Po różach – bronzery Lily Lolo

Razem z różami Lily Lolo, które opisywałam w jednym z poprzednich postów, otrzymałam od firmy Costasy zestaw próbek bronzerów. Od kilku dni do każdego zamówienia w Costasy oprócz próbek podkładów można sobie wybrać próbkę różu czy też bronzera właśnie jako bezpłatny gratis. A nawet bezpłatne 4 takie gratisy 😉

W chwili obecnej dostępne są 3 odcienie bronzera oraz jeden puder rozświetlający. Jeden z nich jest matowy, a pozostałe posiadają błyszczące drobinki.

  • Bondi Bronze – ten mineralny bronzer w średnim odcieniu daje efekt połyskującej opalenizny dzięki zawartości złotych drobinek, które pięknie błyszczą w słońcu. Jest on odpowiedni dla większości rodzajów karnacji.
  • South Beach – brzoskwiniowy, subtelnie matowy bronzer o średnim kolorycie. Idealny dla tych, którzy chcą uzyskać bardziej naturalny, opalony wygląd.
  • Waikiki – ten jasny bronzer nadaje błyszcząco-złoty wygląd i idealnie pasuje do cery w jasnym odcieniu
  • Star Dust – dzięki temu wspaniałemu pudrowi Twoja cera jest świeża i rozświetlona, a dzięki właściwościom odbijającym światło, Twój makijaż wygląda nieskazitelnie

Ich opisy nie są moją własnością i zostały zaczerpnięte ze strony Costasy 😉

Cena bronzera/rozświetlacza to 69,90 zł za 6 (rozświetlacz) albo 8 (bronzery) gram proszku w 40 ml opakowaniu.

wszystkie odcienie nałożone na skórę grubszą warstwą, bez rozcierania; światło dzienne, bez użycia lampy

Przyznam szczerze, że byłam nieco zaskoczona, gdy zobaczyłam te odcienie na żywo. Nie przypuszczałam, że są tak intensywne i spodziewałam się nieco bardziej stonowanych barw.

Najbardziej przeraził mnie kolor Bondi Bronze (nie wiem dlaczego cały czas miałam w głowie zakodowane, że to "Blondie" Bronze i nawet zastanawiałam się, dlaczego najciemniejszy odcień nazwali tak właśnie 😉 Dopiero podczas robienia zdjęć okazało się, że to nie "blondie", a "bondie". Cóż, brawa za spostrzegawczość i poprawne czytanie…

South Beach wygląda mniej więcej tak, jak go sobie wyobrażałam, natomiast Waikiki kompletnie od tych wyobrażeń odbiega. Nie dość, że w pudełku wygląda kompletnie inaczej niż na skórze, to nie spodziewałam się, że jest taki… złoty 😉 Zdecydowanie bardziej widzę go u siebie jako rozświetlacz niż bronzer. Nałożony ciut wyżej niż Bondie Bronzer daje piękny efekt złotego blasku i jeżeli będę go używać, to raczej w tej roli, gdyż z bronzerem moim zdaniem ma niewiele wspólnego.

Podejrzewam, że Waikiki musi pięknie wyglądać na opalonym dekolcie, ramionach latem, gdy chcemy rozświetleniem podkreślić opaleniznę na wyjątkowe okazje.

South Beach mimo iż niepozorny, to jakoś najbardziej jednak przypadł mi do gustu. Być może przez to, że jest matowy i wygląda najbardziej naturalnie. Całkiem nieźle spisuje się przy konturowaniu i podkreślaniu wybranych partii twarzy. Efekt jest naturalny, choć osobiście wolałabym, żeby był jeszcze ciut chłodniejszy. I tak jednak jest znacznie lepszy od wszystkich odcieni bronzerów, jakie zakupiłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na pewno jest mniej pomarańczowy w każdym bądź razie 😉

Na zdjęciu wszystkie odcienie delikatnie roztarte na skórze (światło dzienne, słoneczny dzień, zdjęcie w zacienionym miejscu bez użycia lampy)

Star Dust to z kolei typowy rozświetlacz. Jasny odcień chłodnej pastelowej żółci. Drobinkowy, błyszczący i .. tyle. Na razie nic więcej nie umiem o nim powiedzieć, bo ostatnio jestem zwolenniczką raczej bardziej subtelnego rozświetlenia; tu drobinki są dla mnie zbyt duże, a z racji tego, że moje pory potrafią wyglądać różnie, to i błyskotek zwracających na nie uwagę raczej przez ostatnie kilka dni unikam (zwłaszcza, że po chwilowej całkiem niezłej kondycji mojej skóry, znowu dopadł mnie wysyp po testach nowego produktu i twarz mam usianą zmianami skórnymi zdecydowanie nie zachęcającymi do ich eksponowania i podkreślania blaskiem 😉 )

Lily Lolo – róże

Dostałam dziś paczuszkę od firmy Costasy z zestawem próbek wszystkich odcieni róży (różów? Notorycznie mam problem z odmianą tego słowa 😉 Muszę chyba w końcu sprawdzić w słowniku i zapisać wołami na ścianie sobie 🙂 ). Próbki oczywiście dostałam w woreczkach, ale tradycyjnie poprzesypywałam do pojemniczków, żeby można było się lepiej przyjrzeć proszkom.

