Wszyscy mają jajo, mam i ja :)

Zanim naskrobię posta o rolkach (bo mimo iż ankieta wciąż otwarta, to już widzę, że zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie ta pozycja), to zdecydowałam napisać kilka słów o moim nowym zakupie.

Koło jajka chodziłam od prawie 2 lat. Pierwszy raz miałam je w koszyku jeszcze przed "erą mineralną", gdy robiłam mnóstwo zamówień z Cherry Culture. I mimo iż prawie przy każdym zakupie jajo lądowało na liście zakupowej, to jednak paletki NYX-owe i skutecznie je spychały na pozycję typu "next time" (BTW – tyle NYX-owych cieni nakupowałam kiedyś i co? Leżą gdzieś w kącie, po przeprowadzce 4 miesiące temu nadal nie rozpakowane  w jednym z kartonów)

Potem przyszły mineralne zakupy, pierwszy FL, LHK i kilka innych pędzli i o jajku całkiem zapomniałam. Do czasu, gdy na wizażowych wątkach i blogowych wpisach temat ten został odkopany. I podejrzewam, że nadal bym się wahała i zastanawiała, czy je kupić, gdyby ktoś nie zdecydował za mnie 😉 I tym oto sposobem jajo wylądowało u mnie – z decyzją, czy chcę je wziąć, czy nie chcę.

Kwestia ta nadal nie została rozwiązana, bo dopiero dzisiaj dostałam je w swoje łapy, ale podejrzewam, że jednak zostanie ze mną. Nawet, jako gadżecik, w przypadku, gdybym go nie używała. Mam masę rzeczy, których nie używam, więc jajo może do nich dołączyć. Tak na wszelki wypadek. Jako głos rozsądku i przestroga na przyszłość, by jednak zerknąć czasem do pudła z nieużywanymi rzeczami i zapytać się samej siebie "czy ja aby na pewno potrzebuję tego czegoś?". To nic, że to nie działa…

Co to w ogóle jest i po co komu kawałek gąbeczki za ok. 70 zł? Dobre pytanie. Sama się nad tym zastawiam i mam nadzieję, że już jutro rano przekonam się, na czym polega fenomen jajka.

W teorii – służy do aplikacji podkładu (nie tylko mineralnego, ale również płynnych fluidów) w celu nadania nieskazitelnego wykończenia; ma sprawiać również, iż makijaż lepiej się wtapia, podkład lepiej kryje, jest mniej widoczny, cera wygląda pięknie, a my cieszymy się, że nasze ciężko zarobione pieniądze nie zostały wydane na gąbeczkę za prawie 100 zł z przesyłką 😀

Możemy nim również nałożyć korektor, róż, a nawet cień do powiek (eee?). Cóż, sprawdzimy w praktyce niebawem 😉

Na razie mogę jedynie stwierdzić, iż gąbeczka jest bardzo miła w dotyku, miękka, sprężysta i elastyczna. Pomijając wściekle różowy kolor, wygląda całkiem sympatycznie.

Jajo znajduje się na podstawce, która ułatwia suszenie jajka i przechowywanie go. Zgodnie  z instrukcją, przy jego wyjmowaniu, nie należy ciągnąć gąbeczki do góry, tylko wepchnąć ją do środka i w ten sposób wyciągnąć (by zapobiec uszkodzeniu).

Co prawda, przy cenie, jaką płacimy za kawałek gąbki można by było oczekiwać, że otrzymamy coś, w czym będziemy mogły jajo przechowywać w nieco bardziej elegancki sposób niż w plastiku, który nie tylko wygląda strasznie tandetnie, to jeszcze wygina się na wszystkie strony i po kilku tygodniach nadaje się jedynie do kosza.

Gąbka po namoczeniu zmienia swój rozmiar – pęcznieje i staje się widocznie większa.

 

Instrukcja użycia dołączona do jajka.

Czas na recenzję…

Ok, może jestem dziwna. Może moja skóra jest inna. Pewnie jestem jedną z niewielu osób, których jajo na kolana zdecydowanie nie rzuciło, ale szczerze nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu. No i właściwie mogę tym jednym zdaniem podsumować swoją opinię o gąbeczce.

