Doleciały, czyli kolejne zamówienie z iHerba ;)

Kilka dni temu doleciało do mnie kolejne zamówinie z iHerba i tym samym potwierdziło się to, co obserwuję od jakiegoś czasu – każda paczka laduje u mnie dokładnie po 3 tygodniach od chwili wysłania. W przeciwieństwie do mojego poprzedniego zamówienia, tym razem zostało mi ono dostarczone przez kuriera.

Postanowiłam znaleźć jakiś ciekawy kosmetyk do demakijażu i w związku z tym zakupiłam kilka produktów z nadzieją, że choć jeden z nich okaże się bliski ideałowi w tej kategorii. Jestem dopiero po 2 dniach testów, ale mniej więcej potrafię już wyłonić swojego faworyta i za kilka dni dokładniejsze recenzje i opisy. Dzisiaj tylko pokażę, co kupiłam :

  • Avalon Organics, Lavender Facial Cleansing Gel właściwie skusiłam się na niego, gdyż byłam ciekawa, jak się spisuje żel, który ciągle jest niedostępny w sprzedaży (pojawia się i natychmiast znika). Cena 6,99$ za 200 ml.

Za przesyłkę tradycyjnie zapłaciłam … 4$ (zmieściłam się). Przypominam, że zamówienia z iHerba można składać nawet na jeden kosmetyk i jeżeli jest to nasze pierwsze zamówienie, to kod QAP372 odejmuje od niego 5$ (czyli w wielu przypadkach jakiś kosmetyk możemy mieć po prostu za DARMO). Płatność albo kartą kredytową, albo zwykłą kartą (np. z mbanku). Paypala iHerb nie obsługuje, więc konto paypalowe nie tylko nie jest konieczne, ale wręcz zupełnie niepotrzebne (to jedno z najczęstszych pytań, jakie od Was dostaję w sprawie iHerba)

(tradycyjnie – wszystkie wyróżnione innym kolorem czcionki słowa  w tekście są linkami, w które można kliknąć; zdjęcia w pełnym rozmiarze – również po kliknięciu na nie)

Wieczorkiem dziś lub jutro siądę i poodpisuję na Wasze komentarze pod moimi postami (nie lubię tego robić na szybko, a za chwilkę muszę wyjść, więc zrobię to, jak już usiądę na spokojnie i nikt mi przeszkadzać nie będzie 😉 )

Yves Rocher i The Body Shop.. I dlaczego jestem inna :D

Zdaję sobie sprawę z tego, że czytanie o zakupach z iHerba dla niektórych może wydawać się tematem kompletnie z innej bajki i wiem, że część z Was woli zakupy, których możemy dokonać stacjonarnie, bez konieczności znajomości chociażby podstaw języka angielskiego, bez konieczności udzielania limitu zaufania zagranicznym sklepom, bez konieczności posiadania karty kredytowej/Paypala. Niestety, oferta kosmetyków organicznych/naturalnych/o przyjaznych składach na naszym rynku wciąż jest dużo, dużo uboższa niż za granicą (a jeżeli już, to często ceny nie zachęcają do eksperymentowania), stąd też ja częściej kupuję jednak zagranicą niż u nas. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się wejść do sklepu i kupić czegoś, co jest dostępne na każdym kroku.

Oto dowód:

Dzisiaj szybka recenzja ostatnich moich zakupów:

  • Yves Rocher żel pod prysznic i do kąpieli 400 ml o zapachu kokosa. Myślę, że tu nie trzeba się rozpisywać i podejrzewam, że każda z nas miała kontakt z żelami YR. Nic specjalnego, szału nie ma, ale na tyle przyzwoite, by móc sięgnąć po jeden z naszych ulubionych wariantów zapachowych. Kokosa akurat bardzo lubi moja córka, więc to właściwie jej zakup 🙂 Przyjemnie pachnie (aczkolwiek to wersja tylko dla amatorów kokosowych aromatów, na pozostałych może działać migrenogennie), fajnie się pieni, tani, wydajny, łatwo dostępny, nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego… Cena 15 zł / 400 ml.
  • Yves Rocher mleczko do ciała z wanilią z upraw biologicznych. Zakup w ciemno, bez wąchania, co okazało się niezbyt miłe w skutkach 🙂 Owszem, nie da się zaprzeczyć, ze to wanilia, a ja wanilię lubię, ale ta tutaj jest dla mnie zbyt nachalna, zbyt atakująca zewsząd, zbyt osaczająca i żyć niedająca 😉 Samo mleczko jak mleczko, nawilża dość przyzwoicie, wchłania się szybko, nie zostawia klejącej ani tłustawej warstwy. Zdecydowanie wyklucza używanie jakichkolwiek perfum, gdyż zapach utrzymuje się kilkanaście godzin na skórze i jest wyczuwalny nawet przez otoczenie. Początkowo nawet przyjemnie mi się go używało, ale po kilku razach poddaję się… Co za dużo, to niezdrowo 🙂 Cena ok. 20 zł / 14 ml. Oczywście jak w przypadku wszystkich większych opakowań YR, tak i tutaj bardzo pomocne jest dokupienie pompek, gdyż balsam mimo lekkości jest dość gęsty i wydobywanie go z butelki bez pompki do najprostszych chyba nie należy 🙂
  • The Body Shop Almond Shower Gel – żel pod prysznic o zapachu migdałowym. Nie wiem, co ja mam ostatnio z tym migdałem.. Właściwie to nigdy migdałowych zapachów nie lubiłam, a ostatnio jakoś podejrzanie dużo migdałowych aromatów wokół mnie (nawet żel do skórek CND SolarOil pachnie migdałami, o kremie do rąk Phenome nie wspomnę). Ale do rzeczy – chwyciłam zupełnie bez przekonania, właściwie chyba tylko dlatego, że tej wersji zapachowej kosmetyków TBS jeszcze nie znałam, zawsze jakoś szerokim łukiem omijałam. Migdałowy pachnie po prostu migdałem. Takim jak powiniem.. Przyjemny, zużyję bez wysiłku, może kiedyś się nawet jeszcze skuszę 😉 Jakościowo – jak wszystkie żele TBS, nic do zarzucenia. Cena, aktualnie w promocji – 12 zł!

