Brak szczęścia do CATRICE

Od dłuższego czasu z zazdrością przyglądałam się zdjęciom na innych blogach pokazujących zdobycze z Catrice. Niestety, najbliższa szafa tej marki jest tak daleko mnie, że zupełnie mi nie po drodze jakoś do tych kosmetyków i za każdym razem, gdy pojawiało się coś, na co miałam ogromną ochotę (chociażby mozaika z limitowanki Urban Baroque, czy pomadki z tej samej serii), wiedziałam, że i tak przejdzie mi to koło nosa, bo zakupić na bank nie zdążę.

W końcu jednak i w moje ręce trafiło coś z Catrice, tylko, że … chyba nie do końca trafione to były zakupy 🙂

Błyszczyk Lip Appeal w odcieniu nr 40, czyli Hello Darling !

NIe ukrywam, że zakupiłam go głównie pod wpływem bloga Maus, gdzie na jej ustach tak apetycznie się te błyszczyki prezentują, że mimo mojej niezbyt gorącej miłości do tej części kolorówki akurat, zdecydowałam się nabyć jakiś odcień. Nie wiem, być może nie trafiłam po prostu z wyborem, być może spodziewałam się czegoś innego, a może po prostu moja niechęć do błyszczyków jest zbyt silna, by cokolwiek mogło ją pokonać, ale Hello Darling ! raczej przygodę ze mną już zakończył.

Hello Darlling to trudny do określenia odcień łączący w sobie róż, malinową czerwień, odrobinę arbuza, sorbetu truskawkowego, a to wszystko okraszone porcją srebrzystych drobinek. Bardzo ładny i naturalny kolor.

Dlaczego więc nie lubię tego błyszczyka? Ano dlatego, że na moich ustach wygląda tak:

Zbyt mokro, zbyt błyszcząco i zbyt zwracająco na siebie uwagę. Gdy mam go na sobie, to właściwie widać na mojej twarzy tylko usta, które wyglądają jak polakierowane, a nie subtelnie podkreślone. A nie ukrywajmy, usta, to nie jest mój mocny atut i raczej wolę odwracać od nich uwagę, niż kierować spojrzenia innych na tą część mnie 😉 Do tego przez cały czas wyraźnie czułam, że coś mam na ustach, a ja niespecjalnie przepadam za tym uczuciem.

Jestem pewna, że efekt jaki daje ten błyszczyk na innych może wyglądać wyjątkowo kusząco, ja się po prostu źle z nim czuję i już.

Nie wykluczam jednak ponownego podejścia do tematu tych błyszczyków – raczej z ciekawości i z nadzieją, że moje wyjątkowe szczęście sprawiło, że zakupiłam jedyny błyszczyk z całej kolekcji, który ma aż tak mocny połysk i widoczne drobinki i że reszta jest nieco bardziej stonowana. Na plus bowiem mogę zaliczyć zarówno cenę, aplikator, który początkowo mnie irytował, ale po jakimś czasie przestał mi przeszkadzać i nawet go polubiłam, smak i zapach (nie wszystkim przypadną do gustu te budyniowo-śmietankowo-karmelowe nuty) no i niekleistość. Opakownie również jest dość estetyczne, choć nie wiem, jak z trwałością, bo w kosmetyczce u mnie nigdy nie wylądował – siedzi sobie w pudełku z kosmetykami, z którymi nie wiem, co zrobić 😉 Gdyby jego trwałość była jeszcze większa (spodziewałam się większej, gdyż błyszczyk jest raczej gęsty niż wodnisto-rzadko-spływający i dość dobrze osadza się na ustach, przylegając do nich i nie spływając poza kontury) i gdyby był mniej wyczuwalny na ustach, to może i pokusiłabym się o zakup kilku odcieni w ciemno, zwłaszcza, że ma jedną cechę, która sprawia, że mam ochotę przyjrzeć się innym wersjom – nie wysusza…

Kolejnym produktem, na jaki się skusiłam, był :

