Stay with me czyli dowód na to, że warto czasem dać drugą szansę…

Niedawno pisałam o tym, jak bardzo rozczarowana byłam zakupem pomadki All About Cupcake i jak bardzo nie lubię jej na swoich ustach. Jeszcze wcześniej pisałam o niezbyt zadowalającym mnie zakupie błyszczyka Catrice. I to nic, że obiecałam sobie, że koniec kupowania czegokolwiek z tych dwóch marek (większość zakupów do tej pory nie należała do udanych). To nic, że ja nie przepadam generalnie za malowaniem ust… Faktem jest, że gdy okazało się, że w mojej Naturze pojawiła się w końcu (!) szafa Catrice dopadłam do niej z nadzieją znalezienia czegoś ciekawego. Co prawda z Catrice nabyłam tylko tusz (o nim wkrótce), ale za to w moje łapy wpadł błyszczyk, który wrzuciłam do koszyka zupełnie bez przekonania… I jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że … to pierwszy kosmetyk Essence, którego nie wrzucę do pudła zapomnienia od razu po zakupie (no, może drugi – pierwszy to nieodżałowany AOH, który z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu kiedyś oddałam :D)

Mowa o :

Essence Stay With Me Longlasting Lipgloss w odcieniu 05 I LIKE COTTON CANDY

Stojąc przed szafą Essence jedynym kosmetykiem, jaki wpadł mi w oczy był właśnie ten błyszczyk. Co prawda odcień nie należy do gamy moich ulubionych (zdjęcie jest nieco przekłamane, błyszczyk ma ciut ciemniejszy i bardziej przydymiony odcień, bardziej podobny do tego zdjęcia niżej), ale pozostałe były jeszcze bardziej nie w moim typie. Czemu go więc wzięłam? Przysięgam, że pojęcia zielonego nie mam, co mną kierowało 😀 Chyba tylko ciekawość..

W każdym bądź razie wybrałam odcień I like cotton candy i już w samochodzie nie wytrzymałam i się nim maznęłam. Pierwsze wrażenie – a co to za śmieszny aplikator? Okazało się jednak, że mimo mojej nieufności do takiego kształtu, po kilku dniach malowania się nim stwierdzam, że go lubię 😉 Smak i zapach oczywiście chemiczne, ale nawet jakoś specjalnie mnie nie drażnią, choć osobiście wolałabym, żeby był pozbawiony i smaku i zapachu. Błyszczyk jest dość gęsty, ale o dziwo, nie klei się. Pokrywa usta dość intensywną taflą błyszczącego koloru (ale bez drobinek i innych błyskotek), który po chwili dość mocno osiada na ustach i to w taki sposób, że nawet ja, która niezbyt przepada za uczuciem pomalowanych ust, nie czuje się źle z tym błyszczykiem. Kolor po jakimś czasie na moich ustach "normalnieje", lekko się uspokaja, a potem znika równomiernie, bez zbierania się w kącikach czy wchodzeniu w bruzdy i inne miejsca.

"Supertrwałym" bym go raczej nie nazwała. Trwałość moim zdaniem taka, poniżej jakiej żadne mazidło do ust schodzić nie powinno. Bez picia i jedzenia – około godziny, potem zaczyna stopniowo zanikać.

Na moich ustach odcień I like cotton candy wygląda tak: (pierwsze zdjęcie tuż po nałożeniu, drugie – 40 minut później)

(tych zdjęć nie można powiększyć – oszczędzę Wam zbliżeń moich podpuchniętych i zaczerwienionych oczu po testach nowego kremu pod oczy)

i kilka zbliżeń (każde zdjęcie można obejrzeć w powiększeniu klikając na nie, żeby zobaczyć, jak błyszczyk "układa" się na ustach)

Ogromnie żałuję, że gama kolorystyczna tych błyszczyków jest tak dziwna, bo z pewnością skusiłabym się na kilka jeszcze innych odcieni. Choć niewykluczam, że przy najbliższej wizycie w Naturze nie wpadną do mojego koszyka pozostałe odcienie, tylko po to, żeby przekonać się, czy któryś z nich przypadkiem nie wygląda na moich ustach lepiej niż się spodziewałam 😉

Minusy : zawiera karmin, uboga gama kolorystyczna, chemiczny smak i zapach, niespełniona obietnica producenta- "longlasting" ma dla mnie nieco inne znaczenie.

Ja w każdym bądź razie jestem dosć miło zaskoczona tym błyszczykiem, może dlatego, że byłam przekonana, że dołączy do podobnych, nieudanych zakupów 😉 Choć nie wywołał on we mnie dzikiej chęci wykupienia wszystkich dostępnych w mojej drogerii egzemplarzy w obawie, że kiedyś go zabraknie (choć gdyby miał inny odcień, to możliwe, że zakupiłabym 2-3 sztuki, żeby sobie leżały), to jest to chyba pierwszy błyszczyk, który nosić od czasu do czasu będę…

Cena: nie pamiętam, ale jakieś grosze, na pewno poniżej 10 zł (poprawię tą informację, gdy dowiem się dokładniej, ile kosztował)

Reklamy

Doleciały, czyli kolejne zamówienie z iHerba ;)

Kilka dni temu doleciało do mnie kolejne zamówinie z iHerba i tym samym potwierdziło się to, co obserwuję od jakiegoś czasu – każda paczka laduje u mnie dokładnie po 3 tygodniach od chwili wysłania. W przeciwieństwie do mojego poprzedniego zamówienia, tym razem zostało mi ono dostarczone przez kuriera.

Postanowiłam znaleźć jakiś ciekawy kosmetyk do demakijażu i w związku z tym zakupiłam kilka produktów z nadzieją, że choć jeden z nich okaże się bliski ideałowi w tej kategorii. Jestem dopiero po 2 dniach testów, ale mniej więcej potrafię już wyłonić swojego faworyta i za kilka dni dokładniejsze recenzje i opisy. Dzisiaj tylko pokażę, co kupiłam :

  • Avalon Organics, Lavender Facial Cleansing Gel właściwie skusiłam się na niego, gdyż byłam ciekawa, jak się spisuje żel, który ciągle jest niedostępny w sprzedaży (pojawia się i natychmiast znika). Cena 6,99$ za 200 ml.