Róże Lily Lolo występują obecnie w 10 odcieniach. Cena 3 gramowego różu w słoiczku 20 ml to 39,90 zł. Od jutra również będzie można otrzymać darmowe próbki, na identycznych zasadach jak w przypadku próbek podkładów (czyli do zamówienia możemy sobie wybrać 4 próbki, jakie chcemy przetestować, które Costasy dołoży GRATIS)

Skład : Mika, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza (czyli prosty, bez udziwnień)

Spośród całej dziesiątki, ja znalazłam swojego faworyta tam, gdzie znaleźć się go kompletnie nie spodziewałam. I jeden odcień, który miałam nadzieję, że będzie nieco inny, ale w swojej obecnej postaci właściwie nie wygląda źle. Na twarzy go jednak nie testowałam, więc jeszcze nie jestem pewna swojego zdania o nim. Ale o tym wszystkim za chwilę. Najpierw przedstawię całą kolekcję, czyli zaczynając od góry:

  • Candy Girl – delikatnie błyszczący róż do policzków w bladym odcieniu jest idealnym dodatkiem do Twojego dziewczęcego makijażu
  • Ooh La La – zastosuj ten perfekcyjny, subtelnie matowy róż do policzków, gdy chcesz wywołać podziw swoim wyglądem.
  • Clementine – subtelnie matowy róż do policzków o kremowej konsystencji i brzoskwiniowo-różanym odcieniu, idealnie pasuje do nieco ciemniejszej cery
  • Cherry Blossom – blady róż do policzków w odcieniu brzoskwiniowo-różowym nada subtelny połysk jasnej cerze
  • Doll Face – ślicznie błyszczący róż do policzków w odcieniu cukierkowo-różowym, idealny do jasnego typu cery
  • Juicy Peach – smakowicie wyglądający róż do policzków w odcieniu soczystej brzoskwini.
  • Sweet Fig – smakowity matowy róż do policzków, który stanowi wspaniałą alternatywę dla mineralnych kosmetyków brązujących
  • Rosy Apple – perfekcyjny, połyskujący róż do policzków w odcieniu różowo-brązowym
  • Sugar 'n Spice – połyskujący, śniady odcień jest idealny dla tych, którzy wolą róże w odcieniu brązowym zamiast różanym
  • Rosebud – ten błyszczący róż do policzków w odcieniu różanym nada Ci naturalnie wyglądający rumieniec

Opisy wykorzystane powyżej zostały zaczerpnięte ze strony Costasy.

Swatche na ręku zrobione w słoneczny dzień, w zacienionym miejscu. Róże nałożone płaskim pędzlem do podkładu na skórze bez żadnej bazy.

W sklepie znaleźć możemy podział zarówno na róże matowe i błyszczące, jak i pod względem tonacji kolorystycznej, do której należą. Co prawda w kategorii matowej nie znajdziemy odcienia Sweet Fig, który moim skromnym zdaniem matowy również jest, ale być może to przeoczenie, albo – czego też nie wykluczam – moje indywidualne postrzeganie po prostu 🙂

W każdym bądź razie, robiąc swatche, kierowałam się tym, co widzę na stronie Costasy, bo co jak co, ale strona jest niesamowicie estetycznie zrobiona, a łatwość poruszania się po niej mogłaby być wzorem dla wielu miejsc zakupów. I dlatego też, na zdjęciach poniżej, w kategorii "róże matowe" znajdują się tylko 3 odcienie. Dopiero później zreflektowałam się, że właściwie ja bym dodała do nich jeszcze jeden odcień, wcześniej wspomniany Sweet Fig właśnie.

Podczas robienia swatchy zdążyłam sobie już wyrobić pierwszą opinię na temat tych róży. Na twarzy testowałam tylko jeden z odcieni i ten spisał się bez zarzutu.Jak zachowują się inne? O tym za jakiś czas. Przede wszystkim róże są dość porządnie napigmentowane i wystarczy dosłownie mininalna ilość, naprawdę minimalna, by uzyskać pożądany efekt.

O ile w przypadku większości odcieni aplikacja nie sprawia najmniejszych problemów, o tyle zastrzeżenia mam do jednego odcienia. Doll Face. Piękny, delikatny, pastelowy odcien jasnego mlecznego różu przełamany nutą brzoskwiniowych tonów. Niestety, odstaje od reszty, gdyż nie jest tak drobno zmielony, błyszczy się bardzo, drobinki są zdecydowanie zbyt duże i z pewnością nie zadowolą fanek subtelnego rozświetlenia. Tu jest zbyt dosłownie – zbyt widocznie, zbyt błyszcząco, zbyt nachalnie i zbyt drobinkowo. Choć pewna jestem, że i takie kosmetyki mogą być czasem potrzebne. Czasem przecież mamy ochotę zaszaleć (w końcu Champagne z EDM potrafiłam na dzień kiedyś też używać, a subtelny on z pewnością nie jest :D)

Mnie jednak zauroczył odcień z kategorii "róże matowe". Odcień, jaki raczej nie znajdował się na mojej liście potencjalnych nabytków w przyszłości. Mowa o Clementine. Przepiękny odcień ciepłego korala; róż, brzoskwinia w jednym, a to wszystko stonowane, delikatne, bardzo kobiece i naturalnie wyglądające. I elegancko matowe. Do stonowanego dziennego makijażu idealny. Do tego wspaniale pasuje do wiosny za oknem. Myślę, że osoby o jaśniejszej karnacji, używając go z odpowiednim umiarem, również mogą go pokochać, nie jest zarezerowany tylko dla ciemniejszych cer (ja po zimie, kwasach i rolce do ciemniejszych zdecydowanie się nie zaliczam)

  • Róże z kategorii "matowe" odcienie (poza Sweet Fig, który wg mnie jest matowy, ale nie znajduje się w tej kategorii) nałożone w SPOREJ ilości na skórę pokrytą 5 minut wcześniej kremem do rąk. Światlo dzienne, zdjęcie bez lampy, słoneczny dzień, zdjęcie zrobione w zacienionym miejscu:

