Recenzja podkładu Lily Lolo

Póki co, na szybko wrzucam swatche podkładów Lily Lolo, jakie niedawno otrzymałam od firmy Costasy do testów. Mam nadzieję, że tu lepiej widać odcienie niż w mojej poprzedniej notatce

Proszę tylko pamiętać, że podkłady jak zwykle nakładane są na sucho, na skórę o ciepłym odcieniu i średnio-jasnej karnacji. Na skórze o innej tonacji i stopniu jasności mogą wyglądać kompletnie inaczej (zdjęcia robione w świetle dziennym, w słoneczny dzień, w średnio nasłonecznionym miejscu)

 

Tu kilka zdjęć w innym oświetleniu, robionych jakiś czas temu (bardziej pochmurno, na skórze nałożona mniejsza ilość proszku).

A wieczorem (pewnie trochę późniejszym wieczorem 😉 ) obszerniejsza relacja z mojej prawie tygodniowej już przygody z podkładami Lily Lolo. Zapraszam 😉

Aktualizacja:

Jak już wcześniej pisałam, w ubiegłym tygodniu otrzymałam od sklepu Costasy, w którym można zakupić kosmetyki Lily Lolo, paczuszkę z zestawem próbek wszystkich odcieni podkładów. Lily Lolo to jedna z marek, do której jakoś ciągle nie po drodze mi było i mimo iż co jakiś czas świtała mi gdzieś tam w głowie myśl, żeby jakieś zamówienie poczynić, to jednak schodziła ona na dalszy plan. I tak pewnie do dzisiaj bym z LL się nie spotkała, gdyby nie uprzejmość Pani Oli, która zaproponowała mi testy oferowanych przez Costasy kosmetyków.

Oczywiście ochoczo skorzystałam 🙂 Po kilku przemiłych rozmowach telefonicznych udało otrzymałam kurierem (następnego dnia od wysłania) pakiecik próbek podkładów (próbki są w woreczkach foliowych, w ilości wystarczającej na jakieś 2-3 testy na twarzy; oczywiście jest to uzależnione od tego, jakiego krycia potrzebujemy, a także jaką ilość podkładu zużywamy na raz, ale wg mnie na przetestowanie nawet najbardziej rozrzutnym powinno wystarczyć).

Długo zastanawiałam się, czy pokazać te zdjęcia. Nikt przecież nie lubi pokazywać się wyglądając, delikatnie mówiąc, niezbyt normalnie 😀 Jednak doszłam do wniosku, iż słowa to tylko słowa, nie ma to jak dokumentacja zdjęciowa 😉 Tak więc – raz kozie śmierć 🙂 Z góry przepraszam za durne miny na zdjęciach, ale starałam się wybrać takie ujęcia, gdzie najlepiej widać podkład..

Dzień pierwszy. Pierwsze próby nie wypadły zbyt zachęcająco. Ani z odcieniem nie trafiłam, ani krycie nie było zadowalające, nie wspominając już o porach, które wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj. Na pierwszy ogień wybrałam odcień, który w słoiczku wydawał mi się być najbardziej odpowiedni dla mnie (czyli najbardziej zbliżony wizualnie do tego, czego używałam wcześniej) – Barely Buff. To nie był dobry wybór, oj nie. Po nałożeniu co prawda wydawało mi się, że trafiłam w 10- tkę, bo odcień idealnie stopił się ze skórą i wyglądał dokładnie jak odcień stworzony dla mnie, ale już pół godziny później wiedziałam, że zaliczyłam niezłą wpadkę. W kontakcie z moją skórą podkład ściemniał i wydobyte zostały jego najgorsze cechy. W dodatku podkład nałożyłam na gołą skórę, nie chcąc w żaden sposób zakłócać jego odbioru. I to też nie była mądra decyzja, gdyż okazało się, że wszelkie mikrouszkodzenia skóry, które posiadam po złuszczaniu, zostały podkreślone.  Krycie – zadowalające (użyłam kolistych ruchów pędzla typu kabuki, który daje mniejsze krycie niż pędzel typu Flat Top). Gdyby nie pory i odcień, byłabym nawet zadowolona 😉