SUN GLOW – Matt Bronzing Powder (Darker Skin)

Przyznaję, że również wypatrzony na blogu Maus. Co prawda bardziej kusił mnie Multi Colour Powder, ale gdy zobaczyłam, że w składzie ma wosk pszczeli, to szybko przeszła mi na niego ochota, bo na bank spowodowałby wysyp drobnych krostek na mojej skórze (tak działa na mnie beeswax w składzie). Z drugiej strony tutaj mamy na dzień dobry i talk i Aluminum Starch Octenylsuccinate ( i oczywiście parabeny do pełni szczęścia), więc też o przyzwoitym składzie mówić nie możemy. Ale pal licho skład, ja bym chciała w końcu znaleźć bronzer, w którym nie będę wyglądała jak nie całkiem normalna 😉 

Zostałam więc posiadaczką odcienia 020 Deep Bronze, gdyż przeczytałam, że jego jaśniejsza wersja jest nie tylko twardsza i trudniejsza w nakładaniu, ale paradoksalnie –  bardziej pomarańczowa. A pomarańczy unikam jak ognia.

Co ja mogę powiedzieć na temat tego pudru… Zobaczcie same, dlaczego go nie lubię. Myślę, że wszelkie słowa są tu zbędne – wszystko widać na zdjęciach. A gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę fakt, że aparat przeważnie nieco zjada kolory (zdjęcie nie było w żaden sposób poprawiane), to możecie sobie wyobrazić, jak uroczo wyglądam z pudrem brązującym Catrice na twarzy na żywo 🙂 Cóż, ja podziękuję.

Uwierzcie mi na słowo, że puder nałożony został dość lekką ręką, z umiarem (jako róż i lekko muśnięta cała twarz, dosłownie lekko omieciona – podkładu nie mam, na twarzy jedynie Sun Glow; zdjęcie robione jakąś godzinę po aplikacji…). Zdjęcie z pędzlem robione innego dnia – chciałam pokazać, jak sympatycznie i w miarę bezpiecznie kolor wygląda zarówno w opakowaniu jak i naniesiony na pędzel (celowo nabrałam go tak dużo, by pokazać, że to ładny odcień brązu). Prawda, że niegroźnie? Wręcz wygląda bardzo kusząco. Najwyraźniej moja skóra wydobywa z brązów wszystko, co najgorsze, dlatego tak bardzo lubię bronzery lekko przykurzone, wręcz sinawe w typie Taupe NYX-a, czy własnoręczne mieszanki z niebieskim pigmentem 😉

Kompletnie nie moja bajka, więc tylko słowem podsumowania. Opakowanie – dość tandetne, ale w granicach przyzwoitości. Zapach – koszmarny, ale zupełnie niewyczuwalny podczas aplikacji. Rozprowadza się dość łatwo. Cena zdecydowanie na plus. I tyle. Nic więcej po jednym teście nie jestem w stanie powiedzieć. A na więcej się nie skuszę.

Cena: 18 zł

Skład: TALC, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, KAOLIN, MICA, ISOCETYL STEAROYL STEARATE, OCTYLDODECYL STEARATE, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES).

Catrice Ultimate Nudes – Moulin Rouge Light

Kolejny dowód na to, że jestem inna 😉 Naprawdę. Zobaczcie jaki to ładny odcień cielakowatego beż z różem i delikatną kapką brzoskwiniowych tonów. Śliczny, uroczy i bardzo klasyczny. W butelce. Na paznokciach innych. Na moich – już nieco mniej 🙂 I to wcale nie tak, że nie lubię takich odcieni. Owszem, lubię. Nie zawsze na paznokciach mam granat, grafit czy strażacką czerwień. Zdarza mi się używać też bardziej bezpiecznych odcieni. I szczerze mówiąc, gdy zobaczyłam ten lakier po raz pierwszy, byłam pewna, że się polubimy. Nic bardziej mylnego.

