Stay with me czyli dowód na to, że warto czasem dać drugą szansę…

Niedawno pisałam o tym, jak bardzo rozczarowana byłam zakupem pomadki All About Cupcake i jak bardzo nie lubię jej na swoich ustach. Jeszcze wcześniej pisałam o niezbyt zadowalającym mnie zakupie błyszczyka Catrice. I to nic, że obiecałam sobie, że koniec kupowania czegokolwiek z tych dwóch marek (większość zakupów do tej pory nie należała do udanych). To nic, że ja nie przepadam generalnie za malowaniem ust… Faktem jest, że gdy okazało się, że w mojej Naturze pojawiła się w końcu (!) szafa Catrice dopadłam do niej z nadzieją znalezienia czegoś ciekawego. Co prawda z Catrice nabyłam tylko tusz (o nim wkrótce), ale za to w moje łapy wpadł błyszczyk, który wrzuciłam do koszyka zupełnie bez przekonania… I jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że … to pierwszy kosmetyk Essence, którego nie wrzucę do pudła zapomnienia od razu po zakupie (no, może drugi – pierwszy to nieodżałowany AOH, który z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu kiedyś oddałam :D)

Mowa o :

Essence Stay With Me Longlasting Lipgloss w odcieniu 05 I LIKE COTTON CANDY

Stojąc przed szafą Essence jedynym kosmetykiem, jaki wpadł mi w oczy był właśnie ten błyszczyk. Co prawda odcień nie należy do gamy moich ulubionych (zdjęcie jest nieco przekłamane, błyszczyk ma ciut ciemniejszy i bardziej przydymiony odcień, bardziej podobny do tego zdjęcia niżej), ale pozostałe były jeszcze bardziej nie w moim typie. Czemu go więc wzięłam? Przysięgam, że pojęcia zielonego nie mam, co mną kierowało 😀 Chyba tylko ciekawość..

W każdym bądź razie wybrałam odcień I like cotton candy i już w samochodzie nie wytrzymałam i się nim maznęłam. Pierwsze wrażenie – a co to za śmieszny aplikator? Okazało się jednak, że mimo mojej nieufności do takiego kształtu, po kilku dniach malowania się nim stwierdzam, że go lubię 😉 Smak i zapach oczywiście chemiczne, ale nawet jakoś specjalnie mnie nie drażnią, choć osobiście wolałabym, żeby był pozbawiony i smaku i zapachu. Błyszczyk jest dość gęsty, ale o dziwo, nie klei się. Pokrywa usta dość intensywną taflą błyszczącego koloru (ale bez drobinek i innych błyskotek), który po chwili dość mocno osiada na ustach i to w taki sposób, że nawet ja, która niezbyt przepada za uczuciem pomalowanych ust, nie czuje się źle z tym błyszczykiem. Kolor po jakimś czasie na moich ustach "normalnieje", lekko się uspokaja, a potem znika równomiernie, bez zbierania się w kącikach czy wchodzeniu w bruzdy i inne miejsca.

"Supertrwałym" bym go raczej nie nazwała. Trwałość moim zdaniem taka, poniżej jakiej żadne mazidło do ust schodzić nie powinno. Bez picia i jedzenia – około godziny, potem zaczyna stopniowo zanikać.

Na moich ustach odcień I like cotton candy wygląda tak: (pierwsze zdjęcie tuż po nałożeniu, drugie – 40 minut później)

(tych zdjęć nie można powiększyć – oszczędzę Wam zbliżeń moich podpuchniętych i zaczerwienionych oczu po testach nowego kremu pod oczy)

i kilka zbliżeń (każde zdjęcie można obejrzeć w powiększeniu klikając na nie, żeby zobaczyć, jak błyszczyk "układa" się na ustach)

Ogromnie żałuję, że gama kolorystyczna tych błyszczyków jest tak dziwna, bo z pewnością skusiłabym się na kilka jeszcze innych odcieni. Choć niewykluczam, że przy najbliższej wizycie w Naturze nie wpadną do mojego koszyka pozostałe odcienie, tylko po to, żeby przekonać się, czy któryś z nich przypadkiem nie wygląda na moich ustach lepiej niż się spodziewałam 😉

Minusy : zawiera karmin, uboga gama kolorystyczna, chemiczny smak i zapach, niespełniona obietnica producenta- "longlasting" ma dla mnie nieco inne znaczenie.