Wg mnie Clementine to jeden z ciekawszych odcieni w kolekcji Lily Lolo, aczkolwiek moje zainteresowanie i chęci do testów na skórze wzbudził również Sweet Fig, który mimo iż na zdjęciach nie prezentuje się jakoś wyjątkowo atrakcyjnie, to jednak myślę,że ma spory potencjał i może się całkiem nieźle spisać. Na pewno będę chciała się też przyjrzeć odcieniowi Ooh La La 😉 Wydaje mi się, że ma całkiem duże szanse stać się moim II ulubionym odcieniem z Lily Lolo…

Rozczarowały mnie nieco Rosebud i Sugar n Spice. Nie dla tego, że są brzydkie. Nie. Po prostu oglądając swatche w sieci spodziewałam się czegoś innego. Czegoś mniej wyrazistego, nieco stłumionego odcienia śliwki, spranego brązu… Czegoś, co zgrabnie i z wyczuciem balansuje na granicy pięknego stonowanego odcienia a brudnawej smugi 😉 Są dość intensywne, więc w moim przypadku na dzień wyłącznie nałożone bardzo lekką ręką, dosłownie muśnięciem pędzla, natomiast podejrzewam, że mogą interesująco wyglądać w sztucznym, wieczorowym świetle. I z pewnością nie omieszkam użyć ich obu w takiej właśnie oprawie (a okazja ku temu już jutro wieczorem 😉 )

  • Róże z kategorii "róże różowe": Doll Face, Cherry Blossom, Candy Girl, Ooh La La, Rosebud. Nałożone w OGROMNEJ ILOŚCI na nawilżoną skórę dłoni, żeby wydobyć ich tony (oczywiście na twarzy nigdy w takiej ilości się nie znajdą :D)

  • Róże z kategorii "róże brązowe": Rosy Apple, Sweet Fig, Sugar n Spice (również nałożone bardzo hojnie na nakremowaną skórę rąk)

I na koniec kilka swatchy róży nałożonych już w normalny sposób, dość lekko, płaskim pędzlem na suchą skórę, bez żadnych kremów na niej 😉

Tyle na dzisiaj. Jutro, najpóźniej pojutrze 😉 – widoczne na pierwszym zdjęciu bronzery i rozświetlacz LiLy Lolo. Zapraszam 🙂

(tradycyjnie – wszystkie podkreślone w tekście słowa są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Moja okrojona kolekcja pędzli typu Kabuki

Dopadł mnie kompletny brak czasu, postaram się jednak w ciągu najbliższych dni uzupełnić te posty. Póki co – dziękuję za wszystkie komentarze i maile (odpiszę lada dzień) i rezerwuję sobie tu miejsce na posta :

Moja kolekcja pędzli typu kabuki, czyli to, co znajduje się dzisiaj w moich zbiorach (po wyprzedaży Allegrowej i porozdawaniu 🙂 )

Makijaże nadesłane na konkurs Pixie

Jedną z możliwości zwiększenia swoich szans w konkursie Pixie było przesłanie mi mailem zdjęć makijażu z użyciem dowolnego mineralnego kosmetyku. Otrzymałam kilkadziesiąt zdjęć, z których część możecie poniżej zobaczyć.

Całe szczęście, że nie wpadłam na pomysł, by organizować konkurs, w którym ja osobiście musiałabym zadecydować o tym, kto otrzyma nagrody. Patrząc na zdjęcia wiem, że nie byłabym w stanie tego dokonać. Dziewczyny na zdjęciach są tak piękne, tak pełne wdzięku i tak fajnie podkreślają swoją urodę, że nie wyobrażam sobie, abym miała spośród nadesłanych prac wybrać te, które podobają mi się najbardziej.

Wiem, że przyznałabym jednak dwa równorzędne miejsca, gdyż te zdjęcia urzekły mnie najbardziej. Myślę, że komentarz jest zbędny i wszystko widać na załączonych obrazkach.

Lanka:

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :
Podkład: Lucy Minerals Creamy Olive
bronzer: Waikiki Lily Lol
róż: Blossom Blush Lily Lolo
tusz do rzęs: No7

A_noska:

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu :

Primer: puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody

Podkład : Lucy Minerals – Lucy Light w odcieniu Bisque

Wykończenie : puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody

Jak widać na powyższych zdjęciach wybrałam te makijaże, które niesamowicie pokazują siłę minerałów. Na pierwszym – ich doskonałe krycie i jednocześnie naturalność, natomiast na drugim – jak przepięknie naturalny i dziewczęcy efekt można uzyskać minimalnym zestawem.

Otrzymałam też wiele innych zdjęć – nie umiałabym wybrać, które podobają mi się najbardziej, dlatego też pozostawiam je bez komentarza i zapraszam do oglądania tych pięknych dziewczyn.

Pilar

Kosmetyki użyte do wykonania makijażu (niestety nie otrzymałam szczegółowych informacji o odcieniach, więc gorąco proszę o uzupełnienie, bo makijaż naprawdę przepiękny i sama chętnie bym się dowiedziała, co zostało użyte 😉 Korektor EDM Mint, podkład Blusche, puder Blusche, róż EDM, Bronzer i rozświetlacz Blusche, cienie Meow i niemineralnie-Sleek. 🙂

eenax

twarz: primer Prime Me Powder Pixie, podkład Breena 1 Pixie, korektor pod oczy Under Eye Concealer 2 Frisky Abyssinian Meow Cosmetics, róż Email Me Everyday Minerals
oczy: primer I-prime Meow Cosmetics, żółty matowy- Pelluci Paint FX, zewnętrzny kącik i załamanie powieki pomarańczowy Spread Your Wings Aromaleigh, na linii rzęs brąz z opalizującymi drobinkami – Chameleon Sweetscents, rzęsy tusz niemineralny Max Factor Masterpice
usta:błyszczyk niemineralny Juicy Tubes 45 Candy Lancome

Carolinascotties

Też niestety nie posiadam dokładnych odcieni użytych kosmetyków, ale miejmy nadzieję, że Karola nam je dopisze, bo podejrzewam, że nie tylko ja pękam z zazdrości patrząc na te zdjęcia 😉 Podkład Lumiere, cienie do powiek Meow i rozświetlacz Lumiere.