(tak wygląda olejek do skórek, o którym wspominałam)

  • Yves Rocher mydło jeżynowe – kolejny zakup mojego dziecka. Ona po prostu z jakiegoś dziwnego powodu lubi te mydła i woli je od żeli pod prysznic. Cóż, tanie, duże, przyjemnie pachnące – niech sobie używa 😉 Cena ok. 7 zł.
  • Kostki zapachowe do kąpieli YR – również zakupy bardziej pod kątem córki 🙂 Cena 4 zł za sztukę. Tym razem tradycyjnie już kokos i miód jako nowy wariant. Miód jest okropny – nie dość, że woda wygląda po prostu jak brudna (żółtawo- brązowy kolor), to jeszcze zapach nie do zniesienia. Duszący, nieprzyjemny. Zdecydowanie wersji z miodem więcej nie kupimy.

Tu postanowiłam zrobić małą przerwę, by oddzielić recenzję, którą sobie specjalnie zostawiłam na koniec. Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi i znowu wyjdzie, że jestem inna niż większość 😀 A dlaczego? Otóż dlatego, że zakupiłam pomadkę, która jest chyba jedną z najczęściej opisywanych ostatnio pomadek na blogach i mam kompletnie inne odczucia niż większość. Mowa o :

All About Cupcake Essence

Zastanawiałam się, jak opisać tą pomadkę. Moja opinia o niej jest tak skrajnie różna od tego, co czytam na innych blogach, że chcąc wyrazić szczerą opinię mogłabym kogoś niechcący obrazić… Napiszę w takim razie tylko tyle, że widocznie spodziewałam się cudu za parę groszy i miałam nie wiadomo jakie oczekiwania co do jej jakości, gdyż innego wyjaśnienia na to, że cieszy się ona tak dużym powodzeniem nie znajduję 😉 Dla mnie nie tylko opakowanie jest niesamowicie tandetne (ale ok, rozumiem, cena), ale i sama pomadka jakością nie grzeszy. Sztuczny, cukierkowy zapach, nierówno rozkładająca się na ustach, kolor, który przy mojej skórze wygląda bardzo niefajnie (żeby nie określić tego dosadniej), zero trwałości. Nawet mój TŻ, który o pomadkach nie ma zielonego pojęcia, gdy zobaczył ją u mnie gdy próbowałam zrobić jej zdjęcie na moich ustach skomentował to stwierdzeniem "czy my aż tak źle z kasą stoimy?" 😀 No cóż, widocznie jestem po prostu za stara na takie pomadki, ale uwierzcie mi – na moich ustach wygląda naprawdę fatalnie…U mnie zdecydowanie widać, ile kosztowało to, co mam na ustach, gdy pomaluję się All About Cupcake 😉

Dowód? Proszę bardzo 🙂 Pamiętajcie, że aparat zżera kolory i ten róż na żywo u mnie jest jeszcze bardziej … wyrazisty 🙂 Ja myślę, że to kwestia głównie koloru wyjściowego moich ust i faktu, że pomadka nie jest kryjąca. I z tego utworzył się taki niezbyt fajnie wyglądający mix kolorystyczny.

 

Jedyny sposób na nią, to naniesiona lekko palcem i delikatnie wklepana (tak właśnie nałożona została na zdjęciu obok – zdjęcie z lampą, więc nieco przekłamany kolor). Wtedy wygląda w miarę… Nie "dobrze", ale w granicach tolerancji. Ale i tak znika po chwili, a ja bawić się nie zamierzam. Widocznie nie dla mnie ona -znam bardziej trafione kolorystycznie odcienie dla mnie i ten raczej do nich nie należy 🙂 A wiem, że AAC potrafi wyglądać na ustach zupełnie inaczej, bo widziałam 🙂 Co prawda nie na żywo, bo koleżanka, która zakupiła razem ze mną tą pomadkę również machnęła ją do kosza mając o niej takie samo zdanie, ale na zdjęciach na innych blogach potrafi wyglądać naprawdę kusząco…