Ja w każdym bądź razie jestem dosć miło zaskoczona tym błyszczykiem, może dlatego, że byłam przekonana, że dołączy do podobnych, nieudanych zakupów 😉 Choć nie wywołał on we mnie dzikiej chęci wykupienia wszystkich dostępnych w mojej drogerii egzemplarzy w obawie, że kiedyś go zabraknie (choć gdyby miał inny odcień, to możliwe, że zakupiłabym 2-3 sztuki, żeby sobie leżały), to jest to chyba pierwszy błyszczyk, który nosić od czasu do czasu będę…

Cena: nie pamiętam, ale jakieś grosze, na pewno poniżej 10 zł (poprawię tą informację, gdy dowiem się dokładniej, ile kosztował)

Yves Rocher i The Body Shop.. I dlaczego jestem inna :D

Zdaję sobie sprawę z tego, że czytanie o zakupach z iHerba dla niektórych może wydawać się tematem kompletnie z innej bajki i wiem, że część z Was woli zakupy, których możemy dokonać stacjonarnie, bez konieczności znajomości chociażby podstaw języka angielskiego, bez konieczności udzielania limitu zaufania zagranicznym sklepom, bez konieczności posiadania karty kredytowej/Paypala. Niestety, oferta kosmetyków organicznych/naturalnych/o przyjaznych składach na naszym rynku wciąż jest dużo, dużo uboższa niż za granicą (a jeżeli już, to często ceny nie zachęcają do eksperymentowania), stąd też ja częściej kupuję jednak zagranicą niż u nas. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się wejść do sklepu i kupić czegoś, co jest dostępne na każdym kroku.

Oto dowód:

Dzisiaj szybka recenzja ostatnich moich zakupów:

  • Yves Rocher żel pod prysznic i do kąpieli 400 ml o zapachu kokosa. Myślę, że tu nie trzeba się rozpisywać i podejrzewam, że każda z nas miała kontakt z żelami YR. Nic specjalnego, szału nie ma, ale na tyle przyzwoite, by móc sięgnąć po jeden z naszych ulubionych wariantów zapachowych. Kokosa akurat bardzo lubi moja córka, więc to właściwie jej zakup 🙂 Przyjemnie pachnie (aczkolwiek to wersja tylko dla amatorów kokosowych aromatów, na pozostałych może działać migrenogennie), fajnie się pieni, tani, wydajny, łatwo dostępny, nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego… Cena 15 zł / 400 ml.
  • Yves Rocher mleczko do ciała z wanilią z upraw biologicznych. Zakup w ciemno, bez wąchania, co okazało się niezbyt miłe w skutkach 🙂 Owszem, nie da się zaprzeczyć, ze to wanilia, a ja wanilię lubię, ale ta tutaj jest dla mnie zbyt nachalna, zbyt atakująca zewsząd, zbyt osaczająca i żyć niedająca 😉 Samo mleczko jak mleczko, nawilża dość przyzwoicie, wchłania się szybko, nie zostawia klejącej ani tłustawej warstwy. Zdecydowanie wyklucza używanie jakichkolwiek perfum, gdyż zapach utrzymuje się kilkanaście godzin na skórze i jest wyczuwalny nawet przez otoczenie. Początkowo nawet przyjemnie mi się go używało, ale po kilku razach poddaję się… Co za dużo, to niezdrowo 🙂 Cena ok. 20 zł / 14 ml. Oczywście jak w przypadku wszystkich większych opakowań YR, tak i tutaj bardzo pomocne jest dokupienie pompek, gdyż balsam mimo lekkości jest dość gęsty i wydobywanie go z butelki bez pompki do najprostszych chyba nie należy 🙂
  • The Body Shop Almond Shower Gel – żel pod prysznic o zapachu migdałowym. Nie wiem, co ja mam ostatnio z tym migdałem.. Właściwie to nigdy migdałowych zapachów nie lubiłam, a ostatnio jakoś podejrzanie dużo migdałowych aromatów wokół mnie (nawet żel do skórek CND SolarOil pachnie migdałami, o kremie do rąk Phenome nie wspomnę). Ale do rzeczy – chwyciłam zupełnie bez przekonania, właściwie chyba tylko dlatego, że tej wersji zapachowej kosmetyków TBS jeszcze nie znałam, zawsze jakoś szerokim łukiem omijałam. Migdałowy pachnie po prostu migdałem. Takim jak powiniem.. Przyjemny, zużyję bez wysiłku, może kiedyś się nawet jeszcze skuszę 😉 Jakościowo – jak wszystkie żele TBS, nic do zarzucenia. Cena, aktualnie w promocji – 12 zł!