Dzień drugi. Mądrzejsza o doświadczenia dnia poprzedniego do testów podeszłam nieco inaczej. Na twarz nałożyłam krem do cery mieszanej, odczekałam, aż się wchłonie, po czym użyłam serum iS Clinical Super Serum Advance Plus. Po 10 minutach wybrałam odcień Blondie i nałożyłam go metodą "malowania ściany" czyli płaskie, nie szorujące, a raczej głaszczące ruchu pędzla (kabuki) z góry na dół… Było lepiej. Przy jednej warstwie kolory lekko wyrównany, skóra ujednolicona, pory znacznie mniej widocznie niż dzień wcześniej. Wyglądało to całkiem nieźle. Niestety, podkład znowu zmienił swój odcień i wyglądałam zdecydowanie niezdrowo. Zbyt ciemno, zbyt ciepło i w ogóle bez sensu. Zmyłam,  zrezygnowana wybrałam pierwszy pod ręką kolor – Candy Cane. Na moje oko zbyt jasny, zbyt chłodny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po chwilowym szoku (no nie wyglądał dobrze na mnie w pierwszej chwili 😉 ), całkiem ładnie się wtopił. Tylko niestety róż z niego wyszedł na koniec. Niedużo, bo nie dużo (o dziwo, spodziewałam się większego i bardziej różowych tonów, gdy ściemnieje), ale jednak.

Dzień trzeci. Przyznam się, iż nieco zniechęcona już byłam, bo testy nie wypadły zachęcająco. Zaczęłam już nawet w myślach tworzyć sobie recenzję tego podkładu na moim blogu i trochę było mi szkoda, że muszę tak niemiło wyrazić się o marce Lily Lolo. Ale doszłam do wniosku, że skoro moja skóra mówi im "nie", to nie będę walczyć i pokornie wrócę do MEOW, LaurEssa, Lucy czy Pure Anady..

Po nałożeniu podkładu (nieco już załamana wcześniejszymi chybionymi testami) sięgnęłam po … Porcelain. Nie wytrzymałam długo. Tu nawet nie miał szans ściemnieć ten odcień na mnie. Nawet gdyby zmienił się na kilka tonów ciemniejszy, to i tak wyglądałabym jak nie całkiem normalna. Zmyłam, dałam sobie spokój. Zwłaszcza, że skóra wyglądała źle (jakaś taka wysuszona, pryszczata, gąbczasta i w ogóle nieciekawa – ale o tym przy recenzji iS Clinical niebawem).

Nałożyłam China Doll. Kolorystycznie po tym, jak ściemniał, prawie dobrze. Prawie. Za to pory podkreślone nieziemsko. Widać zresztą na zbliżeniu, słowa są tu zbędne. Koszmar w najgorszym wydaniu.

Dzień czwarty. Ostatnie podejście, ostatnia szansa… Tak sobie myślałam siadając do porannego makijażu. Zwłaszcza, że moja skóra nie wyglądała już tak źle jak dwa dni wcześniej (efekty testów kosmetyków) i bolące gule i nierówności na skórze zaczęły powoli znikać. Spojrzałam na odcienie i doszłam do wniosku, że skoro Lily nie ma gotowego nic dla mnie, to może spróbuję coś sobie sama wymieszać 🙂 Wzięłam Candy Cane oraz China Doll i na miseczce lekko wymieszałam oba odcienie. Na wcześniej przygotowaną skórę (użyłam tym razem pudru bambusowego) nałożyłam ten mix flat topem, delikatnie stemplując. Nie chcąc się denerwować od razu, oczywiście poszłam zająć się czymś innym i pozwoliłam, aby tradycyjnie, podkład "przegryzł się z moją skórą" 🙂 A potem, gdy usiadłam ponownie przed lustrem, siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się, co się stało 😀 A serio, gdzieś wcięło moje pory, przebarwienia całkiem niewidoczne, mieszanka kolorystyczna genialnie dopasowana.

Brak zdjęć. Tak długo siedziałam gapiąc się w lusterko i dumając, co się stało, że prawie się spóźniłam tam, gdzie miałam być 😀 Na zdjęcia czasu nie wystarczyło 😀

Dzień piąty – nałożyłam dokładnie ten sam miks kolorystyczny, z tym, że w pośpiechu zapomniałam użyć primera i odruchowo sięgnęłam po swój tradycyjny pędzel, czyli kabuki. I ku mojemu zdziwieniu, podkład wyglądał tak samo dobrze, jak dzień wcześniej. A właściwie sposób aplikacji nie różnił się niczym od tej z dnia drugiego. Natomiast różnica w efekcie – zaskakująca. I jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że duże znaczenie na to miał stan mojej skóry. Gdy wrócił do normy, podkład spisał się całkiem dobrze. Zaskakująco dobrze nawet bym powiedziała. Właściwie porównać bym go mogła nawet do mojego ulubionego ostatnio MEOW (Luśki jednak nie zdetronizował 😀 Nawet jej nie zagroził właściwie… Ale za to wśród mieszkańców dalszych pozycji na mojej TOP liście, czyli Adorned, Pixie, Pure Anada, LaurEss mógłby wywołać zamieszanie 😉 )

Kiedy jednak obejrzałam zdjęcia, to jakoś tak… no nie wiem, na żywo wydawało mi się lepiej 😀 Kolory zupełnie przekłamane, jakoś tak.. niefajnie to na zdjęciach wygląda.