Za przesyłkę tradycyjnie zapłaciłam … 4$ (zmieściłam się). Przypominam, że zamówienia z iHerba można składać nawet na jeden kosmetyk i jeżeli jest to nasze pierwsze zamówienie, to kod QAP372 odejmuje od niego 5$ (czyli w wielu przypadkach jakiś kosmetyk możemy mieć po prostu za DARMO). Płatność albo kartą kredytową, albo zwykłą kartą (np. z mbanku). Paypala iHerb nie obsługuje, więc konto paypalowe nie tylko nie jest konieczne, ale wręcz zupełnie niepotrzebne (to jedno z najczęstszych pytań, jakie od Was dostaję w sprawie iHerba)

(tradycyjnie – wszystkie wyróżnione innym kolorem czcionki słowa  w tekście są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Wieczorkiem dziś lub jutro siądę i poodpisuję na Wasze komentarze pod moimi postami (nie lubię tego robić na szybko, a za chwilkę muszę wyjść, więc zrobię to, jak już usiądę na spokojnie i nikt mi przeszkadzać nie będzie 😉 )

Yves Rocher i The Body Shop.. I dlaczego jestem inna :D

Zdaję sobie sprawę z tego, że czytanie o zakupach z iHerba dla niektórych może wydawać się tematem kompletnie z innej bajki i wiem, że część z Was woli zakupy, których możemy dokonać stacjonarnie, bez konieczności znajomości chociażby podstaw języka angielskiego, bez konieczności udzielania limitu zaufania zagranicznym sklepom, bez konieczności posiadania karty kredytowej/Paypala. Niestety, oferta kosmetyków organicznych/naturalnych/o przyjaznych składach na naszym rynku wciąż jest dużo, dużo uboższa niż za granicą (a jeżeli już, to często ceny nie zachęcają do eksperymentowania), stąd też ja częściej kupuję jednak zagranicą niż u nas. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się wejść do sklepu i kupić czegoś, co jest dostępne na każdym kroku.

Oto dowód:

Dzisiaj szybka recenzja ostatnich moich zakupów:

  • Yves Rocher żel pod prysznic i do kąpieli 400 ml o zapachu kokosa. Myślę, że tu nie trzeba się rozpisywać i podejrzewam, że każda z nas miała kontakt z żelami YR. Nic specjalnego, szału nie ma, ale na tyle przyzwoite, by móc sięgnąć po jeden z naszych ulubionych wariantów zapachowych. Kokosa akurat bardzo lubi moja córka, więc to właściwie jej zakup 🙂 Przyjemnie pachnie (aczkolwiek to wersja tylko dla amatorów kokosowych aromatów, na pozostałych może działać migrenogennie), fajnie się pieni, tani, wydajny, łatwo dostępny, nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego… Cena 15 zł / 400 ml.
  • Yves Rocher mleczko do ciała z wanilią z upraw biologicznych. Zakup w ciemno, bez wąchania, co okazało się niezbyt miłe w skutkach 🙂 Owszem, nie da się zaprzeczyć, ze to wanilia, a ja wanilię lubię, ale ta tutaj jest dla mnie zbyt nachalna, zbyt atakująca zewsząd, zbyt osaczająca i żyć niedająca 😉 Samo mleczko jak mleczko, nawilża dość przyzwoicie, wchłania się szybko, nie zostawia klejącej ani tłustawej warstwy. Zdecydowanie wyklucza używanie jakichkolwiek perfum, gdyż zapach utrzymuje się kilkanaście godzin na skórze i jest wyczuwalny nawet przez otoczenie. Początkowo nawet przyjemnie mi się go używało, ale po kilku razach poddaję się… Co za dużo, to niezdrowo 🙂 Cena ok. 20 zł / 14 ml. Oczywście jak w przypadku wszystkich większych opakowań YR, tak i tutaj bardzo pomocne jest dokupienie pompek, gdyż balsam mimo lekkości jest dość gęsty i wydobywanie go z butelki bez pompki do najprostszych chyba nie należy 🙂
  • The Body Shop Almond Shower Gel – żel pod prysznic o zapachu migdałowym. Nie wiem, co ja mam ostatnio z tym migdałem.. Właściwie to nigdy migdałowych zapachów nie lubiłam, a ostatnio jakoś podejrzanie dużo migdałowych aromatów wokół mnie (nawet żel do skórek CND SolarOil pachnie migdałami, o kremie do rąk Phenome nie wspomnę). Ale do rzeczy – chwyciłam zupełnie bez przekonania, właściwie chyba tylko dlatego, że tej wersji zapachowej kosmetyków TBS jeszcze nie znałam, zawsze jakoś szerokim łukiem omijałam. Migdałowy pachnie po prostu migdałem. Takim jak powiniem.. Przyjemny, zużyję bez wysiłku, może kiedyś się nawet jeszcze skuszę 😉 Jakościowo – jak wszystkie żele TBS, nic do zarzucenia. Cena, aktualnie w promocji – 12 zł!

(tak wygląda olejek do skórek, o którym wspominałam)

  • Yves Rocher mydło jeżynowe – kolejny zakup mojego dziecka. Ona po prostu z jakiegoś dziwnego powodu lubi te mydła i woli je od żeli pod prysznic. Cóż, tanie, duże, przyjemnie pachnące – niech sobie używa 😉 Cena ok. 7 zł.
  • Kostki zapachowe do kąpieli YR – również zakupy bardziej pod kątem córki 🙂 Cena 4 zł za sztukę. Tym razem tradycyjnie już kokos i miód jako nowy wariant. Miód jest okropny – nie dość, że woda wygląda po prostu jak brudna (żółtawo- brązowy kolor), to jeszcze zapach nie do zniesienia. Duszący, nieprzyjemny. Zdecydowanie wersji z miodem więcej nie kupimy.

