Lumiere – róże

Kontynuacja poprzedniego posta, w którym pokazałam rozświetlacze/bronzery Lumiere.

Teraz pora na to, co widać na II części zdjęcia, czyli róże Lumiere.

Mimo dość bogatej oferty i sporego wyboru, nie znalazłam ani jednego odcienia dla siebie, który chciałabym nabyć w pełnym wymiarze.  W dodatku kilka z testowanych przeze mnie odcieni ma dość kiepską przyczepność i nie rozkłada się na skórze równomiernie, co zniechęciło mnie do dalszego szukania.

O ile rozświetlacze i bronzery Lumiere w znacznej większości bardzo lubię, o tyle z różami nie do końca się zaprzyjaźniłam.

Oto, co ostało się do zdjęć po testach rozmaitych 🙂

Au Naturale – w przypadku tego odcienia niewiele się zmieniło od czasu, gdy go TUTAJ opisałam. Nadal uważam, że nazwa średnio trafiona i taki naturalny to on wcale nie jest. Każde podejście do niego kończyło się u mnie katastrofą. Mimo iż nie jest to jakiś wyjątkowo ciemny i szalony odcień, to jednak moja skóra wyciąga z niego to, co najgorsze – czerwone tony, które w połączeniu z brązem dają efekt podrażnionej skóry. Wyjątkowo niekorzystnie się u mnie prezentuje 😉 Choć potencjał ma spory – jasny ciepły brąz z odrobinką ledwo uchwytnego złota. Tyle w słoiczku. Na policzku po jakimś czasie zmienia się w czerwonawą smugę czegoś niezbyt ładnego…W dodatku mam wrażenie, że egzemplarz, który dostałam, pochodzi z jakiejś nie do końca dobrze wymieszanej partii, gdyż za każdym razem, kiedy robię jego swatche, pojawia się ciemniejsza, czerwona kreska …Szkoda, naprawdę szkoda, bo w pudełeczku bardzo mi się podoba..

Poppy – odcień bardzo jasnego mlecznego, pastelowego różu bez udziwnień. Żadnych błysków, drobinek, niespodzianek. Zdecydowanie dla jasnych karnacji. Dziewczęcy i bardzo delikatny. Przeze mnie użyty zaledwie raz do sprawdzenia, jak się zachowuje na mojej skórze, ale z racji tego, że pozostał kompletnie niewidoczny, to używałam go raczej do sesji makijażowych z bladolicymi "modelkami" 😉 Sprawdzał się za każdym razem, bo naprawdę trudno wyrządzić nim sobie (albo komuś) krzywdę. Dla lubiących bardzo naturalny wygląd – idealny odcień.

 

Hibiscus – w pudełku wydaje się być zdecydowanie mocniejszym odcieniem niż jest w rzeczywistości. To nawet dość sympatyczny odcień zgaszonego różu. Niestety, na mojej skórze zbyt ciepłego i po jakimś czasie zamiast różu ze śliwką mam czerwony placek, który przypomina raczej poparzenie niż zdrowy rumieniec 😉 Do tego posiada drobinki, które zamiast siedzieć na miejscu, to migrują po całej twarzy, co jest wyjątkowo irytujące.

Soft Radiance – to nie róż, tylko kosmetyk z kategorii Face & Body Enhancers, opisany już przeze mnie w poprzednim poście dotyczącym Lumiere TUTAJ

Sahara – z tym odcieniem mam problem. Niby ok, średni odcień ciepłego brązu, ani za bardzo błyszczący (choć drobinki ma), ani za bardzo matowy. Ale nie potrafię stwierdzić, czy go lubię, czy też nie. Latem sięgam po niego dość często, zimą nie zdarza mi się ani razu 😉 I nawet nie umiem jednoznacznie określić koloru. Nie jest to typowy brąz. Nie jest to brzoskwinia. Nie jest to ani miedź ani na pewno złoto. Taka jakaś dziwna mieszanka tych wszystkich odcieni i żaden z nich jednocześnie. Nie wiem, czy to ma jakiś sens 🙂