Yasinisi

primer: monistat
podkład: Pixie Cover de Luxe Cameo2
finisher: Pixie Kiss of Sun
róż: EDM Time Share
rozświetlacz: EDM Natural
oczy: baza ArtDeco + MEOW Dr. ZhiCATo+ Bronze Lucy Minerals+ EDM Exhale

AnkaFranka

podkład EDM Fairly Light Neutral intensive
róż EGM berries&cream
oczy EDM fresh, pod oczami EDM morning
puder wykończeniowy własnej receptury (a dokładnie receptury JMW 🙂 )
brwi EDM silver grey

na ustach: albo rozświetlacz EDM pearl beige albo złoto-srebrne Meteoryty Guerlain 🙂

Kmb1

-podkład AWGM f5
-korektor edm multi-intensive
-baza kobo
-cienie edm:late checkout,Jane Eyre,Scented Candles
-kredka mysecret grafitowa
-tusz do rzęs 123 mascara rimmel
-błyszczyk essence xxxl nudes 01
-korektor do brwi brązowy delia
Ciri

Zdjęcia z Lucy (pierwsze dwa): Lucy Minerals formuła Orginal Creamy Bisque, Puder Lumiere Veena Silk Veil odcień Sand, Punktowo i pod oczy korektor Sunlight EDM. róż All Smiles EDM. Oczy :Kredka nie mineralna.

Zdjęcia z Lumiere (dwa kolejne): Lumiere Light Medium Golden VV, Puder Lumiere Veena Silk Veil odcień Sand, Punktowo i pod oczy korektor Sunlight EDM, róż Poppy Lumiere. Oczy : kredka nie mineralna, Wet Sand EDM

Kosmetyczna Ja:

Podkład: Lucy Minerals odcień Light
Korektor na rumieńce MINT z EDM a pod oczami beżowy Pixie
Brwi: Deep Brow Powder Silk Naturals
Oczy: Baza pod cienie i-prime z meow, cienie: Queen [jasny] i Tuxedo [ciemny] oba ze Sweetscents
Róż:Angelique ze Sweetscents
Rzęsy Avon, super shock

Kathe



„Makijaż  inspirowany filmem Black Swan, ale w lżejszej wersji, raczej księżniczki łabędzi 🙂 Użyty kosmetyk mineralny (jedyny jaki w sumie mam): podkład Lily Lolo odcień Porcelain”



Ola93

We wszystkich makijażach oka została wykorzystana paleta Sleek Sunset. Co prawda ja uznaję te cienie raczej za kosmetyk pseudomineralny – i myślę, że nie tylko ja (ze względu na jego skład), ale z racji tego, że paletka ta reklamowana jest pod hasłem mineralnych cieni, to zgłoszenie oczywiście uznałam 😉

Jako ciekawostkę podaję skład „mineralnej” paletki: Mica, Talc, Paraffinum liquidum, Magnesium Stearate, Ethylhexyl Palmitate, Dimethicone, Propylparaben, Methylparaben. May contain: Cl 77891, Cl 77007, Cl 77492, Cl 77289, Cl 45410:2, Cl 15850:1, Cl 42090:2, Cl 77499, Cl 77742, Cl 15985:1.

(co nie zmienia oczywiście faktu, że są to świetne paletki biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości i sama z chęcią ich używam 😀 )

Eti_

Primer Touch of Beige – Pixie.

Podkład CDL Pixie – Sinnie 2 pomieszany z Tinkerbell 3.

Róż -Glow Lucy Minerals, Bollywood EDM.

Puder matujący: Kiss of Sun -Pixie

Oczy: Cloud 9 BFTE, Chenille BFTE, Propinquity SN, Precious BFTE, Drama CS, Smokey EDM, kredka Inglot, Tusz Bell. Usta: pielęgnujący balsam do ust Naturalne Piękno.

ksiezniczkaa87

– puder Jadwiga do cery tłustej i trądzikowej (jako primer)
– korektor Intensive fair EDM
– podkład Fairly Light Neutral EDM intensive (na wypryski)
– korektor Pixie Cosmetics beżowy (pod oczy)
– puder Kiss of Sun (jako wykończenie)
– odrobina różu Best Friends EDM
– cienie Romance Novel i Rock Anthem EDM
– kredka LongLasting Black fever Essence, tusz do rzęs Push Up Bell,  korektor do brwi Delia, błyszczyk Namiętnik Paese
(tu nawet dostałam zdjęcie kosmetyków użytych do wykonania makijażu 😉 )

Renia92i

-Podkład EDM formuła Intensive Multi-Tasking Neutral
-Puder Jadwiga do cery tłustej i trądzikowej
-Róż EDM Truly Tiger
-Korektor pod oczy Pixie różowy
-Tusz Astor Big & Beautiful
-Cienie Max Factor, Bell
-Szminka My Secret Smoky Rock
-Eyeliner avon
-Gosh wodoodporna kredka do oczu czarna

