krzywdy, ale wręcz poprawia stan mojej skóry, to jestem zdecydowanie na tak 🙂

Podejrzewam, że kremy nie sprawdzą się u osób, które są w stanie używać zwykłych, drogeryjnych czy aptecznych produktów i które bez problemu znajdują dla siebie coś wśród nich. Ta propozycja moim zdaniem zdecydowanie bardziej skierowana jest do tych, którzy podobnie jak ja, po przetestowaniu setek kremów ogólnie dostępnych, nie znalazły ANI JEDNEGO, który by nie zapychał i nie szkodził (u mnie ze względu na wysoką nietolerancję glikolu propylenowego, gliceryny, wosków, shea i kilku innych składników znajdujących się dosłownie wszędzie)

dopisano: nieco zmieniam swoją recenzję. Krem na noc niestety po dłuższym użytkowaniu okazał się zbyt ciężki dla mojej skóry, więc nie mogę podpisać się już pod stwierdzeniem, że oba kremy spełniają moje oczekiwania w 100%.

Jako ciekawostkę podaję stronę producenta kosmetyków, które opisałam. Ja po zapoznaniu się z pełną ofertą marki "Pierwoje reshenie" mam wielką nadzieję, że polski dystrybutor czyli firma BIOARP niebawem umożliwi nam dostęp do innych produktów tej firmy, gdyż to, co tam znalazłam bardzo mnie zainteresowało (mnóstwo ciekawych kosmetyków o przyjaznych składach- naturalne, organiczne)

Sklep BIOARP posiada również ofertę dla tych, którzy wolą jednak Allegro jako miejsce zakupowe 🙂 Zarówno komentarze jak i ofertę można sprawdzić TUTAJ

PS. złośliwość przedmiotów martwych nie ma granic – w sobotę wieczorem usiadłam do komputera, żeby wkleić na bloga życzenia świąteczne dla Was i co się okazało? Brak internetu mnie dopadł. Przykro mi, że nie zdążyłam złożyć Wam życzeń (a nawet sobie specjalną kartkę kilka dni wcześniej przygotowałam), ale mam nadzieję, że święta minęły Wam wszystkim w miłej, rodzinnej, serdecznej atomasferze i … że nie macie wyrzutów sumienia po świątecznym obżarstwie jak ja 🙂 (pierwsze normalne ciasto po pół roku diety Dukana! :D)

Poczta Polska zaskakuje… tym razem na plus :)

To, że Poczta Polska działa jak działa i zbyt wielu fanów raczej nie ma, to wiadomo. Ja sama wielokrotnie psy wieszałam na tej instytucji, gdyż nawet lat mam mniej niż ilość paczek, jaką mi „zagubili” 😉

Dzisiaj jednak stało się coś, co przywróciło mi wiarę w PP. Z iHerba zamawiam od wielu miesięcy. Na 7 paczek jedna do mnie nie dotarła (paczki są nierejestrowane). Kilka tygodni temu robiłam dość spore zamówienie (ok.100$) i wtedy postanowiłam nie ryzykować i opłacić przesyłkę rejestrowaną. Jednakże płacenie 130 zł za przesyłkę do najprzyjemniejszych nie należy, tak więc gdy okazało się, że olejek, jaki stamtąd zamawiam w ekspresowym tempie mi się kończy, postanowiłam złożyć kolejne zamówienie.

Tym razem na mniejszą kwotę, bo ok. 40$. I tak sobie pomyślałam, że jednak płacenie drugie tyle za wysyłkę jakoś średnio mi odpowiada, więc postanowiłam zaryzykować i wzięłam najtańszą opcję, czyli paczkę nierejestrowaną. Pomyślałam sobie, że jeżeli nie dotrze, to trudno, 40$ jakoś przeboleję, a po prostu odtąd będę zamawiać tylko rejestrowane (z bólem serca).

I tak minęły ponad 3 tygodnie. Kilka dni temu postawiłam krzyżyk na tym zamówieniu i nawet miałam w piątek (pojutrze) usiąść na spokojnie i zamówić wszystko raz jeszcze. Tym większe było moje zdziwienie,  gdy dzisiaj o 9- tej rano zapukał do mnie listonosz. Tak, listonosz z Poczty Polskiej (mimo iż do tej pory wszystkie paczki z iHerba kurier mi dostarczał). I wręczył mi nierejestrowaną, dość ciężką paczkę (szczęśliwa, że w ogóle dotarła, nie będę się czepiać już jej estetyki…)

Nie wiem, być może to zasługa mojego nowego, genialnego listonosza, jaki pracuje u nas od niedawna (bo nagle wszystkie paczki zaczęły dochodzić, chłopak biegnie na górę i wszystko dostarcza mi osobiście, nic nie upycha na siłę do skrzynki), czy czegoś innego, ale jestem w ciężkim szoku, że tak ciężka paczka, wysłana nierejestrowaną przesyłką trafiła do mnie bez problemu.