 

Magnolia – stłumiony odcień przygaszonego różu pozbawiony drobinek i błyskotek. Nie podoba mi się, jak wyszedł na zdjęciu, ale fotki są robione w JPG, a nie w NEF-ach, więc możliwości edycji kolorów mam dość ograniczone, a nie chcę za dużo kombinować, bo i tak nie wiem, czy uda mi się wyłapać ten odcień. Dość spokojny i stonowany, elegancki i na każdą okazję. Nie rzuca na kolana, ale prezentuje się dość przyzwoicie. Tylko jakiś taki… banalny 😉

 

Fresh Roses – nie jestem przekonana do tego zdjęcia. Wydaje mi się, że odcień trochę za różowy wyszedł, ale nie mogę porównać go z oryginałem, bo światło dzienne się skończyło, a w sztucznym widzę kompletnie coś innego :)Tak czy inaczej Fresh Roses to odcień kobiecego różu, ożywiającego i nadającego świeżości. Na policzkach wygląda zdecydowanie lepiej niż w pudełeczku, choć ja osobiście ostatnio lepiej się czuję w brązowych odcieniach niż różowawych i to jest pewnie przyczyną tego, że po Fresh Roses nie sięgałam już dawno.

 

Bordeaux – nie mam odwagi już używać tego odcienia. Piękny, to fakt, ale tak trudny w noszeniu i wymagający tak doskonałej cery, że nawet nie zerkam już w jego stronę. Odcień czerwonego wina plus trochę malinowej czerwieni i to wszystko okraszone złotym blaskiem. Zbyt bogato obecnie jak dla mnie, choć był czas, że bardzo lubiłam ten róż. Teraz się go boję 😉

Pomijam już fakt, że albo coś się stało z moją próbką, albo moje wymagania znacznie się zwiększyły, ale aplikacja tego różu to jakiś koszmar. Rozkłada się nierównomiernie, stopniowanie wcale nie jest łatwe, trzeba naprawdę się nieźle napracować, by efekt był zadowalający.

Adobe Sunset- odcień ten miał wszelkie zadatki na to, by stać się moim ulubionym dziennym uniwersalnym różem. Niestety, pokładałam w nim chyba zbyt wielkie nadzieje,  bo okazał się rzeczywiście być dziennym "zwyklakiem", ale takim jakimś bezpłciowym. Jasny brąz, odrobina brzoskwini, kapka ciepłego beżu zmiksowane razem bez żadnych fajerwerków, bez żadnego błysku, drobinek. I właściwie wszystko by było ok, gdyby nie był taki… bezpłciowy 😉

 

Sundew – pomimo iż znajduje się w tym zestawieniu, to opisałam go już w poprzednim poście dotyczącym Lumiere. Zdecydowanie nie jest to róż, a raczej rozświetlacz (choć ciężko zdefiniować odpowiednio kategorię Face & Body Enhancers, bo nie wszystkie znajdujące się tam produkty to typowe rozświetlacze, raczej coś, co generalnie poprawia wygląd skóry)

Ditto "O"- często porównywany do NARS-owego Orgasmu, z tym, że moim zdaniem zdecydowanie różny. Ditto "O" jest bardziej brzoskwiniowy i za mało w nim różu niż w Orgasmie. Myślałam, że się polubimy, ale jednak po kilku próbach się poddałam. Nie chce na mnie dobrze wyglądać. Ociepla się, nie wygląda świeżo, ale wręcz plackowato.Opisywałam go już wcześniej TUTAJ (i tam też lepsze zdjęcia jego, bo jak widać, tu już resztka tylko się załapała)

 

Neutral Pink – kiedyś naprawdę lubiłam ten odcień. Róż, ale w dość stonowanym wydaniu. Ani zbyt cukierkowy, ani zbyt intensywny.Bardzo lubiłam go kłaść na jakiś inny róż, w celu nadania lekkości i świeżości.