Czarnulka708

podkład: próbka Lily Lolo Popcorn

eye liner: ELF black

tusz: L’oreal Volume Million Lashes

korektor: L’oreal Touche Magique

róż: Bourjois, 34 Rose D’or

Dezemka

Podkład mineralny Lumiere Light Beige Cashmere
Róż ELF Contouring Blush & Bronzing Powder
Complexion Perfection ELF
Cień Manhatann
Tusz Loreal Volume Milion Lashes
Eyeliner w żelu ELF


Idalia

„Makijaż z gatunku artystycznych. Został wykorzystany cień mineralny : Everyday Minerals Heart 2 Shop ( brudnawy fioleto- róż w załamaniu powieki)”. Listy pozostałych kosmetyków niestety nie znam 😉


Recenzja podkładu Lily Lolo

Póki co, na szybko wrzucam swatche podkładów Lily Lolo, jakie niedawno otrzymałam od firmy Costasy do testów. Mam nadzieję, że tu lepiej widać odcienie niż w mojej poprzedniej notatce

Proszę tylko pamiętać, że podkłady jak zwykle nakładane są na sucho, na skórę o ciepłym odcieniu i średnio-jasnej karnacji. Na skórze o innej tonacji i stopniu jasności mogą wyglądać kompletnie inaczej (zdjęcia robione w świetle dziennym, w słoneczny dzień, w średnio nasłonecznionym miejscu)

 

Tu kilka zdjęć w innym oświetleniu, robionych jakiś czas temu (bardziej pochmurno, na skórze nałożona mniejsza ilość proszku).

A wieczorem (pewnie trochę późniejszym wieczorem 😉 ) obszerniejsza relacja z mojej prawie tygodniowej już przygody z podkładami Lily Lolo. Zapraszam 😉

Aktualizacja:

Jak już wcześniej pisałam, w ubiegłym tygodniu otrzymałam od sklepu Costasy, w którym można zakupić kosmetyki Lily Lolo, paczuszkę z zestawem próbek wszystkich odcieni podkładów. Lily Lolo to jedna z marek, do której jakoś ciągle nie po drodze mi było i mimo iż co jakiś czas świtała mi gdzieś tam w głowie myśl, żeby jakieś zamówienie poczynić, to jednak schodziła ona na dalszy plan. I tak pewnie do dzisiaj bym z LL się nie spotkała, gdyby nie uprzejmość Pani Oli, która zaproponowała mi testy oferowanych przez Costasy kosmetyków.

Oczywiście ochoczo skorzystałam 🙂 Po kilku przemiłych rozmowach telefonicznych udało otrzymałam kurierem (następnego dnia od wysłania) pakiecik próbek podkładów (próbki są w woreczkach foliowych, w ilości wystarczającej na jakieś 2-3 testy na twarzy; oczywiście jest to uzależnione od tego, jakiego krycia potrzebujemy, a także jaką ilość podkładu zużywamy na raz, ale wg mnie na przetestowanie nawet najbardziej rozrzutnym powinno wystarczyć).

Długo zastanawiałam się, czy pokazać te zdjęcia. Nikt przecież nie lubi pokazywać się wyglądając, delikatnie mówiąc, niezbyt normalnie 😀 Jednak doszłam do wniosku, iż słowa to tylko słowa, nie ma to jak dokumentacja zdjęciowa 😉 Tak więc – raz kozie śmierć 🙂 Z góry przepraszam za durne miny na zdjęciach, ale starałam się wybrać takie ujęcia, gdzie najlepiej widać podkład..

Dzień pierwszy. Pierwsze próby nie wypadły zbyt zachęcająco. Ani z odcieniem nie trafiłam, ani krycie nie było zadowalające, nie wspominając już o porach, które wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj. Na pierwszy ogień wybrałam odcień, który w słoiczku wydawał mi się być najbardziej odpowiedni dla mnie (czyli najbardziej zbliżony wizualnie do tego, czego używałam wcześniej) – Barely Buff. To nie był dobry wybór, oj nie. Po nałożeniu co prawda wydawało mi się, że trafiłam w 10- tkę, bo odcień idealnie stopił się ze skórą i wyglądał dokładnie jak odcień stworzony dla mnie, ale już pół godziny później wiedziałam, że zaliczyłam niezłą wpadkę. W kontakcie z moją skórą podkład ściemniał i wydobyte zostały jego najgorsze cechy. W dodatku podkład nałożyłam na gołą skórę, nie chcąc w żaden sposób zakłócać jego odbioru. I to też nie była mądra decyzja, gdyż okazało się, że wszelkie mikrouszkodzenia skóry, które posiadam po złuszczaniu, zostały podkreślone.  Krycie – zadowalające (użyłam kolistych ruchów pędzla typu kabuki, który daje mniejsze krycie niż pędzel typu Flat Top). Gdyby nie pory i odcień, byłabym nawet zadowolona 😉

Dzień drugi. Mądrzejsza o doświadczenia dnia poprzedniego do testów podeszłam nieco inaczej. Na twarz nałożyłam krem do cery mieszanej, odczekałam, aż się wchłonie, po czym użyłam serum iS Clinical Super Serum Advance Plus. Po 10 minutach wybrałam odcień Blondie i nałożyłam go metodą "malowania ściany" czyli płaskie, nie szorujące, a raczej głaszczące ruchu pędzla (kabuki) z góry na dół… Było lepiej. Przy jednej warstwie kolory lekko wyrównany, skóra ujednolicona, pory znacznie mniej widocznie niż dzień wcześniej. Wyglądało to całkiem nieźle. Niestety, podkład znowu zmienił swój odcień i wyglądałam zdecydowanie niezdrowo. Zbyt ciemno, zbyt ciepło i w ogóle bez sensu. Zmyłam,  zrezygnowana wybrałam pierwszy pod ręką kolor – Candy Cane. Na moje oko zbyt jasny, zbyt chłodny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po chwilowym szoku (no nie wyglądał dobrze na mnie w pierwszej chwili 😉 ), całkiem ładnie się wtopił. Tylko niestety róż z niego wyszedł na koniec. Niedużo, bo nie dużo (o dziwo, spodziewałam się większego i bardziej różowych tonów, gdy ściemnieje), ale jednak.

