Po różach – bronzery Lily Lolo

Razem z różami Lily Lolo, które opisywałam w jednym z poprzednich postów, otrzymałam od firmy Costasy zestaw próbek bronzerów. Od kilku dni do każdego zamówienia w Costasy oprócz próbek podkładów można sobie wybrać próbkę różu czy też bronzera właśnie jako bezpłatny gratis. A nawet bezpłatne 4 takie gratisy 😉

W chwili obecnej dostępne są 3 odcienie bronzera oraz jeden puder rozświetlający. Jeden z nich jest matowy, a pozostałe posiadają błyszczące drobinki.

  • Bondi Bronze – ten mineralny bronzer w średnim odcieniu daje efekt połyskującej opalenizny dzięki zawartości złotych drobinek, które pięknie błyszczą w słońcu. Jest on odpowiedni dla większości rodzajów karnacji.
  • South Beach – brzoskwiniowy, subtelnie matowy bronzer o średnim kolorycie. Idealny dla tych, którzy chcą uzyskać bardziej naturalny, opalony wygląd.
  • Waikiki – ten jasny bronzer nadaje błyszcząco-złoty wygląd i idealnie pasuje do cery w jasnym odcieniu
  • Star Dust – dzięki temu wspaniałemu pudrowi Twoja cera jest świeża i rozświetlona, a dzięki właściwościom odbijającym światło, Twój makijaż wygląda nieskazitelnie

Ich opisy nie są moją własnością i zostały zaczerpnięte ze strony Costasy 😉

Cena bronzera/rozświetlacza to 69,90 zł za 6 (rozświetlacz) albo 8 (bronzery) gram proszku w 40 ml opakowaniu.

wszystkie odcienie nałożone na skórę grubszą warstwą, bez rozcierania; światło dzienne, bez użycia lampy

Przyznam szczerze, że byłam nieco zaskoczona, gdy zobaczyłam te odcienie na żywo. Nie przypuszczałam, że są tak intensywne i spodziewałam się nieco bardziej stonowanych barw.

Najbardziej przeraził mnie kolor Bondi Bronze (nie wiem dlaczego cały czas miałam w głowie zakodowane, że to "Blondie" Bronze i nawet zastanawiałam się, dlaczego najciemniejszy odcień nazwali tak właśnie 😉 Dopiero podczas robienia zdjęć okazało się, że to nie "blondie", a "bondie". Cóż, brawa za spostrzegawczość i poprawne czytanie…

South Beach wygląda mniej więcej tak, jak go sobie wyobrażałam, natomiast Waikiki kompletnie od tych wyobrażeń odbiega. Nie dość, że w pudełku wygląda kompletnie inaczej niż na skórze, to nie spodziewałam się, że jest taki… złoty 😉 Zdecydowanie bardziej widzę go u siebie jako rozświetlacz niż bronzer. Nałożony ciut wyżej niż Bondie Bronzer daje piękny efekt złotego blasku i jeżeli będę go używać, to raczej w tej roli, gdyż z bronzerem moim zdaniem ma niewiele wspólnego.

Podejrzewam, że Waikiki musi pięknie wyglądać na opalonym dekolcie, ramionach latem, gdy chcemy rozświetleniem podkreślić opaleniznę na wyjątkowe okazje.

South Beach mimo iż niepozorny, to jakoś najbardziej jednak przypadł mi do gustu. Być może przez to, że jest matowy i wygląda najbardziej naturalnie. Całkiem nieźle spisuje się przy konturowaniu i podkreślaniu wybranych partii twarzy. Efekt jest naturalny, choć osobiście wolałabym, żeby był jeszcze ciut chłodniejszy. I tak jednak jest znacznie lepszy od wszystkich odcieni bronzerów, jakie zakupiłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na pewno jest mniej pomarańczowy w każdym bądź razie 😉

Na zdjęciu wszystkie odcienie delikatnie roztarte na skórze (światło dzienne, słoneczny dzień, zdjęcie w zacienionym miejscu bez użycia lampy)

