Kilka drobiazgów z Silk Naturals

Nakupowałam ostatnio trochę rzeczy z Silk Naturals, ale oczywiście nie miałam czasu, żeby je opisać.

Moje ostatnie zakupy to głównie róże, kilka pomadek, mnóstwo cieni do powiek, wykończeniówka.

Dzisiaj róże i pudry.

Większość moich zakupów to bigi kupowane w ciemno, gdyż od jakiegoś czasu nie kupuję już sampli, tylko od razu pełnowymiarowe opakowania, co nie zawsze kończy się dobrze 🙂

Generalnie z większości zakupów jestem zadowolona poza jednym odcieniem, którego używać z pewnością nie będę.

Róże Silk Naturals lubię bardzo. I choć pudełeczka są tak małe, że właściwie zawsze giną mi w stosie samplowych opakowań (wolałabym cenę ciut wyższą niż 6,5$ a za to odrobinkę większe pudełko). W bigowych wersjach zakupiłam pewnego dnia wszystkie, których jeszcze nie znałam. Pozostałe testowałam, albo do tej pory mam próbki i pewnie niebawem pojawią się u mnie w większych opakowaniach (o ile nie zdecyduję się na sprzedaż całej kolekcji moich mineralnych mazideł, co coraz częściej za mną chodzi z uwagi na fakt, iż malować się ostatnio nie mam ani chęci ani weny 😦 I od 2 miesięcy praktycznie używam jedynie pudru kaolinowego i albo cienia do powiek, albo różu, bo na połączenie obu tych kosmetyków brakowało mi czasu 😦 )

Lovelace – przepiękny odcień żywej różowej brzoskwini z odrobiną złotych iskierek. Jeden z tych, które przerażająco wyglądają w opakowaniu, natomiast po nałożeniu na skórę nieco łagodnieją i naprawdę ładnie ożywiają i rozpromieniają twarz. Szkoda tylko, że jest dość słabo napigmentowany i przy ciemniejszej karnacji jest praktycznie niewidoczny. Latem, gdy byłam dość mocno opalona, nie mogłam go używać, gdyż ginął całkiem. Za to jeszcze kilka miesięcy temu był jednym z moich faworytów.

Flare- zdecydowanie nie tak przerażająco pomarańczowy jak na zdjęciu ze strony Silk Naturals. W rzeczywistości jest to dość żywy, bardzo intensywny i wibrujący odcień ciepłego korala z bardzo subtelną nutą różowych tonów w tle. Idealny ożywiacz karnacji i wcale nie tak straszny po nałożeniu jak w pudełeczku 🙂

Stardust –dziewczęcy odcień różu, mimo srebrnych iskierek, raczej w ciepłej tonacji. Myślę, że nawet osoby z jasną karnacją nie powinny sobie zrobić nim krzywdy, pod warunkiem, że lubią błyszczące róże, gdyż ten z pewnością taki jest. Po roztarciu otrzymujemy srebrzystą poświatę i u mnie osobiście znacznie lepiej spisuje się jako rozświetlacz niż róż. Spodziewałam się czegoś żywszego, bardziej wyraźnego, w stylu Tarta, a ten jest zdecydowanie zbyt grzeczny by podbić moje serce.

Wish you were here – największe rozczarowanie ostatnich zakupów. W opakowaniu wydaje się być całkiem sympatycznym stonowanym odcieniem średniego różu zmieszanego z koralem. Niestety, nawet swatchy nie udało mi się zrobić, gdyż natychmiast po roztarciu zamienia się u mnie w cegiełkę i tak już zostaje. Z różanym subtelnym blaskiem, fakt, ale wciąż cegiełkę.Dziwi mnie to ogromnie, bo patrząc na niego w pudełeczku absolutnie nie podejrzewałam go o skłonności do takich akcji. Taki delikatny i kuszący się wydaje… Niestety, magia pryska wraz z pierwszym zetknięciem z moją skórą..

Wszystkie te cztery odcienie są dość żywymi kolorami, które jednak bardziej przerażająco wyglądają w opakowaniu niż po nałożeniu na skórę.