U mnie niestety wygląda tak, jak na zdjęciu z bloga Fashionvictim – widać, jak nierówno jest rozłożona, jak podkreśla suche skórki, jak nieładnie pokrywa usta smugami, a nie jednolitą taflą koloru 😦 Spróbuję zrobić lepsze zdjęcie i pokazać w zbliżeniu, ale coś aparat odmawia mi współpracy przy makro ostatnio i mimo zrobienia dziesiątek zdjęć, ani jedno nie nadaje się do pokazania (wszystkie są zbyt mało ostre)

Muszę, po prostu MUSZĘ, czyli spore zaskoczenie pt. BIOARP

Wiem, że mam masę innych, wcześniej otrzymanych do testów produktów. Wiem, że mam masę zaległości w pisaniu postów, o które prosicie. Wiem…. Ale muszę, po prostu MUSZĘ, w pierwszej kolejności podzielić się z Wami czymś innym 🙂

Jakiś czas temu otrzymałam od firmy BIOARP sympatyczną możliwość wypróbowania kilku produktów, których BIOARP jest oficjalnym dystrybutorem na Polskę. Po ogromnie miłej korespondecji, dostałam paczuszkę, w której znalazłam wybrane przez siebie kosmetyki…

Miałam ochotę przetestować jakiś krem do twarzy z bogatej oferty BIOARP-u, ale nie potrafiłam się zdecydować i w efekcie podałam swoje 3 typy, które wzbudziły moje największe zainteresowanie z nadzieją, że któryś z nich znajdzie się w paczuszce. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam informację, że będę miała możliwość przetestowania … wszystkich trzech !

Również w przypadku szamponów i balsamów wybór nie był prosty, więc tu również wytypowałam swoich faworytów i, podobnie jak w przypadku kremów, z zaskoczeniem przeczytałam, że wszystkie kosmetyki, jakie umieściłam na swojej liście zostaną mi przekazane do testów.

I tym oto sposobem stałam się posiadaczką takiego oto zestawu z linii " Рецепты бабушки Агафьи" : (czy szczęśliwą? O tym w dalszej części mojego posta 😉 )

Kremy do twarzy:

Szampony i balsamy do włosów:

Po dwóch tygodniach codziennych testów jestem w stanie wystawić już recenzję i myślę, że dość rzetelnie opisać swoje doświadczenia z tymi produktami.

(po raz kolejny zaznaczam, iż mimo że kosmetyki zostały mi wysłane do testów, to wszelkie zawarte w recenzji opinie i spostrzeżenia są wyłącznie moje i fakt otrzymania kosmetyków za darmo nie wpłynął w najmniejszym stopniu na ich odbiór. Moje recenzje są ZAWSZE szczere i jak zapewne część z Was wie – jeżeli kosmetyk nie spełnia moich oczekiwań, to nie mam najmniejszych oporów przed napisaniem o tym mimo, iż został mi wysłany GRATIS do przetestowania ;) )

Swoją recenzję zdecydowałam się podzielić na dwie części – na kremy i na produkty do pielęgnacji włosów. Gdybym je połączyła, jestem pewna, że nikt nie dotrwałby do końca czytania moich wywodów, które i tak dzisiaj wyjątkowo długie będą, za co przepraszam, ale krócej nie umiałam 😉

Dzisiaj więc : kremy do twarzy – choć dla większości osób składy kremów dostępnych na stronie BIOARP będą bez problemu akceptowalne, ja niestety musiałam poświęcić długie godziny na ich analizę pod kątem swojej, jakby nie było, dość specyficznej skóry. Nie służy mi – gliceryna, masło shea, woski, glikol propylenowy, pantenol, oleje zbyt ciężkie, parafina i kilka innych składników, które 99% ludzkości może używać bez problemów, a nawet dostrzegając ich dobroczynne działanie, a ja muszę się ich wystrzegać. A przynajmniej zwracać szczególną uwagę na to, na jakim miejscu w składzie się znajdują, w jakim towarzystwie itd…

Po weryfikacji wybrałam 3 kremy, które mnie zainteresowały:

Ich niewątpliwe plusy to fakt, iż nie zawierają parabenów, sztucznych barwników, silikonów, alkoholu, syntetycznych ekstraktów, produktów pochodzących z przerobu ropy naftowej.

Do tego posiadają europejski certyfikat ECO BIO COSMETICS – ICEA (jeżeli kosmetyk posiada taki certyfikatów, możemy być pewne, że jest naturalny i nie tylko nie znajdziemy w nim szkodliwych dla nas substancji, ale także tego, że przynajmniej 95% zawartych w produkcie składników to składniki naturalne)

Kwestie samego designu i wyglądu opakowań z pewnością są dość dyskusyjne – jestem pewna, że szata graficzna znajdzie zarówno przeciwniczki, jak i zwolenniczki takiego stylu, który mimo swojej kontrowersyjności jednak pasuje do samych kosmetyków. Od siebie dodam jedynie, że wszystko jest estetycznie wykonane, z dbałością o szczegóły – tekturowe opakowania z wytłaczanymi fragmentami, opakowanie zabezpieczone przed otwieraniem, podobnie jak same kremy, umiejscowienie daty produkcji oraz daty ważności w widocznym miejscu (kremy mają 2 letni termin ważności)

