Niech no się już skończy!

Eh, ten rok zdecydowanie do najbardziej udanych nie należy…

Ciągle wiatr w oczy i same przeszkody z każdej strony. Nic nie idzie tak, jakbym sobie tego życzyła. Teraz dopadło mnie ostre zapalenie spojówek i przymusowy odwyk od komputera przez długi czas. I tym samym brak możliwości naskrobania nowych postów.

Zdjęć też nie miałam jak porobić żadnych. Więc dzisiaj tak kompletnie z innej bajki 🙂
Mój minerałowy apetyt został chyba solidnie nasycony, bo już dawno nie spotkałam nic, co by mnie kusiło w tym temacie. Naprawdę. Żaden kosmetyk mineralny nie wzbudza obecnie mojego zainteresowania (całe szczęście, że zapasów mam sporo do opisania, bo blog by umarł śmiercią naturalną 😉 )

Za to jest kilka rzeczy, którym wiem, że się nie oprę i prędzej czy później znajdą się w moim posiadaniu.

Oto rzeczy, które są obecnie na mojej liście zakupowej :

(wszystkie zdjęcia zaczerpnięte ze stron producentów z pozostawieniem odnośników do miejsc, skąd zostały pobrane.)

I tak na wszelki wypadek dopiszę, że wszystkie opinie są moje, nie jestem sponsorowana przez żadną markę/firmę/osoby prywatne w celu wygłaszania komentarzy ani promowania konkretnych produktów – czyli dokładnie tak, jak zawsze )

 

1. Dermarollery ze sklepu Kosmetyki Naturalis :

 

DERMAROLLER DTS - 540 cienkich igiełek - WYSTARCZY 7 MINUT  Cena: 185.00 złDERMAROLLER DTS WĄSKA GŁOWICA - PIELĘGNACJA OKOLIC OCZU

 

Właściwie to najchętniej nabyłabym wszystkie trzy (tak ładnie wyglądają), ale póki co ograniczę się chyba tylko do rolki z wibrującą głowicą. Podobno jej stosowanie jest znacznie bardziej komfortowe, gdyż ból jest nieporównywalnie mniejszy i praktycznie całkiem wyeliminowany. Do tego można za połowę ceny dokupić głowice o różnej długości igieł i mieć komplet do różnorakich zastosowań.

Zdecydowanie rozważam zakup 🙂

 

 

2. Pędzle Pixie Cosmetics w nowej szacie graficznej.

Co prawda dopiero co skończyłam wystawianie aukcji i pozbywanie się nadmiaru pędzli (sprzedałam 43 sztuki, a nadal mam ich całkiem sporo, więc to chyba najlepiej świadczy o tym, jak bardzo przeholowałam z zapasami 🙂 ), ale te nowe pędzle są tak urocze, że nie wiem, czy uda mi się im oprzeć.

Dodatkowo, oprócz estetycznej szaty graficznej, wg opisu posiadają gęstsze włosie, dzięki czemu aplikacja makijażu jest nie tylko jeszcze przyjemniejsza i bardziej precyzyjna, ale również powoduje, że zwiększa się krycie podkładu, jaki używamy.

3. Paleta cieni NYX z kolekcji NYX 10 Color Shadow Runway Collection , Caviar & Champagne

Mimo tego, że używam głównie mineralnych cieni, to palety cieni tradycyjnych wciąż w mojej kolekcji są i nie mam zamiaru się ich pozbywać (na szczęście z tradycyjnych cieni nie musiałam zrezygnować tak, jak z drogeryjnych podkładów czy różów). Mało tego, mam zamiar w końcu nieco nadrobić zakupy w tym temacie i wiem, że na pierwszy ogień pójdzie właśnie ta paletka.

Polecam zakup ze strony, do której prowadzi obrazek, gdyż cena tam jest znacznie przyjaźniejsza niż na Allegro (w chwili obecnej niecałe 24 zł, gdy na Allegro osiąga koło 50-ciu ten konkretny zestaw). a poza tym wysyłka jest dość szybka i tańsza niż z Cherry Culture (i nigdy, odpukać, mi jeszcze nie zaginęła, czego nie mogę powiedzieć o zakupach z CC)

Dlaczego właśnie te cienie? Bo cieszą się chyba największą popularnością ze wszystkich rodzajów z tej kolekcji. Podobno są idealne do dziennego makijażu, pięknie się rozprowadzają, dyskretnie rozświetlają oko i są generalnie całkiem dobrej jakości (a z NYX-em  jak wiadomo, różnie bywa – część kolorów jest bajeczna, natomiast część to kompletna pomyłka, czyli generalnie spora loteria).

