E.L.F Cosmetics

Witam po przerwie 🙂

Przepraszam za brak obiecanych postów, ale dopadły mnie wszystkie możliwe przeszkody po drodze 😦 Kolejna przeprowadzka w tym roku, wyjazdy wakacyjne, utrudniony dostęp do internetu, sprawy osobiste i masa innych "przeszkadzajek" 😀

Za kilka dni wyjeżdżam znowu na tydzień (już ostatni raz w te wakacje) – kierunek Kraków i Zakopane (już się nie mogę doczekać spotkań z kilkoma fajnymi osobami!), potem szybka przeprowadzka i na początku września powinnam wrócić jako tako do normalności. I nowe posty się z pewnością pojawią. Obecnie mam już wszystko popakowane w masie kartonów i pudeł (ile to człowiek tego wszystkiego nagromadzi, to się okazuje dopiero, gdy trzeba to wszystko spakować…) i za żadne skarby nie jestem w stanie ani porobić nowych zdjęć ani opisów. A i czasu na to brak.

W związku z tym postanowiłam opublikować posta, którego naskrobałam kilka tygodni temu, ale zabrakło mi czasu, żeby go doszlifować 😉

Post niekoniecznie w temacie mineralnym, ale jak część z Was wie – nie tylko takie kosmetyki kupuję wbrew pozorom. Głównie one dominują w znacznej części w moich zbiorach, ale zdarzają mi się również spontaniczne zakupy niemineralne:)

_______________________________________________________________________________________________

E.L.F Cosmetics

W końcu i na mnie przyszedł czas, by wypróbować kosmetyki E.L.F Cosmetics. Mimo, iż wybrałam te, które mineralnymi nie są, to zdecydowałam podzielić się swoją opinią na ich temat.

Zakupiłam kilka rzeczy z serii Studio, gdyż te kusiły mnie najbardziej. Na YT i wielu forach czytałam dość pochlebne opinie o tej serii, więc nie byłabym sobą, gdybym w końcu nie kupiła choć kilku sztuk, żeby sprawdzić na własnej skórze, co to w ogóle takiego.

Najbardziej zaskoczyła mnie chyba sama wysyłka. Zamawiałam z angielskiej strony E.L.F Cosmetics, gdyż amerykańska, niestety, nie oferuje wysyłki do Polski (nad czym ubolewam, gdyż tamtejsze ceny i promocje znacznie bardziej kuszą do szaleństw zakupowych niż angielska propozycja). Zamówienie składałam w nocy z czwartku na piątek. W piątek przed południem dostałam SMS-a, że moja przesyłka, o takim i takim numerze, została właśnie nadana. W poniedziałek szok… paczuszka była u mnie. To zdecydowanie na plus, gdyż jeżeli jeszcze kiedykolwiek skuszę się na jakieś zakupy stamtąd, to wiem, że mogę liczyć na błyskawiczne wręcz dostarczenie moich zakupów.

Wybrałam na początek paletki z bronzerami, zestaw różu i bronzera oraz bazę pod cienie z mineralnej serii.

Seria Studio wyróżnia się naprawdę przyzwoitym designem i właściwie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że opakowania są bardzo estetyczne, solidnie wykonane i wyglądają nieco ekskluzywniej niż sugerowałaby to ich cena. Czarne pudełko, z solidnych rozmiarów lusterkiem, folia zabezpieczająca w środku, niezłej jakości plastik…  Wyglądają naprawdę w porządku. Nawet gdybym nie używała żadnego z nich, to lusterko jest na tyle fajne i praktyczne, że wrzucone do torebki na pewno się przyda.

Co do samej ceny. Kosmetyki drogie zdecydowanie nie są. Seria Studio to przeważnie 3,5 £ za sztukę, co daje w chwili obecnej koło 17 zł bez kosztów wysyłki (również 3,5£). Z tym, że to dość złudna "taniocha", gdyż przy 5 kosmetykach wychodzi już ponad 100 zł za zamówienie. Jak na kosmetyki tej jakości, moim zdaniem nieco zbyt dużo (za chwilę wyjaśnię, dlaczego tak uważam 😉 )

Warm Bronzerzdecydowanie nie moja bajka kolorystyczna. Za ciepło, za pomarańczowo i zdecydowanie zbyt błyszcząco. Nic więcej nie umiem powiedzieć, bo po jednorazowym teście dałam sobie spokój, gdyż żaden z czterech odcieni nie przypadł mi do gustu.

