Brzydkie błotko znowu na zdjęciach, czyli Glycolic Mud Facial Cleanser

Dzisiaj w roli głównej kolejny niezbyt ładnie wyglądający na zdjęciu produkt, czyli :

Glycolic Mud Cleanser by Raya (sprzedawany przez LureBeauty)

Jakiś czas temu przeszukując sieć w poszukiwaniu czegoś do demakijażu (ile można używać Camphor Souffle czy olejku z cromollientem? 😉 ) natknęłam się na dość zachwalany Volcanic Mud Cleanser firmy Bravura London.

(zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi ze strony http://www.bravuralondon.com/volcanic-mud-cleanser-100ml.html)

Opinie dość entuzjastyczne, skład (rozpatrywany  tylko i wyłącznie pod względem preferencji mojej skóry) całkiem przyzwoity, więc byłam bliska kliknięcia.

Cena 7,5£ za 100 ml.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie sprawdziła, czy gdzieś w sieci jest jeszcze dostępny w innej pojemności/cenie. Wyszukanie po nazwie niestety nie przyniosło żadnych wyników, natomiast sporym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że po wpisaniu w google składu wyskoczyła mi strona… LureBeauty.Tak, dokładnie tego samego LureBeauty, gdzie od dłuższego czasu robię zakupy.

(zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi ze strony http://lurebeauty.com/glycolic-mud-facial-cleanser.html)

Jak to się stało, że do tej pory nie skusiłam się na ten produkt? Nie mam pojęcia.

Okazuje się, że jest to kolejny z produktów, które rozmaite firmy sprzedają pod swoją marką (w tym przypadku ponownie, jak w większości produktów LureBeauty jest to RAYA Laboratories ®)

Słowo od producenta:

Glycolic Mud Cleanser to łagodny preparat do demakijażu o odpowiednim pH. Zazwyczaj polecany do skóry normalnej i suchej, a także dla osób z trądzikiem różowatym lub wrażliwą skórą. Jest wyjątkowo skuteczny dzięki złuszczającym właściwościom kwasu glikolowego i błota wulkanicznego połączony z aktywnymi składnikami roślinnych wyciągów.

Olej avokado użyty w tym produkcie jest doskonałym środkiem pielęgnującym skórę suchą, odwodnioną, starzejącą się dzięki jego właściwością głębokiej penetracji naskórka oraz zawartości kwasów tłuszczowych, protein, minerałów i witaminy E.

Preparat pozostawia skórę oczyszczoną i odświeżoną. Wyciąg z rumianku łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia skóry. Przy skórze wyjątkowo wrażliwej zalecana jest próba kosmetyku na niewielkiej powierzchni skóry przed użyciem na całej twarzy.

Skład : Aloe Vera Gel, Safflower Oil, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Diatomaceous Earth, Fullers Earth, Glycolic Acid and Sodium Glycolate (5%), Glycerin, Avocado Oil, Squalene, Lauroamphocarboxyglycinate and Sodium Trideceth Sulfate , Chamomile and Saponaria Extracts, Amino Acid Condensate, Avocado Oil, Wheat Germ Oil, Hazelnut Oil, Sesame Oil, Phenoxyethanol, Guar Gum, Sodium Hyaluronate, Natural Fragrant Oil, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.

Cena 11,99$ za ….ok. 240 ml.

 

Jako iż LureBeauty znam dobrze, wiem, czego mogę się po nich spodziewać (nie zawsze są to dobre rzeczy, jak np. brak reakcji w przypadku zaginionej paczki), a cena w stosunku do pojemności wypadła znacznie korzystniej, to zdecydowałam się zamówić z LB. Fakt, opakowanie jest wyjątkowo brzydkie (duże plastikowe pudełko), ale przy takiej różnicy w cenie (dla przypomnienia ok. 35 zł za 100 ml w sympatyczniejszym opakowaniu z pompką albo ok. 36 zł za 240 ml w paskudnym pudle) nie wahałam się ani chwili.

Moja opinia

Sam produkt na początku bardzo mnie rozczarował. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie rzadkiej, lejącej mazi, która w dodatku początkowo wydawała się być ogromnie mało wydajna. Choć rzadki on właściwie nie jest. Po prostu przez dłuższy czasu używałam Camphor Souffle również z LureBeauty (w identycznym pudełku) i on ma zdecydowanie bardziej zwartą konsystencję, więc trudno mi było się przestawić.  Po pierwszym użyciu klnęłam niesamowicie i byłam przekonana, że cały ten Mud Cleanser wyląduje w koszu przy następnym podejściu do niego. Nie dość, że nie zmył mi dokładnie całego makijażu, to jeszcze musiałam go sporo napakować, gdyż przyzwyczaiłam się do produktów, które jednak się pienią. Tu piany nie ma, więc wydawało mi się, że muszę go użyć więcej, by dokładnie oczyścić skórę.