Dzień trzeci. Przyznam się, iż nieco zniechęcona już byłam, bo testy nie wypadły zachęcająco. Zaczęłam już nawet w myślach tworzyć sobie recenzję tego podkładu na moim blogu i trochę było mi szkoda, że muszę tak niemiło wyrazić się o marce Lily Lolo. Ale doszłam do wniosku, że skoro moja skóra mówi im "nie", to nie będę walczyć i pokornie wrócę do MEOW, LaurEssa, Lucy czy Pure Anady..

Po nałożeniu podkładu (nieco już załamana wcześniejszymi chybionymi testami) sięgnęłam po … Porcelain. Nie wytrzymałam długo. Tu nawet nie miał szans ściemnieć ten odcień na mnie. Nawet gdyby zmienił się na kilka tonów ciemniejszy, to i tak wyglądałabym jak nie całkiem normalna. Zmyłam, dałam sobie spokój. Zwłaszcza, że skóra wyglądała źle (jakaś taka wysuszona, pryszczata, gąbczasta i w ogóle nieciekawa – ale o tym przy recenzji iS Clinical niebawem).

Nałożyłam China Doll. Kolorystycznie po tym, jak ściemniał, prawie dobrze. Prawie. Za to pory podkreślone nieziemsko. Widać zresztą na zbliżeniu, słowa są tu zbędne. Koszmar w najgorszym wydaniu.

Dzień czwarty. Ostatnie podejście, ostatnia szansa… Tak sobie myślałam siadając do porannego makijażu. Zwłaszcza, że moja skóra nie wyglądała już tak źle jak dwa dni wcześniej (efekty testów kosmetyków) i bolące gule i nierówności na skórze zaczęły powoli znikać. Spojrzałam na odcienie i doszłam do wniosku, że skoro Lily nie ma gotowego nic dla mnie, to może spróbuję coś sobie sama wymieszać 🙂 Wzięłam Candy Cane oraz China Doll i na miseczce lekko wymieszałam oba odcienie. Na wcześniej przygotowaną skórę (użyłam tym razem pudru bambusowego) nałożyłam ten mix flat topem, delikatnie stemplując. Nie chcąc się denerwować od razu, oczywiście poszłam zająć się czymś innym i pozwoliłam, aby tradycyjnie, podkład "przegryzł się z moją skórą" 🙂 A potem, gdy usiadłam ponownie przed lustrem, siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się, co się stało 😀 A serio, gdzieś wcięło moje pory, przebarwienia całkiem niewidoczne, mieszanka kolorystyczna genialnie dopasowana.

Brak zdjęć. Tak długo siedziałam gapiąc się w lusterko i dumając, co się stało, że prawie się spóźniłam tam, gdzie miałam być 😀 Na zdjęcia czasu nie wystarczyło 😀

Dzień piąty – nałożyłam dokładnie ten sam miks kolorystyczny, z tym, że w pośpiechu zapomniałam użyć primera i odruchowo sięgnęłam po swój tradycyjny pędzel, czyli kabuki. I ku mojemu zdziwieniu, podkład wyglądał tak samo dobrze, jak dzień wcześniej. A właściwie sposób aplikacji nie różnił się niczym od tej z dnia drugiego. Natomiast różnica w efekcie – zaskakująca. I jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że duże znaczenie na to miał stan mojej skóry. Gdy wrócił do normy, podkład spisał się całkiem dobrze. Zaskakująco dobrze nawet bym powiedziała. Właściwie porównać bym go mogła nawet do mojego ulubionego ostatnio MEOW (Luśki jednak nie zdetronizował 😀 Nawet jej nie zagroził właściwie… Ale za to wśród mieszkańców dalszych pozycji na mojej TOP liście, czyli Adorned, Pixie, Pure Anada, LaurEss mógłby wywołać zamieszanie 😉 )

Kiedy jednak obejrzałam zdjęcia, to jakoś tak… no nie wiem, na żywo wydawało mi się lepiej 😀 Kolory zupełnie przekłamane, jakoś tak.. niefajnie to na zdjęciach wygląda.

Spróbuję w wolny dzień zrobić jakieś zdjęcia zbliżenia skóry z tym podkładem (całej twarzy na pewno nie, gdyż zostały mi same za ciemne dla mnie próbki :D)

Reasumując – na pewno nie jest to podkład, który rzucił mnie na kolana. Na pewno nie wywołał u mnie od razu nieodpartej chęci pognania z koszykiem do kasy.. Coś jednak się stało po drodze takiego, co sprawia, że chcę jeszcze raz spróbować, że chcę zobaczyć, jak się będzie zachowywał i czy będzie to raczej przyjaźń o trudnych początkach, ale za to stała i pewna, czy raczej nie rozwinie się z tej znajomości nic sympatycznego na dłuższą metę.  Niestety, próbki odcieni, które ewentualnie mogę nałożyć na twarz już mi się skończyły, więc dalszych testów nie poczynię.

Przyznam się też, że jest to pierwszy podkład, który ciemnieje na mojej twarzy. Jak wiecie kilka mineralnych już wypróbowałam i do tej pory nigdy nie odnotowałam takiego zjawiska jak ciemnienie podkładu. Najprawdopodobniej jest to jakaś indywidualna reakcja tego proszku w kontakcie z sebum mojej skóry i nie znaczy to, że u każdego podkład ten będzie się tak samo zachowywał. Podejrzewam, że na skórze suchej odczucia mogą być zupełnie inne.