W dodatku dość ciężko uchwycić je dokładnie na zdjęciu, gdyż mają tendencję do przybierania zbyt ciepłych tonów:(

Pozostałe, nieco bardziej już stonowane odcienie ostatnio przeze mnie zakupione, to :

Flirt – dość jasny odcień przybrudzonego, matowego różu ze śliwkowymi tonami. Nieco obawiałam się tej śliwki, wyobrażając sobie już sinawe tony, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, gdyż jest to bardzo sympatyczny, codzienny odcień, który chyba dobrze będzie wyglądał na większości karnacji, z wyjątkiem ciemniejszych. Bez ochów i achów, ale przyzwoity, do dziennego, stonowanego makijażu do pracy – jak znalazł.

Carnal – jedna z większych niespodzianek zakupowych. Właściwie wrzuciłam go do koszyka bez większego przekonania i tak dla świętego spokoju bardziej, gdyż wielokrotnie czytałam o tym, że to całkiem fajny odcień różu. Niestety, zdjęcie na stronie SN mówiło mi coś zupełnie innego (obecnie to zdjęcie jest już wymienione na inne). Za fioletem na swoich policzkach nie przepadam, zawsze obawiam się też siniakowatych tonów, które przypominają raczej brudną smugę, niż starannie i celowo nałożony róż. Gdy otworzyłam pudełeczko, moim oczom ukazał się odcień przybrudzonego fioletu, śliwki, chłodnego różu w oprawie złotych iskierek, cieplejszych niż się spodziewałam. Byłam pewna, że efekt siniaka mam zapewniony. Okazało się jednak, że nie tylko nie udało mi się uzyskać nim sinawych tonów na policzku, ale wręcz dostałam piękny, kobiecy i dyskretny, a jednocześnie na tyle widoczny róż, bym nie musiała machać pędzlem pół ranka, by cokolwiek było widać. Do tego zadziwiająca trwałość na moim policzku – kolor niezmieniony trwa i trwa…A taki on nieładny na zdjęciach.. Kto by się spodziewał, że tak się polubimy…

zdjęcie przekłamane 😦 Odcień bardziej podobny do tego, co widać na zdjęciu grupowym na górze.

Pretty Plum to kolejny z serii „przybrudzonych” odcieni. I o ile dwa poprzednie całkiem mi do gustu przypadły, o tyle o tym nic dobrego powiedzieć nie mogę. Po „plum” w opakowaniu spodziewałam się więcej śliwki w nim i bardziej neutralnych tonów. Tu mamy bardziej „wine” niż „plum”. Po nałożeniu otrzymujemy odcień czerwonego wina, śliwka owszem, gdzieś tam próbuje się wybić, ale szybko zostaje stłumiona przez czerwonawe tony. Może i bym polubiła ten odcień nieco bardziej, gdyby tej śliwce udało się jednak przebić. Próby zaprzyjaźnienia się z tym odcieniem nic nie dały – za każdym razem wyglądam, jakbym miała gorączkę, albo popękały mi naczynka na policzkach lub dotknęła mnie jakaś inna przypadłość. A że wyglądać tak nie chcę, to rozstaję się z tym różem definitywnie. Nowa właścicielka wygląda w nim znacznie korzystniej niż ja 😉

I wszystkie trzy „brudne” odcienie razem na swatchach – po lewej stronie zdjęcie z lampą, po prawej – bez lampy:

Bronze beauty – to odcień, z którym mam spory problem. Nie dość, że w żaden sposób  nie udaje mi się go złapać na zdjęciach, nie dość, że jest trudny do opisania, to jeszcze wciąż nie mogę się zdecydować, czy go lubię, czy też nie. Za każdym razem na mojej skórze wygląda inaczej. Czasem potrafi przybrać okropne pomarańczowe tony, innym razem piękny odcień złotej opalenizny z nutką różu, co przypomina efekt zachodzącego słońca i naprawdę fajnie wygląda, a jeszcze innym razem jest płaskim i kompletnie pozbawionym uroku odzieniem miedziano-różanym. On po prostu żyje swoim własnym życiem. I chyba w zależności od kaprysu wygląda tak, jak wyglądać sobie zażyczy danego dnia. I na nic moje usilne próby i starania… Gdy ma lepszy dzień – uwielbiam go. Innym razem – najchętniej od razu wyrzuciłabym go do kosza.