Tu postanowiłam zrobić małą przerwę, by oddzielić recenzję, którą sobie specjalnie zostawiłam na koniec. Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi i znowu wyjdzie, że jestem inna niż większość 😀 A dlaczego? Otóż dlatego, że zakupiłam pomadkę, która jest chyba jedną z najczęściej opisywanych ostatnio pomadek na blogach i mam kompletnie inne odczucia niż większość. Mowa o :

All About Cupcake Essence

Zastanawiałam się, jak opisać tą pomadkę. Moja opinia o niej jest tak skrajnie różna od tego, co czytam na innych blogach, że chcąc wyrazić szczerą opinię mogłabym kogoś niechcący obrazić… Napiszę w takim razie tylko tyle, że widocznie spodziewałam się cudu za parę groszy i miałam nie wiadomo jakie oczekiwania co do jej jakości, gdyż innego wyjaśnienia na to, że cieszy się ona tak dużym powodzeniem nie znajduję 😉 Dla mnie nie tylko opakowanie jest niesamowicie tandetne (ale ok, rozumiem, cena), ale i sama pomadka jakością nie grzeszy. Sztuczny, cukierkowy zapach, nierówno rozkładająca się na ustach, kolor, który przy mojej skórze wygląda bardzo niefajnie (żeby nie określić tego dosadniej), zero trwałości. Nawet mój TŻ, który o pomadkach nie ma zielonego pojęcia, gdy zobaczył ją u mnie gdy próbowałam zrobić jej zdjęcie na moich ustach skomentował to stwierdzeniem "czy my aż tak źle z kasą stoimy?" 😀 No cóż, widocznie jestem po prostu za stara na takie pomadki, ale uwierzcie mi – na moich ustach wygląda naprawdę fatalnie…U mnie zdecydowanie widać, ile kosztowało to, co mam na ustach, gdy pomaluję się All About Cupcake 😉

Dowód? Proszę bardzo 🙂 Pamiętajcie, że aparat zżera kolory i ten róż na żywo u mnie jest jeszcze bardziej … wyrazisty 🙂 Ja myślę, że to kwestia głównie koloru wyjściowego moich ust i faktu, że pomadka nie jest kryjąca. I z tego utworzył się taki niezbyt fajnie wyglądający mix kolorystyczny.

 

Jedyny sposób na nią, to naniesiona lekko palcem i delikatnie wklepana (tak właśnie nałożona została na zdjęciu obok – zdjęcie z lampą, więc nieco przekłamany kolor). Wtedy wygląda w miarę… Nie "dobrze", ale w granicach tolerancji. Ale i tak znika po chwili, a ja bawić się nie zamierzam. Widocznie nie dla mnie ona -znam bardziej trafione kolorystycznie odcienie dla mnie i ten raczej do nich nie należy 🙂 A wiem, że AAC potrafi wyglądać na ustach zupełnie inaczej, bo widziałam 🙂 Co prawda nie na żywo, bo koleżanka, która zakupiła razem ze mną tą pomadkę również machnęła ją do kosza mając o niej takie samo zdanie, ale na zdjęciach na innych blogach potrafi wyglądać naprawdę kusząco…

U mnie niestety wygląda tak, jak na zdjęciu z bloga Fashionvictim – widać, jak nierówno jest rozłożona, jak podkreśla suche skórki, jak nieładnie pokrywa usta smugami, a nie jednolitą taflą koloru 😦 Spróbuję zrobić lepsze zdjęcie i pokazać w zbliżeniu, ale coś aparat odmawia mi współpracy przy makro ostatnio i mimo zrobienia dziesiątek zdjęć, ani jedno nie nadaje się do pokazania (wszystkie są zbyt mało ostre)

Brak szczęścia do CATRICE

Od dłuższego czasu z zazdrością przyglądałam się zdjęciom na innych blogach pokazujących zdobycze z Catrice. Niestety, najbliższa szafa tej marki jest tak daleko mnie, że zupełnie mi nie po drodze jakoś do tych kosmetyków i za każdym razem, gdy pojawiało się coś, na co miałam ogromną ochotę (chociażby mozaika z limitowanki Urban Baroque, czy pomadki z tej samej serii), wiedziałam, że i tak przejdzie mi to koło nosa, bo zakupić na bank nie zdążę.

W końcu jednak i w moje ręce trafiło coś z Catrice, tylko, że … chyba nie do końca trafione to były zakupy 🙂

Błyszczyk Lip Appeal w odcieniu nr 40, czyli Hello Darling !

NIe ukrywam, że zakupiłam go głównie pod wpływem bloga Maus, gdzie na jej ustach tak apetycznie się te błyszczyki prezentują, że mimo mojej niezbyt gorącej miłości do tej części kolorówki akurat, zdecydowałam się nabyć jakiś odcień. Nie wiem, być może nie trafiłam po prostu z wyborem, być może spodziewałam się czegoś innego, a może po prostu moja niechęć do błyszczyków jest zbyt silna, by cokolwiek mogło ją pokonać, ale Hello Darling ! raczej przygodę ze mną już zakończył.

Hello Darlling to trudny do określenia odcień łączący w sobie róż, malinową czerwień, odrobinę arbuza, sorbetu truskawkowego, a to wszystko okraszone porcją srebrzystych drobinek. Bardzo ładny i naturalny kolor.

Dlaczego więc nie lubię tego błyszczyka? Ano dlatego, że na moich ustach wygląda tak:

Zbyt mokro, zbyt błyszcząco i zbyt zwracająco na siebie uwagę. Gdy mam go na sobie, to właściwie widać na mojej twarzy tylko usta, które wyglądają jak polakierowane, a nie subtelnie podkreślone. A nie ukrywajmy, usta, to nie jest mój mocny atut i raczej wolę odwracać od nich uwagę, niż kierować spojrzenia innych na tą część mnie 😉 Do tego przez cały czas wyraźnie czułam, że coś mam na ustach, a ja niespecjalnie przepadam za tym uczuciem.

Jestem pewna, że efekt jaki daje ten błyszczyk na innych może wyglądać wyjątkowo kusząco, ja się po prostu źle z nim czuję i już.

Nie wykluczam jednak ponownego podejścia do tematu tych błyszczyków – raczej z ciekawości i z nadzieją, że moje wyjątkowe szczęście sprawiło, że zakupiłam jedyny błyszczyk z całej kolekcji, który ma aż tak mocny połysk i widoczne drobinki i że reszta jest nieco bardziej stonowana. Na plus bowiem mogę zaliczyć zarówno cenę, aplikator, który początkowo mnie irytował, ale po jakimś czasie przestał mi przeszkadzać i nawet go polubiłam, smak i zapach (nie wszystkim przypadną do gustu te budyniowo-śmietankowo-karmelowe nuty) no i niekleistość. Opakownie również jest dość estetyczne, choć nie wiem, jak z trwałością, bo w kosmetyczce u mnie nigdy nie wylądował – siedzi sobie w pudełku z kosmetykami, z którymi nie wiem, co zrobić 😉 Gdyby jego trwałość była jeszcze większa (spodziewałam się większej, gdyż błyszczyk jest raczej gęsty niż wodnisto-rzadko-spływający i dość dobrze osadza się na ustach, przylegając do nich i nie spływając poza kontury) i gdyby był mniej wyczuwalny na ustach, to może i pokusiłabym się o zakup kilku odcieni w ciemno, zwłaszcza, że ma jedną cechę, która sprawia, że mam ochotę przyjrzeć się innym wersjom – nie wysusza…