Star Dust to z kolei typowy rozświetlacz. Jasny odcień chłodnej pastelowej żółci. Drobinkowy, błyszczący i .. tyle. Na razie nic więcej nie umiem o nim powiedzieć, bo ostatnio jestem zwolenniczką raczej bardziej subtelnego rozświetlenia; tu drobinki są dla mnie zbyt duże, a z racji tego, że moje pory potrafią wyglądać różnie, to i błyskotek zwracających na nie uwagę raczej przez ostatnie kilka dni unikam (zwłaszcza, że po chwilowej całkiem niezłej kondycji mojej skóry, znowu dopadł mnie wysyp po testach nowego produktu i twarz mam usianą zmianami skórnymi zdecydowanie nie zachęcającymi do ich eksponowania i podkreślania blaskiem 😉 )

Poczta Polska zaskakuje… tym razem na plus :)

To, że Poczta Polska działa jak działa i zbyt wielu fanów raczej nie ma, to wiadomo. Ja sama wielokrotnie psy wieszałam na tej instytucji, gdyż nawet lat mam mniej niż ilość paczek, jaką mi „zagubili” 😉

Dzisiaj jednak stało się coś, co przywróciło mi wiarę w PP. Z iHerba zamawiam od wielu miesięcy. Na 7 paczek jedna do mnie nie dotarła (paczki są nierejestrowane). Kilka tygodni temu robiłam dość spore zamówienie (ok.100$) i wtedy postanowiłam nie ryzykować i opłacić przesyłkę rejestrowaną. Jednakże płacenie 130 zł za przesyłkę do najprzyjemniejszych nie należy, tak więc gdy okazało się, że olejek, jaki stamtąd zamawiam w ekspresowym tempie mi się kończy, postanowiłam złożyć kolejne zamówienie.

Tym razem na mniejszą kwotę, bo ok. 40$. I tak sobie pomyślałam, że jednak płacenie drugie tyle za wysyłkę jakoś średnio mi odpowiada, więc postanowiłam zaryzykować i wzięłam najtańszą opcję, czyli paczkę nierejestrowaną. Pomyślałam sobie, że jeżeli nie dotrze, to trudno, 40$ jakoś przeboleję, a po prostu odtąd będę zamawiać tylko rejestrowane (z bólem serca).

I tak minęły ponad 3 tygodnie. Kilka dni temu postawiłam krzyżyk na tym zamówieniu i nawet miałam w piątek (pojutrze) usiąść na spokojnie i zamówić wszystko raz jeszcze. Tym większe było moje zdziwienie,  gdy dzisiaj o 9- tej rano zapukał do mnie listonosz. Tak, listonosz z Poczty Polskiej (mimo iż do tej pory wszystkie paczki z iHerba kurier mi dostarczał). I wręczył mi nierejestrowaną, dość ciężką paczkę (szczęśliwa, że w ogóle dotarła, nie będę się czepiać już jej estetyki…)

Nie wiem, być może to zasługa mojego nowego, genialnego listonosza, jaki pracuje u nas od niedawna (bo nagle wszystkie paczki zaczęły dochodzić, chłopak biegnie na górę i wszystko dostarcza mi osobiście, nic nie upycha na siłę do skrzynki), czy czegoś innego, ale jestem w ciężkim szoku, że tak ciężka paczka, wysłana nierejestrowaną przesyłką trafiła do mnie bez problemu.

Zamówienie oczywiście jak zwykle zapakowane w kartonik, potem w folię, a każdy produkt jeszcze dodatkowo zabezpieczony taśmą klejącą, żeby się nic nie wylało (co prawda ja później zawsze mam problem z odklejeniem tej taśmy, bo się potrafi rwać na kawałki, ale wolę się bawić odrywając ją niż miałoby wszystko pływać w np. wylanej odżywce do włosów)

A swoją drogą, nadal mnie dziwi, jaką trasę pokonują paczki z iHerba i dlaczego są przepakowywane;) Opakowuje chyba ponownie DHL, bo ichniejsza naklejka widnieje na paczce. Sam sposób ponownego zapakowania pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że nic się nie wysypuje. Do tego ta tajemnicza pieczątka „priorytet” 😀 I czemu niektórym przynosi listonosz, innym kurier, innym InPost, a jeszcze inni dostają awizo i muszą się sami gdzieś pofatygować . U mnie do tej pory był to kurier, który w dodatku nie żądał ode mnie podpisywania niczego, nie musiałam kwitować odbioru (dziwne, prawda?), natomiast dzisiaj po raz pierwszy paczkę dostarczyła mi Poczta Polska w osobie Pana Listonosza 😉 Nie rozumiem z tego nic, ale w sumie nie jest to dla mnie jakoś szczególnie istotne, tak długo, jak długo paczki otrzymywać będę …