Petal – właściwie całkiem chybiony zakup. Nie twierdzę, że to brzydki odcień. Absolutnie nie. Delikatny, pastelowy odcień odcień pudrowego różu, złamanego nutą cieplejszych tonów. Matowy i dziewczęcy. Co z tego, skoro na mojej skórze kompletnie niewidoczny? I to nawet nie dlatego, że zbyt jasny. Nie. On po prostu gdzieś znika. Nie wiem gdzie i nie wiem jak, ale w jakiś tajemniczy sposób ginie na drodze między pędzlem a moją twarzą. Zbyt jasny nie jest, bo przeprowadziłam eksperyment paluchowy i nałożony w ten mało atrakcyjny sposób – pojawia się i nawet całkiem ładnie wygląda. Ale nie po to nakupowałam pędzli dla kilku pokoleń moich wnuków, by teraz malować się paluchami. Dlatego też z Petalem się nie zaprzyjaźnimy. A szkoda, bo efekt delikatnego, naturalnego i zdrowego rumieńca mi się bardzo podoba…

Nina – wg opisu ze strony Silk Naturals to odpowiednik NARS-owego odcienia Ninotchka. Oryginału nie znam, ale jeżeli jest zbliżony do propozycji SN, to raczej na poznanie się nie zdecyduję. Wiedziałam, że to dość trudny i niewdzięczny odcień, ale nie spodziewałam się, jakich akrobacji będę musiała się dopuszczać, by móc go używać. To ciepły odcień czekoladowego brązu i właściwie gdyby nie fakt, iż gdzieś tam w tle przebija chłodna nuta, która nie pozwala mu zmienić się w pomarańczowo-terakotowy kolorek na mojej skórze, to pewnie dawno bym go sobie odpuściła. Ale nakładany odpowiednim pędzlem, w naprawdę minimalnej ilości potrafi nie tylko pięknie wymodelować twarz (ale osobom z jasną karnacją zdecydowanie nie polecam), ale też całkiem nieźle jako róż się spisać. Gdyby nie ta chłodna nuta, byłby równie brzydki jak EDM-owy Happiness Bronzer 🙂

***rezerwacja miejsca na zdjęcia Niny 🙂 ***

Póki co wklejam zdjęcie z Niną na policzkach 🙂

Pristine- to nie róż, a rozświetlacz. Leciutko opalony beż z wyraźnymi nutami chłodnego różu. Całkiem sympatyczny. Może bez „wow”, ale zdarzyło mi się go nawet kilka razy kiedyś użyć 😀

Angel – właściwie nie wiem, po co (a nawet kiedy) ja go zakupiłam. Spodziewałam się chyba czegoś innego niż rozświetlacz w odcieniu kości słoniowej, a właściwie wręcz biały. Po roztarciu otrzymujemy transparentny ale dość mocno połyskujący glow. I nawet nie jest to wielkodrobinowy brokatowy błysk, a całkiem sympatyczny glow, który przepięknie wygląda w wieczornym, przygaszonym świetle (zwłaszcza przy świetle świec na mniej lub bardziej romantycznej kolacji). Niestety, podobnych rozświetlaczy o srebrzystym blasku w mojej szufladzie kilkanaście. I jeżeli mam wybierać, to zdecydowanie wolę APMU.

I swatche wszystkich odcieni razem (średnio udane, bo aparat nie chciał kompletnie ze mną współpracować)

I na koniec recenzja pudrów Silk Naturals.