Kolejnym produktem, na jaki się skusiłam, był :

SUN GLOW – Matt Bronzing Powder (Darker Skin)

Przyznaję, że również wypatrzony na blogu Maus. Co prawda bardziej kusił mnie Multi Colour Powder, ale gdy zobaczyłam, że w składzie ma wosk pszczeli, to szybko przeszła mi na niego ochota, bo na bank spowodowałby wysyp drobnych krostek na mojej skórze (tak działa na mnie beeswax w składzie). Z drugiej strony tutaj mamy na dzień dobry i talk i Aluminum Starch Octenylsuccinate ( i oczywiście parabeny do pełni szczęścia), więc też o przyzwoitym składzie mówić nie możemy. Ale pal licho skład, ja bym chciała w końcu znaleźć bronzer, w którym nie będę wyglądała jak nie całkiem normalna 😉 

Zostałam więc posiadaczką odcienia 020 Deep Bronze, gdyż przeczytałam, że jego jaśniejsza wersja jest nie tylko twardsza i trudniejsza w nakładaniu, ale paradoksalnie –  bardziej pomarańczowa. A pomarańczy unikam jak ognia.

Co ja mogę powiedzieć na temat tego pudru… Zobaczcie same, dlaczego go nie lubię. Myślę, że wszelkie słowa są tu zbędne – wszystko widać na zdjęciach. A gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę fakt, że aparat przeważnie nieco zjada kolory (zdjęcie nie było w żaden sposób poprawiane), to możecie sobie wyobrazić, jak uroczo wyglądam z pudrem brązującym Catrice na twarzy na żywo 🙂 Cóż, ja podziękuję.

Uwierzcie mi na słowo, że puder nałożony został dość lekką ręką, z umiarem (jako róż i lekko muśnięta cała twarz, dosłownie lekko omieciona – podkładu nie mam, na twarzy jedynie Sun Glow; zdjęcie robione jakąś godzinę po aplikacji…). Zdjęcie z pędzlem robione innego dnia – chciałam pokazać, jak sympatycznie i w miarę bezpiecznie kolor wygląda zarówno w opakowaniu jak i naniesiony na pędzel (celowo nabrałam go tak dużo, by pokazać, że to ładny odcień brązu). Prawda, że niegroźnie? Wręcz wygląda bardzo kusząco. Najwyraźniej moja skóra wydobywa z brązów wszystko, co najgorsze, dlatego tak bardzo lubię bronzery lekko przykurzone, wręcz sinawe w typie Taupe NYX-a, czy własnoręczne mieszanki z niebieskim pigmentem 😉

Kompletnie nie moja bajka, więc tylko słowem podsumowania. Opakowanie – dość tandetne, ale w granicach przyzwoitości. Zapach – koszmarny, ale zupełnie niewyczuwalny podczas aplikacji. Rozprowadza się dość łatwo. Cena zdecydowanie na plus. I tyle. Nic więcej po jednym teście nie jestem w stanie powiedzieć. A na więcej się nie skuszę.

Cena: 18 zł

Skład: TALC, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, KAOLIN, MICA, ISOCETYL STEAROYL STEARATE, OCTYLDODECYL STEARATE, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES).

Catrice Ultimate Nudes – Moulin Rouge Light

Kolejny dowód na to, że jestem inna 😉 Naprawdę. Zobaczcie jaki to ładny odcień cielakowatego beż z różem i delikatną kapką brzoskwiniowych tonów. Śliczny, uroczy i bardzo klasyczny. W butelce. Na paznokciach innych. Na moich – już nieco mniej 🙂 I to wcale nie tak, że nie lubię takich odcieni. Owszem, lubię. Nie zawsze na paznokciach mam granat, grafit czy strażacką czerwień. Zdarza mi się używać też bardziej bezpiecznych odcieni. I szczerze mówiąc, gdy zobaczyłam ten lakier po raz pierwszy, byłam pewna, że się polubimy. Nic bardziej mylnego.

Odcień na zdjęciu wygląda trochę lepiej niż w rzeczywistości, ale to nie odcień jest powodem, dla którego butelka ląduje w koszu. Jest to mój pierwszy i jak do tej pory jedyny lakier z Catrice. Niestety, aplikacja była tak koszmarna, że nie wiem, czy skuszę się na jeszcze. Smuży, ciężko go ładnie rozprowadzić, jak dla mnie ma zbyt gęstą konsystencję (czyżby już był stary? chyba niemożliwe raczej). W każdym bądź razie – malowanie nim do najprzyjemniejszych nie należało. Męczyłam się ogromnie, żeby go równo rozprowadzić, podczas malowania tworzyły się paskudne smugi, przy ich poprawianiu było coraz gorzej. W końcu jakoś się udało, ale to ponad moją cierpliwość. Co prawda zmywanie poszło błyskawicznie, ale przy takiej ilości wad to raczej większego znaczenia dla mnie nie ma 😉

 

Taki trochę dziwoląg, czyli Itahake Brush

Ciąg dalszy mojej recenzji pędzli, jakie otrzymałam od sklepu Kosmetyki-mineralne. W poprzedniej notatce chwaliłam pędzel do pudru Large Mineral Brush, a teraz czas na moje spostrzeżenia dotyczące swego rodzaju unikalnego typu pędzla, jakim z pewnością jest

ITAHAKE BRUSH

Kształt pędzla wywodzi się z japońskiej tradycji malowania twarzy białą farbą – do tego celu Geisha używała właśnie takich narzędzi jak płaski pędzel z bambusowym trzonkiem w mniejszym lub większym rozmiarze (większy – do malowania całej powierzchni twarzy, mniejszy – do trudniej dostępnych miejsc jak skrzydełka nosa czy okolice oczu). W pędzlu Everyday Minerals tradycyjne naturalne włosie zostało jednak zastąpione włosiem syntetycznym zgodnie z polityką marki EM (cruelty free).

Zainteresowanych tym, jak wyglądają oryginalne pędzle Itahake, odsyłam do genialnego artykułu TUTAJ i TUTAJ, ja natomiast skupię się na pędzlu, który mam, znam i na temat którego mogę co nieco już powiedzieć.