Odcień na zdjęciu wygląda trochę lepiej niż w rzeczywistości, ale to nie odcień jest powodem, dla którego butelka ląduje w koszu. Jest to mój pierwszy i jak do tej pory jedyny lakier z Catrice. Niestety, aplikacja była tak koszmarna, że nie wiem, czy skuszę się na jeszcze. Smuży, ciężko go ładnie rozprowadzić, jak dla mnie ma zbyt gęstą konsystencję (czyżby już był stary? chyba niemożliwe raczej). W każdym bądź razie – malowanie nim do najprzyjemniejszych nie należało. Męczyłam się ogromnie, żeby go równo rozprowadzić, podczas malowania tworzyły się paskudne smugi, przy ich poprawianiu było coraz gorzej. W końcu jakoś się udało, ale to ponad moją cierpliwość. Co prawda zmywanie poszło błyskawicznie, ale przy takiej ilości wad to raczej większego znaczenia dla mnie nie ma 😉

 

Tak na szybko, czyli lakierowo….

Raz na jakiś czas na moim blogu pojawiają się recenzje kosmetyków, których w żaden sposób nie mogę podciągnąć pod kategorię mineralnych, ani nawet naturalnych, jednakże jako iż takowych również używam, to dzisiaj krótki wpis związany z tym, co ostatnio miałam na paznokciach.

Orly – 549 Sapphire Luck (September)

Mimo pierwszego niezbyt korzystnego wrażenia, lakier ten podbił moje serce i ostatnio jest najczęściej noszonym przeze mnie odcieniem. Co prawda wymaga ciemnej bazy, gdyż w innym przypadku jest po prostu mdły, mało widoczny i zdecydowanie nijako wyglądający. Na ciemnej bazie pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze – odcień dżinsowej niebieskości z fioletem, mniej lub bardziej widocznego, w zależności od kąta padania światła. Na zdjęciach poniżej – 2 warstwy Sapphire Luck na jednej warstwie granatu z Essence.

Aplikacja – bez problemu, zmywanie również, trwałość – 4 dni, potem zaczyna się ścierać na końcówkach.

Przepraszam za brak zbliżeń, ale jak widać, moje paznokcie nie nadają się do pokazywania ich pod lupą, więc oszczędzę Wam niezbyt miłego widoku moich skórek i nierówno spiłowanego kształtu:)

 

Orly 40728 – Pixy Stix (Sweet Collection Spring 2010)

Trudny do określenia odcień – w butelce sprawia wrażenie sympatycznego, niegroźnego mixu korala z różem, natomiast nałożony na paznokcie podąża wyraźnie bardziej w kierunku owego różu, balansując na granicy kiczu i pięknego letniego odcienia, zdecydowanie zwracającego na siebie uwagę 😉 Błyskawicznie schnie, bez żadnych drobinek, z pięknym połyskiem.

Na zdjęciu – trzy warstwy. Przy dwóch końcówki paznokci wciąż lekko prześwitywały. Trwałość – po 3 dniach pojawiły się delikatne odpryski na końcówkach.

Gdybym zakupiła go sugerując się tym, co widać w wynikach wyszukiwania grafiki Google, byłabym baaardzo rozczarowana. Na niektórych zdjęciach wygląda wręcz słodko, pastelowo, delikatnie i dziewczęco. A dziewczęcy on zdecydowanie nie jest 🙂

I coś ze zdecydowanie niższej półki, czyli

Mollon Roses & Blues nr 165

Multiwitaminowy lakier do paznokci. Właściwie zakupiony kompletnie przypadkiem. Przed zakupami w supermarkecie uświadomiłam sobie, że nie mam żadnej monety w portfelu, żeby wziąć wózek na zakupy. A rozmienić oczywiście w kiosku "nie mieli" 🙂 Chwyciłam więc na oślep pierwszy lepszy lakier do paznokci ze stoiska z kosmetykami Golden Rose i tym sposobem dostałam potrzebne mi 2 zł na wózek, bo przy wydawaniu reszty zawsze się jednak drobne w kasie nagle znajdują  🙂