Oto szybki przegląd tego, co zamówiłam 😉

  • Aubrey Organics, Sparkling Mineral Water, Herbal Complexion Mist, 4 fl oz (118 ml) czyli mgiełka do twarzy z ziołowymi wyciągami. Moja druga buteleczka, bo może nie jest to niezbędnik, ale używam jej do spryskiwania podkładu po jego nałożeniu. Świetny skład, niedrażniący zapach, leciutko nawilża i odświeża skórę i co najważniejsze, nie podrażnia, nie zapycha. No i kosztuje niecałe 7$ 🙂

  • Giovanni, Nutrafix Hair Reconstructor, 6.8 fl oz (200 ml) czyli organiczna odżywka do włosów, mocno regenerująca (zwłaszcza uszkodzenia spowodowane różnymi chemicznymi procesami takimi jak farbowanie, a także niwelująca uszkodzenia powstałe na skutek używania wyskiej temperatury (suszarki, prostownice, lokówki). Co prawda ani nie farbuję włosów, ani nie używam prostownicy, lokówki ani nawet suszarki do włosów, ale opinie były tak zachęcające, że postanowiłam spróbować, zwłaszcza, że kilka produktów Giovanni, które wcześniej miałam okazję używać, okazało się całkiem niezłymi.

  • Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea, 4 fl oz (118 ml)zakupiłam raczej z ciekawości 🙂 W temacie dezodorantów od wielu miesięcy (a może i lat nawet) jestem wierna jednej kombinacji Etiaxil jako ochrona i Nivea z Happy Time (jestem uzależniona od tego zapachu i po 2 czy 3 latach używania balsamów, żelu pod prysznic i dezodorantu wciąż podoba mi się tak samo; zapach jest jedynym atutem dezodorantu Nivea, jego działanie pozostawia wiele do życzenia, ale z racji tego, że ochronę zapewnia mi Etiaxil, to i tak kupuję ten dezodorant 🙂 ). Natomiast ten zakupiłam właściwie jako coś, co miałam na swojej bardzo, bardzo długiej liście z iHerba 😉 I skuszona oczywiście dobrymi ocenami.

  • Better Botanicals, Herbal Hair Oil, 4 fl oz (118 ml)„sprawca” mojego ponownego zamówienia z iHerba, czyli świetny olejek do włosów. Mój poprzedni skończył się w błyskawicznym tempie, ale to nie dlatego, że jest tak mało wydajny (wręcz przeciwnie), ale dlatego, że porozdawałam go w ilościach całkiem sporych, a buteleczka ma tylko niecałe 120 ml. Może nie należy do najtańszych olejków do włosów, ale za jego działanie wybaczam mu wszystko (nawet to, że muszę bardzo uważać, żeby nie dotknąć włosami z tym olejkiem do twarzy, gdyż natychmiast wyskakują w tym miejscu mi krostki; oczywiście ten problem natychmiast znika po związaniu włosów). A sam olejek jest świetny – bardzo intensywnie nawilża, głęboko odżywia, pozostawia włosy mięciutkie, gładkie, błyszczące i zdrowo wyglądające. Jeden z lepszych olejków do włosów jakie znam (nawet biorąc pod uwagę moje ulubione czyli Sesę, Heenarę i Bhringraj)

Tyle na szybko, niebawem bardziej szczegółowe recenzje (słowo „niebawem” w moim znaczeniu ma nieco inne znaczenie ostatnio 😀 Ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mam całą masę produktów do testów, a twarz i włosy, na których mogę to próbować i używać – tylko w pojedynczym komplecie 😉 – stąd też obecnie mam więcej kosmetyków, których recenzji jeszcze nie zrobiłam, niż dni w roku chyba 😉  Czego jak czego, ale materiałów do opisywania na pewno mi przez długi czas nie zabraknie. Gdyby tylko doba miała jeszcze trochę więcej godzin 😉

iS Clinical po 3 tygodniach testów

Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną Pani Justyna z firmy IsClinical z pytaniem, czy nie chciałabym przetestować oferowanych przez tą markę kosmetyków. Przyznam się szczerze, że nie bardzo wiedziałam, czy w ogóle podchodzić do tego tematu, gdyż jak część z Was wie, moja cera jest naprawdę trudna w pielęgnacji i gdy uda mi się ją doprowadzić do jako takiego stanu, to chciałabym ten stan zatrzymać jak najdłużej, a nie kombinować i ryzykować, że znowu ulegnie pogorszeniu. Po zapoznaniu się jednak ze składem postanowiłam spróbować i gdy po kilku dniach kurier dostarczył mi paczuszkę, przystąpiłam do testów.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór

I jak zwykle- żadne zdjęcie nie było poddane retuszowi mającemu na celu zmianę wyglądu skóry czy innej korekcji)

Nie ukrywam, iż o firmie tej dowiedziałam się dopiero niedawno i z jakiegoś powodu, nigdy wcześniej żadne informacje o produktacj tej marki nie przyciągnęły mojej uwagi.

Co o sobie mówi iS Clinical?

iS Clinical jest ekskluzywną marką preparatów do pielęgnacji skóry stworzoną przez INNOVATIVE SKINCARE, która oferuje preparaty o potwierdzonym klinicznie działaniu. Nasi eksperci (farmaceuci, lekarze i eksperci przemysłu kosmetycznego) są liderami w swoich dziedzinach. Dzięki ich zespołowej pracy powstają bezpieczne preparaty, które zapewniają długotrwałe rezultaty wygładzenia i napięcia skóry. Formuły iS CLINICAL zawierają tylko najczystsze składniki o jakości farmaceutycznej, uzyskiwane z całego świata. Każdy ze składników jest przebadany klinicznie pod względem bezpieczeństwa oraz skuteczności działania. Nieprześcigniona technologia tworzenia formuł zapewnia produktom iS CLINICAL skuteczność działania w najwyższym stopniu, dając tym samym pozytywne wyniki kliniczne, trudne do uzyskania w przypadku używania innych ogólnodostępnych kosmetyków.

Produkty iS CLINICAL są zalecane przez wiodących dermatologów, chirurgów plastycznych, onkologów, instytucje medyczne oraz lekarzy medycyny estetycznej. Naszą niezmienną misją w INNOVATIVE SKINCARE jest ulepszanie ludzkiego życia. IINNOVATIVE SKINCARE ustanowił platynowe standardy w pielęgnacji skóry poprzez skuteczne połączenie nauki i piękna.

Tyle w teorii. Przejdźmy do praktyki. Przed testami starałam się nie czytać żadnych opinii i recenzji, gdyż nie chciałam, żeby to w jakikolwiek sposób wpłynęło na mój odbiór i odczucia związane z tymi kosmetykami. Co prawda już po kilku dniach kusiło mnie, żeby zerknąć, co inni piszą, ale zrobiłam to dopiero wtedy, kiedy już sobie wyrobiłam własne zdanie na temat tego, co otrzymałam do przetestowania.

Paczuszka dotarła do mnie bezpieczna, solidnie zapakowana, wypełniona różnymi ulotkami i materiałami pozwalającymi na dokładniejsze zapoznanie się z produktami. Do estetyki opakowań też nie mam zastrzeżeń, choć przyznaję, iż nieraz drżała mi ręka, gdy brałam szklaną buteleczkę z Activ Serum i oczyma wyobraźni widziałam, jak rozpryskuje się na posadzce w łazience 😉

Do testów otrzymałam :

  • Cleansing Complex 60 ml (cena 180 ml – 145 zł) żel oczyszczający do mycia twarzy. Kosmetyk ma postać średnio gęstego, bezbarwnego i bezzapachowego żelu, który po naniesieniu na zwilżone dłonie leciutko się pieni. Nie jest to ani obfita, ani gęsta piana, ale wystarczająca, by łatwo rozprowadzić preparat po całej twarzy. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to wydajność żelu. Do zmycia całego makijażu wystarczy dosłownie kropla. Przy użyciu większej ilości cieni do powiek i kilku warstw tuszu do rzęs musiałam zabieg powtórzyć, ale na co dzień do demakijażu wystarcza mi 1, dosłownie 1 kropla rozprowadzona na twarzy. Po umyciu skóra nie jest ani ściągnięta, ani wysuszona, ani podrażniona, za to czysta i miękka.