Pierwsze wrażenie – ale to dziwny pędzel… Co ja mam z nim zrobić? Do czego go użyć? Jak się nim posługiwać? I gdzie metalowa nasadka? Dlaczego nie jest polakierowany jak reszta pędzli Everyday Minerals ?

Wg sugestii producenta, pędzel ten może być wykorzystywany do nakładania pudru mineralnego, zwykłych prasowanych pudrów, rozświetlaczy, róży… Przetestowałam wszystko. I niestety moja opinia jest  dokładnie taka sama jak w momencie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten pędzel – można, da się, ale po co? Każdy z kosmetyków, jaki próbowałam nim zaaplikować, owszem, nałożony został poprawnie, ale kosztowało mnie to dwa razy tyle czasu i wysiłku, co zwykle. Do różu wolę pędzle, które od razu nie robią mi smugi (róż nałożony tym pędzlem to piękna smuga, którą pracowicie musiałam rozcierać), do bronzera również (tak samo jak w przypadku różu), aplikacja pudru była znacznie utrudniona, gdyż gdy nabrałam za dużo pudru – wszystko spadało mi z pędzla, gdy wzięłam za mało – trwało to wieki 🙂 Podkład mineralny nałożony tym pędzlem ma tak lekkie krycie, że ja osobiście nie mogę sobie pozwolić, by go stosować do tego celu…

Właściwie jedynym zastosowaniem, jakie ja znajduję dla Itahake jest nakładanie jasnego, rozświetlającego pudru na nos, ale jako iż robię to tylko przy modelowaniu twarzy do zdjęć, to doskonale sobie radziłam z tym jeszcze przed posiadaniem tego pędzla.

Obawiałam się, że fakt, iż pędzel nie jest zabezpieczony warstwą lakieru jak pozostałe pędzle EDM (początkowo nawet myślałam, że to mi się trafił taki egzemplarz tylko) wpłynie na jego trwałość. Otrzymałam jednak wyjaśnienie, że bambusowy trzonek nie wchłania wody i w związku z tym nic się mu przydarzyć nie powinno. Ok, wymądrzać się nie będę, pewnie tak jest 🙂 Ale i tak drżę za każdym razem, kiedy go piorę, kompletnie nieprzyzwyczajona do pędzli bez metalowej nasadki zabezpieczającej pędzel przed rozklejeniem się. Nic na to nie poradzę – to silniejsze ode mnie:)

Być może pędzel ten sprawdzi się w przypadku płynnych podkładów, albo bardzo gęstych, kryjących, kamuflażowych wręcz past używanych w charakteryzacji (w końcu Geisha używa takiego pędzla jak pędzla do malowania ścian – ruchami z góry na dół) i być może tu się spisze lepiej, ja jednak tego raczej nie sprawdzę. Takich kosmetyków po prostu nie używam.

A być może to ja po prostu sierota do kwadratu jestem i instrukcja obsługi tego pędzla przerasta moje zdolności? Nie wiem.. Faktem jest, że pędzel ten u mnie w TOP 10 się raczej nie znajdzie 😉 W moim przypadku niestety, jest kompletnie bezużyteczny (podobnie jak pędzle dołączane do benefitowych róży, wg mnie to ten sam typ pędzla). Ale cieszę się, że miałam okazję go przetestować 🙂 Przynajmniej wiem, że ja bez takich pędzli mogę się obejść. Nie wątpię jednak, że znajdą się osoby, którym przypadnie on do gustu. W końcu ile osób, tyle różnych preferencji i upodobań 🙂

Pędzel w rozmiarze XXL czyli Large Mineral Brush EDM

Kilka tygodni temu otrzymałam paczuszkę ze sklepu Kosmetyki-mineralne, a w niej pędzle, jakich jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Ba, przyznam się szczerze, że odkąd sporadycznie wchodzę na wizażowe wątki (brak czasu), to przegapiłam pojawienie się nawet takiego pędzle jak Large Mineral Brush z Everyday Minerals. Pędzel Itahake gdzieś mi kiedyś mignął, ale jakoś szczególnego zainteresowania nie wzbudził. Za to moją sympatię do pędzli typu kabuki niejednokrotnie podkreślałam (chociażby TUTAJ – post wciąż czekający na aktualizację :D), tym bardziej ucieszyłam się, że dzięki uprzejmości sklepu, będę miałą możliwość przetestowania tych pędzli ( i nie tylko pędzli, bo jak widać na zdjęciu, otrzymałam również próbki pudrów Lily Lolo, ale o nich innym razem)

Dzisiaj nieco spóźniona recenzja jednego z pędzli, czyli :

Large Mineral Brush

(pozostałe lada moment, może nawet dziś jeszcze, bo właściwie post gotowy, muszę go tylko zdjęciami uzupełnić 😉 )

Idealnego pędzla do pudru szukam od kilku lat. Przez moje ręce przewinęło się ich naprawdę wiele i prawie wszystkie powędrowały w inne ręce, gdyż żaden z nich nie był tym, o co mi chodziło. Najbliższy ideałowi i właściwie jedyny, jaki sobie zostawiłam, to pędzel od Pastereczki, który jednak mimo wielu zalet, posiada też jedną wadę, którą mu wybaczam, bo sam w sobie jest genialny (wada to zżeranie pudru 🙂 )

Large Minerals Brush to pędzel słusznych rozmiarów. Spodziewałam się dużego pędzla. Oglądając jego zdjęcia wiedziałam, że do małych nie należy, ale rzeczywistość przeszła jednak moje najśmielsze wyobrażenia. LMB to naprawdę gigant.

Wymiary:

Długość pędzla z włosiem: 22,5 cm

Długość trzonka (liczona z nasadką): 17,5 cm

Długość samego włosia: 5 cm

Jak wszystkie pędzle Everyday Minerals, tak i ten posiada bambusowy trzonek i bardzo miękkie włosie. W moim egzemplarzu po umyciu wypadło kilka włosów, ale tylko przy pierwszym myciu. Przy kolejnych już nie zaobserwowałam żadnego denerwującego gubienia włosków.

Na zdjęciu poniżej można zobaczyć, jak wygląda ten pędzel w porównaniu do dwóch dość dobrze znanych, czyli Long Handled Kabuki oraz Dome Blush Brush (oba oczywiście również EM)

Sam pędzel idealnie spisuje się przy nakładaniu pudru sypkiego. W przeciwieństwie do mojego „pastereczkowego” pędzla do pudru, ten jest znacznie mniej żarłoczny – to, co na niego nałożę, nie ginie w czeluściach włosia, tylko grzecznie ląduje na mojej twarzy. Wielkość mi osobiście bardzo odpowiada- kilka szybkich machnięć i puder nałożony.