 

 

 

Moonberrypatrzę dzisiaj na ten odcień i zastanawiam się, co ja takiego w nim widziałam, że tak go kiedyś lubiłam. Nie używałam go już bardzo, bardzo dawno, ale pamiętam, że swego czasu to był jeden z najczęściej aplikowanych przeze mnie róży. Nie tylko z Lumiere, ale w ogóle. Po początkowej niechęci do niego pewnego dnia urzekł mnie tak bardzo, że nawet rozważałam zakup pełnowymiarowego opakowania. Ale jakoś nie było okazji 🙂 Dość trudny do opisania i do uchwycenia na zdjęciu. Niby brąz, ale nie jest to brąz. Niby śliwka, ale zdecydowanie nie jest to śliwkowy odcień. Do tego iskierki w odcieniu różu. Mnóstwo iskierek…

Ruby – właściwie nic dodać, nic ująć. Piękny rubinowy kolor, który sam w sobie rzeczywiście jest uroczy. Niestety, przy mojej karnacji nie wygląda najlepiej. Zbyt intensywny odcień czerwonego różu powoduje, że wyglądam niezbyt zdrowo. Bardzo napigmentowany, błyszczący i zwracający na siebie uwagę. I niestety, trzeba z nim się ostrożnie obchodzić, bo łatwo sobie zrobić nim krzywdę.

 

 

California Gold – dokładnie taki, jak obiecuje producent, czyli złotawy odcień plus trochę herbatnikowego brązu, a nawet wielbłądziego bym powiedziała. Może służyć jako brązer i jako róż. Dla mnie niestety zbyt złotawy, zbyt ciepły i generalnie zbyt błyszczący by używać jako bronzera, natomiast  jako róż nie wygląda też dobrze. Wierzę jednak, że są osoby, na których musi pięknie wyglądać, bo sam w sobie brzydkim odcieniem nie jest. Tylko po prostu nie dla mnie i już 😉

 

Swatche mam również zrobione, ale są tak beznadziejne, że długo zastanawiałam się, czy je w ogóle umieszczać. Robione były w słoneczny dzień, w ciepłym świetle i wyszły po prostu zbyt ciepło i zbyt nienaturalnie. I nie udało mi się uchwycić poszczególnych tonów…A jak już wspominałam, to nie NEF-y, tylko zwykłe JPG – i 😦

na zdjęciach: Sahara, Bare Skin, Island Sans, Winter Silk, Sunkissed, Nude, Innocence

na zdjęciach: Sahara, Bare Skin, Island Sans, Winter Silk, Sunkissed, Nude, Innocence

na zdjęciu: Poppy, Moonberry, Bordeaux, Hibiscus, Ruby, Adobe Sunset, Soft Radiance, California Gold, Sundew, Ditto "O".

 

Reklamy

5 thoughts on “Lumiere – róże

  1. Z rozy Lumiere znalazlam swoj ideal -Violaceous :inlove: a z brazerow pokochalam Ambrosie i to sa jedyne kolory,ktore mam w pelnych wymiarach:)

  2. @Hexxana
    a wiesz, że ja gdzieś Violaceous powinnam mieć? Pamiętam woreczek z takim napisem 😀 Ale pojęcia nie mam, gdzie się znajduje 😀
    Ambrosi za to nie znam.. Hmmm…Nie wiem, czy to dobrze 😀

  3. Kurcze…szkoda,ze dopiero teraz doczytalam,ze nie znasz…bo paczki zostawilam w pracy a jutro wysle w tym i do Ciebie-a tak to dolozylabym….ale nic straconego:D

  4. Thanks so much for giving everyone remarkably breathtaking possiblity to discover important secrets from this blog. It is always very good and full of fun for me and my office co-workers to visit your blog not less than 3 times in 7 days to read the fresh items you have. And lastly, we are at all times impressed considering the dazzling concepts served by you. Certain 4 ideas in this post are essentially the finest I’ve had.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s