Matique. I kilka produktów…

Jakiś czas temu pisałam o sklepie Matique, od którego otrzymałam wraz ze swoim zamówieniem kilka produktów do testów.

Czas na ich opisanie, jako iż jestem już w stanie co nieco o nich napisać.

Zakupiłam:

Opisu produktu zaczerpnięty ze strony Matique:

Wyjątkowo delikatne, a jednocześnie niezwykle skuteczne połączenie mąki z brązowego ryżu, zmielonego hibiskusa oraz olejku eterycznego z geranium sprawia, że ta Złuszczająco Oczyszczająca Maseczka do Twarzy głęboko oczyszcza skórę.

Po prostu dodaj odrobinę wody do tego pachnącego proszku, a uzyskasz jednolitą dobrze wchłaniającą wodę pastę, która „wyciągnie” z Twojej skóry wszelkie zanieczyszczenia oraz niedoskonałości w czasie kiedy będzie zasychać.

Skład (na moim pudełku nieco dłuższy niż ten podany na stronie Matique) : Oryza Sativa (Rice) Powder, Hibiscus Sabdariffa Flower Powder, Pelagonium Graveolens Flower Oil, Citral, Geraniol, Linalool, Citronellol, Limonene.

czyli wciąż dość prosty.

Termin ważności : 24 miesiące od otwarcia opakowania (wytłoczony na pudełku to 10/2013)

Cena : 39 zł

Maseczka ma postać dość intensywnie pachnącego delikatnego proszku z wyczuwalnymi drobinkami. Instrukcja na opakowaniu (w języku polskim) sugeruje, by użyć jedną stołową łyżkę proszku, do którego należy dodać odrobinę ciepłej wody. Doświadczenie (użyłam maseczki już kilka razy) pokazuje jednak, że pełna łyżka stołowa to nieco zbyt dużo i za każdym razem z miseczce zostawała mi mała poracja rozrobionej maseczki, którą właściwie na siłę niejako próbowałam gdzieś upchnąć jeszcze na twarzy 🙂

Czytałam w recenzjach o pięknym zapachu tego kosmetyku. Cóż, o gustach się nie dyskutuje 😉 Dla mnie zapach jest właściwie jedynym minusem, jaki znajduję w tym produkcie. Nie jest brzydki, ale na tyle drażniący, by uprzykrzać mi stosowanie maseczki. Trudno mi go jednak opisać, gdyż wyczuwam tu zarówno nuty kwiatowe jak i dodatek czegoś kwaśnego, niezbyt miłego. Ale sądząc po recenzjach, jakie znalazłam w sieci, to zapach większości się jednak podoba 🙂 To pewnie kwestia mojego nosa tylko i wyłącznie 🙂

Maseczka po przygotowaniu ma postać dość gęstej papki w odcieniach spranego fiołka, bzu, lilaka, ale w cieplejszej tonacji niż na zdjęciu (zdjęcie z lampą błyskową). Aplikacja nie jest trudna, aczkolwiek maseczka nie ma kremowej postaci i nie rozprowadza się przyklejając do skóry. Po kilku minutach zasycha  i obawiałam się, że po zmyciu jej moja skóra będzie nie tylko ściągnięta, ale i lekko wysuszona.

Samo zmywanie jest dość nietypowe, gdyż przy okazji usuwania maseczki wykonujemy delikatny peeling. Drobinki znajdujące się w maseczce są dość delikatne i ja osobiście nie odczuwałam żadnego dyskomfortu czy nieprzyjemnych odczuć związanych z peelingiem. Łagodnie, delikatnie, ale całkiem skutecznie. Co prawda, jak większość peelingów drobnoziarnistych, tak i tu pojawia się problem w przypadku zaplącania się kosmetyku we włosy czy okolice oczu, ale nie jest to oczywiście wadą, a jedynie cechą charakterystyczną takich peelingów.