Zamówienie oczywiście jak zwykle zapakowane w kartonik, potem w folię, a każdy produkt jeszcze dodatkowo zabezpieczony taśmą klejącą, żeby się nic nie wylało (co prawda ja później zawsze mam problem z odklejeniem tej taśmy, bo się potrafi rwać na kawałki, ale wolę się bawić odrywając ją niż miałoby wszystko pływać w np. wylanej odżywce do włosów)

A swoją drogą, nadal mnie dziwi, jaką trasę pokonują paczki z iHerba i dlaczego są przepakowywane;) Opakowuje chyba ponownie DHL, bo ichniejsza naklejka widnieje na paczce. Sam sposób ponownego zapakowania pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że nic się nie wysypuje. Do tego ta tajemnicza pieczątka „priorytet” 😀 I czemu niektórym przynosi listonosz, innym kurier, innym InPost, a jeszcze inni dostają awizo i muszą się sami gdzieś pofatygować . U mnie do tej pory był to kurier, który w dodatku nie żądał ode mnie podpisywania niczego, nie musiałam kwitować odbioru (dziwne, prawda?), natomiast dzisiaj po raz pierwszy paczkę dostarczyła mi Poczta Polska w osobie Pana Listonosza 😉 Nie rozumiem z tego nic, ale w sumie nie jest to dla mnie jakoś szczególnie istotne, tak długo, jak długo paczki otrzymywać będę …

Oto szybki przegląd tego, co zamówiłam 😉

  • Aubrey Organics, Sparkling Mineral Water, Herbal Complexion Mist, 4 fl oz (118 ml) czyli mgiełka do twarzy z ziołowymi wyciągami. Moja druga buteleczka, bo może nie jest to niezbędnik, ale używam jej do spryskiwania podkładu po jego nałożeniu. Świetny skład, niedrażniący zapach, leciutko nawilża i odświeża skórę i co najważniejsze, nie podrażnia, nie zapycha. No i kosztuje niecałe 7$ 🙂

  • Giovanni, Nutrafix Hair Reconstructor, 6.8 fl oz (200 ml) czyli organiczna odżywka do włosów, mocno regenerująca (zwłaszcza uszkodzenia spowodowane różnymi chemicznymi procesami takimi jak farbowanie, a także niwelująca uszkodzenia powstałe na skutek używania wyskiej temperatury (suszarki, prostownice, lokówki). Co prawda ani nie farbuję włosów, ani nie używam prostownicy, lokówki ani nawet suszarki do włosów, ale opinie były tak zachęcające, że postanowiłam spróbować, zwłaszcza, że kilka produktów Giovanni, które wcześniej miałam okazję używać, okazało się całkiem niezłymi.

  • Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea, 4 fl oz (118 ml)zakupiłam raczej z ciekawości 🙂 W temacie dezodorantów od wielu miesięcy (a może i lat nawet) jestem wierna jednej kombinacji Etiaxil jako ochrona i Nivea z Happy Time (jestem uzależniona od tego zapachu i po 2 czy 3 latach używania balsamów, żelu pod prysznic i dezodorantu wciąż podoba mi się tak samo; zapach jest jedynym atutem dezodorantu Nivea, jego działanie pozostawia wiele do życzenia, ale z racji tego, że ochronę zapewnia mi Etiaxil, to i tak kupuję ten dezodorant 🙂 ). Natomiast ten zakupiłam właściwie jako coś, co miałam na swojej bardzo, bardzo długiej liście z iHerba 😉 I skuszona oczywiście dobrymi ocenami.

  • Better Botanicals, Herbal Hair Oil, 4 fl oz (118 ml)„sprawca” mojego ponownego zamówienia z iHerba, czyli świetny olejek do włosów. Mój poprzedni skończył się w błyskawicznym tempie, ale to nie dlatego, że jest tak mało wydajny (wręcz przeciwnie), ale dlatego, że porozdawałam go w ilościach całkiem sporych, a buteleczka ma tylko niecałe 120 ml. Może nie należy do najtańszych olejków do włosów, ale za jego działanie wybaczam mu wszystko (nawet to, że muszę bardzo uważać, żeby nie dotknąć włosami z tym olejkiem do twarzy, gdyż natychmiast wyskakują w tym miejscu mi krostki; oczywiście ten problem natychmiast znika po związaniu włosów). A sam olejek jest świetny – bardzo intensywnie nawilża, głęboko odżywia, pozostawia włosy mięciutkie, gładkie, błyszczące i zdrowo wyglądające. Jeden z lepszych olejków do włosów jakie znam (nawet biorąc pod uwagę moje ulubione czyli Sesę, Heenarę i Bhringraj)