Jedyne, czego mi zabrakło, to ulotki informacyjnej w języku polskim. Owszem, na opakowaniu jest polska etykietka naklejona, ale moja ciekawość skłoniła mnie do sięgnięcia w odległe obszary pamięci i próby przypomnienia sobie lekcji języka rosyjskiego ze szkoły. Niestety, moje nieudolne próby odczytania tego, co znajduje się na ulotce dołączonej do kremów ograniczyły się jedynie do strzępków informacji i nie wszystko udało mi się zrozumieć i odszyfrować 😉 A szkoda…

  • Organiczny krem do twarzy na dzień 35-50 lat. Wg opisu: "Unikalna receptura kremu do twarzy dla osób pomiędzy 35 a 50 rokiem życia, oparta jest w 98% na komponentach pochodzenia roślinnego, organicznych ekstraktach i olejach z zimnego tłoczenia. Organiczny krem do twarzy 35-50 pozwala skórze zachować młodość, intensywnie odżywia i regeneruje, stymulując syntezę kolagenu. Wygładza, uelastycznia, nadaje skórze miękkość, elastyczność i świeży wygląd."

Zastanawiałam się, czy ten przedział wiekowy w moim przypadku to nie lekka przesada (w końcu DOPIERO 😉 33 lata mam), ale po analizie składu uznałam, że nie ma tam nic, czego powinnam się obawiać, a skład dla mnie prawie na 100% niegroźny (co prawda gliceryna się tam znalazła, ale na tyle daleko, że postanowiłam się nią nie przejmować ani trochę 😉

Skład: Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Organic Extract of Cetraria Islandica, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Pinus Sibirica Extract, Rubus Arcticus Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Ja mam kilka wątpliwości odnośnie alkoholu benzylowego w składzie. Nie przeszkadza mi on zupełnie (zwłaszcza, gdy jego umiejscowienie w składzie wskazuje na to, jaką rolę w tym kosmetyku odgrywa), na moją skórę nie wpływa negatywnie, jednak moja wiedza o nim do tej pory ograniczała się do tego, że jest to syntetyczny alkohol pozyskiwany z ropy naftowej, ale chyba muszę zweryfikować swoją wiedzę pod tym kątem, bo trochę ta moja wiedza kłóci się z tym, co podaje dystrybutor:) Obiecuję się doedukować w tym temacie nieco w wolnej chwili i ewentualnie edytuję tą notkę wówczas 😉

Cena 36 zł / 50 ml.

Krem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na "dzień dobry" przywitał mnie zapachem, jakiego się nie spodziewałam po tak naturalnym składzie (przyzwyczajona do tych…hm… nieco gorzej pachnących). Zapach bardzo przyjemny, lekko owocowy. Dla mnie przypomina zapach landrynek 🙂 Krem ma beżowo- kremowe zabarwienie i dość lekką, choć nie lejącą się i nie emulsyjną konsystencję. Wchłania się bez najmniejszego problemu bez mazania się na skórze, bez konieczności długiego wcierania, bez pozostawiania żadnej tłustej warstewki, co przy mojej mieszanej, skłonnej do przetłuszczania się skórze jest sporą zaletą.

Makijaż (oczywiście mineralny, bo innego nie testowałam) na tym kremie trzyma się bez problemów, rozprowadza się gładko, bez plam, bez ciemnienia i innych niespodzianek. Chociaż nie wszystkie minerały na mojej skórze chciały ładnie z nim współpracować. Lucy odmówiła owej współpracy, ale jak większość z nas wie, Lucy to kapryśna panna i ona prawie nikogo nie lubi 🙂

Po 2 tygodniach codziennego używania kremu nie wyskoczyły mi żadne niespodzianki nim spowodowane, pory nie zostały pozapychane, skóra jest miękka, gładka, elastyczna, zdecydowanie wystarczająco (jak dla mnie) nawilżona (choć podejrzewam, że dla osób z suchą/odwodnioną skórą nawilżenie nie będzie wystarczające).

Ja zdecydowanie jestem na duże TAK dla tego niepozornie wyglądającego kremu. Za niewielką cenę dostajemy 50 ml kosmetyku, który w moim rankingu wysunął się na prowadzenie i jeżeli nic się nie zmieni, to na stałe wejdzie do mojego programu pielęgnacyjnego.

To, czego się obawiam, to fakt, że nie jest to krem matujący, a latem moja skóra jednak przetłuszcza się zdecydowanie mocniej. Już kilka ostatnich dni dało mi powód by obawiać się, że latem ten krem na mojej twarzy może być po prostu zbyt ciężki i sprawiać, że makijaż nie będzie się dobrze trzymał i najzwyczajniej w świecie będzie spływał z twarzy po jakimś czasie. Ale czy jest krem, na którym makijaż wygląda przez cały dzień idealnie przy letnich upałach? Nie sądzę 🙂