Spróbuję w wolny dzień zrobić jakieś zdjęcia zbliżenia skóry z tym podkładem (całej twarzy na pewno nie, gdyż zostały mi same za ciemne dla mnie próbki :D)

Reasumując – na pewno nie jest to podkład, który rzucił mnie na kolana. Na pewno nie wywołał u mnie od razu nieodpartej chęci pognania z koszykiem do kasy.. Coś jednak się stało po drodze takiego, co sprawia, że chcę jeszcze raz spróbować, że chcę zobaczyć, jak się będzie zachowywał i czy będzie to raczej przyjaźń o trudnych początkach, ale za to stała i pewna, czy raczej nie rozwinie się z tej znajomości nic sympatycznego na dłuższą metę.  Niestety, próbki odcieni, które ewentualnie mogę nałożyć na twarz już mi się skończyły, więc dalszych testów nie poczynię.

Przyznam się też, że jest to pierwszy podkład, który ciemnieje na mojej twarzy. Jak wiecie kilka mineralnych już wypróbowałam i do tej pory nigdy nie odnotowałam takiego zjawiska jak ciemnienie podkładu. Najprawdopodobniej jest to jakaś indywidualna reakcja tego proszku w kontakcie z sebum mojej skóry i nie znaczy to, że u każdego podkład ten będzie się tak samo zachowywał. Podejrzewam, że na skórze suchej odczucia mogą być zupełnie inne.

Konsystencja : miękka, gładka, ale nie kremowa (porównując do typowo kremowych, maślanych wręcz formuł jak Lucy Minerals czy Pure Anada). Spotkałam się z opiniami, że jest to kremowy podkład, ale ja bym go do kategorii kremowych nie zaliczyła jednak mimo wszystko. Miękki, gładki, lekko puszysty (być może to stwarza wrażenie kremowości), ale raczej nie kremowy 🙂 Choć oczywiście wszystko jest i tak kwestią indywidualnego postrzegania, gdyż moja znajoma uważa Lily za jedne z najbardziej pylistych proszków, z jakimi się spotkała (a nowicjuszką w temacie minerałów nie jest 😉 ). Z kolei na wizażowym wątku często można spotkać opinie o tym, że te minerały są bardzo kremowe. Jak widać – ile osób, tyle opinii 🙂 Wg mnie kremowe nie są – za to gładkie, miękkie, delikatne i przyjemne w dotyku, jak najbardziej tak 🙂

Krycie : przy jednej warstwie ujednolicenie kolorytu, przy drugiej – mniejsze problemy skórne są przykryte, przy trzeciej – twarz wygląda na jednolitą bez efektu maski.

Wykończenie : matowe, ale nie płaskie. Delikatnie satynowe , bez ciągot w kierunku rozświetlania. Nie osadza się na włoskach na twarzy, nie daje kredowo-tynkowego efektu. Bardzo ładnie się wtapia w skórę, nie zostawia pudrowej warstwy, po wtopieniu się podkład jest niewidoczny na skórze. To wg mnie największy plus tego podkładu – gdy już dopasujemy odcień, genialnie stapia się z naszą skórą i właściwie trudno ocenić, czy mamy coś na twarzy czy nie. Do tego podoba mi się to, że jest taki.. nie wiem? Lekki? Ciężko to określić, ale mam wrażenie, że jest taki …puchowy? 😀 Dobra, nie będę kombinować, bo i tak nie uda mi się ubrać tego w odpowiednie słowa 🙂

Wybór odcieni : to zdecydowanie słaby punkt tej marki. Tak naprawdę wiele osób nie znajdzie tu dla siebie odcienia. Wśród Lily nie znajdziemy ani oliwkowych odcieni, ani szarawych, ciężko też o przybrudzone opalone odcienie. Również bardzo bladolice mogą mieć spory problem z dopasowaniem dla siebie koloru, jeżeli Porcelain nie przypadnie im do gustu. Jeżeli nie odnotują u siebie ciemnienia , to również China Doll, Blondie i Candy Cane są warte spróbowania. Tak naprawdę do wyboru mamy ok. 10 odcieni (pozostałe to kolory raczej nie dla typowej Polki). To więcej niż w przypadku podkładów drogeryjnych, ale porównując do gam kolorystycznych chociażby MEOW, Pixie czy nawet Everyday Minerals, to dość uboga oferta.