(tak wygląda olejek do skórek, o którym wspominałam)

  • Yves Rocher mydło jeżynowe – kolejny zakup mojego dziecka. Ona po prostu z jakiegoś dziwnego powodu lubi te mydła i woli je od żeli pod prysznic. Cóż, tanie, duże, przyjemnie pachnące – niech sobie używa 😉 Cena ok. 7 zł.
  • Kostki zapachowe do kąpieli YR – również zakupy bardziej pod kątem córki 🙂 Cena 4 zł za sztukę. Tym razem tradycyjnie już kokos i miód jako nowy wariant. Miód jest okropny – nie dość, że woda wygląda po prostu jak brudna (żółtawo- brązowy kolor), to jeszcze zapach nie do zniesienia. Duszący, nieprzyjemny. Zdecydowanie wersji z miodem więcej nie kupimy.

Tu postanowiłam zrobić małą przerwę, by oddzielić recenzję, którą sobie specjalnie zostawiłam na koniec. Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi i znowu wyjdzie, że jestem inna niż większość 😀 A dlaczego? Otóż dlatego, że zakupiłam pomadkę, która jest chyba jedną z najczęściej opisywanych ostatnio pomadek na blogach i mam kompletnie inne odczucia niż większość. Mowa o :

All About Cupcake Essence

Zastanawiałam się, jak opisać tą pomadkę. Moja opinia o niej jest tak skrajnie różna od tego, co czytam na innych blogach, że chcąc wyrazić szczerą opinię mogłabym kogoś niechcący obrazić… Napiszę w takim razie tylko tyle, że widocznie spodziewałam się cudu za parę groszy i miałam nie wiadomo jakie oczekiwania co do jej jakości, gdyż innego wyjaśnienia na to, że cieszy się ona tak dużym powodzeniem nie znajduję 😉 Dla mnie nie tylko opakowanie jest niesamowicie tandetne (ale ok, rozumiem, cena), ale i sama pomadka jakością nie grzeszy. Sztuczny, cukierkowy zapach, nierówno rozkładająca się na ustach, kolor, który przy mojej skórze wygląda bardzo niefajnie (żeby nie określić tego dosadniej), zero trwałości. Nawet mój TŻ, który o pomadkach nie ma zielonego pojęcia, gdy zobaczył ją u mnie gdy próbowałam zrobić jej zdjęcie na moich ustach skomentował to stwierdzeniem "czy my aż tak źle z kasą stoimy?" 😀 No cóż, widocznie jestem po prostu za stara na takie pomadki, ale uwierzcie mi – na moich ustach wygląda naprawdę fatalnie…U mnie zdecydowanie widać, ile kosztowało to, co mam na ustach, gdy pomaluję się All About Cupcake 😉

Dowód? Proszę bardzo 🙂 Pamiętajcie, że aparat zżera kolory i ten róż na żywo u mnie jest jeszcze bardziej … wyrazisty 🙂 Ja myślę, że to kwestia głównie koloru wyjściowego moich ust i faktu, że pomadka nie jest kryjąca. I z tego utworzył się taki niezbyt fajnie wyglądający mix kolorystyczny.

