LUSH? Hmm.. Ok, ale na którym blogu?;)

Zastanawiałam się, na którym blogu powinnam umieścić tą notatkę i doszłam do wniosku, że tematyka kosmetyków (w jakimś stopniu) naturalnych jest jednak bliższa temu blogowi, stąd post dotyczący LUSH-a niniejszym pojawia się tu (po przerwie, ale już się nie usprawiedliwiam, bo pisanie ciągle o braku czasu, przeprowadzkach, sprawach osobistych i braku dostępu do netu stało się już nudne 😉 )

Nie wypadało mi nie zakupić choć kilku LUSH-owych produktów. Opierałam się długo, wiedziałam, że nie dla mnie one się okażą, ale łaziły i łaziły za mną, więc któregoś dnia uległam.

I tym oto sposobem mogę podzielić się opinią o kilku testowanych przeze mnie produktach LUSH-a

Zanim zacznę, to tytułem wstępu dodam tylko, że moja przygoda z LUSH-em zakończyła się na dobre 😉 Mimo szczerych chęci ani on nie polubił mnie, ani ja jego. Cóż, czasem tak bywa 😉

Na pierwszy ogień poszedł produkt, z którym najdłużej się przyjaźniłam. I uważam, że to naprawdę świetna rzecz dla osób z tłustą, zanieczyszczoną i mało wrażliwą skórą. Mowa o:


Dark Angels

zdjęcie zapożyczone ze strony lush.co.ukTego kosmetyku żałuję najbardziej. Dark Angels to pasta peelingująca do twarzy zawierająca węgiel drzewny, błoto Rhassoul, glicerynę (właśnie, glicerynę :(), olej avocado.

Postać gęstej papki o dość charakterystycznym zapachu (nie wszystkim będzie odpowiadał, ale mnie nie przeszkadzał – kojarzył mi się nawet z wsadzeniem nosa do puszki z mocno aromatyzowaną czarną herbatą:D) z drobinkami. Mogę śmiało powiedzieć, że jest to jeden z lepszych zdzieraków, z jakimi miałam do czynienia. Zostawia skórę fantastycznie oczyszczoną, aż skrzypiącą wręcz i lśniącą czystością, niemalże wypolerowaną. Właściwie jest to kosmetyk do demakijażu, ale u mnie lepiej spisywał się w roli peelingu.

Przepraszam za zdjęcie, ale pozbyłam się już pudełeczka i zostawiłam sobie odrobinę tylko „na wszelki wypadek” 🙂


Plusy:

+ doskonałe właściwości peelingujące

+ pozostawienie skóry widocznie czystszej, gładszej

+ niesamowita wydajność

+ reguluje wydzielanie sebum, skóra dłużej pozostaje matowa, mniej się przetłuszcza

Minusy:

– gliceryna i olej avocado w składzie (ale to tylko dla mnie minusy z pewnością, gdyż chyba niewiele jest osób, które nie mogą używać gliceryny; zamiast avocado wolałabym też jakiś lżejszy olej)

– niezbyt sympatyczny proces zmywania (choćbym nie wiem, jak się starała, to i tak cała umywalka i wszystko dookoła upaćkane kawałkami czarnej mazi były za każdym razem) i nakładania (zwłaszcza przy dłuższych paznokciach )

– krótki okres przydatności do użycia

– może wysuszać i podrażniać osoby z suchą i delikatną skórą (mnie to nie dotyczy, więc za to nie odejmuję mu punktów)


Gdyby nie punkt 1 w dziale minusów – z pewnością zostałaby ze mną na dłużej


Kolejnym testowanym przeze mnie kosmetykiem była :

GODIVA, czyli szampon do włosów z odżywką


Jeden z najbardziej znanych produktów LUSH-a. Godiva, czyli kostka myjąca do włosów z odżywką. Wbrew pozorom i temu, czego się obawiałam, bardzo wydajna i całkiem wygodna w użyciu. Kupiłam ją po testach w większej ilości głównie ze względu na zapach, gdyż z moimi włosami nie robi kompletnie nic. Chociaż nie, to trochę niesprawiedliwa ocena. Wysusza je. Ot, co robi. Nie pamiętam, kiedy moje włosy były w tak koszmarnym stanie, jak po kilku myciach z Godivą. Mimo używania odżywki, kondycja włosów nie poprawiała się, a ja w pewnym momencie miałam dość używania czegoś, co poza „pachnięciem” nie tylko nie robi nic dobrego, ale wręcz wyrządza mi krzywdę. Splątane, suche i oklapnięte włosy już wieczorem (przy porannym ich umyciu) to coś, co zdecydowanie nie wzbudza mojego zainteresowania.

Tej kostce podziękowałam.

Plusy:

– piękny zapach, który dość długo utrzymuje się na włosach

– łatwa aplikacja – kostka łatwo się pieni

– wydajność

Minusy:

– splątane włosy

– fryzura przyklapnięta,  nieświeża, szybko przetłuszczona i bez życia

– przy dłuższym stosowaniu wysuszone końcówki



SEANIK, czyli szampon do włosów z solą morską


Tak jak Godiva mnie rozczarowała, tak Seanik bardzo pozytywnie zaskoczył. Spodziewałam się nieco innego zapachu, bardziej morskiego, świeżego (a za takimi nie przepadam specjalnie). Pachnie równie sympatycznie jak Godiva (perfumowany jaśminem, mimozą i kwiatem pomarańczy), a moim skromnym zdaniem bije ją na głowę. Co prawda nie zawiera odżywki i również potrafi nieco przesuszyć włosy (używany samodzielnie), to jednak włosy po jego zastosowaniu są znacznie lepiej wyglądające – świeże, czyste, miękkie, sypkie, a nawet nieco uniesione u nasady, co daje fajny efekt lekkiego zwiększenia objętości.