Tyle na szybko, niebawem bardziej szczegółowe recenzje (słowo „niebawem” w moim znaczeniu ma nieco inne znaczenie ostatnio 😀 Ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mam całą masę produktów do testów, a twarz i włosy, na których mogę to próbować i używać – tylko w pojedynczym komplecie 😉 – stąd też obecnie mam więcej kosmetyków, których recenzji jeszcze nie zrobiłam, niż dni w roku chyba 😉  Czego jak czego, ale materiałów do opisywania na pewno mi przez długi czas nie zabraknie. Gdyby tylko doba miała jeszcze trochę więcej godzin 😉

Aubrey Organics

Otrzymałam dzisiaj paczkę od polskiego przedstawiciela marki Aubrey Organics z kilkoma produktami do przetestowania i opisania. Chyba każdy, kto interesuje się kosmetykami organicznymi, naturalnymi i przyjaznymi składowo słyszał o tej firmie. O jej genezie i filozofii można przeczytać TUTAJ.

Tak więc gdy dostałam propozycję przetestowania kilku produktów, ucieszyłam się ogromnie, bo przyznam, iż zamawianie z iHerba to spora loteria (uwielbiam ten sklep za szeroki wybór i świetne produkty, ale niestety, nasze polskie realia są jakie są i w przypadku nierejestrowanych przesyłek jak wiemy spora część ginie w tajemniczych okolicznościach).

Niedługo szersza recenzja, a teraz tylko taka szybka zapowiedź tego, o czym za jakiś czas będę mogła opowiedzieć.

W paczce znalazłam :

Mleczko oczyszczające z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Tonik z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Krem nawilżający z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta SPF 15 30 ml (czyli całkiem sporo jak na testerowy krem)
Maseczka kojąca z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 15 ml
próbki produktów (w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
Krem oczyszczający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml

Tonik  z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Krem nawilżający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Maseczka nawilżająca z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 15 ml
próbki produktów (tu również w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
 

  • Szampony  w wersji MINI (każdy ok.60 ml) – chwalone na rozmaitych forach głównie za doskonały skład oraz świetne działanie (jak będzie w moim przypadku? Na pewno zdam relację)

Rewitalizujący szampon z jojobą, aloesem i jukką-  do suchych i zniszczonych włosów

Odżywczy szampon z dziką różą (Rosa Mosqueta)  do  wszystkich rodzajów włosów (odpowiedni także dla włosów farbowanych)

Glikogenowo-proteinowy szampon przywracający równowagę-  do włosów normalnych

  • Odżywki do włosów w wersji MINI (każda ok. 60 ml)

Odżywka z dziką różą  (Rosa Mosqueta)-  do  wszystkich rodzajów włosów

Glikogenowo-proteinowa odżywka  przywracająca równowagę- do włosów normalnych

  • Bio Balsamy do ust w wersji : Mandarynka, Miód/Wanilia, Mięta/Zielona herbata

Jeszcze oczywiście nie mogę za wiele powiedzieć o tych kosmetykach, bo dopiero godzinę temu dorwałam się do paczuszki, ale za to balsam mandarynkowy do ust już powędrował do mojej córki, która go przechwyciła (ma ostatnio problem z wysuszoną skórą u ust i mam nadzieję, że się sprawdzi u niej) natomiast ja zostawiłam sobie dwa pozostałe.

Otworzyłam też próbkę kremu do rąk/balsamu do ciała Luxurious Hand & Body Lotion Rosa Mosqueta i przyznam, że w pierwszej chwili byłam ogromnie zaskoczona wyglądem tego kremu. Przeraziła mnie jego perłowość (pewnie dlatego, że się kompletnie tego nie spodziewałam). Na szczęście okazało się, że po rozsmarowaniu na skórze nie widzimy żadnych drobinek czy połysku, nawet w sztucznym świetle. Za to konsystencja jest niesamowicie dziwna – gęsta, a po rozsmarowaniu błyskawicznie się wchłania nie pozostawiając ani odrobiny tłustej warstwy, za to skóra jest gładka, miękka i w widocznie lepszym stanie. Jedyne, co mi przeszkadza, to zapach. Róża z pudrem. Nie jest to moje ulubione połączenie, ale z pewnością znajdzie swoje zwolenniczki 🙂

Tyle na szybko, więcej – niebawem 😉

A wieczorem, późnym wieczorem – przegląd makijaży nadesłanych na konkurs Pixie 😉 Zapraszam.