 

Jedyny sposób na nią, to naniesiona lekko palcem i delikatnie wklepana (tak właśnie nałożona została na zdjęciu obok – zdjęcie z lampą, więc nieco przekłamany kolor). Wtedy wygląda w miarę… Nie "dobrze", ale w granicach tolerancji. Ale i tak znika po chwili, a ja bawić się nie zamierzam. Widocznie nie dla mnie ona -znam bardziej trafione kolorystycznie odcienie dla mnie i ten raczej do nich nie należy 🙂 A wiem, że AAC potrafi wyglądać na ustach zupełnie inaczej, bo widziałam 🙂 Co prawda nie na żywo, bo koleżanka, która zakupiła razem ze mną tą pomadkę również machnęła ją do kosza mając o niej takie samo zdanie, ale na zdjęciach na innych blogach potrafi wyglądać naprawdę kusząco…

U mnie niestety wygląda tak, jak na zdjęciu z bloga Fashionvictim – widać, jak nierówno jest rozłożona, jak podkreśla suche skórki, jak nieładnie pokrywa usta smugami, a nie jednolitą taflą koloru 😦 Spróbuję zrobić lepsze zdjęcie i pokazać w zbliżeniu, ale coś aparat odmawia mi współpracy przy makro ostatnio i mimo zrobienia dziesiątek zdjęć, ani jedno nie nadaje się do pokazania (wszystkie są zbyt mało ostre)

Famous Flamingo czyli ogromne rozczarowanie Essence

Raz na jakiś czas umieszczam recenzje kosmetyków, które z minerałami albo naturalnością mają niewiele wspólnego. Dzisiaj padło na Essence. Kilka tygodni (a może to już miesięcy? nie pamiętam, szczerze mówiąc), w drogeriach pojawiła się limitowana edycja Essence Return To Paradise. Mi w oko wpadła tylko jedna pozycja z tej serii – rozświetlający puder w pudełeczku wzrorowanym (żeby nie nazwać tego dosadniej) na Beneficie i jego kosmetykach. Nie ukrywam, że wygląd opakowania ma dla mnie duże znaczenie i choć nie jestem pewna swoich odczuć co do "wzorowania się" na innych markach (jak np. E.L.F. na NARS-ie, czy ostatnio NYX na Too Faced), to pudełko jednak moją uwagę zwróciło.

Gdy już się go naszukałam (bo oczywiście w mojej Naturze cała limitowanka została przebrana w ekspresowym tempie) i wpadł w moje łapy, szczęśliwa pognałam z nim do kasy.

I tyle było mojego szczęścia. Już po pierwszym teście paluchem wiedziałam, że chyba się nie polubimy jedak. Rozświetlacze lubię, bardzo nawet. Pod warunkiem jednak, że są kompletnym przeciwieństwem tego pudru 😦

Pewnie się narażę wielu fankom tego rozświetlacza, ale jak dla mnie ten kosmetyk to totalne nieporozumienie (choć nie spotkałam się z żadną negatywną opinią na jego temat na wizażu :D, wręcz przeciwnie, gdzie się nie obejrzę, to wszędzie same pieśni pochwalne na temat tego kosmetyku. Gdyby podrabiano Essence, byłabym pewna, że nabyłam podróbę 🙂 )

Mało tego, na wszystkich blogach czytałam jego pozytywne recenzje. Więc widocznie kolejny potwierdzam to, co już kiedyś pisałam – jeżeli wszyscy dookoła coś zachwalają, to ja powinnam się trzymać od tego z daleka. Na bank się u mnie nie sprawdzi 🙂 Moja skóra jest widocznie inna niż reszty świata 😛

Przede wszystkim konsystencja – kosmetyk jest dość luźno sprasowany (co z pewnością wpłynie na jego wydajność, ale ja tego nie sprawdzę, bo zaraz pewnie znajdzie nowy dom;) ) i przez to przy próbie nabrania go używanym przeze mnie pędzlem typu duo fibre (Lumiere) pyli i fruwa dookoła. Zdecydowanie lepiej sprawdza się tu inny rodzaj pędzla – bardziej zbity i gęstszy. Po nałożeniu na moją skórę nie wygląda dobrze. Nie stapia się ze skórą, nie chce ładnie osiąść, nie daje ładnego efektu glow, a jedynie widoczne (choć dość drobne) brokacikowe błyskotki, które może nie dają tandetnego efektu bombki choinkowej, ale z pewnością daleko im do subtelnego rozświetlenia. Ciężko mówić też o stopniowaniu intensywności w przypadku tego pudru, gdyż próba nałożenia kolejnej warstwy kończy się katastrofą… Jedna, nałożona bardzo lekkim ruchem wygląda znośnie (choć w moim przypadku niewidocznie niemalże) i jestem w stanie uwierzyć, że może się podobać. U mnie jednak ta lekka warstwa jest na tyle niezauważalna, że kompletnie bez sensu jest używanie tego .. no właśnie, czego? różu? pudru? rozświetlacza?