Próbowałam również nałożyć nim róż/bronzer. Owszem, można, bo pędzel jest lekko spłaszczony i ma tak wyprofilowane włosie, że czubek pędzla jest nieco węższy, więc nałożenie różu/bronzera bez pomalowania sobie połowy twarzy jest jak najbardziej możliwe. Dla mnie jednak to trochę kombinowanie na siłę i ja zostaję przy swoim ulubionym pędzlu do różu (Angled FIber Optic). Ale dać się jak najbardziej da, jeżeli ktoś się uprze i np. chce zabrać ze sobą z jakiegoś powodu tylko jeden pędzel 🙂

Ostatnia rzecz. Na MUA znalazłam recenzję, w której ktoś ogromnie krytykuje ten pędzel, gdyż nie da się nim nałożyć podkładu z powodu marnego krycia. Hm.. przyznam szczerze, że nie wpadłam na to, by użyć takiego pędzla do nakładania podkładu 🙂 Do tego są inne pędzle – ten, chociażby z racji długości włosia i zbyt dużej „rozłożystości” moim skromnym zdaniem się do tego raczej nie nadaje. Choć w ramach zaspokojenia swojej ciekawskiej natury przeprowadziłam szybki test i … jakby się bardzo uprzeć, to można nim nałożyć podkład mineralny na twarz w ciągu 10 sekund, ale jest to raczej szybkie ujednolicenie skóry, bez efektu specjalnego krycia. Trwałości nie testowałam, bo chwyciłam za normalny pędzel i umalowałam się jak należy:)

Schnie zadziwiająco szybko. Spodziewałam się, że taka ilość włosia o takiej długości po wypraniu do rana nie wyschnie. Okazało się, że byłam w błędzie, bo za każdym razem, kiedy wypiorę pędzel wieczorem, do rana jest całkowicie suchy.

Pędzel wg mnie ma jedną zasadniczą wadę – długość trzonka. Jak dla mnie – krótkowidza, który gdy nie korzysta akurat z 30 dniowych soczewek do noszenia non stop, to rano zapomina je założyć i maluje się z nosem przy samym lusterku, taka długość trzonka jest nieco przeszkadzająca. Co prawda operacja nałożenia pudru nie wymaga ogromnej precyzji i spokojnie mogę od tego lusterka się oddalić, ale i tak gdybym mogła wybierać, to wolałabym dokładnie taki pędzel z krótszą rączką.

Więcej wad nie znajduję.  Pędzel zasługuje wg mnie na ocenę 8/10 (długość trzonka i cena, która podejrzewam, może być przeszkodą dla wielu, nie pozwalają mi dać więcej punktów). Dla mnie jest to jeden z pędzli, po które ostatnio sięgam bez przerwy i już sobie nie wyobrażam, jak sobie radziłam wcześniej, nie posiadając go 🙂

A już niedługo – pędzel z nieco mniej entuzastyczną recenzją 😉

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Muszę, po prostu MUSZĘ, czyli spore zaskoczenie pt. BIOARP

Wiem, że mam masę innych, wcześniej otrzymanych do testów produktów. Wiem, że mam masę zaległości w pisaniu postów, o które prosicie. Wiem…. Ale muszę, po prostu MUSZĘ, w pierwszej kolejności podzielić się z Wami czymś innym 🙂

Jakiś czas temu otrzymałam od firmy BIOARP sympatyczną możliwość wypróbowania kilku produktów, których BIOARP jest oficjalnym dystrybutorem na Polskę. Po ogromnie miłej korespondecji, dostałam paczuszkę, w której znalazłam wybrane przez siebie kosmetyki…

Miałam ochotę przetestować jakiś krem do twarzy z bogatej oferty BIOARP-u, ale nie potrafiłam się zdecydować i w efekcie podałam swoje 3 typy, które wzbudziły moje największe zainteresowanie z nadzieją, że któryś z nich znajdzie się w paczuszce. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam informację, że będę miała możliwość przetestowania … wszystkich trzech !

Również w przypadku szamponów i balsamów wybór nie był prosty, więc tu również wytypowałam swoich faworytów i, podobnie jak w przypadku kremów, z zaskoczeniem przeczytałam, że wszystkie kosmetyki, jakie umieściłam na swojej liście zostaną mi przekazane do testów.

I tym oto sposobem stałam się posiadaczką takiego oto zestawu z linii " Рецепты бабушки Агафьи" : (czy szczęśliwą? O tym w dalszej części mojego posta 😉 )

Kremy do twarzy:

Szampony i balsamy do włosów:

Po dwóch tygodniach codziennych testów jestem w stanie wystawić już recenzję i myślę, że dość rzetelnie opisać swoje doświadczenia z tymi produktami.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór. Moje recenzje są ZAWSZE szczere i jak zapewne część z Was wie – jeżeli kosmetyk nie spełnia moich oczekiwań, to nie mam najmniejszych oporów przed napisaniem o tym mimo, iż został mi wysłany GRATIS do przetestowania ;) )

Swoją recenzję zdecydowałam się podzielić na dwie części – na kremy i na produkty do pielęgnacji włosów. Gdybym je połączyła, jestem pewna, że nikt nie dotrwałby do końca czytania moich wywodów, które i tak dzisiaj wyjątkowo długie będą, za co przepraszam, ale krócej nie umiałam 😉

Dzisiaj więc : kremy do twarzy – choć dla większości osób składy kremów dostępnych na stronie BIOARP będą bez problemu akceptowalne, ja niestety musiałam poświęcić długie godziny na ich analizę pod kątem swojej, jakby nie było, dość specyficznej skóry. Nie służy mi – gliceryna, masło shea, woski, glikol propylenowy, pantenol, oleje zbyt ciężkie, parafina i kilka innych składników, które 99% ludzkości może używać bez problemów, a nawet dostrzegając ich dobroczynne działanie, a ja muszę się ich wystrzegać. A przynajmniej zwracać szczególną uwagę na to, na jakim miejscu w składzie się znajdują, w jakim towarzystwie itd…

Po weryfikacji wybrałam 3 kremy, które mnie zainteresowały:

Ich niewątpliwe plusy to fakt, iż nie zawierają parabenów, sztucznych barwników, silikonów, alkoholu, syntetycznych ekstraktów, produktów pochodzących z przerobu ropy naftowej.