Skład bronzerów (na wszystkich pudełkach taki sam) : Mica, Talc, Magnesium Myristate, Zinc Stearate, Titanium Dioxide, Octyldodecanol, Dimethicone, Silica, Sodium Dehydroacetate, Boron Nitride.

May Contain: Iron Oxides (CI 77491 CI 77492 CI 77499), D&C Red 7 Lake (CI 15850), FD&C Blue 1 Lake (CI 42090), Red No.40 Lake (CI 16035)

Golden Bronzer – ze wszystkich bronzerów ta paletka najbardziej przypadła mi do gustu, ze względu na jej uniwersalność. Właściwie jestem w stanie zrobić pełny makijaż oka i twarzy używając tylko jej. Dolny odcień po prawej stronie, wyglądający dość ciemno w paletce, po nałożeniu na skórę (przynajmniej moją) zmienia się w jasny rozświetlacz, którym podkreślam kości policzkowe, łuk brwiowy, wewnętrzny kącik, pozostałe odcienie bardzo fajnie wyglądają na oku do letniej opalenizny, a dolny prawy odcień świetnie wygląda na policzkach. Jako bronzer – nie bardzo. Jako paletka do torebki na wyjazd z koniecznością ograniczenia rozmiarów kosmetyczki – jak najbardziej:) Daje dość lekkie wykończenie, gdyż nie jest tak mocno napigmentowany jak np. bronzer z paletki DUO, raczej subtelny glow i promienne wykończenie niż warstwę koloru.

Cool Bronzer –podobnie jak Warm Bronzer, całkowicie chybiony zakup. Właściwie zakupiłam go tylko i wyłącznie dla jednego odcienia z tej czwórki, ale spodziewałam się ładnego, chłodnego kakaowego brązu, a dostałam takie jakieś nie do końca ciekawe kolory. Biały odcień przypomina kredę i kompletnie nie znajduję dla niego żadnego zastosowania. Zarówno konsystencja jak i odcień przypominają mi, wypisz – wymaluj, białą szkolną kredę 🙂 Zbyt pudrowy, zbyt widoczny, odcienie kompletnie nie dla mnie. Raczej się nie polubimy. Może gdyby był drobniej zmielony, mniej lotny, mniej kredowy i jeszcze chłodniejszy… W obecnej formie – nie bardzo. Choć na plus mogę zaliczyć fakt, iż rzeczywiście, jako jedyny z zakupionych przeze mnie, jest matowy. Co z tego, skoro ten mat jest tani, brzydki i płaski?

Contouring Blush & Bronzing Powder czyli zestaw różu oraz pudru brązującego. Mimo wielu negatywnych opinii, z jakimi spotkałam się w sieci dotyczących tego właśnie produktu, ja akurat z tego pudełeczka jestem najbardziej zadowolona. Owszem, brązująca część dla osób z jasną karnacją, to niemalże samobójstwo, ale już przy ciemniejszej lub średniej, umiejętnie (czyt. lekko i odpowiednim pędzlem) nałożony, spisuje się naprawdę dobrze. Choć tu znowu zależy wszystko od skóry, gdyż malując nią koleżankę o ciemnej, oliwkowej skórze, zauważyłam, że potrafi przeistoczyć się w odcień, która nie tylko nie wygląda ładnie, a wręcz zachodzi podejrzenie o pobrudzenie się czymś, a nie celowe działanie mające na celu poprawę wyglądu. I w drugą stronę tak samo – znajoma, która jest przykładowym bladym typem, po przetestowaniu u mnie tego bronzera, natychmiast zakupiła swój własny.