Być może, gdyby był opisany jako róż, moja ocena nie byłaby tak surowa. Bo w przypadku jasnych karnacji jako róż wygląda nieźle. Naprawdę nieźle. Ale jeżeli na pudełku widzę "shimmer powder", to niech to będzie rzeczywiście puder rozświetlający, a nie róż. Bo jasnoróżowych róży nie lubię i już 😉

 

Brwi… temat rzeka ;)

O brwiach mogłabym pisać i pisać. To mój słaby punkt i coś, co przyprawia o wściekłość za każdym razem, gdy próbuję ten temat ugryźć.

Lata wyrywania brwi ( ok.15 lat takiego traktowania) i nadawania im kształtu cienkich nitek nie przeszły bez echa. Zostawiły po sobie pamiątkę w postaci lichych, sterczących w różne strony brwi, które choćbym na uszach stawała, za nic nie chcą rosnąć.

Kuracje, jakie im zafundowałam kosztowały mnie już tyle, że nawet boję się podliczać. I co? Nic. Kompletnie nic. Próby z olejkiem rycynowym pieczołowicie wsmarowywanym w brwi ( i rzęsy przy okazji) przez długie miesiące, chyba większość dostępnych na rynku odżywek (od Pierre Rene, Celię i Oriflame zaczynając, na kapsułkach Gal kończąc), w akcie desperacji nawet po wspominany na LU Atrederm (!) sięgnęłam. O Talice, RefectoCilu  i innych wynalazkach nawet nie wspomnę. I choć czasem coś tam w tym temacie zaczynało się dziać, brwi jakby zaczynały kiełkować, to jednak w pewnym momencie zaliczałam STOP i ani mm więcej. W najlepszym wypadku coś tam urosło, ale raczej jakieś pojedyńcze kiełki i nie w tym miejscu,w  którym bym sobie tego życzyła. I tak jest do dzisiaj …

Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z tym, że marzenie o pięknych łukach brwiowych może się nigdy u mnie nie spełnić. I choć Matka Natura nie była dla mnie łaskawa w tym temacie, to na co dzień staram się ją delikatnie oszukiwać.

I tu z pomocą przychodzą mi :

Cienie i inne kosmetyki do brwi

Oczywiście zanim zaczęłam używać mineralnych proszków przeszłam przez te tradycyjne, dostępne w drogeriach i nie tylko. Do moich ulubionych należały m.in.

(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tym zestawieniu pochodzą ze stron producentów i nie są moja własnością)

 

Sephora Eyebrow Palette – paleta do brwi z dwoma odcieniami brązu i woskiem do układania (niestety, została chyba wycofana, bo już dawno jej nie widziałam w Sephorze). Używałam tylko ciemniejszego odcienia. Wosk kompletnie nieprzydatny dla moich cienkich nitek był 🙂

Essence Eyebrow Stylist Set (Zestaw do stylizacji brwi). Koszmarne opakowanie, koszmarny pędzelek, koszmarna jakość wykonania (opakowanie rozleciało się w pierwszym tygodniu użytkowania). Na plus- ciemniejszy odcień brązu bez wybijających się czerwonych tonów, cena, dostępność.

The Body Shop Brow & Liner Kit – długo był moim ulubieńcem. Cienie osadzały się na brwiach a nie na skórze, więc efekt był bardzo naturalny, przyjemne, estetycznie wykonane i dość trwałe opakowanie z lusterkiem, wybór odcieni (dostępne były chyba 3 albo 4 zestawy, dokładnie już nie pamiętam).