Krem użyczyłam do testów 3 innym osobom. 2 z nich mają podobne spostrzeżenia do moich (podobna cera, skłonna do zapychania, mieszana, raczej rzadko przesuszona, potrzebująca raczej lżejszych kremów). Jedna z osób (inny typ cery) jednak miała zdecydowanie inne zdanie na temat tego kremu – na jej skórze ani nie chciał się tak ładnie wchłaniać, ani sama aplikacja była dość znacząco różna od tej, którą ja zaobserwowałam. Usłyszałam również coś o.. rozwarstwianiu się kremu, czego ja osobiście nie zauważyłam. Cóż, nie ma kremu

skład :Aqua with infusions of organic extract of Camelia Sinensis Leaf, Rhodiola Rosea Extract, Aralia Mandshurica Extract, Schizandra Chinensis Extract, Organic Extract of Cetraria Islandica, Phellodendron Amurens Extract, Cetearyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Glycerin, Organic Butyrospermum Parkii, Cetearyl Glucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Rubus Arcticus Extract, Asiaticoside, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Pinus Sibirica Extract, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Extract, Artemisia Arctica Extract, Isopropyl Jojobate, Jojoba Alcohol, Jojoba Esters, Tocopherol, Arginine/Lysine Polypeptide, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

Przyznam się szczerze, że moje największe obawy dotyczyły właśnie tego kosmetyku. Masło shea powoduje u mnie zapychanie porów, jednak zaciekawił mnie fakt, że w składzie jest ono ZA korkowcem, płucnicą i cytryńcem, które mogą w teorii mieć działanie prewencyjne i zapobiec nieprzyjemnym niespodziankom na twarzy ze względu na swoje właściwości antybakteryjne, gojące i przeciwzapalno-oczyszczające. Nie znałam jednak takiej kombinacji w praktyce, więc moje obawy przed testami były dość spore.

Po testach stwierdzam, że krem ani mnie nie zapchał, ani nie zaszkodził, ale metodą prób i błędów odkryłam, że najlepiej w moim przypadku stosować go raz na 2-3 dni, gdyż stosowany codziennie jednak wpływał w moim przypadku na szybkość przetłuszczania się skóry. Gdy używałam go codziennie, rano miałam skórę owszem, nawilżoną, miękką i gładką, ale z wyraźną warstwą sebum na niej, które oczywiście po umyciu twarzy znikało, ale w ciągu dnia pojawiało się dość szybko. Przy aplikacji kremu raz na 3 dni – problem ten się nie pojawiał.

To, co mnie zdziwiło, to fakt, że mimo iż spodziewałam się czegoś bardziej treściwego i gęstego, to krem na noc również ma konsystencję zwykłego kremu – ani zbyt gęstego, ani zbyt płynnego. Byłam pewna, że dodatek shea sprawi, że będzie się trochę gorzej wchłaniał, że będzie czuć, że to krem na noc, a nie na dzień. Ja tego jednak nie czuję, co oczywiście, tak długo jak będę miała uczucie nawilżonej i miękkiej skóry – tak długo przeszkadzać mi absolutnie nie będzie.

dopisano: krem obecnie mogę stosować jedynie 1-2 razy w tygodniu 😦 Niestety, jednak okazał się dla mojej skóry zbyt ciężki i shea jednak daje o sobie znać. Szkoda.

Cena 36 zł / 50 ml

  • Organiczny krem do twarzy na dzień do 35 lat . Wg opisu: " Unikalna receptura kremu na dzień dla osób do 35 roku życia uzupełniona  nowoczesnym odmładzającym fitokompleksem «Carefeel».Wzmacnia procesy odnowy komórek skóry, nasycając ją witaminą C, daje wyraźny odmładzający efekt. Wygładza drobne zmarszczki, tonizuje skórę i przywraca jej sprężystość. Zmiękcza i nadaje skórze aksamitność"

Skład : Aqua with infusions of organic extract of Angelica Archangelica, Rosa Dahurica Pallas Extract, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Phellodendron Amurense Extract, Rubus Chamaemorus Extract, Ribes Aurum Seed Oil, Malva Alcea Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Titanium Dioxide, Glycerin, Cetearyl Clucoside, Sodium Stearoyl Glutamate, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Meadowfoam Estolide Extract, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.

(zainteresowanych analizą poszczególnych aktywnych składników odsyłam TUTAJ, gdzie są one wymienione wraz z opisaniem, jakie są ich właściwości)

To jedyny krem, którego nie opiszę dokładniej, gdyż postanowiłam go jeszcze nie otwierać. Mam zbyt dużo rozpoczętych tubek/pudełek kremów, a ten ma 2 letni termin ważności, więc spokojnie może poczekać sobie jeszcze chwilkę.

Reasumując – dwa kremy, jakie testowałam, spełniły moje oczekiwania w 100%. A nawet bardziej, gdyż po latach doświadczeń z setkami kremów do twarzy, do wszystkich podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu i właściwie nie nastawiam się na nic wielkiego. Moje oczekiwania to głównie – byle nie zapchał, nie uczulił, nie zaszkodził. A jeżeli oprócz tego znajduję coś, co nie tylko nie robi mi krzywdy, ale wręcz poprawia stan mojej skóry, to jestem zdecydowanie na tak 🙂

Podejrzewam, że kremy nie sprawdzą się u osób, które są w stanie używać zwykłych, drogeryjnych czy aptecznych produktów i które bez problemu znajdują dla siebie coś wśród nich. Ta propozycja moim zdaniem zdecydowanie bardziej skierowana jest do tych, którzy podobnie jak ja, po przetestowaniu setek kremów ogólnie dostępnych, nie znalazły ANI JEDNEGO, który by nie zapychał i nie szkodził (u mnie ze względu na wysoką nietolerancję glikolu propylenowego, gliceryny, wosków, shea i kilku innych składników znajdujących się dosłownie wszędzie)

dopisano: nieco zmieniam swoją recenzję. Krem na noc niestety po dłuższym użytkowaniu okazał się zbyt ciężki dla mojej skóry, więc nie mogę podpisać się już pod stwierdzeniem, że oba kremy spełniają moje oczekiwania w 100%.