Nie był to przemyślany zakup, ale że czerwieni nigdy u mnie dość (to znaczy – kolekcjonuję namiętnie, mniej chętnie za to używam:) ), więc nie żałuję. Co prawda nigdy wcześniej nie spotkałam się z kosmetykami tej marki, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać przed aplikacją, ale muszę przyznać, iż jestem dość miło zaskoczona. Nr 165 to odcień strażackiej chłodnej czerwieni ze srebrnymi i jasno różowymi… no właśnie, wciąż mam problem, czy to brokat czy glass flecked 🙂 W butelce stawiałam na brokat, ale już po nałożeniu zaczęłam się zastanawiać 😉

Na buteleczce znalazłam informacje, że lakier regeneruje, wzmacnia i odżywia płytkę paznokcia dzięki kompleksowi witamin, nadaje nasyconą barwę, głębię koloru i intensywny blask, gwarantuje doskonałą jakość i trwałość koloru aż do 7 dni. Regeneracji ani odżywienia oczywiście po 3 dniach noszenia odnotować nie mogłam, ale co do blasku i głębi koloru to się jestem w stanie nawet zgodzić. 2 warstwy wystarczyły, by uzyskać efekt widoczny na zdjęciu poniżej. Po 3 dniach musiałam jednak zmyć, bo pojawiły się odpryski. Ale jako iż to był okres przedświąteczny (porządki, wzmożone prace kuchenne, częstsze zmywanie itd.), to 3 dni bez żadnego wspomagania uważam za całkiem przyzwoity efekt jak na lakier w takiej cenie (ok. 7 zł). Niewykluczone, że skuszę się na inne, już nieco bardziej stonowane odcienie 😉

W skrócie

Jak wiecie, z regularnym pisaniem na blogu mam spore problemy. Nie dlatego, że mi się nie chce, nie dlatego, że nie lubię, nie dlatego, że nie mam o czym. Wręcz przeciwnie. Ale przeszkodą jest zwykły brak czasu i często muszę wybierać między tym, co zrobić powinnam, a tym, co zrobić chciałabym.

Wiem, że piszecie do mnie sporo maili, przepraszam, że nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Za wszystkie dziękuję i w miarę możliwości staram się odpisywać.

Bardzo często w Waszych mailach pojawiają się pytania o to, czy planuję jakieś giveawaye z okazji osiągnięcia jakiejś tam liczby obserwatorów czy wyświetleń bloga. Hmm… Tu pojawia się dość delikatna kwestia. Nie chciałabym nikogo  urazić, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem całą tą modę na tego rodzaju akcje polegające na tym, że żeby wziąć udział w konkursie, należy obserwować bloga, dodać link w blogrollu i inne rzeczy.

Ale  ja pewnie za stara jestem na takie coś (i z promowaniem samej siebie zawsze też byłam lekko na bakier, a zazdroszczę ogromnie tym, którzy potrafią to robić. Szczerze i bez ironii. Naprawdę. Tylko, że ja tak nie umiem. Ale przeciwko takim akcjom nie mam zupełnie nic, tylko ja się do tego nie nadaję )  Tym bardziej cieszy mnie fakt, że 100 osób obserwuje mojego bloga dlatego, że po prostu chce to robić.

Dziękuję Wam bardzo :*

Mam za to inną wiadomość – niedługo na blogu  pojawi się konkurs sponsorowany przez jedną z mineralnych marek. Mam nadzieję, że znajdą się chętni, żeby wziąć w nim udział 😉 O szczegółach  poinformuję w odpowiednim czasie 🙂

A w nieco bliższej przyszłości, czyli plan na następny tydzień 🙂

Contradiction by Calvin Klein czyli recenzja kolejnych perfum ;)

Essence na mineralnym blogu?

Blog z założenia miał być miejscem, w którym umieszczam recenzje/ swatche mineralnych kosmetyków bądź produktów w kategorii "naturalna pielęgnacja".