Hmm… Właściwie to… zatęskniłam za nim, gdy już sobie o nim przypomniałam znowu 🙂

Oriflame Brow Perfection Gel (żel upiększający brwi) – zużyłam chyba z 5 sztuk tego żelu. Bardzo ładnie podkreślał brwi jednocześnie je układając, ale  nie sklejając ich, odcień bez grama czerwieni, łatwy w aplikacji (jedno machnięcie szczoteczką i gotowe). Niestety, największym problemem dla mnie była wydajność – przy codziennym użytkowaniu po 3 jego jakość zaczynała się pogarszać i musiałam wymieniać na nowy. A czekanie i zamawianie z katalogu to było ponad moją cierpliwość 😉

Potem nastała ERA MINERAŁÓW 😉 i oczywiście poszukiwania idealnego cienia do brwi w tej kategorii. Oj, nie było łatwo. Przetestowałam naprawdę wiele. Naprawdę. I większość była albo za ciemna, albo za jasna, albo zbyt intensywna, albo znowu za mało wyrazista, za ruda, za szara…

Na szczęście udało mi się znaleźć ideał w tej kategorii. O nim jednak w kolejnej części tego posta. Tam również znajdzie się to, co zostało mi w domu po testach i poszukiwaniach i co ostało się tylko dlatego, że takich odrobinek proszku nie wypadało nikomu oddać, a wyrzucić… jakoś szkoda ;), albo dlatego, że do mnie za bardzo nie pasują, ale zdarza mi się malować inne osoby i dla nich akurat są jak znalazł 🙂

Zapraszam jutro 🙂 Zdjęcia mam zrobione, z tym że muszę je obejrzeć w świetle dziennym i sprawdzić, czy w miarę wiernie oddają rzeczywiste odcienie 🙂

Jutro więc – post CZYSTO MINERALNY 🙂 A w nim – cienie do brwi MEOW, Lucy Minerals, Everyday Minerals, Silk Naturals.

W skrócie

Jak wiecie, z regularnym pisaniem na blogu mam spore problemy. Nie dlatego, że mi się nie chce, nie dlatego, że nie lubię, nie dlatego, że nie mam o czym. Wręcz przeciwnie. Ale przeszkodą jest zwykły brak czasu i często muszę wybierać między tym, co zrobić powinnam, a tym, co zrobić chciałabym.

Wiem, że piszecie do mnie sporo maili, przepraszam, że nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Za wszystkie dziękuję i w miarę możliwości staram się odpisywać.

Bardzo często w Waszych mailach pojawiają się pytania o to, czy planuję jakieś giveawaye z okazji osiągnięcia jakiejś tam liczby obserwatorów czy wyświetleń bloga. Hmm… Tu pojawia się dość delikatna kwestia. Nie chciałabym nikogo  urazić, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem całą tą modę na tego rodzaju akcje polegające na tym, że żeby wziąć udział w konkursie, należy obserwować bloga, dodać link w blogrollu i inne rzeczy.

Ale  ja pewnie za stara jestem na takie coś (i z promowaniem samej siebie zawsze też byłam lekko na bakier, a zazdroszczę ogromnie tym, którzy potrafią to robić. Szczerze i bez ironii. Naprawdę. Tylko, że ja tak nie umiem. Ale przeciwko takim akcjom nie mam zupełnie nic, tylko ja się do tego nie nadaję )  Tym bardziej cieszy mnie fakt, że 100 osób obserwuje mojego bloga dlatego, że po prostu chce to robić.

Dziękuję Wam bardzo :*

Mam za to inną wiadomość – niedługo na blogu  pojawi się konkurs sponsorowany przez jedną z mineralnych marek. Mam nadzieję, że znajdą się chętni, żeby wziąć w nim udział 😉 O szczegółach  poinformuję w odpowiednim czasie 🙂

A w nieco bliższej przyszłości, czyli plan na następny tydzień 🙂

Contradiction by Calvin Klein czyli recenzja kolejnych perfum ;)

Essence na mineralnym blogu?

Blog z założenia miał być miejscem, w którym umieszczam recenzje/ swatche mineralnych kosmetyków bądź produktów w kategorii "naturalna pielęgnacja".