Do tego posiadają europejski certyfikat ECO BIO COSMETICS – ICEA (jeżeli kosmetyk posiada taki certyfikatów, możemy być pewne, że jest naturalny i nie tylko nie znajdziemy w nim szkodliwych dla nas substancji, ale także tego, że przynajmniej 95% zawartych w produkcie składników to składniki naturalne)

Kwestie samego designu i wyglądu opakowań z pewnością są dość dyskusyjne – jestem pewna, że szata graficzna znajdzie zarówno przeciwniczki, jak i zwolenniczki takiego stylu, który mimo swojej kontrowersyjności jednak pasuje do samych kosmetyków. Od siebie dodam jedynie, że wszystko jest estetycznie wykonane, z dbałością o szczegóły – tekturowe opakowania z wytłaczanymi fragmentami, opakowanie zabezpieczone przed otwieraniem, podobnie jak same kremy, umiejscowienie daty produkcji oraz daty ważności w widocznym miejscu (kremy mają 2 letni termin ważności)

Jedyne, czego mi zabrakło, to ulotki informacyjnej w języku polskim. Owszem, na opakowaniu jest polska etykietka naklejona, ale moja ciekawość skłoniła mnie do sięgnięcia w odległe obszary pamięci i próby przypomnienia sobie lekcji języka rosyjskiego ze szkoły. Niestety, moje nieudolne próby odczytania tego, co znajduje się na ulotce dołączonej do kremów ograniczyły się jedynie do strzępków informacji i nie wszystko udało mi się zrozumieć i odszyfrować 😉 A szkoda…

  • Organiczny krem do twarzy na dzień 35-50 lat. Wg opisu: "Unikalna receptura kremu do twarzy dla osób pomiędzy 35 a 50 rokiem życia, oparta jest w 98% na komponentach pochodzenia roślinnego, organicznych ekstraktach i olejach z zimnego tłoczenia. Organiczny krem do twarzy 35-50 pozwala skórze zachować młodość, intensywnie odżywia i regeneruje, stymulując syntezę kolagenu. Wygładza, uelastycznia, nadaje skórze miękkość, elastyczność i świeży wygląd."

Zastanawiałam się, czy ten przedział wiekowy w moim przypadku to nie lekka przesada (w końcu DOPIERO 😉 33 lata mam), ale po analizie składu uznałam, że nie ma tam nic, czego powinnam się obawiać, a skład dla mnie prawie na 100% niegroźny (co prawda gliceryna się tam znalazła, ale na tyle daleko, że postanowiłam się nią nie przejmować ani trochę 😉

Skład: Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Organic Extract of Cetraria Islandica, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Pinus Sibirica Extract, Rubus Arcticus Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Ja mam kilka wątpliwości odnośnie alkoholu benzylowego w składzie. Nie przeszkadza mi on zupełnie (zwłaszcza, gdy jego umiejscowienie w składzie wskazuje na to, jaką rolę w tym kosmetyku odgrywa), na moją skórę nie wpływa negatywnie, jednak moja wiedza o nim do tej pory ograniczała się do tego, że jest to syntetyczny alkohol pozyskiwany z ropy naftowej, ale chyba muszę zweryfikować swoją wiedzę pod tym kątem, bo trochę ta moja wiedza kłóci się z tym, co podaje dystrybutor:) Obiecuję się doedukować w tym temacie nieco w wolnej chwili i ewentualnie edytuję tą notkę wówczas 😉

Cena 36 zł / 50 ml.

Krem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na "dzień dobry" przywitał mnie zapachem, jakiego się nie spodziewałam po tak naturalnym składzie (przyzwyczajona do tych…hm… nieco gorzej pachnących). Zapach bardzo przyjemny, lekko owocowy. Dla mnie przypomina zapach landrynek 🙂 Krem ma beżowo- kremowe zabarwienie i dość lekką, choć nie lejącą się i nie emulsyjną konsystencję. Wchłania się bez najmniejszego problemu bez mazania się na skórze, bez konieczności długiego wcierania, bez pozostawiania żadnej tłustej warstewki, co przy mojej mieszanej, skłonnej do przetłuszczania się skórze jest sporą zaletą.

Makijaż (oczywiście mineralny, bo innego nie testowałam) na tym kremie trzyma się bez problemów, rozprowadza się gładko, bez plam, bez ciemnienia i innych niespodzianek. Chociaż nie wszystkie minerały na mojej skórze chciały ładnie z nim współpracować. Lucy odmówiła owej współpracy, ale jak większość z nas wie, Lucy to kapryśna panna i ona prawie nikogo nie lubi 🙂

Po 2 tygodniach codziennego używania kremu nie wyskoczyły mi żadne niespodzianki nim spowodowane, pory nie zostały pozapychane, skóra jest miękka, gładka, elastyczna, zdecydowanie wystarczająco (jak dla mnie) nawilżona (choć podejrzewam, że dla osób z suchą/odwodnioną skórą nawilżenie nie będzie wystarczające).

Ja zdecydowanie jestem na duże TAK dla tego niepozornie wyglądającego kremu. Za niewielką cenę dostajemy 50 ml kosmetyku, który w moim rankingu wysunął się na prowadzenie i jeżeli nic się nie zmieni, to na stałe wejdzie do mojego programu pielęgnacyjnego.

To, czego się obawiam, to fakt, że nie jest to krem matujący, a latem moja skóra jednak przetłuszcza się zdecydowanie mocniej. Już kilka ostatnich dni dało mi powód by obawiać się, że latem ten krem na mojej twarzy może być po prostu zbyt ciężki i sprawiać, że makijaż nie będzie się dobrze trzymał i najzwyczajniej w świecie będzie spływał z twarzy po jakimś czasie. Ale czy jest krem, na którym makijaż wygląda przez cały dzień idealnie przy letnich upałach? Nie sądzę 🙂