Ja nakładam go tylko i wyłącznie zamiast różu, gdyż na całą twarz u mnie się zdecydowanie nie nadaje, podobnie jak i do konturowania, gdyż posiada dość widoczny połysk, co przy błyszczącej latem skórze tworzy efekt zdecydowanie komiczny.Lubię go, owszem, ale tylko i wyłącznie nakładany w minimalnej ilości za pomocą różowego pędzla z Lumiere. Próby nałożenia go jakimkolwiek innym pędzlem zakończyły się smugą ciemnego odcienia, który trudno ładnie rozprowadzić. Do tego jest dość mocno napigmentowany i łatwo przesadzić z ilością.

 

Jeżeli chodzi o część jaśniejszą, czyli z różem, to często jest porównywana do NARS-owego Orgasmu, choć ja bym była ostrożna z takim porównywaniem. W każdym bądź razie to ta sama kategoria, co Climax z Silk Naturals, czy Ditto "O" z Lumiere. Róż zmieszany z brzoskwinią. Dość uniwersalny odcień, ale na mojej skórze praktycznie niewidoczny (pomijam już fakt, że średnio mi pasujący). Myślę, że osobom z jaśniejszą karnacją niż moja obecnie (Pure Fawn z LaurEssa) może przypaść do gustu. Dość neutralny i uniwersalny odcień, choć z pewnością nie dla fanek matowych róży.

Skład: Talc, Mica, Magnesium Stearate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Paraffinium Liquidum (Mineral Oil), Hydrogenated Polyisobutene, Sodium Dehydroacetate, Iron Oxides (CI 77491 CI 77492 CI 77499), Titanium Dioxide (CI 77981), Red No.40 Lake (CI 16035), Ultramarine Blue (CI 77007)

 

Światło dzienne z lampą, która całkowicie zmienia odcień tego zestawu

Po lewej – zdjęcie z lampą, po prawej: zdjęcie w świetle dziennym bez lampy

 

Róż z serii STUDIO w odcieniu Blushing Rose- być może to kwestia odcienia, ale nie jest to coś, czego będę używać. Na zdjęciu ze strony E.L.F Cosmetics wydaje się być bardziej stonowanym odcieniem z lekko brzoskwiniowym tonem, natomiast w rzeczywistości to mix malinowej i buraczkowej czerwieni, lekko karminowych tonów ze złotą poświatą. Niestety, za każdym razem po nałożeniu wyglądam jakbym miała gorączkę, albo poparzone słońcem policzki…W najlepszym wypadku jak rosyjska babuszka 🙂 Dość mocno napigmentowany, ładny sam w sobie, ale nie dla mnie. Myślę, że leciutko (podkreślam – leciutko) nałożony na skórze blondynki w typie "american girl" mógłby dawać piękny efekt naturalnych rumieńców. Ewentualnie u chłodnej typowej zimy efekt Królewny Śnieżki i policzków zaróżowionych od mrozu. U mnie zdecydowanie zbyt daleko to obu tych efektów, bym mogła podjąć dalsze próby oswojenia tego odcienia.


(zdjęcie odcienia Blushing Rose zaczerpnięte ze strony http://www.eyeslipsface.co.uk)

skład : Talc, Mica, Nylon-12, Magnesium Stearate, Silica, Paraffinium Liquidum (Mineral Oil), Polybutene, Sodium Dehydroacetate, Iron Oxides (CI 77491 , CI 77492 , CI 77499), Manganese Violet (CI 77742), Mica (CI 77019), Titanium Dioxide (CI 77891), Yellow No.5 Lake (CI 19140), Red No.40 Lake (CI 16035), Ultramarine Violet (CI 77077), Blue No.1 Lake (CI 42090).

zdjęcie w świetle dziennym, bez użycia lampy błyskowej :

Zdjęcie w sztucznym świetle z użyciem lampy błyskowej:

I ostatni recenzowany przeze mnie kosmetyk – E.L.F Cosmetic Mineral Eyeshadow Primer, czyli mineralna baza pod cienie.

Właściwie nie zakupiłam jej ze względu na jej "mineralność", ale na moje nieustanne i wciąż niezakończone poszukiwania idealnej bazy pod cienie. Baz posiadam chyba z 10, ale o żadnej nie mogę powiedzieć, że dzięki niej zakończyłam swoje poszukiwania w tym temacie. Niestety, również zakup bazy E.L.F nie przyczynił się do zmiany tego stanu.