Jako ciekawostkę podaję stronę producenta kosmetyków, które opisałam. Ja po zapoznaniu się z pełną ofertą marki "Pierwoje reshenie" mam wielką nadzieję, że polski dystrybutor czyli firma BIOARP niebawem umożliwi nam dostęp do innych produktów tej firmy, gdyż to, co tam znalazłam bardzo mnie zainteresowało (mnóstwo ciekawych kosmetyków o przyjaznych składach- naturalne, organiczne)

Sklep BIOARP posiada również ofertę dla tych, którzy wolą jednak Allegro jako miejsce zakupowe 🙂 Zarówno komentarze jak i ofertę można sprawdzić TUTAJ

PS. złośliwość przedmiotów martwych nie ma granic – w sobotę wieczorem usiadłam do komputera, żeby wkleić na bloga życzenia świąteczne dla Was i co się okazało? Brak internetu mnie dopadł. Przykro mi, że nie zdążyłam złożyć Wam życzeń (a nawet sobie specjalną kartkę kilka dni wcześniej przygotowałam), ale mam nadzieję, że święta minęły Wam wszystkim w miłej, rodzinnej, serdecznej atomasferze i … że nie macie wyrzutów sumienia po świątecznym obżarstwie jak ja 🙂 (pierwsze normalne ciasto po pół roku diety Dukana! :D)

Poczta Polska zaskakuje… tym razem na plus :)

To, że Poczta Polska działa jak działa i zbyt wielu fanów raczej nie ma, to wiadomo. Ja sama wielokrotnie psy wieszałam na tej instytucji, gdyż nawet lat mam mniej niż ilość paczek, jaką mi „zagubili” 😉

Dzisiaj jednak stało się coś, co przywróciło mi wiarę w PP. Z iHerba zamawiam od wielu miesięcy. Na 7 paczek jedna do mnie nie dotarła (paczki są nierejestrowane). Kilka tygodni temu robiłam dość spore zamówienie (ok.100$) i wtedy postanowiłam nie ryzykować i opłacić przesyłkę rejestrowaną. Jednakże płacenie 130 zł za przesyłkę do najprzyjemniejszych nie należy, tak więc gdy okazało się, że olejek, jaki stamtąd zamawiam w ekspresowym tempie mi się kończy, postanowiłam złożyć kolejne zamówienie.

Tym razem na mniejszą kwotę, bo ok. 40$. I tak sobie pomyślałam, że jednak płacenie drugie tyle za wysyłkę jakoś średnio mi odpowiada, więc postanowiłam zaryzykować i wzięłam najtańszą opcję, czyli paczkę nierejestrowaną. Pomyślałam sobie, że jeżeli nie dotrze, to trudno, 40$ jakoś przeboleję, a po prostu odtąd będę zamawiać tylko rejestrowane (z bólem serca).

I tak minęły ponad 3 tygodnie. Kilka dni temu postawiłam krzyżyk na tym zamówieniu i nawet miałam w piątek (pojutrze) usiąść na spokojnie i zamówić wszystko raz jeszcze. Tym większe było moje zdziwienie,  gdy dzisiaj o 9- tej rano zapukał do mnie listonosz. Tak, listonosz z Poczty Polskiej (mimo iż do tej pory wszystkie paczki z iHerba kurier mi dostarczał). I wręczył mi nierejestrowaną, dość ciężką paczkę (szczęśliwa, że w ogóle dotarła, nie będę się czepiać już jej estetyki…)

Nie wiem, być może to zasługa mojego nowego, genialnego listonosza, jaki pracuje u nas od niedawna (bo nagle wszystkie paczki zaczęły dochodzić, chłopak biegnie na górę i wszystko dostarcza mi osobiście, nic nie upycha na siłę do skrzynki), czy czegoś innego, ale jestem w ciężkim szoku, że tak ciężka paczka, wysłana nierejestrowaną przesyłką trafiła do mnie bez problemu.

Zamówienie oczywiście jak zwykle zapakowane w kartonik, potem w folię, a każdy produkt jeszcze dodatkowo zabezpieczony taśmą klejącą, żeby się nic nie wylało (co prawda ja później zawsze mam problem z odklejeniem tej taśmy, bo się potrafi rwać na kawałki, ale wolę się bawić odrywając ją niż miałoby wszystko pływać w np. wylanej odżywce do włosów)