 

Czytaj dalej

Nyx Runway Palette & Sleek STORM Palette

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

NYX Runway Collection Champagne & Caviar oraz Sleek Makeup Palette Storm:

Sleek i-divine Palette : STORM

Paleta składająca się z 12 cieni do powiek z lusterkiem i aplikatorem.

Wybrałam ten wariant kolorystyczny, gdyż wydawał mi się najbardziej uniwersalny i najbardziej odpowiedni do wykonania makijażu zarówno na co dzień jak i na wieczór. Słyszałam dużo dobrego o tych paletkach, ale jakoś pozostałe wersje kolorystyczne do mnie średnio przemawiają, więc podejrzewam, że póki co, ta zostanie jako jedyna w mojej kolekcji.

Pierwszy raz zwróciłam na nie ze względu na hasło "cienie mineralne". Oczywiście już po chwili upewniłam się, że z prawdziwymi minerałami mają niezbyt dużo wspólnego. I tu ciekawostka, bo na różnych stronach spotkałam się z różnym składem (nie wiem, czy rzeczywiście się różnią, czy wynika to z niedokładnego przepisania składu. Trafiłam m.in na taki:

Skład : Mica, Talc, Kaolin, Magnesium, Stearate, Dimethicone, Paraffinum Liqid, Ethylhexyl, Palmitate, Propylparaben, Methylparaben,
MAY CONTAIN: Cl77007, Cl77510, Cl77289, Cl77491, Cl77492.

Natomiast na mojej paletce skład wygląda następująco:

Skład: Mica, Talc, Paraffinum Liquidum, Magnesium, Stearate, Ethylhexyl Palmitate, Dimethicone, Propylparaben, Methylparaben

MAY CONTAIN: UTRAMARINE ( CI 77007), Yellow IRON OXIDE (CI 77491), Iron Oxide (CI Cl77491/2/9), RED IRON OXIDE (Cl77491), BLACK IRON OXIDE (Cl77499),TITANIUM DIOXIDE (Cl77891), HYDRATED CHROMIUM GREEN (Cl77289), MANGANESE VIOLET (Cl77742), FERRIC FERROCYANIDE (Cl77510)

Niby różnice niewielkie, ale w mojej paletce w skład nie wchodzi chociażby kaolin, a silikon jest nie przed parafiną ale po niej. Nie wiem, skąd takie rozbieżności.

Sama paletka jest klasyczną paletą zamykaną na zatrzask. Wykonana dość solidnie, bez udziwnień. Posiada sporych rozmiarów lusterko. I tu należy wspomnieć o tym, co niby jest drobiazgiem, wg mnie jednak bardzo przydatnym, a niestety, nie jest standardowym wyposażeniem takich paletek. W środku znajduje się folia, która oddziela lusterko od cieni. Niby nic, a jednak wszyscy, którzy nie cierpią mieć lusterka wiecznie upaćkanego pyłkami cieni, z pewnością docenią ten drobiazg.

Otwiera się dość trudno i przy dłuższych paznokciach możemy mieć problem z jej szybkim otwarciem, choć z drugiej strony, ja traktuję to raczej jako zaletę, gdyż mam pewność, że nic mi się przypadkowo nie otworzy i nie czeka mnie niespodzianka w postaci cieni rozsypanych po całej kosmetyczce w przypadku, gdybym chciała paletkę zabrać w podróż.

Dołączony aplikator dla mnie jest kompletnie zbędny, bo nie lubię gąbkowych aplikatorów (choć wiem, że są świetne do wydobywania intensywności cieni i "wgniatania" ich w powiekę. Ja jednak pozbywam się ich natychmiast, gdyż tak po prostu mam i już 😉

O samych cieniach niewiele więcej mogę powiedzieć niż to, co już zostało wszędzie chyba powiedziane. Są bardzo miękkie, kremowe, nakładają się bez najmniejszego trudu, są mocno napigmentowane. Konieczność blendowania i machania pędzlem, żeby je ładnie połączyć praktycznie zredukowana została do zera, gdyż jakiś cudem robią to same 😉 Kilka ruchów pędzelkiem lub aplikatorem i właściwie nie widać żadnych ostrych granic, wszystko ładnie się ze sobą miesza.