Tempt Tryst – Tinted Perfecting Powder- swego czasu bardzo lubiłam ten puder. Tak bardzo, że zużyłam jedno pełnowymiarowe pudło (no dobrze, część poszła na odsypki gratisowe 😀 Ale i tak zużyłam go całkiem sporo), po czym zakupiłam kolejne. I nie wiem, czy moje upodobania się zmieniły, czy też moja skóra zaczęła inaczej na niego reagować, ale faktem jest, iż nie lubię już go tak bardzo 🙂 Daje bardzo fajne wykończenie – absolutnie nie jest to płaski mat, a wręcz przeciwnie – glow, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Rewelacyjnie wygładza, ujednolica, rozświetla i ożywia skórę, delikatnie przedłużając makijaż, ale zdecydowanie nie polecam go osobom mającym problem z nadmiernym błyszczeniem się, gdyż u siebie latem, gdy moja skóra zachowywała się nieco inaczej, po nałożeniu Trysta miałam wrażenie „smalcowatego” wykończenia makijażu. Raczej dla ciepłych, złotawych karnacji (dla chłodnych polecam Date Bait, który ma wyraźne różowawe i chłodne tony). Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, gdy przychodzi mi opisać efekt, jaki daje zastosowanie tego kosmetyku, w głowie pojawia mi się określenie „maślane ciasteczka” 😀 Bo on rzeczywiście taki trochę „maślany” jest i pod względem koloru, ale też wykończenia.

Love Lure – Tinted Perfecting Powder – zdecydowanie zrzucił Trysta z czołówki i zajął jego miejsce. To jeden z moich ulubionych pudrów wykończeniowych. Używam go wtedy, gdy nie mam ochoty i potrzeby nakładać podkładu (świetnie ujednolica), a także wtedy, gdy chcę lekko ożywić skórę. Podobnie jak jego złoty brat – nie daje płaskiego matu, a subtelny glow (mniej widoczny niż w przypadku TT), świetnie odbija światło, lekko tonuje niedoskonałości. Raczej dla osób ze średnią i ciemniejszą karnacją, choć moja koleżanka, bladolica wyjątkowo, używa go jako bronzera a nawet do lekkiego modelowania twarzy i też sobie chwali 🙂

Tinted Oil Control Primer – z primerami u mnie jest ten problem, że kupuję namiętnie, gromadzę ogromne ilości nawet nie próbek, tylko od razu pełnowymiarowych pudeł, testuję, po czym… nie używam nigdy więcej 🙂 I to nawet nie dlatego, że coś mi w nich nie odpowiada. Nie. Po prostu podczas nakładania makijażu często dopada mnie lenistwo i minimalizm i nie chce mi się sięgać po primer i inne ulepszacze. I choć później często klnę na spływający po kilku godzinach makijaż (zwłaszcza w przypadku podkładów, które średnio mnie lubią) i obiecuję sobie następnym razem użyć jakiegoś primera, to jednak kończy się tylko na obietnicach 🙂 Ten jest całkiem przyzwoity. Skład to : Calcium Carbonate, puder  jedwabny i krzemionka. Wygładza, lekko ujednolica pory, matuje, przedłuża trwałość makijażu… Czyli robi to samo, co mój ulubiony primer (Diva Defence Primer z Coastal Scents), ale jakoś tak… No nie wiem… Leży sobie zapomniany… I wcale go nie ubywa. Ani trochę… I sama już nie wiem, co z nim jest nie tak 🙂

Reklamy

9 thoughts on “Kilka drobiazgów z Silk Naturals

  1. Kochana, świetne zdjęcia i opisy już wiem, że kilka kolorów będzie moich, bo aktualnie panuje u mnie nuda nie do zniesienia w kategorii róży, a tu myk i Kasia robi recenzję. Dziękuję :*

    • Daje, daje 🙂 Co prawda ja już jej nie używam, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że podczas pakowania do przeprowadzki gdzieś ją spakowałam tak skutecznie, że do dzisiaj nie mogę jej znaleźć, ale bardzo miło ją wspominam i przy okazji najbliższych zakupów z SN prawdopodobnie nabędę następną (czwartą już:) )
      Poważną recenzję zrobię niebawem w poście, gdzie informuję o jej zakupie :*

  2. @pilar
    ja ostatnio wszystko robię na raty 😀

    @coldold
    dzięki kochana :* I zazdroszczę chęci na nowe zakupy, bo mnie jakiś dołek dopadł i „nic mi się nie podoba, nic nie kusi, nic nie chcę, nic nie potrzebuję”.. Mam nadzieję, że to przejściowe 😀

  3. Pingback: Kosmetyki mineralne » Silk Naturals i Blushe – niedobitki ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s