Nie polubiliśmy się na początku zdecydowanie. Oj nie. Byłam naprawdę o krok od pożegnania się z nim, gdy przy którymś myciu okazało się, że moja skóra wygląda jakoś lepiej, efekty eksperymentów z podkładem (czyt. gule) goją się jakoś szybciej, a ja wcale nie muszę go używać aż tak dużo, by zmyć makijaż.  Nadal twierdzę, że przy pierwszym myciu nie usuwa dokładnie wszystkich zanieczyszczeń i konieczne jest przynajmniej dwukrotne a czasem nawet trzykrotne umycie twarzy, by pozbyć się resztek tuszu czy innych kosmetyków, ale myślę,  że warto.

Dlaczego? Ano dlatego, że gdy już się przyzwyczaiłam do jego nietypowości, to z czasem zaczęłam dostrzegać jego dobre strony (fakt, że zajęło mi to ponad 2 tygodnie, ale zawsze… 😉 ):

– naprawdę dokładne oczyszczenie skóry po 2-3 zmyciach

– brak najmniejszego nawet uczucia ściągnięcia, czy wysuszenia skóry (a u mnie w okresie zimowym o to nietrudno)

– po kilku tygodniach używania skóra wygląda zdecydowanie lepiej

– lekko zwęża pory, ale nie jest to efekt mega zauważalny (przynajmniej u mnie)

– i najważniejsza dla mnie zaleta – po 3 tygodniach używania prawie całkiem zlikwidował mi czarne kropki na nosie, z którymi walczyłam od wielu miesięcy. Za dokładne oczyszczenie porów (co nie udało się żadnemu z testowanych przeze mnie ostatnio kosmetyków) podwyższam mu ocenę o 2 punkty.

niska cena w stosunku do wydajności (na zdjęciu pudełko po prawie miesiącu codziennego używania!)

Raz albo 2 razy w tygodniu nakładam go na skórę nieco grubszą warstwą i traktuję jako maseczkę. Po pół godzinie zmywam (początkowo lekko piecze,  jednak nie jest to jakiś ogromny dyskomfort) . W tej roli spisuje się również całkiem dobrze.

Czy kupię ponownie?

Raczej TAK. Myślę, że gdy skończy mi się to pudełko, nabędę kolejne. Co prawda nie przebije mojego ulubionego produktu czyli Camphor Souffle (z tym, że ten z przesyłką kosztuje ok. 110 zł za taką samą pojemność), ale lubię go na tyle, by używać codziennie i rzeczywiście widzieć, że coś z moją skórą robi poza oczyszczaniem (podejrzewam, że to zasługa kwasu glikolowego, który co prawda nie jest w jakimś wysokim stężeniu, ale delikatnie i powoli swoje robi 😉 )

Może nie jest to mój HIT2010, polecam przynajmniej spróbować wszystkim tym, którzy lubią działanie kwasu glikolowego i nie są wrażliwi na niego (lub na aloes, gdyż ten jest wysoko w składzie).

A za to, że nie usuwa dokładnie tuszu punktów odjąć mu nie mogę, gdyż na opakowaniu wyraźnie pisze, by unikać kontaktu z oczami (kwas), więc do demakijażu oczu powinnam używać czegoś innego 😉

 

Moja ocena:

9/10

dopisano: zaprzestałam używania, gdyż jednak dobroczynne w moim przypadku działanie kwasu glikolowego w początkowej jego fazie zostało później zniwelowane przez glilcerynę, skwalan, olej avocado i szafranowy, które mi akurat nie służą. Nie obniżam ogólnej oceny, bo wszystko, co napisałam, rzeczywiście ten preparat u mnie robił. A że jestem w tej niewielkiej grupie osób, którym gliceryna szkodzi? Cóż, takie moje szczęście już 😉

Z racji tego, że znałam wcześniej jego skład i świadomie zdecydowałam się na używanie, to nie mogę obniżyć oceny za to, że jednak zgodnie z moim przewidywaniem, po jakimś czasie moja skóra zaczęła się z nim męczyć 😉

 

Reklamy

Wigilijny makijaż…

Dzisiaj w skrzynce mailowej znalazłam pytanie o to, jaki makijaż miałam wczoraj 🙂 No cóż, wstyd się przyznać, ale nie popisałam się makijażowo w tym jednym z najważniejszych dni w roku. W  tym roku postawiłam głównie na usta i na kolor na nich. Oczy maznęłam 3 odcieniami beżu, brązu, zgniłej zieleni.

Moja cera akurat miała nieco lepszy okres, gdy nie musiałam używać podkładu, więc twarz pokryłam jedynie pudrem matującym.

Do makijażu na zdjęciu wykorzystałam :

  • puder matujący Kaolin Powder Soft Bronze Everyday Minerals
  • róż E.L.F Cosmetics Blushing Rose (wraz z zimową porą wrócił do moich łask 🙂
  • cienie : Everyday Minerals Fresh (to raczej korektor niż cień- pod łukiem brwiowym i w wewnętrznym kąciku), Lover's Lane, cień zielony z paletki Urban Decay
  • brwi i dolna kreska – Lucy Minerals  Neutral Brow Powder
  • tusz Clinique High Impact
  • pomadka Silk Naturals Mirabelle plus błyszczyk Silk Naturals Lola
  • lakier do paznokci Wibo Extreme Nails (numer nie do odczytania, ale z pewnością znajdziecie ten odcień na blogu Sabbathy, bo tam go wypatrzyłam 😉