Z trwałością też nie jest najgorzej. Co prawda nigdy nie używałam ich bez bazy (aż tak odważna nie jestem, gdyż olej mineralny w składzie plus moje tłuste powieki = prawie na pewno katastrofa), ale na bazie (MEOW, E.L.F, LaurEss) wytrzymują w niezmienionym stanie praktycznie do wieczora. Nawet nie blakną jakoś specjalnie mocno.

Tyle zalet. Dlaczego jednak nie śpiewam hymnów pochwalnych na ich cześć? Otóż wg mnie cienie te mają i swoje wady. Pomijam skład, bo w przypadku cieni do powiek jest on dla mnie sprawą drugorzędną. Jednak same cienie są dość.. płaskie. Nie wiem, jak to określić, ale mimo swoich żywych, intensywnych barw są dość jednostajne i wyglądające właśnie jak cienie z TEJ kategorii cenowej. Nie twierdzę, że są złe. Absolutnie nie. Ale z pewnością nie możemy ich postawić na równi z cieniami górnopółkowymi czy chociażby z cieniami Urban Decay. Od razu widać, że to nie ta liga.

Do tego znaczna większość cieni to dość mocno błyszczące odcienie. Matowy mamy jedynie ciemny stonowany brąz (który sam w sobie jest ładnym odcieniem, ale dość nierówno rozkładającym się na powiekach) oraz średni, wielbłądzi odcień jasnego brązu. No i czerń, która matem całkowitym nie jest, raczej satyną w średnim natężeniu. Jego jakość zdecydowanie jest poniżej średniej. Czerń mało czarna, średnio napigmentowana, cień też różni się konsystencją od pozostałych – jest bardziej twardy, suchy i trudniejszy do nabrania na pędzel. I choć zrobienie nimi makijażu dziennego, stonowanego jest jak najbardziej możliwe, to jednak całe możliwości tej paletki wychodzą dopiero przy makijażu mocniejszym (niekoniecznie wieczorowym).

Sleek :

Ja pewnie z przyjemnością zużyję tę paletkę (co trudne chyba nie będzie, zważywszy na fakt, jak miękkie są cienie i że jej termin ważności to tylko 12 miesięcy) i myślę, że dość często będę po nią sięgać właśnie ze względu na wymienione wcześniej zalety (łatwość aplikacji, bardzo intensywne i nasycone odcienie, świetne napigmentowanie, długotrwałość). Czy jednak kupię kolejną? Póki co moja ciekawość została zaspokojona. Choć jeżeli Sleek wypuści coś w bardziej stonowanych barwach, to podejrzewam, że się jednak nie oprę. Zwłaszcza, że stosunek ceny do jakości jest nie do pobicia.

PS. Zakupiłam w międzyczasie jeszcze na ebayu :

SLEEK FACE AND BODY GLO KIT 'BRONZE BABY'
SLEEK BLUSH 'ROSE GOLD'

niestety, zaginęły gdzieś po drodze (nawet te, które zostały dzięki uprzejmości przesympatycznej sprzedającej wysłane po raz drugi). Kolejny raz jakiemuś pracownikowi poczty przykleiły się moje paczki do łap… Po miesiącu wędrówki szanse na to, że jeszcze dotrą są praktycznie zerowe, więc pogodziłam się z tym, że raczej na razie nie spróbuję najpopularniejszego chyba odcienia różu Sleeka czyli Rose Gold… Trudno…

Dopisano: zaraz po tym, jak napisałam informację o tym, że póki co jestem zaspokojona w temacie paletek Sleeka, weszłam sobie na bloga Lipstick on the Cup i … zachciało mi się Bad Girl. Eh, nie ma to jak być stanowczą i zdecydowaną. Idę poszukać na Allegro 😀

Cena : ok. 30 zł.

Moja ocena 8/10

Zwolenniczki bardziej naturalnego makijażu i mniej rzucających się w oczy cieni na powiekach, myślę, że bardziej zadowolone będą z innej paletki, czyli:

NYX The Runway Collection : Champagne & Caviar

To jedna z kilkunastu wersji wchodzących w skład kolekcji The Runway Collection. Wg mnie – najbardziej interesująca odcieniowo. A z tego co słyszałam, również pod względem jakościowym.