Z drugiej strony jednak, tak sobie myślę, że to, co dla mnie jest wadą, może być zaletą dla innych, bo mniejszy wybór = mniejszy dylemat, jakie odcienie wybrać 😀

Trwałość : na mojej skórze (mieszana, z tendencją do przetłuszczania się) bez konieczności poprawek wytrzymuje ok. 6-8 godzin w zależności od wykonywanych czynności i środowiska, w jakim przebywam. Po tym czasie jednak bez problemu udaje się lekko skorygować makijaż (wystarczy bibułka, a potem ruch pędzlem z odrobiną podkładu) – nic się nie rozmazuje, nie maże, nie robią się plamy (nad brakiem takiego zachowania ubolewam przy Luśce, gdzie poprawki nie zawsze mi się udaje zrobić)

Skład : (Mika, Tlenek Cynku, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza, Ultramaryna ) Dla mnie osobiście bardzo zadowalający. Nie występuje tu ani Lauroyl Lysine , ani Bismuth Oxychloride ani też żadne dodatkowe składniki, które mogą mieć korzystne działanie, ale jednak przez wiele osób nie są tolerowane (alantoina czy witamina C).

Cena: 69,90 zł za 10 g. Z pewnością dla wielu osób zbyt wysoka.  Porównując jednak do ceny np. LaurEssa (cena regularna 20$, czyli ok. 60 zł), nie wydaje się być już tak wygórowana. Wg mnie – standardowa. Na pewno nie jest niska, ale nie jest też absurdalnie wysoka.

Czy zdecyduję się na zakup? Trudne pytanie zważywszy na to, ile mam pudeł podkładów, po które nawet nie sięgam 😀 Są, bo są, kupiłam, bo kiedyś tam akurat dany podkład na mnie całkiem nieźle wyglądał. Tak więc i w tym przypadku może się zdarzyć, że się skuszę. Właściwie, to teraz, gdy piszę tą recenzję, to już jakoś smutno mi się zrobiło, że to koniec testów Lily Lolo… Więc, kto wie? Może.. ;)Zwłaszcza, że oceniam go znacznie wyżej niż Blusche, którego przecież 2 pudełka zakupiłam, czy Aromaleigh, które też u mnie gości w ilości 2 sztuk … I tak sobie myślę, że jednak odpowiedziałam sobie już na pytanie odnośnie przyszłego zakupu:D

Choć z drugiej strony, ciekawe, jakby dalej potoczyło się moje testowanie i na którą stronę by się przechyliły szale 🙂 No i nieco zniechęca mnie brak właściwego odcienia dla mnie… Eh,  nie można mieć wszystkiego 🙂 A taki kiedyś człowiek był szczęśliwy, jak mu się udało w drogerii znaleźć jeden odcień z 5 dostępnych, który "w miarę" pasował. To zachciało mu się minerałów i czepiania się każdego niepasującego w nich tonu 😀

Dopisano 13 marca:

po kilku dniach kolejnych testów (Aniu, dziękuję raz jeszcze za próbki- mam nadzieję, że znajdziesz dla siebie bardziej pasujące odcienie 😉 ) zaczynam coraz bardziej przekonywać się do Lily. Nadal denerwujące jest to ciemnienie podkładu na mojej skórze, ale teraz, kiedy moje pory zaczynają wracać do stanu przed rozpoczęciem kuracji (czyli są widoczne, ale nie tak jak kilka dni temu) podkład Lily Lolo nie wygląda już na nich tak źle. Zdjęcie zrobione po powrocie do domu, czyli po jakiś 10 godzinach od nałożenia podkładu (tak, wiem, cień mi się osypał a makijaż pozostawia wiele do życzenia, ale zdjęcie było robione na potrzeby własnej dokumentacji i obserwacji, ale pomyślałam sobie, że warto uaktualnić posta o nowe spostrzeżenia i wrażenia z testów 🙂 )

Reklamy

28 thoughts on “Recenzja podkładu Lily Lolo

  1. Który odcień wybrałaś dla siebie? Bo pamiętam, że z Luśki używasz tego samego co ja (Light Medium?) więc ciekawa jestem który tutaj by pasował (bo zakładam, że podobnego wyboru byśmy dokonały) :D.
    Patrząc po swatchach strzelam między – China Doll (chyba najbardziej), Warm Peach, Blondie i Popcorn? Hmm… dość dużo pomarańczowych odcieni mają, a takich nie lubię… To swatche wszystkich ich podkładów? Jak się noszą? Czekam na tą obszerniejszą recenzję 😀
    Siulka
    P.S. Ten żelik do włosów jednak koleżanka wzięła, więc nie odpisywałam już, żeby głowy nie zawracać :*