Po zmyciu skóra szybko odzyskuje swój naturalny koloryt, u mnie nie było żadnego zaczerwienienia czy podrażnienia. Skóra jest miękka, gładka, w żaden sposób nie podrażniona, ściągnięta, czy wysuszona (mam skórę mieszaną). Dla mnie jednak jest to bardziej mimo wszystko peeling niż maseczka. Zadanie oczyszczajace wykonane zostało poprawnie, ale nie idealnie. Skóra niewątpliwie oczyszczona, ale raczej jak w przypadku porządnej maseczki do stosowania w domu niż gabinetowego zabiegu oczyszczającego. Za to wygładzanie, usunięcie martwego naskórka, odświeżenie – to wszystko, co peeling zrobić powinien, wykonane zostało.

Bardzo podoba mi się fakt, że maseczkę przygotowujemy samodzielnie, więc zawsze mamy świeżą porcję i dowolnie możemy ją urozmaicać tym, co akurat mamy pod ręką (np. oleje różnego rodzaju w przypadku suchej skóry, albo nasz ulubiony mniej lub bardziej hydrolat ).

Moja ocena 7/10.

Czy kupię ponownie? Myślę, że tak. Na kolana mnie nie rzuciła. W zachwyt dziki nie popadłam, ale działanie jest na tyle porządne i zadowalające, a sam produkt na tyle delikatnie ale jednocześnie skutecznie działający, że spokojnie mogę polecić przynajmniej jego wypróbowanie. Do tego dla mnie nie bez znaczenia jest skład – w przypadku maseczek często trudno jest znaleźć skład, który sprawdza się w przypadku problemowej cery. Tu – nie zobserwowałam żadnego ani zapchania ani podrażnienia ani innych sensacji skórnych. Miło, sympatycznie, przyzwoicie.

Najpierw się wytłumaczę, potem zrecenzuję ;)

Bardzo, bardzo szybko minął ten tydzień. Właściwie mam wrażenie, że gdzieś mi po prostu uciekł… Z moich planów codziennego pisania choć kilku słów nie zostało zupełnie nic. Ale oczywiście czytam wszystko, co piszecie i staram się w miarę na bieżąco odpowiadać. Oczywiście pamiętam o konkursie i jutro ostatecznie zaktualizuję arkusz – ostatnia szansa na wzięcie udziału w zabawie. W niedzielę ok. 18 zamykam wszelkie arkusze, ankiety i idę robić listę osób biorących udział, będę sprawdzać podliczać, a potem oczywiście losować 😉

Życzę powodzenia w konkursie i przypominam, iż każde zgłoszenie dokładnie sprawdzę 🙂 Jeżeli choć jeden z warunków TU opisanych nie został spełniony (a mam trochę takich zgłoszeń), to niestety nie będę mogła wziąć takiej osoby pod uwagę przy losowaniu nagród 😉

A teraz w dużym skrócie :

  • Od kilku dni testuję podkłady Lily Lolo i mam już o nich w miarę wyrobioną opinię. Za kilka dni podzielę się szczegółami i swoimi wrażeniami z testów 🙂
  • Dziękuję za wszelkie maile, wiadomości, zarówno te konkursowe, jak i pozostałe. Przepraszam, że tak zbiorczo, a nie każdemu z Was indywidualnie, ale jakoś wyjątkowo dużo tego wszystkiego ostatnio i nie nadążam 😉
  • niebawem spora dawka recenzji – leci do mnie kilka paczek z firm, które zaproponowały mi testy swoich kosmetyków
  • przepraszam za brak posta odpowiadającego na otagowanie – oczywiście dziękuję Wam za wyróżnienia, ale jak można się zorientować, z pisaniem takich postów mam spore problemy (do dzisiaj chyba nie uzupełniłam poprzedniego, za co przepraszam… muszę w końcu usiąść i poogarniać to wszystko). Ja chyba niespecjalnie po prostu lubię o sobie pisać, to raz, a dwa – nie umiałabym wybrać 7 ulubionych blogów. Zaglądam na mnóstwo prawie codziennie i nie jestem w stanie wybrać nawet 10, które regularnie odwiedzam 🙂
  • najczęściej w mailach prosicie o opisanie mojej pielęgnacji zarówno skóry jak i włosów. Takie posty za jakiś czas się na pewno pojawią, tylko jeszcze nie teraz. Być może w połowie marca?
  • Otrzymałam wczoraj paczuszkę od Matique. To sklep internetowy z ciekawą ofertą kosmetyków ekologicznych i organicznych. Dzięki uprzejmości sklepu mam możliwość przetestowania gratis balsamu różanego Balm Balm, mnóstwa próbek kosmetyków (Lavera, Lagoona, Madara, fridge by yDe, Coslys, Dr. Scheller). Do tego kostka mydła organicznego GoodKarma w wesji Kaali.