Konsystencja : miękka, gładka, ale nie kremowa (porównując do typowo kremowych, maślanych wręcz formuł jak Lucy Minerals czy Pure Anada). Spotkałam się z opiniami, że jest to kremowy podkład, ale ja bym go do kategorii kremowych nie zaliczyła jednak mimo wszystko. Miękki, gładki, lekko puszysty (być może to stwarza wrażenie kremowości), ale raczej nie kremowy 🙂 Choć oczywiście wszystko jest i tak kwestią indywidualnego postrzegania, gdyż moja znajoma uważa Lily za jedne z najbardziej pylistych proszków, z jakimi się spotkała (a nowicjuszką w temacie minerałów nie jest 😉 ). Z kolei na wizażowym wątku często można spotkać opinie o tym, że te minerały są bardzo kremowe. Jak widać – ile osób, tyle opinii 🙂 Wg mnie kremowe nie są – za to gładkie, miękkie, delikatne i przyjemne w dotyku, jak najbardziej tak 🙂

Krycie : przy jednej warstwie ujednolicenie kolorytu, przy drugiej – mniejsze problemy skórne są przykryte, przy trzeciej – twarz wygląda na jednolitą bez efektu maski.

Wykończenie : matowe, ale nie płaskie. Delikatnie satynowe , bez ciągot w kierunku rozświetlania. Nie osadza się na włoskach na twarzy, nie daje kredowo-tynkowego efektu. Bardzo ładnie się wtapia w skórę, nie zostawia pudrowej warstwy, po wtopieniu się podkład jest niewidoczny na skórze. To wg mnie największy plus tego podkładu – gdy już dopasujemy odcień, genialnie stapia się z naszą skórą i właściwie trudno ocenić, czy mamy coś na twarzy czy nie. Do tego podoba mi się to, że jest taki.. nie wiem? Lekki? Ciężko to określić, ale mam wrażenie, że jest taki …puchowy? 😀 Dobra, nie będę kombinować, bo i tak nie uda mi się ubrać tego w odpowiednie słowa 🙂

Wybór odcieni : to zdecydowanie słaby punkt tej marki. Tak naprawdę wiele osób nie znajdzie tu dla siebie odcienia. Wśród Lily nie znajdziemy ani oliwkowych odcieni, ani szarawych, ciężko też o przybrudzone opalone odcienie. Również bardzo bladolice mogą mieć spory problem z dopasowaniem dla siebie koloru, jeżeli Porcelain nie przypadnie im do gustu. Jeżeli nie odnotują u siebie ciemnienia , to również China Doll, Blondie i Candy Cane są warte spróbowania. Tak naprawdę do wyboru mamy ok. 10 odcieni (pozostałe to kolory raczej nie dla typowej Polki). To więcej niż w przypadku podkładów drogeryjnych, ale porównując do gam kolorystycznych chociażby MEOW, Pixie czy nawet Everyday Minerals, to dość uboga oferta.

Z drugiej strony jednak, tak sobie myślę, że to, co dla mnie jest wadą, może być zaletą dla innych, bo mniejszy wybór = mniejszy dylemat, jakie odcienie wybrać 😀

Trwałość : na mojej skórze (mieszana, z tendencją do przetłuszczania się) bez konieczności poprawek wytrzymuje ok. 6-8 godzin w zależności od wykonywanych czynności i środowiska, w jakim przebywam. Po tym czasie jednak bez problemu udaje się lekko skorygować makijaż (wystarczy bibułka, a potem ruch pędzlem z odrobiną podkładu) – nic się nie rozmazuje, nie maże, nie robią się plamy (nad brakiem takiego zachowania ubolewam przy Luśce, gdzie poprawki nie zawsze mi się udaje zrobić)

Skład : (Mika, Tlenek Cynku, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza, Ultramaryna ) Dla mnie osobiście bardzo zadowalający. Nie występuje tu ani Lauroyl Lysine , ani Bismuth Oxychloride ani też żadne dodatkowe składniki, które mogą mieć korzystne działanie, ale jednak przez wiele osób nie są tolerowane (alantoina czy witamina C).

Cena: 69,90 zł za 10 g. Z pewnością dla wielu osób zbyt wysoka.  Porównując jednak do ceny np. LaurEssa (cena regularna 20$, czyli ok. 60 zł), nie wydaje się być już tak wygórowana. Wg mnie – standardowa. Na pewno nie jest niska, ale nie jest też absurdalnie wysoka.

Czy zdecyduję się na zakup? Trudne pytanie zważywszy na to, ile mam pudeł podkładów, po które nawet nie sięgam 😀 Są, bo są, kupiłam, bo kiedyś tam akurat dany podkład na mnie całkiem nieźle wyglądał. Tak więc i w tym przypadku może się zdarzyć, że się skuszę. Właściwie, to teraz, gdy piszę tą recenzję, to już jakoś smutno mi się zrobiło, że to koniec testów Lily Lolo… Więc, kto wie? Może.. ;)Zwłaszcza, że oceniam go znacznie wyżej niż Blusche, którego przecież 2 pudełka zakupiłam, czy Aromaleigh, które też u mnie gości w ilości 2 sztuk … I tak sobie myślę, że jednak odpowiedziałam sobie już na pytanie odnośnie przyszłego zakupu:D

Choć z drugiej strony, ciekawe, jakby dalej potoczyło się moje testowanie i na którą stronę by się przechyliły szale 🙂 No i nieco zniechęca mnie brak właściwego odcienia dla mnie… Eh,  nie można mieć wszystkiego 🙂 A taki kiedyś człowiek był szczęśliwy, jak mu się udało w drogerii znaleźć jeden odcień z 5 dostępnych, który "w miarę" pasował. To zachciało mu się minerałów i czepiania się każdego niepasującego w nich tonu 😀