Skład:Mica, Talc, Zinc Stearate, Mineral Oil, 2-Ethylhexyl Palmitate, Tridecyl Trimellitate, BHT, Methylparaben, Propylparaben.
MAY CONTAIN: Red Iron Oxide CI77491, Yellow Iron Oxide CI77492, Black Iron Oxide CI77499, Titanium Dioxide CI77891, Fd&c Red No. 40/Ci16035:1, Carbon Black CI77266.

W paletce z lusterkiem, nieco mniejszych rozmiarów niż w przypadku Sleeka, mamy 10 odcieni dość neutralnych kolorów utrzymanych w tonacji głównie brązu i beżu. Cienie są również dość miękkie, z tą tylko różnicą, że Storm Sleeka to miękkość lekko tłustawa, natomiast w przypadku NYX-a, bardziej sucha (choć i tak znacznie mniej niż w przypadku większości cieni dostępnych w drogeriach) Nie znaczy to jednak, że gorsza w odczuciu. Wręcz przeciwnie. Cienie mają aksamitną konsystencję, są bardzo gładkie, porządnie zmielone i ładnie sprasowane. Przyjemne dla oka barwy również na powiekach wyglądają ciekawie. Nie są już tak intensywne i iskrzące, zdecydowanie bardziej nadają się do dziennego, nawet dyskretnego makijaży oka, choć również nie są to tylko kolory matowe. Jednakże mamy tu doczynienia bardziej z perłowością niż z mega lśnieniem. I ta paletka zdecydowanie bardziej mnie urzekła. Choć aplikacja cieni nie jest już tak łatwa jak w przypadku Sleeka, to o wiele trudniej zrobić sobie tą paletką krzywdę. Cienie są wystarczająco napigmentowane, by nie musieć ich skrobać i męczyć się z przeniesieniem ich na powiekę i wydobyciem z nich choć odrobiny koloru, a jednocześnie na tyle bezpieczne, że nie wystarczy ruch pędzlem by uzyskać tandetny i przeładowany efekt (o co nietrudno w przypadku paletki Storm). Pędzel z cieniem po powiece sunie gładko, bez najmniejszych problemów, nie osypują się w nadmiarze i nie ma mowy o żadnych prześwitach na powiekach.

Czerń również i tu jest słabym punktem tego zestawu. Wyblakła, mało czarna i średnio przyjemna dla oka. Choć dla tych, którzy szukają raczej cienia do przyciemnienia, zaakcentowania i podkreślenia kącika lub innego miejsca na powiece, z pewnością wystarczy. Do delikatnego smokey też się nada. Jednak na pewno nie jest to kruczoczarny i intensywny odcień czerni.

Matowy brąz jest tu nieco chłodniejszy niż u Sleeka, choć też jakościowo nie należy do najbardziej udanych odcieni. Widać wyraźnie, że nie jest to odcień z górnej półki. Owszem, sam w sobie bardzo ładny, ale odstający od reszty i bardziej pasujący do swojego czarnego kolegi niż do pozostałych odcieni z palety. Choć gdy przejedziemy po nim palcem (staram się tego nie robić z wiadomych powodów, ale nie mogłam się powstrzymać i musiałam sprawdzić), to wydaje się być bardzo porządnym cieniem – lekkie dotknięcie opuszkami palców, a cień zostawia intensywny ślad na nich. W dodatku z łatwością dający się przenieść na skórę.

Wg mnie to bardzo ciekawa propozycja, zwłaszcza w takiej cenie. 10 całkiem przyzwoitych cieni, nieźle napigmentowanych, sympatycznych odcieniowo i do tego łatwo rozprowadzających się na powiece, dających mnóstwo możliwości wykorzystania – od makijażu praktycznie niewidocznego, typu nude, do zwyklaka dziennego, a na makijażu wieczorowym kończąc za grosze, to moim zdaniem propozycja zdecydowanie warta przyjrzenia się jej.

(pacynka rozpadła się już przy drugim myciu przy robieniu swatchy i wylądowała w koszu, ale jako iż chyba mało kto używa pacynek załączonych do paletek, to nie odejmuję za to oceny).

Cena: ok. 35 zł w polskich drogeriach internetowych.