Skład: Isododecane, Cylopentasiloxane, Octyl Palmitate, Disteardimonium Hectorite, Dimethicone, Polyglyceryl-4 Isostearate, Triacontanyl PVP, Propylene Carbonate, Titanium Dioxide, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499), Mica (CI 77019), Bismuth Oxychloride (CI 77163).

Sama baza jest całkiem w porządku. Naprawdę. Estetyczna, choć nie powalająca na kolana wyszukanym stylem tubka z aplikatorem z gąbeczką w środku. Niezbyt do mnie przemawia ten aplikator, gdyż nie wyobrażam sobie dotykać nim powieki, po czym chować go znowu do tubki (ale tu już wychodzi moje przewrażliwienie dotyczące higieny używania kosmetyków, więc podejrzewam, że taka forma aplikacji dla wielu może być bezproblemowa 😉 ). Wolę zdecydowanie formy "wyciskane" baz pod cienie.

Nie jest ani gęsta, ani rzadka, lejąca, choć ma dość "chudą" konsystencję. Żadnej tłustej, gęstej pasty (jak w bazie Aromaleigh), żadnej silikonowej gładzi (jak w bazie LaurEssa) tylko taka lekka emulsja, która – jak mam wrażenie – przy suchej skórze powiek, może dodatkowo je wysuszać. U mnie po kilku tygodniach używania tej bazy z powiekami nic się nie dzieje, ale też nie używam jej codziennie, a na zmianę z innymi bazami.

U mnie spisuje się mniej więcej na mocną 4. Cienie na pewno trzymają się znacznie dłużej na niej niż bez użycia bazy, z rozprowadzaniem cieni nie ma problemu. blendowanie również nie sprawia trudności, cienie nałożone rano, koło 18- tej są jeszcze na swoim miejscu, lekko wyblakłe, ale bez wałkowania się ani innych sensacji.

Z podbijaniem kolorów również średnio. Owszem, coś tam robi, cień z pewnością wygląda lepiej niż na suchej powiece bez bazy, ale nie jest to efekt na tyle spektakularny, by warto było o nim wspominać. Nie ma tego "wow", które towarzyszy całkowitej zmianie wyglądu cienia przy niektórych bazach.

( po lewej cień nałożony na suchą skórę, po prawej na bazie E.L.F)

Podsumowując – baza całkiem ok, w momencie, gdy nie mamy zbyt wygórowanych oczekiwań w stosunku do niej. Zużyję, ale zakupu raczej nie powtórzę.

Nie wiem, czy skuszę się na ponowne zakupy. Mimo błyskawicznej wysyłki, wzorowej obsługi klienta, estetycznych opakowań, które są nie tylko praktyczne, estetyczne ale i solidnie wykonane i nie wyglądają na kosmetyk za niecałe 20 zł, to jednak jakość tych, które testowałam, nie rzuca mnie na kolana, ani nie zachęca specjalnie do dalszych testów. Z drugiej strony, są to DOŚĆ udane kosmetyki (zwłaszcza porównując stosunek ceny do jakości) i być może u mnie po prostu zawiniły odcienie, nie wszystkie do końca trafione. Trwałość, aplikacja, łatwość nakładania, brak efektów ubocznych w postaci wyprysków czy innych niepożądanych reakcji, to wszystko zdecydowanie na plus. Tylko kolory nie całkiem moje. Ale nie zamykam definitywnie tematu E.L.F. Cosmetics. Być może skuszę się na inne odcienie różów, bądź pędzle, ale tylko z serii Studio, gdyż wizualna strona standardowej serii E.L.F-a zdecydowanie do mnie nie przemawia 🙂

 

Advertisements

7 thoughts on “E.L.F Cosmetics

  1. w końcu nowy post 😀 chyba wszystkie się stęskniłyśmy za Tobą 🙂 co do ELFa to też się przymierzałam, ale jakoś boję się ponownie sięgnąć po tradycyjną kolorówkę:*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s