  2. Coraz bardziej zakochuję się w China Doll 🙂 Zwłaszcza, że chyba z Luśki zamówiłam za ciemny odcień, więc trzeba będzie go komuś „upchnąć” i rozejrzeć się za Lily Lolo, może…:)

  3. @siulka
    trudne pytanie 😀 Szczegółową odpowiedź umieściłam w notatce powyżej 😉
    PS. a żelik.. no tak podejrzewałam, że się nie załapię 😀 Mam nadzieję, że aukcje chociaż dobrze wypadły 😉

  4. @zen
    a jaki odcień Luśki wzięłaś? :> Ja szczerze mówiąc China Doll dla siebie bym w życiu nie wybrała, a okazuje się, że ten odcień jest najbliższy ideałowi dla mnie.. No cóż, widocznie jeszcze muszę się sporo nauczyć o swojej skórze 😉
    China Doll wg mnie jest jednym z ładniejszych odcieni. Bardzo naturalny i bez niepotrzebnych tonów w nim. Wg mnie jest nawet ładniejszy od jednego z bardziej popularnych odcieni, czyli Blondie

  5. no i jestem, jakżeby inaczej;) Przeczucie miałam dobre, mnie konsystencja nawet pasuje i nakładanie idzie dobrze, jedyny „problem” z tymi podkładami to to że zmieniają odcień na skórze i można się nieźle naciąć odbywszy jeden test przed wyjściem z domu;D
    Na zdjeciu piątym wyglądasz ślicznie, i w życiu bym nie wpadła na to ,że to China Doll:O Lecę jeszcze zerknąć na swatche i śmigam spać a jutro upaciam się moim Warm Peach;D
    Aaa Cathy jeszcze pytanie mam, może pisałaś gdzieś ,ale wiesz, taka ilość informacji że sporo mi na pewno umknęło ( choć niby cały czas gmeram w Twoich „starych” postach… czy Ty masz tak że codziennie kładziesz inny podkład, czy raczej falami, przez dłuższy czas jednym i potem zmieniasz?
    A na koniec, jako że czuję się netową prawie kumpelką to ślę uściski, mogę? No.To ściskam;)

  6. I jest recenzja, ufff dobrze że tu zajrzałam bo to nie nowy post tylko aktualizacja 😉
    Najgorsze jest właśnie to że nie można dostać próbek, nie skuszę się na całe pudełko za taką cenę które miało by leżeć w szafie, bo jak piszesz kolory inaczej wyglądają na skórze.
    Ale pod jednym się bardzo podepnę, u mnie minerały wyglądają pięknie wtedy gdy moja skóra też się taka czuje, więc jaki by nie był to minerał najpierw muszę dbać o skórę żeby była odżywiona i nawilżona 🙂

  7. Z Lucy mam Light Medium(Własnie dzisiaj doszedł big i próbka – bo oczywiście najpierw zamówiłam biga a potem próbkę..nie wiem jakim cudem:D). Na pierwszy rzut oka niby ok. Wtopił się ładnie w skórę i spodobała mi się konsystencja ale…skąd te pomarańczowe tony?? Muszę się zastanowić, bo na razie nie zapowiada się, żebym tego biga otworzyła.
    Już nie mam siły do tych podkładów:P Jedyny, który na razie mi pasuje to Pixie Bliss 1…i chyba skończy się, że przy nim zostanę, chociaż denerwuje mnie strasznie pudrowe wykończenie.

  8. @skarbek
    hej :* no a ja wczoraj nie weszłam tu, żeby na uściski się załapać.. buuu.. mogę dzisiaj, mogę? 🙂

    Ja sama się dziwię, że China Doll na mnie tak wygląda. Ale moja skóra naprawdę dziwnie zachowuje się z Lily. Nie dość że praktycznie pozbawia te odcienie chłodu, to jeszcze ciemnieją na mnie okropnie. Podejrzewam, że ma to związek z tym, że moja skóra przetłuszcza się ostatnio jak nigdy dotąd, po ostatnich testach kremów, które ewidentnie nie dla mnie (shea i takie tam). Myślę, że przy normalnym stanie mojej cery nie byłoby to aż tak widoczne, bo już dzisiaj po nałożeniu Candy Cane (celem wybadania, jak moje pory pod tym podkładem dzisiaj 😀 ) było nieco inaczej. Nadal na koniec lekko zaróżowiona byłam;) ale już nie tak prosiaczkowo i nie tak ciemno 🙂