Rano ochoczo przystąpiłam do testów. Zmoczyłam gąbkę, mocno odcisnęłam nadmiar wody, dodatkowo wytarłam jeszcze w ręczniczek i naniosłam na nie odrobinę podkładu (mineralnego oczywiście), który wsypałam na miseczkę. Spodziewałam się tego "wow", o którym czytałam, a że nie tylko go nie było, ale wręcz moja twarz wyglądała jak wysmarowana kiepskiej jakości podkładem drogeryjnym, to poleciałam zmyć to z siebie i przystąpiłam do ponownej aplikacji. Dokładnie, starannie stemplując raz przy razie, potem kolistymi ruchami rozcierając. I nic. Nadal widziałam podkład na twarzy, nadal nie byłam zachwycona efektem. Do trzech razy sztuka, myślę sobie i lecę zmywać ponownie. Wybieram inny podkład, inną formułę i jeszcze raz starannie aplikuję na twarz. Zerkam w lusterko. Ok. Nawet nieźle. Właściwie to nawet mi się podoba. Idę do łazienki, gdzie mam sztuczne oświetlenie, zerkam w lusterko i … szok. Maska proszę państwa, przepisowa podkładowa maska na twarzy. Podkład widoczny (mimo iż nałożony w naprawdę minimalnej ilości), pory nie tylko nie mniej widoczne, ale wręcz krzyczące "schowaj nas!", kolor podkładu, który jeszcze dzień wcześniej był idealny, jakoś podejrzanie ciemny się wydał… Ale ok, halogeny… Kto w halogenowym świetle dobrze wygląda? Idę wybadać sytuację w ostrym, słonecznym świetle dziennym… Tragedii nie ma. Skóra wygląda dość jednolicie, można wyjść z domu, ale jednak widać, że mam podkład na twarzy. Dobrej jakości, dobrze dobrany, ale jednak jest. I nie koniecznie mi się to podoba. I to był koniec moich testów. Poddałam się. Jajo mnie nie lubi. Trudno. Mogę z tym żyć. Będę po cichu zazdrościć tym, które w makijażu jajem zmalowanym wyglądają pięknie.

Ale… Nie oddam go. I już tłumaczę dlaczego…

Otóż, podkład nałożony jajkiem wieczorową porą, wygląda doskonale w lusterku. Serio. Idealne krycie, piękne satynowo- matowe wykończenie, gładka nieskazitelnie wyglądająca skóra bez widocznego podkładu na niej, który idealnie się wtapia kryjąc to, co ukryć powinien. A do tego ta trwałość. Zwykłe, sztuczne oświetlenie sprawia, że mam ochotę przeglądać się w lusterku i podziwiać swoją skórę, która od chwili rozpoczęcia się tych nieznośnych upałów dawno nie wyglądała już tak dobrze. I niech tak zostanie. Takie drobne oszukaństwo samej siebie. Na wieczorne kolacje, wyjścia i imprezy z pewnością jajka używać będę. Rankiem jajo niech sobie spokojnie spoczywa na podstawce czekając na swój moment…A że wieczornych wyjść szykuje mi się sporo, to nawet, wbrew logice i wcześniejszej wypowiedzi – nie przekreślam możliwości ponownego zakupu jajka, gdy nadejdzie czas by wysłać to obecne tam, gdzie idą zużyte gąbki (i tu ciekawostka na koniec – mamy możliwość wysłania naszej "starej" gąbki pod adres podany na etykiecie z instrukcją, by poddać je recyclingowi… )

Dopisano:

po tym, jak okazało się, że przez 3 miesiące nie wzięłam nawet tej gąbki do ręki, postanowiłam ją puścić w inne ręce. Tak więc – ja swoją przygodę z jajem zakończyłam. I ani trochę nie odczuwam jej braku 🙂

Reklamy

11 thoughts on “Wszyscy mają jajo, mam i ja :)

  1. Cathy ! jak ty mnie kusisz ! Jak zobaczyłam że efekt podobny do tradycyjnego podkładu to zapragnęłam to jajo strasznie 😦 Chociaż wiem,że mnie pewnie nie zrozumiesz :*

  2. U mnie jajo zdaje egzamin.Makijaz nim nalozony wyglada naturalniej niz jakimkolwiek pedzlem.Przyznam jednak,ze latwej sie nim naklada podklad plynny niz „prochy”.Faktycznie zaraz po aplikacji kolor podkladu jest jakby inny,ale wg mnie to dlatego,ze jest nakladany na mokro.Po paru minutach jest juz OK.
    Osobiscie uwielbiam ten „gadzeciarski” roz 🙂

    ps.nie moge sie doczekac recenzji o rolkach.
    Pozdrawiam Cie Kasiu :kissing:

    KAMILANNA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s