A swoją drogą, nadal mnie dziwi, jaką trasę pokonują paczki z iHerba i dlaczego są przepakowywane;) Opakowuje chyba ponownie DHL, bo ichniejsza naklejka widnieje na paczce. Sam sposób ponownego zapakowania pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że nic się nie wysypuje. Do tego ta tajemnicza pieczątka „priorytet” 😀 I czemu niektórym przynosi listonosz, innym kurier, innym InPost, a jeszcze inni dostają awizo i muszą się sami gdzieś pofatygować . U mnie do tej pory był to kurier, który w dodatku nie żądał ode mnie podpisywania niczego, nie musiałam kwitować odbioru (dziwne, prawda?), natomiast dzisiaj po raz pierwszy paczkę dostarczyła mi Poczta Polska w osobie Pana Listonosza 😉 Nie rozumiem z tego nic, ale w sumie nie jest to dla mnie jakoś szczególnie istotne, tak długo, jak długo paczki otrzymywać będę …

Oto szybki przegląd tego, co zamówiłam 😉

  • Aubrey Organics, Sparkling Mineral Water, Herbal Complexion Mist, 4 fl oz (118 ml) czyli mgiełka do twarzy z ziołowymi wyciągami. Moja druga buteleczka, bo może nie jest to niezbędnik, ale używam jej do spryskiwania podkładu po jego nałożeniu. Świetny skład, niedrażniący zapach, leciutko nawilża i odświeża skórę i co najważniejsze, nie podrażnia, nie zapycha. No i kosztuje niecałe 7$ 🙂

  • Giovanni, Nutrafix Hair Reconstructor, 6.8 fl oz (200 ml) czyli organiczna odżywka do włosów, mocno regenerująca (zwłaszcza uszkodzenia spowodowane różnymi chemicznymi procesami takimi jak farbowanie, a także niwelująca uszkodzenia powstałe na skutek używania wyskiej temperatury (suszarki, prostownice, lokówki). Co prawda ani nie farbuję włosów, ani nie używam prostownicy, lokówki ani nawet suszarki do włosów, ale opinie były tak zachęcające, że postanowiłam spróbować, zwłaszcza, że kilka produktów Giovanni, które wcześniej miałam okazję używać, okazało się całkiem niezłymi.

  • Crystal Body Deodorant, Mineral Deodorant Body Spray, Chamomile & Green Tea, 4 fl oz (118 ml)zakupiłam raczej z ciekawości 🙂 W temacie dezodorantów od wielu miesięcy (a może i lat nawet) jestem wierna jednej kombinacji Etiaxil jako ochrona i Nivea z Happy Time (jestem uzależniona od tego zapachu i po 2 czy 3 latach używania balsamów, żelu pod prysznic i dezodorantu wciąż podoba mi się tak samo; zapach jest jedynym atutem dezodorantu Nivea, jego działanie pozostawia wiele do życzenia, ale z racji tego, że ochronę zapewnia mi Etiaxil, to i tak kupuję ten dezodorant 🙂 ). Natomiast ten zakupiłam właściwie jako coś, co miałam na swojej bardzo, bardzo długiej liście z iHerba 😉 I skuszona oczywiście dobrymi ocenami.

  • Better Botanicals, Herbal Hair Oil, 4 fl oz (118 ml)„sprawca” mojego ponownego zamówienia z iHerba, czyli świetny olejek do włosów. Mój poprzedni skończył się w błyskawicznym tempie, ale to nie dlatego, że jest tak mało wydajny (wręcz przeciwnie), ale dlatego, że porozdawałam go w ilościach całkiem sporych, a buteleczka ma tylko niecałe 120 ml. Może nie należy do najtańszych olejków do włosów, ale za jego działanie wybaczam mu wszystko (nawet to, że muszę bardzo uważać, żeby nie dotknąć włosami z tym olejkiem do twarzy, gdyż natychmiast wyskakują w tym miejscu mi krostki; oczywiście ten problem natychmiast znika po związaniu włosów). A sam olejek jest świetny – bardzo intensywnie nawilża, głęboko odżywia, pozostawia włosy mięciutkie, gładkie, błyszczące i zdrowo wyglądające. Jeden z lepszych olejków do włosów jakie znam (nawet biorąc pod uwagę moje ulubione czyli Sesę, Heenarę i Bhringraj)

Tyle na szybko, niebawem bardziej szczegółowe recenzje (słowo „niebawem” w moim znaczeniu ma nieco inne znaczenie ostatnio 😀 Ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mam całą masę produktów do testów, a twarz i włosy, na których mogę to próbować i używać – tylko w pojedynczym komplecie 😉 – stąd też obecnie mam więcej kosmetyków, których recenzji jeszcze nie zrobiłam, niż dni w roku chyba 😉  Czego jak czego, ale materiałów do opisywania na pewno mi przez długi czas nie zabraknie. Gdyby tylko doba miała jeszcze trochę więcej godzin 😉

Nietypowo, bo o … ziołach ;)

Dzisiaj dość nietypowy post, ale jako iż koniec marca zbliża się nieubłaganymi krokami, a nadal nie mogę się doszukać jednoznacznej i wiarygodnej  informacji na temat zakazu sprzedaży ziół, jaki ma zacząć obowiązywać z pierwszym dniem kwietnia, to postanowiłam sprawdzić i dowiedzieć się więcej.