Dopisano 13 marca:

po kilku dniach kolejnych testów (Aniu, dziękuję raz jeszcze za próbki- mam nadzieję, że znajdziesz dla siebie bardziej pasujące odcienie 😉 ) zaczynam coraz bardziej przekonywać się do Lily. Nadal denerwujące jest to ciemnienie podkładu na mojej skórze, ale teraz, kiedy moje pory zaczynają wracać do stanu przed rozpoczęciem kuracji (czyli są widoczne, ale nie tak jak kilka dni temu) podkład Lily Lolo nie wygląda już na nich tak źle. Zdjęcie zrobione po powrocie do domu, czyli po jakiś 10 godzinach od nałożenia podkładu (tak, wiem, cień mi się osypał a makijaż pozostawia wiele do życzenia, ale zdjęcie było robione na potrzeby własnej dokumentacji i obserwacji, ale pomyślałam sobie, że warto uaktualnić posta o nowe spostrzeżenia i wrażenia z testów 🙂 )

Lily Lolo po raz pierwszy ;)

Otrzymałam dzisiaj od polskiego dystrybutora marki Lily Lolo na Polskę, firmy Costasy, pakiecik próbek podkładów do przetestowania i zrecenzowania.

Niestety, firma Lily Lolo nie zgadza się na sprzedaż próbek swoich kosmetyków (poza nielicznymi wyjątkami), więc polski dystrubutor, w swoim sklepie do każdego złożonego zamówienia TUTAJ dodaje 4 dowolne próbki, które możemy sobie samodzielnie wybrać, czyli kupując np. cień czy róż czy dowolny inny kosmetyk, możemy otrzymać 4 próbki interesujących nas podkładów do przetestowania.

Próbki otrzymałam w woreczkach strunowych, ja jednak, dla własnej wygody i lepszego pokazania odcieni, poprzesypywałam je sobie do posiadanych słoiczków.

Światło dzienne, zdjecie zrobione w słońcu, bez użycia lampy:

Ja jeszcze podkładów tej marki nie przetestowałam, więc recenzję wystawię dopiero za jakiś czas (dopiero dzisiaj dostałam przesyłkę, tak więc jeszcze nie miałam kiedy ponosić i poobserwować zachowania się podkładu Lily Lolo na mojej skórze). Póki co, wklejam zdjęcia i swatche. Mam nadzieję, że pomoże Wam to w wyborze odpowiedniego odcienia dla siebie.

Zdjęcia w świetle dziennym, słoneczny dzień, robione w cieniu, bez użycia lampy

Podkłady Lily Lolo pogrupowane są w następujących kategoriach opisujących stopień jasności podkładu.

Kategoria "blade" – tu mamy tylko jeden odcień Porcelain. Najjaśniejszy odcień LL dla bardzo jasnych karnacji.

Kategoria "jasne" – tu mamy Blondie, Candy Cane, Warm Peach, Barely Buff i China Doll

I zbliżenia na każdy z odcieni:

 

Kategoria "średnio – jasny": odcienie In The Buff, Popsicle, Popcorn

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy średni- jasnych  :

Kategoria "średni" : odcienie Cookie, Cool Caramel, Warm Honey, Butterscotch

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy średnich :

Kategoria "ciemny" : odcienie Dusky, Coffee Bean, Saffron Hot Chocolate, Cinnamon

Zbliżenia na poszczególne odcienie z grupy ciemnych : do uzupełnienia

Dopisano:

Eee tam, bez sensu mi te swatche wyszły. Wszystkie zdjęcia jakieś takie niewyraźne, rozmyte… Do tego większość robiłam w słońcu i okazało się, że to nie był dobry pomysł. Z kolei te w cieniu też nie wyglądają dobrze. Postaram się zrobić lepsze i wymienię te fotki w ciągu najbliższych kilku dni. 

 

Niebawem..

Krótka zapowiedź tego, co w najbliższym czasie na moim blogu :

Recenzja pomadek Celia – moje zamówienie coś idzie bardzo wolno, więc wczoraj nie wytrzymałam i zakupiłam w pobliskiej drogerii dwa z dostępnych odcieni. Wybrałam kolory 503 i 505. Na zdjęciu i w rzeczywistości wydają się być dość zbliżonymi kolorystycznie pomadkami, natomiast na ustach każda z nich zachowuje się zupełnie inaczej… Pełen opis w następnym poście…

Podkłady Lily Lolo. Zestawienie wszystkich posiadanych przeze mnie odcieni (18) wraz z moją opinią o tych podkładach. Na stronie polskiego dystrybutora pojawiły się dostępne darmowe próbki podkładów do zamówień. Niestety, warunki producenta Lily Lolo wyraźnie określają, iż próbki te nie mogą być sprzedawane. Aby jednak jakoś ułatwić wybór właściwego odcienia pojawiła się opcja bezpłatnego otrzymania wybranych przez siebie próbek przy składaniu zamówienia. Niebawem moja recenzja podkładu Lily Lolo (jutro rozpoczynam testowanie 🙂 )

iS CLINICAL – obszerna recenzja kosmetyków otrzymanych do testów. Tu post zostanie rozłożony na dwie części – pierwsza, gdzie przedstawię pokrótce, co otrzymałam itd, natomiast za jakiś czas podzielę się swoimi spostrzeżeniami odnośnie produktów iS Clinical. Mam możliwość testów : Cleasing Complex, Active Serum, Super Serum Advance+ oraz Moisturizing Complex. Sama jestem ogromnie ciekawa tych produktów 🙂