Niestety, zapach nie utrzymuje się na włosach (przynajmniej moich) dłużej niż do wyschnięcia (za to cała łazienka pięknie pachnie jeszcze przez długi czas). Używam, lubię, być może kiedyś jeszcze kupię 😉

wielkość kostki w porównaniu do ręki 🙂

Plusy:

– piękny zapach

– wydajność

– efekt czystości włosów

– efekt uniesienia, lekkiego odbicia włosów u nasady, brak „przyklapnięcia”

– brak splątania włosów, łatwo się rozczesują

– włosy sypkie, świeże przez dłuższy czas

Minusy:

– zapach szybko się ulatnia z włosów

– przy dłuższym i codziennym używaniu wysusza włosy


I ostatni z pełnowymiarowych produktów :

MASK OF MAGNAMINTY

Skład : Skład: Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Ground Aduki Beans (Phaseolus), Glycerine, Evening Primrose Seeds (Oenothera biennis), Peppermint Oil (Mentha piperita), African Marigold Oil (Tagetes erecta), Vanilla Absolute (Vanilla planifolia), Perfume, Chlorophyll, Methylparaben.

Właściwie już na sam widok listy składników powinnam omijać tą maskę z daleka. Gliceryna tak wysoko, miód, którego się obawiałam… O methyloparabenie na końcu w składzie nie wspomnę, bo choć nie mam go na liście szkodzących mi widocznie składników, to chyba każda z nas wolałaby, żeby go tam nie było.

Ale maska chodziła za mną od dłuższego czasu, wszędzie natykałam się na pozytywne recenzje, więc pomyślałam, że może to akurat będzie tej jeden z nielicznych produktów, gdzie gliceryna jest tego typu albo w takim połączeniu, że mi nie zaszkodzi. Guzik prawda. Zaszkodziła i to bardzo. Właściwie standardowo po kilku użyciach miałam twarz usianą gulami, co wzbudziło ogólną wesołość mojego znajomego towarzystwa, które już na „dzień dobry” zgodnym chórem krzyknęło „oho, ktoś tu testował coś nowego :D”.

Testował, owszem, i chętnie by nawet został z tą maską na dłużej. Działa naprawdę fajnie. Gęsta, pachnąca łagodną miętą z dodatkiem słodyczy pasta dość łatwo nakłada się na twarz dając niesamowite uczucie chłodzenia (ale u mnie tylko w przypadku używania tego produktu jako maski; przy zastosowaniu go jako preparat do demakijażu efekt chłodzenia był znikomy).

Po zmyciu skóra jest miękka, nie wysuszona, oczyszczona, gładka, a po kilku użyciach pory lekko zmniejszone, skóra wygląda po prostu lepiej.

Co z tego, skoro nie dla mnie ona? Eh… A mogłaby to być długa i wierna przyjaźń…

Plusy:

– zmniejsza zaczerwienienia i podrażnienia na skórze

– oczyszcza, ściąga pory, wygładza, rozjaśnia

– skóra dłużej zachowuje mat, nie błyszczy się

– nie wysusza, nie podrażnia

– bardzo wydajna (zastanawiam się, czy ktoś jest w stanie zużyć duże opakowanie przed końcem terminu ważności)

– delikatny peeling przy zmywaniu maski dzięki delikatnym drobinkom

Minusy:

– skład (dla mnie osobiście)

– data ważności (mimo posiadania mniejszego opakowania i tak nie byłabym jej w stanie zużyć przed końcem daty przydatności)


Moja ogólna opinia o kosmetykach LUSH  (testowałam jeszcze 3 rodzaje kostek do włosów, Body Scrub, kule do kąpieli) – z pewnością ta marka ma kosmetyki lepsze i gorsze. Ja niestety dla siebie nic tam nie znajduję i myślę, że nie będę robić więcej podejść i testować nic nowego. Miałam ochotę przyjrzeć się jeszcze kilku rzeczom, ale najzwyczajniej w świecie się boję. Skoro moja skóra mówi im wyraźne „NIE”, to chyba nie będę próbowała jej uszczęśliwiać na siłę. Nie, to nie.

(celowo nie wypowiadam się odnośnie ideologii marki- jakoś niespecjalnie lubię robienie z ludzi idiotów i reklamowanie się jako „100 % natural” po czym pakowanie w składy różnych śmieci. Owszem, mniej niż inne marki, w ilościach niewielkich i śladowych, ale jednak…

Reklamy

One thought on “LUSH? Hmm.. Ok, ale na którym blogu?;)

  1. LUSH-owe szampony w kostce to chyba wszystkie przesuszają koncówki (przetestowałam prawie wszystkie mozliwe z ich asortymentu). Szampony ich kupuje nadal, bo jest to bardzo wygodna forma kosmetyku na wyjazdy, przy czym wtedy uzywam ich do mycia włosów i ciała.
    A i jeszcze mimo ze nie mam delikatnej buzi to w Dark Angel mi ja podraznia. Dla mnie ma zbyt ostre drobinki. Do demakijazu DA nie uzywałam, uzyłam jako peelingu 2 razy. Nie lubie marnowac/wyrzucac kosmetyków wiec w efekcie koncowym DA stosowałam jako maseczkę 🙂 i w tej roli sie spisał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s