    Z podkładami to mam tak, że często rano odsuwam szufladę, dumam, oglądam, zastanawiam się, a potem brakuje mi czasu i chwytam to, co poprzedniego dnia wyglądało dobrze 😉 Ale raczej nie używam tego samego przez dłuższy czas, bo niestała w uczuciach jestem dosyć, jeżeli chodzi o podkłady (np. obecnie LaurEss u mnie znowu w sporej niełasce, bo mi krzywdę zrobił, a jeszcze kilka tygodni temu był w TOP5 🙂 )
    Inaczej sprawa wygląda, gdy testuję jakiś nowy dla mnie podkład. Wtedy staram się przez kilka dni z rzędu używać tylko jego i wypróbować różne kombinacje, różne kremy, braki kremów, primery itd. Niestety, wszystko ma znaczenie i zgranie wszystkich czynników (dieta, cykl, krem, nawet użyty żel do demakijażu) jest często tak trudne, że nie da się po 1 czy 2 testach stwierdzić, że coś na pewno nie jest dla nas. Za kilka dni, przy innej pogodzie, innej fazie cyklu, innej diecie i innym kremie może się okazać, że zdecydowanie jest dla nas 🙂
    Dlatego lubię wracać co jakiś czas do tego, co mi nie odpowiadało kiedyś (choć do Buff’d raczej się nie przekonam)

    Wieści z frontu – Tea for two w testach całościowych mnie powaliła (żeby nie napisać – przewaliła), zdenerwowała, a potem sobie poszła bez śladu pożegnania nawet. Zostaje tylko blisko-nadgarstkowo do delektowania się 😉
    Za to nie jestem przekonana, czy podoba mi się kierunek, w jakim zmierza Habanita. Jak już sobie usiądzie, otrzepie się z tego brudu, to nawet taka straszna się nie wydaje już…Niestety, moje otoczenie ma zdecydowanie inne zdanie w tej kwestii i zostałam poproszona o zgłębianie tego zapachu w chwilach samotności 😀 😀

  9. @dezemka
    pamiętaj, że ja mam obecnie szalejącą skórę z przetłuszczaniem się po eksperymentach z shea butter w składzie 🙂 I w dodatku w ciepłej tonacji. Taka mieszanka pewnie sprawia, że podkłady te na mnie ciemnieją, bo jakoś nie czytam na każdym kroku o takich reakcjach u wszystkich 😉
    Oczywiście Cię doskonale rozumiem, bo kupowanie w ciemno pudełka tylko na podstawie zdjęć wcale nie jest prostą sprawą. Zwłaszcza, że musimy wziąć dwie rzeczy pod uwagę – dopasowanie odcienia oraz indywidualne zachowania się naszej skóry. A jeżeli chodzi o próbki, to może na wymiankowy wątek zerknij. Na pewno ktoś będzie się pozbywał niepasujących dla niego odcieni 😉

  10. @zen
    Pixie Bliss 1 i Lucy Light Medium? No widzisz, ja nigdy nie wpadłabym na to, że jedna osoba może używać tych odcieni 🙂 To tylko dowodzi tego, o czym ciągle piszę – że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak nasza skóra się zachowa w konkretnym odcieniu. Ja po Bliss 1 nie sięgnęłabym, a Light Medium zdarzyło mi się używać 😉
    A pudrowe wykończenie próbowałaś niwelować spryskiwaniem/stemplowaniem/nakładaniem na mokro/wklepywaniem zwilżonymi dłońmi? Ja nie mam tego problemu, bo na mojej mieszanej skórze Pixie bardzo dobrze się wtapia i nie kombinuję, ale może w Twoim przypadku się to sprawdzi? (choć pewnie próbowałaś już tego :D)

  11. No jednak wychodzi na to, że jeżdna osoba nie może używać tych odcieni:D Tzn. nie jest za ciemny ani nic tylko…taki własnie pomarańczowy:D
    Może kiedyś zrobię drugie podejście, może Bisque nie będzie u mnie miał tych tonów.

    Pudrowe wykończenie próbowałam zniwelować, ale znowu kiedy nakładam na mokro to co prawda nie jest już tak pudrowo ale strasznie krótko się trzyma…

  12. ooo jakże mi bliskie wszystko co napisałaś, z podkładami czynię podobnie i jestem uspokojona bo myślałam że bardzo mi już blisko do nienormalności;D A tak, przyjmuję to za normę i jestem deko szczęśliwsza,żem nie sama. Ja miałam dziś mieć LL ale nałożyłam LaurEss no i dziś był zonk, tyle dni ładnie ,gładziutko,świetliście a dziś jakaś szarość i suchość.. pewnie oleje przedawkowałam albo źle mieszałam je , muszę pomyśleć nad solidnym nawilżaczem koniecznie:/
    Z zapachami też podobnie, Habanita tylko kręcenie nosem powodowała, ale np Black Tourmaline spowodował że prawie zostałam zesłana za działanie na szkodę rodziny;P
    A po fascynacji i namiętnym chomikowaniu niszy naszło mnie ( chyba z powodu nadchodzącej wiosny) na słodkie przyjemne ” zapaszki” i zupełnie w ciemno nabyłam na tę okoliczność Kenzo Amour Le Parfum, przedtem wypsikawszy prawie całą 30 ml flaszeczkę Sensouses E. Lauder w tydzień ;D