Moja ocena: 9/10

 Porównanie:

Moja okrojona kolekcja pędzli typu Kabuki

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

Moja kolekcja pędzli typu kabuki, czyli to, co znajduje się dzisiaj w moich zbiorach (po wyprzedaży Allegrowej i porozdawaniu 🙂 )

Aubrey Organics

Otrzymałam dzisiaj paczkę od polskiego przedstawiciela marki Aubrey Organics z kilkoma produktami do przetestowania i opisania. Chyba każdy, kto interesuje się kosmetykami organicznymi, naturalnymi i przyjaznymi składowo słyszał o tej firmie. O jej genezie i filozofii można przeczytać TUTAJ.

Tak więc gdy dostałam propozycję przetestowania kilku produktów, ucieszyłam się ogromnie, bo przyznam, iż zamawianie z iHerba to spora loteria (uwielbiam ten sklep za szeroki wybór i świetne produkty, ale niestety, nasze polskie realia są jakie są i w przypadku nierejestrowanych przesyłek jak wiemy spora część ginie w tajemniczych okolicznościach).

Niedługo szersza recenzja, a teraz tylko taka szybka zapowiedź tego, o czym za jakiś czas będę mogła opowiedzieć.

W paczce znalazłam :

Mleczko oczyszczające z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Tonik z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 30 ml
Krem nawilżający z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta SPF 15 30 ml (czyli całkiem sporo jak na testerowy krem)
Maseczka kojąca z algami i ekstraktem z nasion grejpfruta 15 ml
próbki produktów (w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
Krem oczyszczający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml

Tonik  z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Krem nawilżający z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 30 ml
Maseczka nawilżająca z rokitnika i ogórka z witaminą C (Ester-C) 15 ml
próbki produktów (tu również w moim przypadku były to balsam do ciała i rąk z serii różanej, szampon oraz krem pod oczy)
 

  • Szampony  w wersji MINI (każdy ok.60 ml) – chwalone na rozmaitych forach głównie za doskonały skład oraz świetne działanie (jak będzie w moim przypadku? Na pewno zdam relację)

Rewitalizujący szampon z jojobą, aloesem i jukką-  do suchych i zniszczonych włosów

Odżywczy szampon z dziką różą (Rosa Mosqueta)  do  wszystkich rodzajów włosów (odpowiedni także dla włosów farbowanych)

Glikogenowo-proteinowy szampon przywracający równowagę-  do włosów normalnych

  • Odżywki do włosów w wersji MINI (każda ok. 60 ml)

Odżywka z dziką różą  (Rosa Mosqueta)-  do  wszystkich rodzajów włosów

Glikogenowo-proteinowa odżywka  przywracająca równowagę- do włosów normalnych

  • Bio Balsamy do ust w wersji : Mandarynka, Miód/Wanilia, Mięta/Zielona herbata

Jeszcze oczywiście nie mogę za wiele powiedzieć o tych kosmetykach, bo dopiero godzinę temu dorwałam się do paczuszki, ale za to balsam mandarynkowy do ust już powędrował do mojej córki, która go przechwyciła (ma ostatnio problem z wysuszoną skórą u ust i mam nadzieję, że się sprawdzi u niej) natomiast ja zostawiłam sobie dwa pozostałe.

Otworzyłam też próbkę kremu do rąk/balsamu do ciała Luxurious Hand & Body Lotion Rosa Mosqueta i przyznam, że w pierwszej chwili byłam ogromnie zaskoczona wyglądem tego kremu. Przeraziła mnie jego perłowość (pewnie dlatego, że się kompletnie tego nie spodziewałam). Na szczęście okazało się, że po rozsmarowaniu na skórze nie widzimy żadnych drobinek czy połysku, nawet w sztucznym świetle. Za to konsystencja jest niesamowicie dziwna – gęsta, a po rozsmarowaniu błyskawicznie się wchłania nie pozostawiając ani odrobiny tłustej warstwy, za to skóra jest gładka, miękka i w widocznie lepszym stanie. Jedyne, co mi przeszkadza, to zapach. Róża z pudrem. Nie jest to moje ulubione połączenie, ale z pewnością znajdzie swoje zwolenniczki 🙂

Tyle na szybko, więcej – niebawem 😉

A wieczorem, późnym wieczorem – przegląd makijaży nadesłanych na konkurs Pixie 😉 Zapraszam.

Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