Jednak prowadzenie dwóch blogów wymaga sporych zasobów wolnego czasu (a z tym u mnie kiepsko), więc postanowiłam połączyć dwa moje bogi w jeden. Sądząc po wynikach ankiety, w większości nie macie nic przeciwko temu, więc dzisiaj jeden z pierwszych wpisów zupełnie w innej tematyce.

(dla wyjaśnienia – http://www.mineralnekosmetyki.pl wciąż pozostanie miejscem, gdzie dominować będzie tematyka mineralno-naturalna i w tej kwestii nic się nie zmieni, natomiast od czasu do czasu pojawiać się będą recenzje innych używanych przeze mnie kosmetyków)

Dzisiaj coś, co jest dla mnie pewnego rodzaju nowością…

Z malowaniem paznokci u mnie tak, jak z malowaniem ust – jakoś nie bardzo 🙂 Ani kształt pazurów nie skłania do ich eksponowania, ani dłonie niekoniecznie ku temu stworzone, a i talentu w tej kwestii brak. A gdy dodamy jeszcze do tego lenistwo w temacie zajmowania się paznokciami, to właściwe mamy pełen obraz, jak wygląda u mnie ten temat.

Czasem jednak nachodzi mnie ochota, by coś z nimi zrobić i choć najczęściej kończy się to rzuceniem wszystkiego ze wściekłością (do dziś ani razu nie udało mi się tak spiłować paznokci, by miały jakiś przyzwoity kształt), wycinanie skórek, choć paskudne i zdecydowanie odradzane jakoś wydaje mi się niezbędne (nie jestem w stanie się przemęczyć i przez dłuższy czas ich nie tykać ;)), to czasem jednak coś tam na paznokciach noszę.

O turkusy, żółcie, czy błotniste barwy podziwiam na innych blogach, o tyle na swoich paznokciach dopuszczam głównie bezpieczniejsze odcienie. Lakier Essence (to nic, że przeznaczony do stóp 😉 ) jednak wzbudził moją ciekawość i dlatego też wylądował w koszyku.

Lakier do matowego wykończenia, również, z prostego powodu – zawsze mnie kusiło, by spróbować.

I tym  oto sposobem powstał zmatowiony catwalk pink (BTW – myślę i myślę i jakoś nie mogę odgadnąć, skąd taka nazwa dla tego odcienia)

Essence Show Your Feet – 11 Catwalk Pink

Catwalk pink to taki trochę kameleon. W zależności od oświetlenia, albo kąta padania światła widać w nim fioletowe,  niebieskie, śliwkowe, bordowe, a nawet fuksjowe tony dzięki drobinkom brokatu.

Aplikacja dość prosta, z tym, że konieczne są przynajmniej dwie warstwy.  I na tym właściwie koniec jego zalet.

U mnie wytrzymuje 1-2 dni i zaczyna odpryskiwać. Nie delikatnie ścierać się na końcach, ale odpryskiwać.

Moja ocena: 4/10

Essence Matt Top Coat czyli preparat matujący wcześniej nałożony lakier.


Matt Top Coat z Essence to produkt, który zakupiłam, przetestowałam i … raczej do niego nie wrócę. I właściwie nie wiem czemu, bo generalnie nie mam mu nic specjalnego do zarzucenia. Nakłada się przyzwoicie, nie smuży, dość szybko wysycha (testowałam jedną warstwę), matowi (ale nie uzyskujemy całkowitego matu, a raczej delikatną satynę; czytałam jednak, że przy dwóch warstwach efekt zmatowienia jest większy). Nie czuję się jednak dobrze z matowymi paznokciami i dlatego też pewnie nie wrócę do tego kosmetyku. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że jeszcze obniża trwałość lakieru. Na drugi dzień paznokcie wyglądają fatalnie i nadają się do zmycia.

Polecam tylko i wyłącznie do zabawy i eksperymentów 🙂

Cena ok. 7 zł.

Moja ocena : 5/10

(tak, mam krzywe palce 😛 Pamiątka po wczasach w Sanoku, gdy miałam kilka lat i wpakowałam paluchy w składany leżak …;/ )