Krem użyczyłam do testów 3 innym osobom. 2 z nich mają podobne spostrzeżenia do moich (podobna cera, skłonna do zapychania, mieszana, raczej rzadko przesuszona, potrzebująca raczej lżejszych kremów). Jedna z osób (inny typ cery) jednak miała zdecydowanie inne zdanie na temat tego kremu – na jej skórze ani nie chciał się tak ładnie wchłaniać, ani sama aplikacja była dość znacząco różna od tej, którą ja zaobserwowałam. Usłyszałam również coś o.. rozwarstwianiu się kremu, czego ja osobiście nie zauważyłam. Cóż, nie ma kremu

skład :Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Schizandra Chinensis Extract, Organic Extract of Cetraria Islandica, Phellodendron Amurens Extract, Cetearyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Glycerin, Organic Butyrospermum Parkii, Cetearyl Glucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Rubus Arcticus Extract, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Pinus Sibirica Extract, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Arginine/Lysine Polypeptide, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Przyznam się szczerze, że moje największe obawy dotyczyły właśnie tego kosmetyku. Masło shea powoduje u mnie zapychanie porów, jednak zaciekawił mnie fakt, że w składzie jest ono ZA korkowcem, płucnicą i cytryńcem, które mogą w teorii mieć działanie prewencyjne i zapobiec nieprzyjemnym niespodziankom na twarzy ze względu na swoje właściwości antybakteryjne, gojące i przeciwzapalno-oczyszczające. Nie znałam jednak takiej kombinacji w praktyce, więc moje obawy przed testami były dość spore.

Po testach stwierdzam, że krem ani mnie nie zapchał, ani nie zaszkodził, ale metodą prób i błędów odkryłam, że najlepiej w moim przypadku stosować go raz na 2-3 dni, gdyż stosowany codziennie jednak wpływał w moim przypadku na szybkość przetłuszczania się skóry. Gdy używałam go codziennie, rano miałam skórę owszem, nawilżoną, miękką i gładką, ale z wyraźną warstwą sebum na niej, które oczywiście po umyciu twarzy znikało, ale w ciągu dnia pojawiało się dość szybko. Przy aplikacji kremu raz na 3 dni – problem ten się nie pojawiał.

To, co mnie zdziwiło, to fakt, że mimo iż spodziewałam się czegoś bardziej treściwego i gęstego, to krem na noc również ma konsystencję zwykłego kremu – ani zbyt gęstego, ani zbyt płynnego. Byłam pewna, że dodatek shea sprawi, że będzie się trochę gorzej wchłaniał, że będzie czuć, że to krem na noc, a nie na dzień. Ja tego jednak nie czuję, co oczywiście, tak długo jak będę miała uczucie nawilżonej i miękkiej skóry – tak długo przeszkadzać mi absolutnie nie będzie.

dopisano: krem obecnie mogę stosować jedynie 1-2 razy w tygodniu 😦 Niestety, jednak okazał się dla mojej skóry zbyt ciężki i shea jednak daje o sobie znać. Szkoda.

Cena 36 zł / 50 ml

  • Organiczny krem do twarzy na dzień do 35 lat . Wg opisu: " Unikalna receptura kremu na dzień dla osób do 35 roku życia uzupełniona  nowoczesnym odmładzającym fitokompleksem «Carefeel».Wzmacnia procesy odnowy komórek skóry, nasycając ją witaminą C, daje wyraźny odmładzający efekt. Wygładza drobne zmarszczki, tonizuje skórę i przywraca jej sprężystość. Zmiękcza i nadaje skórze aksamitność"

Skład : Aqua with infusions of organic extract of Angelica Archangelica, Rosa Dahurica Pallas Extract, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Phellodendron Amurense Extract, Rubus Chamaemorus Extract, Ribes Aurum Seed Oil, Malva Alcea Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Meadowfoam Estolide Extract, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

To jedyny krem, którego nie opiszę dokładniej, gdyż postanowiłam go jeszcze nie otwierać. Mam zbyt dużo rozpoczętych tubek/pudełek kremów, a ten ma 2 letni termin ważności, więc spokojnie może poczekać sobie jeszcze chwilkę.

Reasumując – dwa kremy, jakie testowałam, spełniły moje oczekiwania w 100%. A nawet bardziej, gdyż po latach doświadczeń z setkami kremów do twarzy, do wszystkich podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu i właściwie nie nastawiam się na nic wielkiego. Moje oczekiwania to głównie – byle nie zapchał, nie uczulił, nie zaszkodził. A jeżeli oprócz tego znajduję coś, co nie tylko nie robi mi krzywdy, ale wręcz poprawia stan mojej skóry, to jestem zdecydowanie na tak 🙂

Podejrzewam, że kremy nie sprawdzą się u osób, które są w stanie używać zwykłych, drogeryjnych czy aptecznych produktów i które bez problemu znajdują dla siebie coś wśród nich. Ta propozycja moim zdaniem zdecydowanie bardziej skierowana jest do tych, którzy podobnie jak ja, po przetestowaniu setek kremów ogólnie dostępnych, nie znalazły ANI JEDNEGO, który by nie zapychał i nie szkodził (u mnie ze względu na wysoką nietolerancję glikolu propylenowego, gliceryny, wosków, shea i kilku innych składników znajdujących się dosłownie wszędzie)

dopisano: nieco zmieniam swoją recenzję. Krem na noc niestety po dłuższym użytkowaniu okazał się zbyt ciężki dla mojej skóry, więc nie mogę podpisać się już pod stwierdzeniem, że oba kremy spełniają moje oczekiwania w 100%.

Jako ciekawostkę podaję stronę producenta kosmetyków, które opisałam. Ja po zapoznaniu się z pełną ofertą marki "Pierwoje reshenie" mam wielką nadzieję, że polski dystrybutor czyli firma BIOARP niebawem umożliwi nam dostęp do innych produktów tej firmy, gdyż to, co tam znalazłam bardzo mnie zainteresowało (mnóstwo ciekawych kosmetyków o przyjaznych składach- naturalne, organiczne)

Sklep BIOARP posiada również ofertę dla tych, którzy wolą jednak Allegro jako miejsce zakupowe 🙂 Zarówno komentarze jak i ofertę można sprawdzić TUTAJ

PS. złośliwość przedmiotów martwych nie ma granic – w sobotę wieczorem usiadłam do komputera, żeby wkleić na bloga życzenia świąteczne dla Was i co się okazało? Brak internetu mnie dopadł. Przykro mi, że nie zdążyłam złożyć Wam życzeń (a nawet sobie specjalną kartkę kilka dni wcześniej przygotowałam), ale mam nadzieję, że święta minęły Wam wszystkim w miłej, rodzinnej, serdecznej atomasferze i … że nie macie wyrzutów sumienia po świątecznym obżarstwie jak ja 🙂 (pierwsze normalne ciasto po pół roku diety Dukana! :D)