Kilka tygodni temu na blogu Mydlanej Królewny znalazłam informację,  która w pierwszej chwili wydała mi się całkiem absurdalna i niemożliwa, ale im bardziej się zagłębiałam w ten temat,  im więcej przeczytałam artykułów i wpisów temu poświęconych, tym bardziej upewniałam się, że granice absurdu  musiały zostać maksymalnie przesunięte, skoro takie sytuacje w ogóle mogą mieć miejsce.
Camomilephoto © 2010 Mike G | more info (via: Wylio)
TU znalazłam informację o tym, że 1 kwietnia (i to nie jest żart prima aprilisowy, choć na taki może wyglądać) w całej Unii Europejskiej zaczyna obowiązywać bezwzględny ZAKAZ SPRZEDAŻY ZIÓŁ. Do tej pory w każdym sklepie zielarskim, czy nawet zwykłym markecie można było bez problemu zakupić zioła, które wszyscy znamy i z powodzeniem stosujemy (rumianek, melisa, mięta). Okazuje się jednak, że koncernom farmaceutycznym udało się przeforsować swój pomysł (czyli – zwiększenie zysków poprzez wyeliminowanie ziołolecznictwa) i dyrektywa w sprawie tradycyjnych ziołowych produktów leczniczych (THMPD) jednak zacznie obowiązywać (mimo tego,że została ona zgłoszona do rewizji sądowej; jakie jednak są jej dalsze losy- tego nie udało mi się dowiedzieć)

Co to będzie oznaczać w praktyce? Tak naprawdę nie wiadomo, bo informacje, jaki znalazłam w sieci często są zupełnie sprzeczne, natomiast jasnym jest, że aby takie zioło jako lek można było wprowadzić do obrotu, musi ono spełnić takie same wymagania jakie stawiane są farmaceutykom, lekom i preparatom leczniczym dostępnym w sprzedaży. I nie ma tu znaczenia ani charakter ziół, ani fakt, że z powodzeniem stosowane są one od wielu, wielu lat w prawie każdym domowym gospodarstwie. Bo któż z nas nie ma w domu herbaty miętowej, rumianku czy melisy? Wprowadzenie zaostrzeń jednak będzie związane z ogromnymi kosztami i procedurami, jakie będą musiały być spełnione, by dany preparat ziołowy czy też same zioła, mogły być dostępne w sprzedaży.

Co prawda znalazłam informacje o regule 30 lat, która dopuszcza do sprzedaży zioła, jeżeli od 30 lat stosowane są z udokumentowanym bezpieczeństwem i braku negatywnych skutków dla zdrowia (z czego 15 lat musi być na terenie UE), jednakże zamyka to przecież drogę wszelkim innowacyjnym mieszankom, które pojawiły się stosunkowo niedawno, bądź też miały szansę się pojawić. I w tym przypadku również wymagane będą testy stabilności farmaceutycznej (!).

Zakaz dotyczy, z tego, co się zorientowałam, jedynie SPRZEDAŻY, więc za posiadanie w domowym ogródku mięty, nagietka czy szałwii konsekwencji nikt wyciągać nie będzie i nic nam nie grozi.

Czy jakieś konsekwencje tego będzie można zauważyć również w kosmetyce? Co z nagietkiem, arniką, krwawnikiem i ogromną ilością innych, mniej lub bardziej popularnych ziół stosowanych w pielęgnacji w różnych mniej lub bardziej złożonych preparatach? Żeby zdobyć nagietek niezbędny do własnoręcznego zastosowania w naparach, maseczkach czy hydrolatach trzeba będzie samemu go sobie w ogródku wyhodować, skoro kupić nie będzie można? Co prawda, i tu niech ktoś mnie poprawi, jeżeli się mylę, wydaje mi się, że zaostrzenia mają dotyczyć głównie mieszanek ziołowych, produktów na bazie ziół, a nie pojedynczych ziół, ale i samo to wydaje mi się zupełnie absurdalnym pomysłem.

Niech mnie ktoś oświeci, bo czytam i czytam i jedna strona znaleziona w sieci zaprzecza drugiej. Informacje, są tak sprzeczne, że już sama nie wiem, co jest prawdą, a co nie.

Jeżeli macie jakieś rzetelne informacje dotyczące tego zagadnienia, bardzo proszę, podzielcie się nimi, gdyż to, co do tej pory czytam, brzmi zbyt przerażająco, by mogło być prawdziwe. Może komuś udało się ten temat zgłębić nieco dokładniej i okaże się, że to jednak tylko odległa, straszna wizja tego, co może się stać, jeżeli koncerny farmaceutyczne nie pozostawią nam żadnego wyboru odnośnie sposobu, w jaki chcemy leczyć nasze dolegliwości… I że 1 kwietnia spotkają nas jednak inne bardziej zabawne żarty niż ten o którym mowa powyżej.

PS. informacje tu zawarte nie stanowią wiarygodnego źródła informacji i proszę nie traktować ich jako coś sprawdzonego. W odróżnieniu do innych postów na moim blogu, gdzie staram się na ogół rzetelnie sprawdzać wiarygodność cytowanych przeze mnie źródeł, stwierdzenia tu zawarte są efektem lektury sprzecznych informacji, z jakimi się spotkałam 😉

zdjęcie użyte w tym poście pochodzi z zasobów grafiki wylio.com (zdjęcie na licencji CC, z możliwością wykorzystania go z zachowaniem wymogów podania źródła)

Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