Skorzystałam z okazji i zakupiłam sobie również oczyszczającą maseczkę z hibiskusa Balm Balm, o której czytałam sporo dobrego, a że wczoraj nie wytrzymałam, to od razu ją przetestowałam (pełni również rolę peelingu). Do zamówienia dorzuciłam też balsam do ust Figs & Rouge, którego jednak w wersji różanej chwilowo nie było na stanie, więc wybrałam wersję z geranium. Te dwie recenzje już bardzo niedługo 😉

 

Najciekawsze jest jednak to, że Matique mieści się dosłownie kilka km ode mnie. Paczuszkę następnego dnia po ustaleniu szczegółów przywiózł mi osobiście przemiły pracownik sklepu wprost pod same drzwi. Moja radość była tym większa, że w paczuszce zobaczyłam próbki kilku kosmetyków, które mam na swojej liście produktów do sprawdzenia w przyszłości. Oj, czeka mnie sporo testowania… Ale póki co, jestem w fazie testów :

  • iS Clinical. Po kilku dniach z produktami, jakie zostały mi wysłane do zrecenzjonowania wiem już mniej więcej, co o nich sądzę. I nie chcąc zdradzać pełnych szczegółów swojej recenzji, nadmienię tylko, że wynik jest zaskakujący. Nawet dla mnie samej. Testuję obecnie : Active Serum o poj. 15 ml, Cleansing Complex o poj. 60 ml, Super Serum Advance + ok.3,5 ml. I kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że moja skóra jest … inna niż reszty ludzi na świecie 😉

Czas na recenzję, czyli

2 w 1 – nawilżąjąca pomadka – błyszczyk Celia

Tak jak pisałam już w poprzedniej notce zapowiadającej tą recenzję, jakiś czas temu zamówiłam 3 odcieni tych pomadek. Niestety, paczuszka gdzieś krąży, albo ją wcięło na dobre, bo zdążyłam już wybrać się do sklepu i stacjonarnie zakupić dwa inne odcienie, a paczki lecącej już chyba ze 2 tygodnie ani widu ani słychu. No nic, kwota niewielka, więc płakać nie będę. Oczywiście zgłoszę, ale zanim poczta sobie dojdzie gdzie, kto i dlaczego zawinił, to ja już dawno zdążę zamknąć temat celiowych pomadek.

Do rzeczy. Nabyłam dwa odcienie, które w sklepie wydawały mi się dość różniące się między sobą, natomiast w świetle dziennym okazały się być bardzo zbliżone. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają po wykręceniu z opakowania zaczęłam się zastanawiać, po co ja dwa takie same odcienie kupiłam 🙂 Nic bardziej mylnego. O ile patrząc na nie tak po prostu, możemy stwierdzić, że są całkiem zbliżone do siebie, o tyle po nałożeniu obu odcieni na usta, zdecydowanie widać różnicę.

Odcień 503 jest jaśniejszy, bardziej delikatny i bardziej przejrzysty. Lekki odcień kobiecego, delikatnego różu. Wygląda całkiem naturalnie i niewinnie. Idealna do dziennego, nie rzucającego się w oczy makijażu.