  13. No nieeeeee Habanita na zeslanie,nie tak nie moze byc:P Nie zgadzam sie:D

    Szukam czegos na wiosne i…podobaja mi sie mega slodziaki albo inne koszmary;))) a potrzebuje czegos do ludzi,chociaz….Habanite nosze na co dzien i mam wszystkich w nosie:DDD

    zazdraszczam Skarbku Sensouses bo przyznam sie,ze najchetniej przygarnelabym 100-tke tak samo jak Intuition:D

    Buziole:*

  14. @zen
    ha, no widzisz 🙂 Choć ja mam wrażenie, że większość odcieni w Lucy wydaje się być lekko pomarańczowa (albo różowa dla odmiany :D). Na szczęście na skórze się jakoś dopasowują (ja z Lucy używam dwóch kompletnie różnych odcieni, a zimą dochodzi trzeci :D)
    Nakładałaś na mokro, a próbowałaś spryskiwać/stemplować? Bo u mnie to akurat przedłuża trwałość makijażu 😉

  15. @skarbek
    Eee tam, zaraz do „nienormalności”. Najpierw należałoby zdefiniować „normalność” 😉 Ja na zimę LaurEssa w ogóle odstawiam. Co jakiś czas robię do niego kolejne podejście, żeby zobaczyć, czy to już, ale chyba jeszcze wiosna daleko, bo coś nie chce fajnie wyglądać… I kolory jakieś takie dziwne…
    Ja fascynację niszą tuż przed erą minerałów (chyba zaraz po stanikomani, albo może przed? kto by pamiętał te wszystkie moje „manie” 😉 Oj, popłynęłam wtedy, popłynęłam. A znajomi nie mogli zrozumieć, jak ktoś może dobrowolnie chcieć czymś, co powoduje atak kichania i duszenia się u niektórych (tak moja znajoma zareagowała na Poivre Piquant ;])… A potem mi przeszło, wróciłam do nudnych i banalnych zapachów dla mas 🙂 I właściwie im chyba zostanę wierna, bo najswodobniej się czuję nosząc coś, co może nie jest jakoś specjalnie oryginalne, ale stosunkowo bezpieczne 😉 Choć to oczywiście kwestia bardzo indywidualna (jedni mdleją na samo wspomnienie Angela (ja jestem odporna akurat), innych mdłości dopadają przy Flowerbombie (mnie:D), a jeszcze inni uważają, że Demon to cmentarny i pogrzebowy zapach i aż ciarki ich przechodzą na myśl o noszeniu takiego czegoś (moja znajoma 😉 )..
    Kenzo Amour Le Parfum wiosenne? :> Ja mam wrażenie, że używając go teraz wręcz opóźniłabym pierwszy powiew wiosny… Na mojej skórze one takie leniwe, miękkie, snujące są, takie bezpiecznie nudne, że wolę je właśnie zimą, kiedy śnieg za oknem, kiedy ich kadzidlaność nie drapie mnie w gardle i nie męczy w kontraście z chłodnym wiosennym powietrzem i pierwszymi promieniami słońca… I to mi właśnie przypomniało, że muszę je odnaleźć w którejś z torebek, bo ostatni raz kilka tygodni (miesięcy?) temu mi gdzieś mignęły 🙂
    Ja wciąż jestem na etapie poszukiwania zapachu idealnego na wiosnę… I mam nadzieję, że znajdę coś, bo niebezpiecznie ciągnie mnie znowu w kierunku No 5 Eau Premiere, którą nie tak dawno przecież oddałam, bo uznała, że to nie był dobry zakup 😀
    Sensouses? Niezły obciach, ale nie znam 😀 To znaczy, nie miałam przyjemności bliższego kontaktu, bo jakoś nie ciągnęło mnie nigdy ku temu.