Czy tak jest rzeczywiście? Mam zamiar już niebawem się przekonać 😉

 

4. Kolejna paletka na mojej liście "muszmieciów" to jedna z najbardziej poszukiwanych  obecnie paletek amerykańskiej marki z niższej półki (cena za cienie ok. 15 zł w przeliczeniu z $).

Mowa o Wet n Wild Color Icon Night Elf Palette

(na zdjęciu paleta w odcieniu Pride, gdyż Night Elf na stronie producenta już nie ma 😦 )

 

Paletka wygląda dość niepozornie, ale po swatchach wyraźnie widać, że kolory są nie tylko dość nietypowe jak na markę drogeryjną (czerwień w paletce plus cień duochrome), ale również mocno napigmentowane i całkiem dobrze się blendujące. Nie robiła na mnie jednak większego wrażenia, dopóki nie obejrzałam kilku makijaży z jej użyciem.

A zakochałam się w niej i szczerze zapragnęłam po obejrzeniu filmiku z makijażem nią zrobionym w wykonaniu Candie

Niestety, to limitowana edycja świąteczna i nie wiem, czy uda mi się ją gdzieś zdobyć 😦

5. Rebel Nails czyli coś, co kompletnie do szczęścia potrzebne mi nie jest, ale łazi za mną od jakiegoś czasu i podejrzewam, że się nie odczepi, dopóki nie kupię 😉 Rebel Nails to tańszy odpowiednik Minx Nails, które chyba są dostępne jedynie w salonach kosmetycznych i ich ceny nie są zbyt przyjazne. (Minx Nails to cienkie kawałki foli pokryte warstwą kleju od spodu, które przymocowuje się do paznokcia za pomocą ciepła. Nie niszczą paznokci, nie odpryskują podczas zmywania, kąpieli i innych codziennych zajęć), a trzymają się do 10 dni (na stopach dłużej). Oczywiście nie jest to propozycja skierowana do fanek samodzielnego zdobienia pazurków, ale dla takich lewych łap w tym temacie jak ja, zdecydowania kusząca.

Rebel Nails oferuje mnóstwo wzorów, choć mnie osobiście najbardziej kuszą te metaliczne – złote bądź srebrne 😉

(BTW – temat Minxowych paznokci był wielokrotnie poruszany na wielu forach i swego czasu budził wiele kontrowersji – że pójście na łatwiznę, że mało oryginalne, że lepiej samemu popracować przy paznokciach. Ok, pewnie, że tak (choć ja i tak do cyrkonii i innych udziwnień pt tipsy się nigdy nie przekonałam). Ale co mają zrobić osoby z kompletnym brakiem talentu w tej dziedzinie i w dodatku z brakiem czasu na latanie do kosmetyczki? (niech mi ktoś znajdzie taką, która przyjdzie do mnie o 23- ciej, kiedy mam w końcu chwilę, by usiąść i odsapnąć i zrobi mi manicure 😉

Jak wyglądają Rebel Nails (oczywiście tylko jeden z wybranych typów) można zobaczyć m.in.

TUTAJ

albo

TUTAJ

albo obejrzeć filmiki na YouTube:

TUTAJ

. A wszystko przez Viollet!, czyli mam winowajcę mojej kolejnej pozycji na liście zakupowej 🙂 Tak pięknie rozwodziła się na temat miodowych nut w Ginestet – Botrytis, że zapragnęłam go mieć. I to jeszcze zimową porą, coby go należycie docenić (bo jakoś takie zapachy z upalnym latem mi się średnio pozytywnie łączą)

Co prawda trochę mnie zniechęca prawdopodobne podobieństwo do Escady Collection, ale może ja się go jednak w tym zapachu nie doszukam? Z tą nadzieją pakuję Botrytisa na listę zakupową 😉

 

A Wy? Macie swoje listy zakupowe na następny miesiąc/rok?

A może próbowałyście już czegoś z mojej listy i macie swoje zdanie na ten temat?