Z kolei numerek 505 to już inna bajka. Niby róż. Niby też nie z tych kryjących, niby delikatny, ale jednak dla mnie zdecydowanie za mocny. Źle się czuję w tym odcieniu, mam wrażenie, że wygląda sztucznie i mało naturalnie, że wraz z dość mocno podkreślonymi oczami stwarza wrażenie przerysowania, zbyt ciężkiego makijażu. Najprawdopodobniej to kwestia połączenia z moim naturalnym kolorem ust, gdyż w pomadce trudno się dopatrzeć malinowych tonów, natomiast na moich ustach zdecydowanie one wychodzą. Na wieczór z kolei wolę ten odcień. Bardzo fajnie ożywia i podkreśla wieczorowy charakter makijażu.

W zaginionej paczuszce leci (?) do mnie jeszcze odcień 507 – testowany w sklepie bardzo mnie rozczarował, nigdy bym go nie wybrała oglądając go na żywo (liczyłam na ładny brzoskwiniowo- łososiowy odcień, a ten jakiś taki pomarańczowy mi sie wydał), 508 (nie mam pojęcia, co mną kierowało przy jego wyborze, gdyż wiem już, że na pewno nie odważę się go nosić, zbyt jaskrawy i jakiś taki, nie wiem, tani?), no i 501, którego w sklepie testera nie było…

Moja opinia o tych pomadko- błyszczykach. Zamknięte są w dość eleganckiej, złotej oprawie, może nie z górnej półki, ale z pewnością na tyle przyzwoitej, by nie wstydzić się ich wyjąć z torebki 🙂 Solidny zatrzask, nic nie lata, nie sprawia wrażenia jakby miało się zaraz rozlecieć.  Rozprowadzają się miękko, gładko, bez tworzenia nieestetycznych smug czy nierówności. Najbardziej intrygował mnie ów opisywany na stronie Celii winogronowy zapach. Lubię apetycznie pachnące pomadki (Artdeco chociażby) i przyznam, iż to jeden z powodów, dla których te właśnie zakupiłam. I tu się nieco rozczarowałam. Owszem, zapach winogronowy wyczuć możemy, ale raczej z gatunku tych pseudo soków winogronowych dostępnych w marketach niż winogron z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nieprzyjemny, na szczęście smak też do najgorszych nie należy, więc używanie pomadek katorgą  nie jest.

Efekt, jaki otrzymujemy na ustach nie określiłabym jednak mianem "błyszczykowego", a raczej właśnie pół transparentnych pomadek. Nie uzyskamy kremowego krycia, ale też wykończenie zupełnie inne niż w przypadku większości błyszczyków (choć błyszczyków oczywiście rodzajów masa 😉 ).

Trwałość. To jest największa wada chyba tych pomadek. Bo o ile nr 503 już podbił moje serce i wzbudził zdecydowanie ciepłe uczucia, o tyle poprawianie makijażu co pół godziny jest ponad moje siły. A tyle czasu zajmuje na moich ustach pomadce wyparowanie… Dobrze chociaż, że ściera się równomiernie, bez osadzania się w kącikach.

Reasumując – za 10-12 zł to całkiem niezłe pomadki pod warunkiem, że nie oczekujemy trwałości i nie sprawia nam problemów raz na pół godziny zerknięcie w lusterko i skontrolowanie stanu makijażu. Z drugiej strony, trudno wymagać cudów od pomadki za 10 zł.
Ja, jako iż makijaż ust to dla mnie wciąż dość nietypowa sprawa (na co dzień zdecydowanie wybieram balsamy do ust) i niekoniecznie dobrze się czuję mając je pomalowane być może skuszę się jeszcze kiedyś na jakiś odcień, którego jeszcze nie testowałam. Pół godziny to dokładnie taki czas, jaki jestem w stanie wytrzymać z pomalowanymi ustami 😀 A potem zdecydować, czy chcę je pomazać znowu czy sięgnąć tradycyjnie po bezbarwny balsam nawilżający 😉