Jednak prowadzenie dwóch blogów wymaga sporych zasobów wolnego czasu (a z tym u mnie kiepsko), więc postanowiłam połączyć dwa moje bogi w jeden. Sądząc po wynikach ankiety, w większości nie macie nic przeciwko temu, więc dzisiaj jeden z pierwszych wpisów zupełnie w innej tematyce.

(dla wyjaśnienia – http://www.mineralnekosmetyki.pl wciąż pozostanie miejscem, gdzie dominować będzie tematyka mineralno-naturalna i w tej kwestii nic się nie zmieni, natomiast od czasu do czasu pojawiać się będą recenzje innych używanych przeze mnie kosmetyków)

Dzisiaj coś, co jest dla mnie pewnego rodzaju nowością…

Z malowaniem paznokci u mnie tak, jak z malowaniem ust – jakoś nie bardzo 🙂 Ani kształt pazurów nie skłania do ich eksponowania, ani dłonie niekoniecznie ku temu stworzone, a i talentu w tej kwestii brak. A gdy dodamy jeszcze do tego lenistwo w temacie zajmowania się paznokciami, to właściwe mamy pełen obraz, jak wygląda u mnie ten temat.

Czasem jednak nachodzi mnie ochota, by coś z nimi zrobić i choć najczęściej kończy się to rzuceniem wszystkiego ze wściekłością (do dziś ani razu nie udało mi się tak spiłować paznokci, by miały jakiś przyzwoity kształt), wycinanie skórek, choć paskudne i zdecydowanie odradzane jakoś wydaje mi się niezbędne (nie jestem w stanie się przemęczyć i przez dłuższy czas ich nie tykać ;)), to czasem jednak coś tam na paznokciach noszę.

O turkusy, żółcie, czy błotniste barwy podziwiam na innych blogach, o tyle na swoich paznokciach dopuszczam głównie bezpieczniejsze odcienie. Lakier Essence (to nic, że przeznaczony do stóp 😉 ) jednak wzbudził moją ciekawość i dlatego też wylądował w koszyku.

Lakier do matowego wykończenia, również, z prostego powodu – zawsze mnie kusiło, by spróbować.

I tym  oto sposobem powstał zmatowiony catwalk pink (BTW – myślę i myślę i jakoś nie mogę odgadnąć, skąd taka nazwa dla tego odcienia)

Essence Show Your Feet – 11 Catwalk Pink

Catwalk pink to taki trochę kameleon. W zależności od oświetlenia, albo kąta padania światła widać w nim fioletowe,  niebieskie, śliwkowe, bordowe, a nawet fuksjowe tony dzięki drobinkom brokatu.

Aplikacja dość prosta, z tym, że konieczne są przynajmniej dwie warstwy.  I na tym właściwie koniec jego zalet.

U mnie wytrzymuje 1-2 dni i zaczyna odpryskiwać. Nie delikatnie ścierać się na końcach, ale odpryskiwać.

Moja ocena: 4/10

Essence Matt Top Coat czyli preparat matujący wcześniej nałożony lakier.


Matt Top Coat z Essence to produkt, który zakupiłam, przetestowałam i … raczej do niego nie wrócę. I właściwie nie wiem czemu, bo generalnie nie mam mu nic specjalnego do zarzucenia. Nakłada się przyzwoicie, nie smuży, dość szybko wysycha (testowałam jedną warstwę), matowi (ale nie uzyskujemy całkowitego matu, a raczej delikatną satynę; czytałam jednak, że przy dwóch warstwach efekt zmatowienia jest większy). Nie czuję się jednak dobrze z matowymi paznokciami i dlatego też pewnie nie wrócę do tego kosmetyku. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że jeszcze obniża trwałość lakieru. Na drugi dzień paznokcie wyglądają fatalnie i nadają się do zmycia.

Polecam tylko i wyłącznie do zabawy i eksperymentów 🙂

Cena ok. 7 zł.

Moja ocena : 5/10

(tak, mam krzywe palce 😛 Pamiątka po wczasach w Sanoku, gdy miałam kilka lat i wpakowałam paluchy w składany leżak …;/ )