  16. @Hexxana
    Zazdroszczę odwagi noszenia Habanity… Ja chyba zbyt duży tchórz jestem w tej kwestii 😀
    Intuition? Przynajmniej tym mnie nie skusisz 😀 To jeden z tych punktów, gdzie będziemy się kompletnie różnić, bo do mnie nie trafił jakoś ten zapach. Jedynym zapachem E.Lauder jaki właściwie mogłam nosić (do czasu, gdy przestało mi się podobać pachnieć jak kokosowa pralinka w orzechowej polewie) to Bronze Goddess… Potem jakoś zbyt tłusto, oleiście i w ogóle mało świeżo się w nim zaczęłam czuć. I chyba od tego czasu mam jakąś taką niechęć do EL 🙂

  17. @imadoki
    to zależy, dla kogo 🙂 LL nie jest groźnym składnikiem, wręcz niektórzy szukają go w składzie, gdyż podkłady z jego dodatkiem są gładsze, lepiej się rozprowadzają itd. Niestety, potrafi też powodować podrażnienia (jak u mnie na przykład, objawiające się drobną kaszką na skórze). I dlatego ja osobiście go unikam (a przeglądając ankiety konkursowe z odpowiedzią na pytanie, jakich składników nie lubicie, zauważyłam, że nie ja jedna nie przepadam za nim- dlatego też np. LaurEssa w formule Elemental i Ethereal muszę bardzo ostrożnie używać)
    Większości ludzi jednak nie robi krzywdy.

  18. Cathy – "Ja sama się dziwię, że China Doll na mnie tak wygląda. Ale moja skóra naprawdę dziwnie zachowuje się z Lily. Nie dość że praktycznie pozbawia te odcienie chłodu, to jeszcze ciemnieją na mnie okropnie. Podejrzewam, że ma to związek z tym, że moja skóra przetłuszcza się ostatnio jak nigdy dotąd"
     
    Wiesz, mnie tez urzekla marka Lily Lolo (no ma cos takiego w sobie, poza tym dobrze byloby miec jakas miejscowa marke mineralna pod reka skoro juz w Anglii siedze 🙂 ) i zakupilam kilka miesiecy temu dwa odcienie wybrane na podstawie zdjec z ich strony internetowej angielskiej. Wzielam probki Barely Buff i Butterscotch.
    Z innych mineralow uzywam Lucy Creamy Olive, wiec raczej zolte i jasne/srednio jasne tony dla mnie.
    Barely Buff w sloiczku jest jasniutki i z rozowymi tonami, a butterscotch wyraznie zoltymi i ciemniejszy. Obydwa ciemnieja na mojej skorze mieszanej, miejscami bardzo suchej. Probowalam nakladac  solo jasny, solo ciemniejszy, oba wymerdane razem – zawsze ciemnieja. Dzis mialam akurat mieszanke pol na pol i po 4 godzinach wygladalam jakbym sie samoopalaczem bawila…
    Moze warto dolozyc jakis rozswietlacz na wierzch, to lepiej bedzie?
    No ale bede jeszcze probowac, bo jakos nie moge sobie odpuscic, wiec dzieki za piekne zdjecia, na ktorych moge sobie teraz porownac inne odcienie do tych dwoch ktore mam i moze w koncu znajde pasujacy 🙂
    Pozdrawiam, Lanka

  19. Lanka – dziękuję za komentarz * I widzę, że podobnie jak ja walczysz ze zjawiskiem ciemnienia na skórze Lily Lolo. Ja się poddałam i po prostu wybrałam dla siebie taki odcień, który tuż po nałożeniu wygląda idiotycznie, ale za to po jakimś czasie zmienia się dokładnie w taki, jaki chcę 🙂 Ale ja często maluję się ok. 5-6 tej rano, a wychodzę z domu kilka godzin później, więc to raczej nie jest rozwiązanie dla osób, które nakładają makijaż, po czym muszą wyjść 😉 No i u mnie ciemnienie następuje znacznie szybciej, tak ok. pół godziny po nałożeniu.
    Creamy Olive z Lucy? To podobnie jak ja zimą 🙂 Nie do końca, bo jednak ciut za żółto, ale blisko 🙂  Więc może spróbuj też, podobnie jak ja? Może niekoniecznie China Doll, ale np. Blondie? Próbowałaś już? Te dwa odcienie są zdecydowane jasne, ale skoro na Tobie też Lily ciemnieje (bo nie u wszystkich przecież tak się dzieje), to może warto spróbować?

  20. U mnie Barely Buff też ciemnieje na skórze, ale to w ogóle nie jest dobry odcień dla mnie. Jest taki okropnie pomarańczowy u mnie :/ Warm peach w miarę mi pasuje, ale wolałabym taki bardziej ciut neutralny beż, a takiego chyba w lily lolo nie uświadczę. A może się mylę, co byś mi poleciła? Może powinnam przerzucić się na blondie.
    Mimo to – bardzo lubię lily lolo i w przeciwieństwie do poprzedniego ulubieńca, meow, są o wiele wydajniejsze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s